Pożądanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Jaro — zaczyna wresz­cie.

Patrzy tak, że piwo w moim żołądku zmie­nia się w cement.

— Będę szedł — mówi.

— Posiedź jesz­cze. Będą mecze.

— Nie, idę już.

— Posiedź. Cho­ciaż na jeden.

— Muszę iść.

Nie wstaje z fotela, ale obaj wiemy, że już wyru­szył z powro­tem.

— Masz romans — mówię mu.

— Nie mów Ani.

— Stary, zdra­dzasz żonę.

— Nie mów, obie­caj, że jej nie powiesz.

Wresz­cie wycho­dzi słońce. Świa­tło dzieli nasze prze­strze­nie na dwa nie­równe frag­menty.

— Artek — mówię.

Nie odpo­wiada.

— Artek, Jezu, nie płacz.

— Sar­bi­nowo — mówi i nie­pew­nie pod­nosi się z fotela. — Tam­tego roku poje­cha­li­śmy do Sar­bi­nowa.

Zamy­kam za nim drzwi i bie­gnę do kibla. Wymio­tuję alko­ho­lem i śnia­da­niem.

W pokoju leży jego bluza. Wyrzu­cam ją do kosza, idę na bal­kon. Wra­cam po nią. Pach­nie naszymi wspól­nymi waka­cjami. Wyno­szę ją do zsypu na klatce.

Zanim położę się spać, odbie­ram SMS od two­jej mamy.

Odpi­suję jej, że też ją kocham, a potem długo nie mogę usnąć. Pościel i prze­szłość parzą mnie, uwie­rają.

* * *

W poprzed­nim życiu.

Wstaję od kom­pu­tera i roz­glą­dam się po biu­rze. Puste boksy i mar­twe moni­tory, kan­cia­sta pusty­nia papieru i pla­stiku. Ciem­ność za oknem wyświe­tla obraz: zgar­biony męż­czy­zna, wymięta koszula i brzydki kra­wat. Żółte świa­tło, żółta skóra. Elek­tro­sta­tyczna cisza.

Żółte myśli.

Ruszam mię­dzy biur­kami, naj­pierw do wiszą­cej szafki, po klu­cze. Idę i patrzę uważ­nie. Pusto, tu i w kory­ta­rzu, i w socjal­nym, w kuchni, wszę­dzie pusto.

Kolejny kory­tarz. Gdy widzę uchy­lone drzwi, tętno przy­spie­sza, rośnie ostrość widze­nia.

Otwie­ram drzwi sze­rzej.

Pod­nosi wzrok znad moni­tora. Patrzy na mnie długo i bez słowa. Wresz­cie spraw­dza coś w tele­fo­nie i odkłada go na biurko. Chwilę pisze coś na kla­wia­tu­rze. Zdej­muje oku­lary. Popra­wia gumkę, którą zebrała włosy w kucyk. Roz­gląda się wokół sie­bie i do wewnętrz­nej kie­szeni żakietu wkłada paczkę chu­s­te­czek higie­nicz­nych. Sięga dłońmi pod spód­nicę i, nie wsta­jąc z fotela, zdej­muje majtki, które chowa do torebki leżą­cej obok. Dopiero wtedy wycho­dzi zza biurka.

Pusz­czam ją przo­dem, wycho­dzimy na kory­tarz. Idzie pierw­sza, nie ogląda się, czuję per­fumy i papie­rosy. Scho­dami w dół, stu­dzienne echa jej obca­sów, gra­na­towa roz­ko­ły­sana spód­nica, świe­tlówki ciek­nące brzę­czą­cym bla­skiem, scho­dami w dół.

Zatrzy­muje się, gdy niżej już nie można, obok piw­nicz­nych drzwi do ser­we­rowni. Czeka. Przy­gląda mi się chłod­nym spoj­rze­niem z roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej.

Gdy otwie­ram drzwi, nie patrzę na nią, mimo że stoi bar­dzo bli­sko. Czuję jej gorący oddech, wonie maki­jażu i czosnku w sałatce z lun­chu.

