Jaśnie pan

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W południe dzwony na Anioł Pański znów wypełniały brązem niebo nad Barceloną i tworząc trudną do zidentyfikowania poszczególnych głosów kakofonię spotęgowaną echem, wdzierały się przez okna, otwarte czy zamknięte, do pałacu Massó: najsłodszy głos Świętej Moniki, uroczysty i majestatyczny dzwon z katedry; najgłośniejszy, bo dobiegający z najbliżej położonego kościoła Świętego Franciszka oraz zawsze miły dla ucha, aksamitny dźwięk Vicenty z kościoła Matki Bożej Sosnowej. Doña Marianna w odpowiedzi na ten świergot przerywała najbardziej absorbujące zajęcie (porządkowanie zawartości szaf, sprawdzanie rachunków z Gertrudis, haftowanie nowych ręczników) i odmawiała Angelus Domini nuntiavit Mariae, a później klaskała w dłonie i wołała, jaśnie pan zaraz przyjdzie na obiad, a stół jeszcze nienakryty.

W domu Massó obiad jadało się w dużej jadalni, tej od strony ulicy Ample. Na sześciometrowym stole, który za czasów państwa Rocamora z rzadka tylko ożywiał dziecięcy szczebiot i uwijanie się służby, państwo Massó rozkładali lniane obrusy, ustawiali kandelabry z brązu i zasiadali u szczytu, jedno naprzeciw drugiego, jak podpatrzyli u markiza de Creixells; tak samo zasiadał markiz de Dosrius, zanim owdowiał, i podobno również Kapitan Generalny i hrabia de Poitins, który kupił dom przy placu Sant Sebastià; ponoć po odnowieniu zrobił z niego prawdziwe cacko, pewnego dnia musimy pójść z wizytą. W domu Massó, w pałacu Massó, nie dyskutowało się, czy taki lub inny zwyczaj ma sens. Po prostu jeśli coś wypadało robić, to się robiło, i koniec. Wiadomo, że awans do stanu szlacheckiego, nawet z poziomu bardzo zamożnego mieszczaństwa, to nie same przyjemności. Doña Marianna jadła obiad w towarzystwie milczącego na ogół don Rafela, obsługiwana przez troje służących, nadzorowanych przez Hipolita. Po obiedzie małżonkowie przechodzili do salonu, tam on przez chwilę drzemał, zanim zamknął się w gabinecie, gdzie coś tam miał do roboty, a ona zajmowała się robótką, a później kładła się na chwilę, czekając, aż dzwony Świętej Moniki wezwą wiernych na różaniec; wiedziała, że w tamtym kościele dzwonili kwadrans wcześniej niż u Matki Bożej Sosnowej, i dzięki temu zawsze zdążyła się ogarnąć, przygotować, bo zostawały jej dwa kwadranse do rozpoczęcia różańca w Parafii Matki Bożej Sosnowej, dokąd uczęszczała ze względu na księdza Pratsa, który odprawiał nabożeństwo różańcowe z wielkim namaszczeniem. A jeśli to była środa czy piątek ileś tam miesięcy temu, don Rafel wymykał się w tym czasie do swego gniazdka miłości. O czym doña Marianna nie wiedziała, bo kiedy wracała z różańca, musiała się zająć życiem towarzyskim, gdyż jej obowiązki nigdy się nie kończyły. Natomiast nie zastanawiała się, może z braku czasu, nad taką ewentualnością, czy przypadkiem do jej obowiązków nie należy miłość do własnego męża. Ona zrobiła swoje, a że nie doczekali się dzieci, bo Bóg tak chciał, temat uważała za zamknięty. Koniec kropka. A ponieważ jej potrzeby ograniczały się do paraliturgicznej pobożności, zajęć miała w nadmiarze i wcale nie odczuwała braku uczuć w swoim życiu. Wystarczyło, że Pan Bóg ją kocha i Matka Najświętsza. Oraz apostołowie i wszyscy święci. Czego chcieć więcej? A do zwierzeń wystarczał jej ksiądz Prats od Matki Bożej Sosnowej, jej spowiednik, i najbliższe przyjaciółki, te, które zawsze obiecują będę milczeć jak grób, mów, mów, Marianno. Można by więc zapytać, po co wyszła za don Rafela. Ale to absurdalne pytanie, bo większość małżeństw z upływem lat nie potrafi na nie odpowiedzieć. Jakoś się żyje, byle do przodu. Od dwudziestu pięciu lat doña Marianna tak żyła i nic nie wskazywało, że w ciągu następnych dwudziestu pięciu lat coś się zmieni. Co ona mogła wiedzieć o brudnych sprawkach swojego męża.