Włą­czam świa­tło, pusz­czam ją przo­dem, zamy­kam za nami na klucz. Niska kan­ciapa, pełna szem­rzą­cych kom­pu­te­rów i kurzu, który śmier­dzi prze­po­co­nym tiszer­tem.

Zdej­muje żakiet i sta­ran­nie wie­sza go na opar­ciu krze­sła.

Staje dwa metry ode mnie, oparta poślad­kami o biurko. Patrzymy na sie­bie. Wyswo­ba­dza dół bluzki ze spód­nicy. Gdy siada na bla­cie, zrzuca na pod­łogę jakąś powieść fan­tasy.

Roz­pina guziki bluzki, robi to szybko i dla sie­bie. Ostre cie­nie oboj­czy­ków, kre­mowa biel sta­nika, pępek. W tym świe­tle jej skóra ma barwę i fak­turę mąki. Ciem­ność mię­dzy jej nogami. Gdy się poru­sza, widzę, że ma ten sam sta­nik co wczo­raj. Czeka na mnie.

Mógł­bym teraz wyjść.

Pod­cho­dzę i wpa­so­wuję się w nią, ści­skam dłońmi jej uda.

— Deli­kat­niej — mówi do mnie. Naci­skam moc­niej, aż syczy i odchyla się do tyłu. Prze­su­wam dło­nie w głąb niej, w śli­skie, sze­lesz­czące nylo­nem cie­pło. Oboje drżymy, gdy docie­ram do miej­sca, gdzie koń­czą się poń­czo­chy. Doty­kam jej gorą­cej skóry i myślę o tym, że jej majtki zostały na górze i już nic mnie od niej nie dzieli.

Patrzy na mnie i czeka. Prze­su­wam dło­nie głę­biej, aż wyczu­wam miej­sce, w któ­rym zaczy­nają odra­stać wło­ski. Zmarszczki wokół jej oczu drgają. Pół­le­żąc, oparta na łok­ciach, obser­wuje mnie, koły­sząc bio­drami, zachęca, żeby dalej. Skóra mię­dzy jej pier­siami jest ciem­no­ró­żowa.

Głasz­czę ją i mam wra­że­nie, że sły­szę ją, tam, spod spód­nicy.

Spo­gląda w głąb sie­bie i mru­czy, krótko i nie­cier­pli­wie. Cofam dło­nie. Się­gam do kie­szeni i wrę­czam jej paczkę z pre­zer­wa­tywą. Zakłada ją spraw­nie, nie­mal nie­dbale, nie dając przy­jem­no­ści.

Pod­wija spód­nicę, wysoko, do pasa. Celuję, ale powstrzy­muje mnie.

— Cze­kaj. Ja. — Bie­rze go w dłoń i dyk­tuje tempo, przy­naj­mniej na początku.

Jest cicha, skon­cen­tro­wana na sobie i zde­ter­mi­no­wana na finał. Oboje jeste­śmy, to jest jak zapasy i wyścigi, prze­py­chanka w kolejce do super­mar­ke­to­wej kasy. Obser­wuję ją z góry, widzę, że jej nie­wy­god­nie na bla­cie biurka i mam to w dupie. Koń­czę, błysk roz­ko­szy, po któ­rej przy­cho­dzi ponura nie­chęć.

Patrzę, jak korzy­sta z chu­s­teczki, i myślę o tym, że jej nie lubię. Zanim wyj­dziemy, odkła­dam książkę na biurko.

— Do jutra — żegna się, zanim znik­nie w swoim gabi­ne­cie.

Mam dwa nie­ode­brane połą­cze­nia. Oddzwa­niam.

— Halo.

— Cześć. Dzwo­ni­łaś.

— Tylko żeby ci powie­dzieć, że nie musisz się śpie­szyć. Łuka­szek już dużo lepiej. Tem­pe­ra­tura spa­dła do trzy­dzie­stu ośmiu i kazał włą­czyć sobie G.I. Joe.

— Super.

— Super. I nawet zjadł zupę.

— No to rze­czy­wi­ście.

— Więc dokończ sobie wszystko spo­koj­nie, a my cze­kamy.

— Już jadę.

— Bomba. Oby nie za szybko.

— Jasne. Pa.

— Pa, pa.

Męż­czy­zna w wymię­tej koszuli. Elek­tro­sta­tyczna cisza.

* * *

— Poli­czy­łam butelki — mówi Ania. — Tyle, co nic.

— Więk­szość Artura.

— Domy­ślam się.

Nie wiem, kiedy przy­szła. Obu­dzi­łem się póź­nym popo­łu­dniem i pobie­głem rzy­gać. Teraz leżę w łóżku, z głową na jej udach. Ania sie­dzi, pije piwo i bawi się moim wło­sami. Chyba ni­gdy wcze­śniej tego nie robiła.

Zza okna pach­nie desz­czem.

— Chcesz łyka?

— Boże, nie.

Wzdy­cham. Dzi­siej­sze dopo­łu­dnie jest ciem­no­ścią.

Dostrzega coś w mojej twa­rzy.

— Jak było? — pyta mnie.

— Dziw­nie.

Kiwa głową.

— Bar­dzo się bałem tego spo­tka­nia.

— Wiem — uśmie­cha się do mnie, smutno i ślicz­nie. — Ja też.

— Ty też.

Kiwa głową.

— Mie­li­śmy straszną tremę. Wspo­mi­na­li­śmy stare czasy.

— Stare czasy — mówi Ania i ma na myśli tyle rze­czy. Naj­bar­dziej na świe­cie chciał­bym jej powie­dzieć, że jesz­cze będzie jak daw­niej.

— Słu­cha­li­śmy muzyki.

— Widzia­łam.

— Siwieje.

Patrzy na mnie, na cie­bie i uśmie­cha się tylko. I prze­staje.

— Co u nich?

Ciem­ność.

— Nie wiem. Krzyś chciał mnie zoba­czyć. Poże­gnać Łukaszka.

— To nie jest dobry pomysł.

— Mary­sia też tak twier­dzi.

Jej twarz nad moją. Patrzy uważ­nie, czeka.

— Nie wiem. Chcia­łem powie­dzieć mu tyle rze­czy.

— I nie powie­dzia­łeś.

— Nie powie­dzia­łem.

— Umó­wi­li­ście się?

— Nie zdą­ży­li­śmy, bo pobie­głem spa­wać.

— Spa­wać. Dawno nie sły­sza­łam, żeby ktoś tak mówił.

— Rany — jęczę. — Za co to wszystko.

— Dobre pyta­nie.

— Może i dobre.

— Cho­ciaż nie — mówi Ania. — Nie chcia­ła­bym być czę­ścią two­jej pokuty.

Dotyka dło­nią mojego policzka. Chłodne paznok­cie na gorą­cej skó­rze.

— Dwa piwa — mówi.

Szar­pie mnie za włosy i nagle śmieje się, gło­śno i szcze­rze. Jej piersi i uda trzęsą się wokół mnie. I ta chłodna dłoń, i ostre paznok­cie.

Patrzymy na namiot w moich bok­ser­kach.

Całuje mnie w czoło i zrzuca z sie­bie.

— Przy­niosę ci coli.

Ogląda się, zanim wyj­dzie z sypialni. Uśmiech jak deszcz, spo­kojny i cie­pły.

Zaczy­nam rozu­mieć, że jesz­cze wszystko się jakoś ułoży.

* * *

— Nie chcę tu wię­cej przy­cho­dzić.

— Nie chcesz — mówi dok­tor Marianna Szulc. — Cho­dzi o bada­nia czy o nasze roz­mowy?

— Jedno i dru­gie. Nie mogę zapo­mnieć.

— Myślisz, że to przez nas?

— Nie poma­ga­cie.

— Rze­czy­wi­ście.

— Dla­tego chciał­bym, żeby to było nasze ostat­nie spo­tka­nie.

— Rozu­miem.

— Czy­ta­łem mate­riały od was. Moja rezy­gna­cja nie ozna­cza cof­nię­cia renty.

— Oczy­wi­ście, że nie. Renta jest doży­wot­nia. A w sys­te­mach zosta­jesz jako czter­na­sto­la­tek.