Siódmy cywilny prezes Trybunału Królewskiego w Barcelonie, drugi wśród prezesów, który nie zawdzięczał stanowiska kolorowi krwi, tylko własnym zasługom, pierwszy cywilny prezes Trybunału Królewskiego zakochany w doñi Gaietanie, baronowej de Xerta, swojej sąsiadce, westchnął smutno i wydmuchał nos. Postanowił zaczekać na zewnątrz na spotkanie z doktorem Dalmasesem, a robotę zostawił sekretarzowi Trybunału, Rovirze, ten zaś nie mógł protestować. Jaśnie pan wyjeżdżał incognito za miasto w towarzystwie woźnicy i Hipolita, lokaja, podczas gdy dziesięć metrów za nimi, błotnistymi ulicami, typowymi dla zimnego, szarego i smutnego końca listopada, sadził długimi, zgrabnymi susami jego wielki wyżeł duński, którego podziwiało i zazdrościło mu wielu barcelończyków. Powóz wyjechał z miasta przez bramę Ollers i od razu skierował się w stronę skalistej drogi na Montjuïc. Don Rafel kazał woźnicy zatrzymać się w połowie wysokości góry i tam na siebie zaczekać. Dalej poszedł pieszo, z Turkiem przy nodze. Dotarł do punktu widokowego Miramar, skąd rozpościerała się panorama równiny Barcelony i morza. Miejsce było odludne; słyszał tylko dyszenie psa i szczebiotanie zięb i rudzików, dziwnym trafem odpornych na to zimno. Słońce także przybyło tu incognito, ukryte za gęstą warstwą smutnych chmur. Wszystko zdawało się szanować ciszę pejzażu. Delikatna, chłodna bryza też nie zakłócała ciszy. Don Rafel poczuł dreszcz i podniósł kołnierz surduta, żeby osłonić uszy.

– A ty co o tym sądzisz, Turku?

– Aaaaauuuuu – ziewnął uprzejmie wyżeł. Prawdopodobnie nie zrozumiał intencji pytania. W rzeczywistości pytanie jaśnie pana co o tym sądzisz, Turku znaczyło mniej więcej tyle, popatrz no, jakie wielkie miasto, jeśli je porównać z Sant Adrià lub Badaloną, zarysowującymi się na horyzoncie. Miasto, które już dwukrotnie przebiło się przez opasający je pierścień murów i powoli, nieubłaganie, zbliżało się do Montjuïc; miasto ludne (sto dwadzieścia pięć tysięcy dwustu czterdziestu trzech mieszkańców, według raportu głównego audytora Drugiego Departamentu), miasto duszące się od nadmiaru nędznego plebsu, tłuszczy gotowej w każdej chwili podnieść bunt przeciw królewskiemu majestatowi, miasto pełne sprytnych kupców, którzy wychodzili na swoje, oszukując na wadze i cenie produktów i utrzymując kontakty handlowe z połową świata, miasto duszące się od nadmiaru fabrykantów tysiąca najróżniejszych produktów, którzy bez ustanku, wytrwale, dzień za dniem, pomnażają swój majątek w niemal obscenicznym tempie, miasto, które przyciąga tak zwaną nową krew ze wszystkich majątków ziemskich w kraju, młodsze rodzeństwo pierworodnych, bez prawa do dziedziczenia, szukające szczęścia w seminarium duchownym lub w Studium Generale, albo zasilających rzesze plebsu przyszłych buntowników; miasto przepełnionych szpitali, gdzie cierpienie walczyło o pierwszeństwo z nędzą. Miasto nędzy, z błotem i brudem na ulicach, i miasto bogactwa, bo tych sto dwadzieścia pięć tysięcy dwustu czterdziestu trzech mieszkańców pracowało bez wytchnienia, miasto zapatrzone w morze, od kiedy zniesiono zakaz handlu z obiema Amerykami... No właśnie: w głowie się nie mieści, że to miasto wydało tak spektakularny owoc jak doña Gaietana. To właśnie miał na myśli, pytając co o tym sądzisz, Turku. Wyżeł, szanując rozmarzenie swojego pana, oddalił się i parę kroków dalej obsikiwał pień wiązowca. Don Rafel podziwiał teraz maszty statków przycumowanych przy molu. Wprawdzie stąd tego nie mógł dostrzec, ale domyślał się, że kołyszą się na falach. Z tego miejsca widział ulicę Ample, swój dom oraz gniazdko doñi Gaietany. Jaśnie pan znów westchnął i odsunął od siebie te zdrożne myśli, bo ciężko mu było przyznać się przed sobą samym, że zakochał się, jakby to powiedzieć, w podlotku. W jego wieku. Z jego pozycją... Miał trudności z odczytaniem godziny na zegarku, ale nie chciał nosić okularów. Jeżeli teraz wyruszy, nie spiesząc się, dotrze do Barcelony akurat w chwili, gdy doktor Dalmases będzie wychodził ze szpitala. Podniósł głowę: zaczynało padać.