— Pełny reset.

— Można tak powie­dzieć. Kon­sul­to­wa­łeś to z Anią?

— Nie. Ania nie wie.

— Ale powiesz jej.

— Oczy­wi­ście.

— Chcesz poszu­kać innych przy­wró­co­nych.

— Nie wiem.

— Chcesz. Myślisz, że tak będzie łatwiej. Bez naszej obser­wa­cji.

— Bez żar­tów. Obser­wa­cji będzie teraz wię­cej.

— Doprawdy?

— Nie prze­ce­niaj się. To naj­mniej­szy z moich pro­ble­mów.

— A co jest naj­więk­szym?

— Chyba nadzieja. Teraz – nadzieja.

— Nadzieja.

— Zaczą­łem wie­rzyć, że się ułoży. Że jesz­cze będzie dobrze. Ale to spra­wia, że boję się jak ni­gdy wcze­śniej.

 

— Do tej pory wszystko działo się siłą roz­pędu. Teraz myślisz o przy­szło­ści. Zaczy­nasz pla­no­wać i podej­mu­jesz decy­zje.

— Nie prze­żyję, jak się nie uda. Jak nam nie wyj­dzie. Bo Ania się nie przy­zwy­czai. Ale się stara, wal­czy. Jest ina­czej i już nie wró­cimy do tego, co było, możemy tylko wra­cać do tego, j a k było. Tylko zaczy­nać na nowo. Ucie­kać do przodu. Ona zaczyna mnie dostrze­gać. M n i e.

— Wyda­rzyło się coś dobrego?

— Wła­śnie nie, nic szcze­gól­nego. To zna­czy tak, cią­gle się wyda­rza. To moja głowa, to w niej. Odkąd to zro­zu­mia­łem, jest ina­czej.

— Uśmie­chasz się.

— Dziwne, prawda?

— Cie­szę się — mówi Marianna Szulc, chyba szcze­rze.

— Dla­tego nie chcę wię­cej tu przy­cho­dzić.

— Rozu­miem.

— Ona zawsze będzie widzieć Łukaszka. Będzie patrzeć na swo­jego syna. Jak nie będę z tym wal­czyć, Ania mnie zaak­cep­tuje. Będzie miała nas obu. Wypra­cu­jemy to.

— Tylko czy będzie chciała tego męż­czy­znę, któ­rym jesteś? Któ­rym byłeś?

— Prze­cież ci tłu­ma­czę. To bez zna­cze­nia, pora­dzę sobie. Bo ja będę ją miał.

— To dobra wymiana?

— Znowu będę ją miał.

— Rozu­miem.

— Myślisz, że tu wrócę, prawda?

— Nie wiem.

— Prze­cież widzę. Nie jestem pierw­szy, co?

— Który rezy­gnuje z opieki?

— Opieki. Dobre.

— Nie jesteś pierw­szy.

— Oni wra­cają do was.

— Wszy­scy bez wyjątku — mówi dok­tor Marianna Szulc. — Wszy­scy.

Nie sły­szę w jej gło­sie satys­fak­cji.

* * *

Algo­rytmy flirtu. Non­sza­lanc­kie spoj­rze­nia, lek­ce­wa­żące i jed­no­cze­śnie gęste od zna­czeń. Dyna­miczne tra­jek­to­rie gestów i roz­mów, kurs pozor­nie koli­zyjny, w ostat­niej chwili korekta, tak, by przez chwilę iść rów­no­le­gle, bez otar­cia, poczuć wza­jem­nie stałe gra­wi­ta­cji. Stałe, a jed­nak zmienne.

Patrzę na nią, doty­kam jej wzro­kiem, odkąd tylko przy­szli­śmy. Jej jest trud­niej, potrze­buje roz­mowy, gry w ramach bar­dziej zło­żo­nych sys­te­mów. Wiem, że to z mojego powodu, zresztą zawsze tak było.