Rok składa się z trzystu sześćdziesięciu pięciu dni. Jeżeli weźmiemy pod uwagę pięćdziesiąt dwa piątki i pięćdziesiąt trzy niedziele, które trzeba wykluczyć, ponieważ te pierwsze są wspomnieniem Męki Pańskiej, a niedziela, jak wiadomo, to dzień Pański, zostaje nam dwieście sześćdziesiąt dni. Z tego trzeba od razu odliczyć wszystkie dni Wielkiego Postu, których, jak wiadomo, jest czterdzieści, ale ponieważ już wcześniej wykluczyliśmy wszystkie piątki i niedziele, teraz zostaje nam do odliczenia dni trzydzieści. Jeżeli je odejmiemy od dwustu sześćdziesięciu pozostałych z poprzedniego rachunku, otrzymamy dwieście trzydzieści całkiem ekscytujących możliwości. Ale bezlitosny kalendarz każe nam jeszcze wykluczyć świętego Józefa, świętego Jana, świętego Piotra, świętego Jakuba, Matkę Boską Zielną w sierpniu i świętą Eulalię; dyponujemy więc dwustu dwudziestu czterema dniami. Jednakże, ponieważ zdrowy obyczaj nakazuje zdrowe zasady postępowania, natura od niepamiętnych czasów narzuciła barierę sześciu dni ochronnych, macierzyńskich czy cierpiętniczych, wokół cyklu menstruacyjnego. Jeżeli przyjmiemy, że przeciętna kobieta miesiączkuje trzynaście przecinek zero trzydzieści pięć tysięcznych razy w ciągu roku (zakładając, że cykl trwa dwadzieścia osiem dni), mnożąc ilość menstruacji przez sześć dni ochronnych, macierzyńskich i tak dalej, otrzymujemy siedemdziesiąt osiem przecinek dwadzieścia jeden setnych (co redukujemy dla uproszczenia rachunku do siedemdziesięciu ośmiu dni). Jeżeli teraz odliczymy je od dwustu dwudziestu czterech, don Rafelowi zostawała całkiem sensowna różnica stu czterdziestu sześciu dni, przynajmniej w teorii odpowiednich do uświęconych i czystych aktów małżeńskich z doñą Marianną. Ale wiadomo z doświadczenia, że nie z wszystkich dobrych dni da się skorzystać; a to migrena, a to zmęczenie nie w porę, a to przedłużone nocne czuwanie na modlitwie, niespodziewany wyjazd lub lekka, mniej lekka, średnia lub całkiem poważna niedyspozycja (grypa sycylijska, angina, przeziębienie, niestrawność). To ograniczało możliwości do jakichś stu dwudziestu dni w roku, więc jak dobrze policzyć, wychodzi raz na dwa przecinek dziewięć dziesiątych dnia. Wcale nie tak źle, co trzy dni. Mieściło się w granicach zdrowego rozsądku i na ogół wystarczałoby aż nadto. Co trzy dni. Ciekawe. Ale sprawy nie układają się, jak powinny, tylko całkiem inaczej, wszak człowiek nie maszyna. O ile mężczyzna natury i postury don Rafela mógłby oczekiwać satysfakcji seksualnej dwa razy w tygodniu, zawsze okazywało się, że niefortunnie przegapiał dni dobre i właściwe, a umizgiwał się do żony właśnie wtedy, gdy było to absolutnie niemożliwe, ależ Rafel, co się z tobą dzieje, ty zawsze myślisz tylko o jednym. On na to, ależ Marianno, na litość boską, po co się pobieraliśmy, skoro nic z tych rzeczy. Wtedy ją ogarniał święty gniew, skoro Pan Bóg nie zechciał dać nam potomstwa, tamto wcale nie jest potrzebne. A poza tym dowiedz się, że to nie jest celem małżeństwa. Ach, nie? Ach, nie. Na skutek tego ach, nie don Rafel wymyślił sobie Elvirę. W gruncie rzeczy wszystkim to wychodziło na dobre, ponieważ doña Marianna nie musiała się opędzać przed tym satyrem, swoim mężem, a don Rafel miał zagwarantowane sto pięć śród i piątków w roku na rozładowanie napięcia, i to na dodatek z dreszczykiem emocji, bo potajemnie. Natomiast Elvira, dzięki tej umowie, z modystki w sklepie pani Assumpció stała się luksusową utrzymanką audytora Massó, przyszłego cywilnego prezesa. I życie w domu państwa Massó nadal toczyło się miło i spokojnie. Do momentu, kiedy don Rafel zakochał się w Elvirze. Niestety, pechowo dla biedulki. A teraz przyszła kolej na niedostępną doñę Gaietanę. Tymczasem dojechali do szpitala, gdzie wybitny astronom zarabiał na przysłowiową miskę soczewicy, pracując w charakterze chirurga, i tam kazał woźnicy się zatrzymać.