Jeste­śmy wśród obcych i tak jest łatwiej. Obcy hotel w obcym mie­ście, w któ­rym porzu­ci­li­śmy nasze rze­czy na pastwę nie­oswo­jo­nych mebli. Ano­ni­mowi w tłu­mie, Ania zała­twiła w pracy wej­ściówki na wer­ni­saż, i przy­szła tu z synem. Nikt nie spraw­dza, jeste­śmy więc, cho­dzimy od płótna do płótna, zawsze razem, nawet gdy ple­cami do sie­bie, wzdłuż prze­ciw­le­głych ścian. Krót­kie spo­tka­nia przy tacach z alko­ho­lem, zabawa w uszczy­pliwe komen­ta­rze do pod­słu­cha­nych ocen. I wza­jemne zło­śli­wo­ści, które prze­no­szą nas do cza­sów, gdy wszyst­kiego mie­li­śmy aż nadto.

Stoi parę metrów dalej, w grupce wsłu­cha­nej w kura­torkę wystawy, bez­wied­nie stuka paznok­ciami w nóżkę trzy­ma­nego kie­liszka. Jest tro­chę pijana i wino na jej policz­kach ład­nie współ­gra z maki­ja­żem. Upija łyk, przez chwilę patrzy na mnie, potem znów udaje, że słu­cha, a może rze­czy­wi­ście jest zain­te­re­so­wana, a ja przy­glą­dam się, zadzi­wiony, jak alko­hol i wiara potra­fią ją odmło­dzić. Zerka na mnie, cień uśmie­chu i pół spoj­rze­nia, łyk wina, znam ten rumie­niec. Patrzę na jej bluzkę, zapiętą pod szyję, na spód­nicę, nie­zbyt krótką, ale obci­słą, sta­wia­jącą fizyczny opór, na jej nogi, na fak­turę raj­stop, i nie wiem, jaką bie­li­znę ma na sobie, a ta nie­wie­dza jest inspi­ru­jąca. Znów na mnie zerka, a gdy chcę dać jej znak, Ania uprze­dza mnie i wycho­dzi do innej sali. Jej ciało jak wazon, oddala się i robi to dla mnie, algo­rytmy flirtu.

Przy­nosi mi szklankę soku. Wiem po samym jej spoj­rze­niu, mia­łeś te same iskierki w oczach, gdy coś nabro­iłeś, mia­łeś to po niej. Pró­buję. Mocne, mnó­stwo wódki, aż mnie krzywi.

Dotyka wło­sów, gdy chwilę roz­ma­wiamy, znów bawiąc się w lożę szy­der­ców. Dłoń, bran­so­letka, ucho, już nie­mal zapo­mnia­łem, jaki to wspa­niały gest.

Patrzy gdzieś obok, tro­chę zbyt długo. Odwra­cam się i od razu wiem. Star­sza pani, przy­gląda się nam, nie chcąc uwie­rzyć w to, co widzi. Pijana czter­dzie­sto­let­nia baba flir­tuje z chłop­cem, poi go alko­ho­lem. Wzrok tej sta­ruszki. Pogarda, strach i litość, nie wiem tylko, do któ­rego z nas.

Myślę o Ani, pierw­szy raz tego wie­czoru tak naprawdę. Rozu­miem, że już po wszyst­kim, i wzdy­cham do trzy­ma­nego drinka.

— Wra­cajmy do hotelu — mówi Ania.

W jej spoj­rze­niu jest coś wspa­nia­łego, nie patrzyła tak na mnie od lat. Nie umiem powstrzy­mać uśmie­chu.

Zanim wyj­dziemy, idzie do toa­lety. Ucie­kam do innej sali, by móc skoń­czyć drinka. Tele­fon.

— Cześć, Artek.

— Cześć.

Cisza po tam­tej stro­nie.

— Co jest, Artur.

Nie­równy oddech.

— No, co jest? — pytam i roz­glą­dam się za Anią.

— Nic. Sorry. Pomy­li­łem numery.

Jest pijany.

— Artur, kurwa, o co cho­dzi?

— Ona wie — odpo­wiada. — Mary­sia wie.

— Nie­do­brze.

— Domy­śliła się.

— Przy­zna­łeś się.