 

Teraz powóz jaśnie pana posuwał się powoli ulicą Rec. Woźnica robił, co mógł, żeby wyminąć licznych przechodniów, którzy szwendali się po mieście o tej porze. Po drodze don Rafel przedstawił swój problem doktorowi Jacintowi Dalmasesowi.

– Nie przypuszczałem, don Rafelu, że nadal interesuje się pan astronomią.

– Jestem ignorantem w tej materii, doktorze – powiedział z fałszywą skromnością. – Ale jeszcze nie straciłem zamiłowania do nocnych obserwacji.

– Niebo... Księżyc, gwiazdy, planety, mgławice galaktyczne – ekscytował się doktor Dalmases. – Firmament jest miejscem bogatym w niespodzianki. Możemy na nim dokonywać niezwykłych podróży... Wiele razy myślałem, że nie muszę się przemieszczać, by poznawać nowe światy... Wystarczy poczekać, aż zapadnie noc, byle tylko niebo nie było zachmurzone. Nie sądzi pan?

– Och... Tak! Jak długo może potrwać ta niepogoda?

– Wieśniacy mówią, że trzeba się nastawić na parę tygodni. Że się nam jeszcze przeje ten nadmiar wody... – Doktor Dalmases podrapał się po nosie, zamyślony, jakby refleksja o obfitych opadach warta była jego intelektualnej troski. – Ale wracając do tematu, don Rafelu, nie sądzę, żeby potrzebował pan inwersora obrazu. Ciała niebieskie nie mają góry i dołu, ani lewej i prawej, są przedmiotami absolutnymi... Zresztą podobnie jak Ziemia... Ale już się przyzwyczailiśmy mówić, że tam jest północ...

– No dobrze, ale północ zawsze była na północy, tam w górze, prawda? – don Rafel szedł w zaparte. – Nie możemy sobie wyobrazić północy, patrząc w stronę Afryki. To byłaby północ-południe.

– Proszę wziąć kulę ziemską i przekręcić – uśmiechnął się uczony. – Teraz północ jest w Afryce. A ziemia jest ciągle taka sama.

– Odwrócona do góry nogami. – Jakież to upokarzające, robić z siebie idiotę.

– Drogi don Rafelu, niech pan przynajmniej na chwilę zapomni o mentalności prawnika i zrobi użytek z krytycznego umysłu. Mam na myśli to, że pojęcie prawej i lewej czy południa i północy jest względne. Chyba nie chce pan mi powiedzieć, że został pan zwolennikiem niewiarygodnych teorii Fèlixa Amata.

Don Rafel z trudem powstrzymywał niecierpliwe parsknięcie. Oburzyło go porównanie z don Fèlixem Amatem i jego teorią sfer krystalicznych. Jednakże w tym momencie naprawdę była mu całkowicie obojętna względność północy i południa. Co za pieprzony nudziarz z tego Dalmasesa, nie bez powodu mówi się, że jest wolnomularzem, więc lepiej niech uważa, żeby było jasne. Przecież mu powiedziałem wyraźnie, że interesuje mnie inwersor obrazu, i nic więcej. Niestety, okazał się jedyną znaną mu osobą, która dysponowała takim urządzeniem.

– No dobrze, może pan dla mnie zdobyć inwersor obrazu?

– Straci pan na ostrości: im więcej soczewek i lusterek postawimy na drodze między obiektem a okiem...

– Nie chcę oglądać Księżyca do góry nogami...

Doktor Dalmases zamilkł przez grzeczność i wyglądał przez okienko powozu. Ten obmierzły don Rafel działał mu na nerwy. Ale nie było rozsądne, żeby się z tą awersją afiszować. Po prostu denerwowało go, jak można się upierać przy odwracaniu obrazu. Nawet początkujący nie popełniają takiego błędu. Chyba że instrument jest mu potrzebny do innych celów.

– No dobrze – westchnął. – Jeśli podwiezie mnie pan pod dom, dam panu taki inwersor... Mam nadzieję, że będzie pasował do pańskiego teleskopu.

– Jestem panu niezmiernie wdzięczny. – Cholera, wreszcie się zdecydował, pomyślał. – Ale wolałbym go od pana odkupić. Dzięki temu mógłbym go używać, kiedy będę chciał.

– Źle mnie pan zrozumiał: daję go panu w prezencie.