— Domy­śliła się.

Dopi­jam alko­hol.

— Nie wiem, Artek. Nie wiem, co powie­dzieć.

— Jaro — mówi innym gło­sem, już spo­koj­niej­szy. Jakby zmie­nił zda­nie. Albo dostał, czego chciał.

— Tak, Artek?

— Nie mów Ani.

Roz­łą­cza się.

W końcu pod­cho­dzi Ania. Patrzy dziw­nie, jakby cze­goś we mnie szu­kała albo już dostrze­gła, wódka mie­sza w gło­wie.

Wycho­dzimy w let­nią noc, cie­płą i miękką. Tak­sówka jest za chwilę.

Ania sie­dzi bli­sko, ale patrzy w okno. Przy­glą­dam się jej szyi, czuję kolano oparte o moje. Nagle odwraca się do mnie, wygląda, jakby pod­jęła decy­zję. Mówi kie­rowcy, by zawiózł nas pod mono­po­lowy. Nie wiem, co powie­dzieć.

Kła­dzie dłoń na moim udzie i patrzy na mnie nie­ja­snym, zacię­tym spoj­rze­niem. Przez dżinsy wyczu­wam drże­nie jej ręki i nie rozu­miem, co to ozna­cza, trudno mi zebrać myśli. Prze­suwa dłoń odro­binę wyżej.

Wtedy kie­rowca kicha. Zer­kamy w jego stronę. Opuch­nięte, wyba­łu­szone oczy, gapią się przez wsteczne lusterko. Ma płytki świsz­czący oddech i aż wibruje z pod­nie­ce­nia.

Zatrzy­muje samo­chód pod skle­pem. Ania wycho­dzi.

Oczy w lusterku kur­czą się do mnie, po chwili rozu­miem, że to uśmiech. Odwra­cam wzrok, roz­glą­dam się po smut­nym wnę­trzu tak­sówki. Wonie podróży: wytarta tapi­cerka, zbyt wiele odde­chów i pot, ten, który bie­rze się z braku ruchu. Cia­sno w gaciach, mosz­czę się, ale wciąż jest nie­wy­god­nie. Myślę o tele­fo­nie od Artura.

Wraca Ania z otwartą butelką wina.

— Zmiana pla­nów — mówi do kie­rowcy. — Pojeź­dzimy tro­chę.

Ruszamy.

Podaje mi butelkę. Wino jest pyszne. Ania wyciera mi pal­cem kącik ust.

Jedziemy i patrzymy na sie­bie, oglą­dam ją jak poklat­kową ani­ma­cję, uliczne latar­nie wyświe­tlają kolejne kadry. Jest piękna i śmier­tel­nie poważna. W oczach ma mia­sto prze­wi­ja­jące się za oknami i całe nasze życia. Oddy­cha ciężko. Opiera dło­nie na moich ramio­nach, ści­ska je i na chwilę przy­myka oczy. Nachyla się do mnie, ale fru­stru­jąco powoli, jakby powie­trze mię­dzy nami gęst­niało z każ­dym mili­me­trem, albo to wszystko mi się tylko wydaje, a ona po pro­stu koły­sze się w rytm jazdy.

Kładę rękę na jej udzie, tuż nad kola­nem. Ona prze­suwa nogi w nie­zna­nym geście, nie­równe pik­sele raj­stop, sze­lest ubrań. Dra­pię po jej skó­rze, świst paznokci na syn­te­tycz­nym włók­nie. Ania popra­wia się na sie­dze­niu, wąska spód­nica krę­puje ruchy. Sięga dło­nią do moich wło­sów, łapie ich dużo i mocno, i mru­czy krótko, nie­zro­zu­miale. Rumie­niec wspina się po jej szyi.

Bie­rze ode mnie butelkę, pije długo, a potem gwał­tow­nie chwyta powie­trze, jak po dłu­gim zanu­rze­niu. Włosy lepią się do jej spo­co­nego czoła i do jej szyi.

Zer­kamy przed sie­bie, na oczy we wstecz­nym lusterku. I znów jeste­śmy sami.