– Wykluczone.

– Ja nalegam.

Daj mi chleb i mów, żem kiep, pomyślał don Rafel. Właśnie wjeżdżali na plac Traginers.

– W porządku, doktorze Dalmases. Poddaję się.

Stuknął w dach pojazdu i woźnica zatrzymał się na środku placu. Jakieś dziecko, które akurat wciągało smarki, zafascynowane obserwowało kłęby pary uchodzące z nozdrzy konia. Doktor Jacint Dalmases wysiadł, zapewniając, że zajmie mu to najwyżej minutę, i don Rafel uśmiechnął się zadowolony. Kiedy służący profesora przyniósł paczkę, zasmarkane dziecko ciągle się zastanawiało, czy ten koń ma ogień w środku. Powóz jaśnie pana ruszył z hałasem, prosto w kałużę na placu. Don Rafel miał swój inwersor, a dziecko stojące blisko kół powozu zostało opryskane błotem. Oj, będzie się miało z pyszna, jak je zobaczy matka.

Don Rafel zamknął książkę, której nie czytał, i ziewnął. Lubił to poobiednie słodkie nieróbstwo. Zwykle ucinał sobie drzemkę w fotelu tuż przy kominku; o tej porze dnia wydawało się, że życie jest piękne. Kiedy doña Marianna skończyła besztać służących i służące (tylko Hipolita nie dosięgnął gniew pani), dołączyła do męża z robótką i usiadła w drugim fotelu.

– Czy już coś wiadomo w sprawie tej Desflors?

– Już go złapali. Jakiś chory człowiek.

– Och, to straszne! Kto to taki?

– Nie znasz go. A poza tym to tajemnica sub judice. – To był jego ulubiony wykręt, kiedy nie chciał rozmawiać z żoną lub kiedy miał ochotę się z nią droczyć. Don Rafel westchnął. W zasadzie czekał, aż doña Marianna powie dobrze, idę się na chwilę położyć, bo wtedy on będzie swobodny.

– Ale możesz mi chyba powiedzieć, co to za jeden?

– Mężczyzna, Marianno!

– Specjalnie tak robisz, żeby mnie zdenerwować.

– No i bardzo dobrze!... Tak, właśnie po to! – Don Rafel wiedział już, że po tej sprzeczce bezpowrotnie minie senny błogostan. – A więc najwyższy autorytet w dziedzinie prawa w Katalonii, cywilny prezes, chce zdenerwować swoją żonę, ponieważ...

– Skoro tak, to dobrze. – Zerwała się szybko jak błyskawica, głęboko urażona. – Idę się na chwilę położyć. Jeżeli w twoim wieku masz jeszcze jakieś sekrety przed żoną...

– W porządku, Marianno – odpowiedział, nie ruszając się z miejsca, jakby nie rezygnował z drzemki. – Nie mówiłaś, że idziesz się położyć? A ja muszę się zamknąć w gabinecie, bo powinienem popracować nad tym przypadkiem.

Doña Marianna opuściła salon wściekła jak furia.

Don Rafel westchnął, odczekał, aż ostatni fałd oburzonej sukni zniknie za drzwiami, i dopiero wtedy się podniósł. Ziewnął szeroko i udał się do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie miał coś w rodzaju gabinetu, z paroma książkami z dziedziny prawa i portretem namalowanym przez Tremullesa. Zamknął drzwi na klucz, po czym westchnął uszczęśliwiony. Wyciągnął teleskop, a następnie ustawił go w odpowiedniej pozycji. Odsunął nieco cienką firankę. Usiadł i ostrożnie rozwinął inwersor obrazu, żeby go zainstalować. Po uregulowaniu obiektywu cmoknął zadowolony. W życiu trzeba mieć szczęście... Okno jego gabinetu wychodziło, z matematyczną precyzją, dokładnie na łóżko baronowej de Xerta. Pałac baronostwa, po drugiej stronie ulicy, miał dach nieco niższy i widok z jednego mieszkania na drugie był zdecydowanie korzystniejszy dla jaśnie pana. Dlatego udało mu się ustalić, że doña Gaietana zazwyczaj udawała się na poobiednią drzemkę, że nie spuszczała żaluzji, że była raczej bezwstydna, bo firanek też nie zaciągała do końca, że na sjestę rozbierała się z kolejnych warstw ubrania, aż do skąpej koszuliny. Że dnia dwudziestego siódmego września, w czasie sjesty, przyprawiła porządne rogi temu głupiemu mężowi z jakimś młodzieńcem, którego don Rafel nie zidentyfikował. Że wtedy, kiedy ją podglądał w trakcie przyprawiania rogów, wydawało mu się, że rozebrała się do naga. Od tamtego dnia zaczął przemyśliwać nad wykorzystaniem teleskopu. Zakochał się w niej... Trzymał straż przy oknie z bezgraniczną wiernością. Upokarzał go fakt, że wszystkie urządzenia optyczne dawały obraz odwrócony, ale całą duszą czekał z nadzieją w sercu na dzień, kiedy doña Gaietana zdecyduje się na sjestę w porze, kiedy on będzie na czatach. Och! Och! Tak! Don Rafel z entuzjazmem przyłożył oko do obiektywu. Tak, faktycznie otwierały się drzwi i och! doña Gaietana wchodziła do swojej sypialni z ziewnięciem, o mój ty rozkoszny leniuszku, co za piersi, jak jabłuszka... Nie krępuj się, odważnie, ty dziwko, przecież nikt cię nie widzi... Aj, aj... Doña Gaietana zaczęła rozpinać spódnicę, a don Rafel przeklinał powietrze, które ich dzieliło. Och, och, och, jakaż, och! Don Rafel aż się ślinił, moja Gaietano, wydaje się, że jesteś na wyciągnięcie ręki, co za ekstaza... Dlaczego nie rozbierzesz się do naga, najdroższa? No już, przecież jesteśmy sami, ty i ja, sam na sam... No, dalej, najdroższa... szybko, nie bój się!...

– Jaśnie panie.

Dyskretne pukanie do drzwi i głos Hipolita.

– Czego znowu? – odpowiedział don Rafel zirytowany. – Nie wiesz, że o tej porze pracuję?

– Pilna depesza z sądu.

Don Rafel przestawił teleskop, odstawił krzesło na miejsce, pospiesznie rozrzucił papiery na biurku i zasiadł w fotelu.

– Już otwieram – powiedział, wstając. Że też w tym domu nie szanuje się nawet godzin pracy. – Przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi. – Co? Co to za pilna sprawa?

Za Hipolitem pojawiła się postać znienawidzonego naczelnego komisarza policji, tego jak mu tam, kto by spamiętał te wszystkie jego nazwiska, jakiś portugalski port na końcu, ach, no tak, Setúbal, którego wolałby z bliska nie oglądać. Don Rafel uśmiechnął się i nie dopuszczając do głosu Hipolita, sam zaprosił gościa do środka: ależ proszę, proszę, panie komisarzu, co za niespodzianka! i don Jerónimo Manuel Cascal de los Rosales y Cortés de Setúbal wszedł do gabinetu don Rafela, nie reagując na jego uśmiech.

– To bardzo delikatna sprawa, jaśnie panie. – Komisarz czekał w milczeniu, aż tamten zamknie drzwi, obejdzie w koło biurko, usiądzie i jemu wskaże krzesło. Wtedy wyciągnął z kieszeni byle jak związany pakiecik i położył na stole.

– Poszliśmy na rewizję domu zatrzymanego w sprawie Desflors. I znaleźliśmy to.

Don Rafel, zaintrygowany, z niepokojem otworzył kopertę drżącymi palcami. Natychmiast się zorientował, co to takiego. Wpadł w panikę, cała krew spłynęła mu do nóg i zakręciło mu się w głowie.

– Skąd ten osobnik to wziął? – wyjąkał.

– Jeszcze nie wiemy. Musimy go przesłuchać.

– Nie! – Faktycznie, don Rafel źle to rozegrał. Bo po tym krzyku komisarz Setúbal podwoił w myśli sumę, jakiej może się domagać za dyskrecję. W każdym razie po krótkiej rozmowie obaj mężczyźni doszli do porozumienia. Jeden obiecał zapomnieć o pakiecie i o całej sprawie; drugi obiecał pamiętać o przysłudze. Do tego don Rafel musiał wręczyć z ręki do ręki temu półportugalskiemu komisarzowi sześć tysięcy reali, wyrwanych spod serca. Sam Setúbal zasugerował, by do materiałów dowodowych włączyć paszkwile znieważające króla, by jeszcze bardziej pogrążyć zatrzymanego, a moi ludzie, którzy to znaleźli, będą milczeć jak grób, jaśnie panie, ręczę za nich, jaśnie panie. Na okrasę wilczy uśmiech na twarzy komisarza. Sen o doñi Gaietanie rozwiał się bezpowrotnie, bo o czwartej po południu w połowie listopada, jak to się mówi, robi się coraz ciemniej, zwłaszcza w duszy jaśnie pana.