Opiera dłoń na moim przed­ra­mie­niu, potem karku, na klatce, na udach. Maca je, powoli i meto­dycz­nie, jakby spraw­dzała ich trwa­łość. Ma szkli­ste oczy i nie wiem, czy to od wina.

Doty­kam jej oboj­czyka, po chwili prze­su­wam dłoń niżej.

— Mój Boże — mówi Ania. Wzdy­cha ciężko i cicho.

Zabiera mi rękę na swoje udo. Roz­pina guzik bluzki i dra­pie się po miej­scu, gdzie koń­czy się szyja. Obce barwy, na niej i mię­dzy nami, latar­nie, neony, uliczne świa­tła.

— Aniu — mówię. — Pokaż mi swój tele­fon.

Marsz­czy brwi, jakby nie dosły­szała.

— Kto zadzwo­nił? — pytam.

Patrzy za okno. Czer­wone świa­tło.

— Cicho — szep­cze łagod­nie.

— Które z nich?

Cśś. — Palec przy ustach. — Potem.

Ruszamy. Znów mnie czę­stuje, potem pije sama, a ja myślę o naszych pierw­szych waka­cjach. Na chwilę opusz­cza szybę i wyrzuca butelkę, która roz­bija się na asfal­cie. Kie­rowca mil­czy, jedziemy.

Roz­pina mi roz­po­rek. Popra­wia się na sie­dze­niu, odgar­nia włosy za uszy.

Sły­szę, jak biją nam serca.

— Nie — mówię do niej i nie pozwa­lam jej się schy­lić.

Biorę jej dłoń i kie­ruję w stronę kro­cza.

Gdy na chwilę otwie­ram oczy, widzę, że Ania pła­cze. Powi­nie­nem kazać jej prze­stać.

Zamy­kam oczy. Latar­nie, neony. Jedziemy.

* * *

Kobieta sie­dzi przy sto­liku w hote­lo­wej kawiarni. To nie jest jej miej­sce, co chwilę popra­wia się na krze­śle, prze­sta­wia fili­żankę z kawą. Pali czę­sto i szybko, mruży oczy od połu­dnio­wego słońca.

Przy­siada się męż­czy­zna. Przy­gląda się jej. Czeka, aż skoń­czy papie­rosa.

— Palisz — mówi do niej.

Kobieta patrzy w okno.

— Będzie zimno, gdy zaj­dzie słońce.

Męż­czy­zna mil­czy.

— Mary­sia dzwo­niła — mówi ona. — Przed chwilą. Umó­wi­łam się z nią dziś wie­czo­rem, jak wrócę.

— Dla­czego?

— Bo jestem jej to winna.

— To nie jest dobry pomysł.

— To nie był dobry pomysł od samego początku — mówi kobieta.

Mil­czą.

— Artur chciał ci powie­dzieć — mówi kobieta. — Ale bał się, że powiesz Marysi.

— Powie­dział­bym.

— Zawsze był roz­sąd­niej­szy.

Męż­czy­zna kręci głową.

— To nic — mówi do niej.

— Nie cze­kaj na mnie wie­czo­rem.

— Wró­cisz późno.

— Nie wrócę.

— To wszystko nic — powta­rza męż­czy­zna. — Będzie dobrze.

— Nie­na­wi­dzę naszego miesz­ka­nia.

— Nie­prawda.

Kobieta uśmie­cha się smutno i zapala papie­rosa.

— Będzie dobrze, Aniu.

— Nawet nie masz poję­cia — mówi kobieta. — To ja jestem dzi­wa­kiem, któ­remu się przy­gląda i o któ­rym się szep­cze. To ja nie mogłam odciąć się od pracy, od rodziny.

— Wyje­dziemy.

— Nie.

— Damy sobie radę.

— Nie mogę na cie­bie patrzeć — mówi kobieta. — Rozu­miesz?

— To nie jest moja wina.

— Nie­na­wi­dzę cię za to, że nie jesteś nim. Że zają­łeś jego miej­sce.

— Nie chcia­łem tego.

— Już tak nie mogę.

— Zdra­dza­łem cię — mówi męż­czy­zna.

Kobieta zamyka oczy.

— Wiem.

— Wiesz — powta­rza po niej.

Patrzą długo na dzieci bawiące się pod ścianą.

— Osza­leję, jak nie ucieknę — mówi ona. — Od tego wszyst­kiego.

— Ode mnie.

— Tak, od cie­bie.

— Wcale tego nie chcia­łem — powta­rza męż­czy­zna.

— Wiem. Przy­kro mi.

Kobieta zagląda do pustej paczki.

— Obie­caj mi, że już nie będziemy musieli się spo­ty­kać.

— Nie poca­ło­wa­łaś mnie. Ani razu.

— Ktoś przy­je­dzie po rze­czy. Prze­każe doku­menty do pod­pisu. I tak dalej.

— Ani razu nie poca­ło­wa­łaś mnie w usta.

Kobieta wstaje i po chwili waha­nia głasz­cze po gło­wie nasto­latka, z któ­rym sie­działa przy sto­liku. Pochyla się nad nim, daje mu buziaka, a gdy jest uśmiech­nięta, robi się śliczna. Kiedy uśmiech wypa­ro­wuje, kobieta odcho­dzi.

* * *

Opo­wiem wam o miło­ści.

Łuka­szek leży tuż obok. Patrzę, jak wycieka z niego życie i mie­sza się z ben­zyną roz­laną na asfal­cie. Nie mogę się ruszyć i nie­wiele czuję, i mam nadzieję, że on też.

Frag­ment któ­re­goś z nas pod­ska­kuje mię­dzy nami, zakli­no­wany mię­dzy opar­ciem fotela a wygiętą kie­row­nicą. Łukasz ma zamknięte oczy, jakby spał. Puch­nie mu twarz i coraz bar­dziej przy­po­mina tam­tego stworka, któ­rego poka­zała mi pie­lę­gniarka, nocą w szpi­talu, czter­na­ście lat temu. Odwi­nęła zno­szony szpi­talny becik, a tam był mój syn, siny i nie­ru­chomy, sku­lony i jakby już czujny, jakby dopiero gotu­jący się do drogi. Gdy kobieta uszczyp­nęła go w poli­czek, zaskrze­czał, bar­dziej ze zło­ści niż bólu, naj­wspa­nia­lej.

 

A teraz jestem tutaj i patrzę na to, co z nas zostało. Nie powinno tak być.

Łuka­szek otwiera oczy. Długo patrzy i nie widzi. Tak bar­dzo chciał­bym go dotknąć.

Zdaje mi się, że sły­szę syreny.

— Tatu­siu — mówi wresz­cie. Spoj­rze­niem mógłby koń­czyć całe światy. — Tatu­siu.

Przy­myka powieki i to już.

Nie powinno tak być.

Czarna wata, gorąca i gęsta.

* * *

Opo­wiem wam.

Pod koł­drą jest duszno i ciemno. Wyczu­wam jej twarz tuż przy mojej, ma zimny nos. Ania chi­cho­cze i zatyka usta poduszką.

Prze­staję ją łasko­tać, ale nie pozwa­lam jej się odsu­nąć, uwol­niła dło­nie i teraz dra­pie mnie po ple­cach. Po omacku głasz­czę jej twarz i szyję, pach­nie bal­sa­mem i kre­mem dla dzieci. Choć poważ­nieje, czuję, że wciąż się uśmie­cha.

— To może dzi­siaj — szep­cze.

— Tak?

— Tak.

— Idziemy na kanapę?

— Nie. — Dotyka moich ramion, przy­po­mina je sobie. — Nie chcę stąd iść.

Jeste­śmy ostrożni i cisi, i dużo trzy­mamy się za ręce. Potem leży tuż obok, cze­ka­jąc, aż znajdę oddech. Bawi się moimi war­gami.

— Ma twoje usta — mówi i sły­szę w jej gło­sie dumę.

Pod­no­simy głowy i patrzymy na koły­skę w nogach łóżka. Jesteś tam, choć wciąż nie mogę w to uwie­rzyć. Śpisz.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?