O ile w innych pomieszczeniach budynku ciemność o ósmej wieczorem była zupełna, o tyle w smrodliwym podziemiu, gdzie wydrążono lochy, ta sama ciemność stawała się gęsta, twarda i nieodwołalna. Andreu, oparty o wilgotny mur, oddychał niespokojnie. Nie wiedział, która jest godzina, czy już jest jutro, czy przedwczoraj. Podczas godzin dzielonej samotności zorientował się, że znajdująca się przed nim milcząca bryła to holenderski marynarz. Uwięziony za skręcenie karku swojemu genueńskiemu koledze w sprzeczce o kobietę i najwyraźniej wyzbyty ochoty do mówienia czy rozumienia. Andreu wiedział już, że ten gaduła, który go tu przywitał, przestawał się odzywać, kiedy robiło się całkiem ciemno, i wtedy naprawdę nie dało się tego wszystkiego znieść. I nic więcej; chociaż podobno było tam jeszcze trzech czy czterech, Andreu słyszał tylko od czasu do czasu kaszel, przekleństwa lub westchnienie pośród beznadziei panującej w celi. Oparty o ścianę nieustannie myślał, jak to się stało. W głębi duszy wierzył, że lada moment otworzą się drzwi celi i ktoś go wypuści, mamrocząc przez zęby parę słów przeprosin, a on je przyjmie, i po krzyku. Aż trudno uwierzyć, że tyle czasu upłynęło od momentu, kiedy żołnierze przyszli po niego do domu, i ciągle nic się nie wyjaśniło. Kto o tym wiedział? Kto... kto mógł teraz czynić starania, żeby wyjaśnić jego sytuację? Ten cudaczny najmimorda, który powinien go bronić, a był przekonany o jego winie? Kto jeszcze? Gdyby Nando nie wyjechał... Andreu nie pomyślał o swoim ojcu, bo nie wyobrażał sobie w tej roli człowieka, który w życiu nie zrobił nic praktycznego. Nikt więcej nie przychodził mu do głowy... Nie bez powodu przechwalał się, że jest największym samotnikiem w Barcelonie. W gruncie rzeczy wiedział, że ludzie, na których mógłby liczyć, są bezsilni. Ale głównym powodem jego desperacji była niemożność sprawdzenia, kto i jak działał na zewnątrz, by wyjaśnić tę absurdalną sytuację. Poza Nandem przyjaźnił się jeszcze z czterema młokosami, niezbyt zasobnymi w dobra materialne, o wygórowanych ambicjach literackich i muzycznych. Z definicji podchodzili nieufnie do dorobku barcelońskich Nieufnych Akademików z instytucji Acadèmia dels Desconfiats, i do jej spadkobierców, przekonani, że to, co oni tworzą, jest nieodwołalne i ostateczne, co trzeba złożyć na karb młodości. Andreu nie należał do żadnego koła, które mogłoby się o niego upomnieć. W pewnym momencie tego wlokącego się bez końca tygodnia w lochu, spędzonego na przeżuwaniu własnego nieszczęścia, poczuł się tak, jakby został pogrzebany za życia, bo nikt w świecie żywych nie wiedział, że umieszczono go w tym grobowcu, a ci, którzy wiedzieli, nie mogą zrobić prawie nic... A pani Roseta? Nic. A Teresa... Czy po raz pierwszy pomyślał o Teresie? Nie. Na pewno nie. Ale tym razem miał świadomość, że o niej myśli i wspomnienie dziewczyny stawało się coraz bardziej konkretne, prawie namacalne. Andreu, oparty o wilgotny mur, oddychał niespokojnie. Pragnął, żeby ktoś, ktokolwiek, zajął się jego sprawą, i jego pragnienie wznosiło się jak dym pod sufit tej nory i stapiało się z tysiącami innych pragnień, wydychanych przez wielu zdesperowanych ludzi, płaczących tu w środku. I być może ulatniało się przez zakratowane okienko w stronę deszczowej nocy na placu Blat. Całe miasto, zmęczone wysiłkiem ciągłego moknięcia, milczało w ciemności i pozwalało, by deszcz przemoczył je do szczętu, chyba zasmucone nadmiarem nagromadzonego smutku.

 

.

20 listopada 1799

Kochany Andreu, Synu boskiej Fortuny,

Przypisuję Ci to pochodzenie nie dlatego, by Twoje pojawienie się wśród śmiertelników było owiane tajemnicą (synu roztargnionego, poczciwego muzyka i nieodgadnionej, przynajmniej dla mnie, kobiety), ale dlatego, że jesteś jedyną osobą na świecie, naprawdę, do której napisałem dwa listy z rzędu. Piszę do Ciebie z jakiegoś dzikiego miejsca, zwanego Perafitą, w drodze do miasta Calaf. Pewnie się zastanawiasz, jeśli zwracasz uwagę na szczegóły, czego tu szukamy, w pobliżu Calafu, dziewięć dni od wymarszu z Barcelony, w tę pamiętną noc koncertu mademoiselle Desflors, skoro jest oczywiste, że dziewięć dni powinno nam wystarczyć, by minąć już Saragossę. No więc słuchaj: zboczyliśmy z drogi, bo chodziły słuchy, że w okolicy Calafu i Ponts działa banda rozbójników, a my mamy ich postraszyć. W żadnym razie nie chciałbym się na nich natknąć, bo jestem pewien, że to ja najadłbym się strachu. Ciągle pada. Nie przejaśniło się dziś ani na moment. I tak już od dziewięciu, dziesięciu czy tysiąca dni. Czy w Barcelonie też tak pada? Teraz, w niewygodnym namiocie wojskowym, ten sam model dla całego korpusu piechoty, piszę do Ciebie i słyszę kap-kap na brezencie, a Casares śpi w najlepsze. Ten cały Casares jest niezbyt rozgarnięty. Chce zostać inżynierem wojskowym, a nie odróżnia dębu szypułkowego od dębu ostrolistnego. Ja też muszę być głupi, że się zajmuję tropieniem rozbójników w deszczu, ciemną nocą. Przez tę fanaberię nadkładamy drogi, opóźniając skandalicznie marsz do Madrytu. Staram się zachować spokój: wojsko ma tę zaletę, że nie musisz się tłumaczyć z podejmowanych decyzji. To zadanie pułkownika. Jest coraz bardziej rozdrażniony, ale w końcu za to mu płacą.

Andreu, teraz chcę mówić o Tobie, chcę się ustosunkować do Twoich ostatnich siedemnastu wierszy. Bardzo dokładnie przemyślałem to, co Ci teraz powiem, dlatego nie denerwuj się i przemyśl to sobie, zanim mi odpowiesz. Do rzeczy: moim zdaniem te wiersze nie są całkiem dobre. Może jeszcze sonet, ale pozostałe nie. Wiesz, czego im brakuje? Że są niedorobione, surowe, jakby Ci się bardzo spieszyło, żeby je skończyć, rozumiesz mnie? Z taką samą szczerością, z jaką Ci to mówię (przypomnij sobie, jak skrytykowałeś moją Etiudę a-moll), również chcę Ci powiedzieć, że podziwiam Twoją umiejętność wyrażania tego, co chcesz powiedzieć. Ach, gdybyś tylko miał dobrych mistrzów! Ale Ty, kochany Andreu, synu boskiej Fortuny, masz dużo szczęścia; masz całe życie przed sobą i będziesz robił postępy z coraz większą łatwością, bo w gruncie rzeczy naszymi najlepszymi mistrzami jesteśmy my sami. Uważam, że w tych wierszach, mimo że nie są najlepsze, jest materiał na prawdziwego poetę. Tego jestem pewien. Słuchaj: a może byś spróbował pisać po kastylijsku albo po francusku?... Ach, głupio mi się powiedziało, przecież Ty nie znasz francuskiego. Przepraszam. Excusez-moi, mon quoiquoi, wiecznie zakochany w pięknie, w dowolnej formie (a najlepiej, żeby było przymiotem kobiety).

Ach, Andreu! Co tam słychać na Rambli? Czy świergoczą jeszcze bogatki na akacjach? A w porcie, przybyło okrętów?... Nie masz pojęcia, jak bardzo tęsknię za Barceloną, kochany Andreu, nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo pragnę wrócić i spacerować po placu Pi, a jednocześnie czuję, że kusi mnie świat, który chcę poznać, i oba te pragnienia w niepojęty sposób stapiają się w jedno.

Wydaje mi się, że aby być dobrym podróżnikiem, trzeba umieć tęsknić. Bo jak nie, żyjesz jak koń na galerach... Przez tę rozmowę z Tobą zrobiłem się sentymentalny. Może myślę o tym wszystkim dlatego, że tutaj, pośród kamieni i wrzosów Perafity, nie ma żadnej kobiety, która by mi kazała inaczej spojrzeć na świat... Co tam! Das Wort Freiheit klingt so schön... jak twierdzi niezrównany Goethe. Zapamiętaj to sobie, Andreu: słowo wolność brzmi cudownie w naszych uszach... a ja, paradoksalnie, na przekór mojemu mundurowi, oddycham wolnością przez sam fakt obserwowania krajobrazu i przekształcania go w myśli... Casares chrapie. Sprowadził mnie na ziemię. Och! I w tym zderzeniu z matką ziemią nie było nikogo, kto by mi pomógł zamortyzować upadek! Jestem sam w jakimś absurdalnym wojskowym namiocie, czeka mnie noc w towarzystwie tego chrapiącego idioty, porucznika, obojętnego na pejzaże... Jakiż ja jestem nieszczęśliwy.