Pożądanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

To już trzeci przy­pa­dek w tym kraju. Pierw­szy z oso­bami innej płci.

— Zabi­ła­bym się.

— Wąt­pię. — Wycią­gam tro­chę nogi i opie­ram je o jej uda.

— Mówię ci. Zabi­ła­bym się.

— Żyła­byś, wła­śnie dla­tego, że wró­ci­łaś. Żyła­byś dalej.

— Znowu.

— Żyła­byś znowu. Szcze­gól­nie ty.

— Będą o niej pisać, jak się zabije.

— Nie dadzą jej żyć — mówię. — Jeśli się zabije, to przez nich.

— I tak nie wie­dzą wszyst­kiego. — Ania prze­ciąga się, ręce wysoko nad głową. — My nie wiemy wszyst­kiego.

Dostrzega, jak na nią patrzę.

— Wra­ca­ją­cych jest wię­cej — mówię. — Ukry­wają ich.

Się­gam pod wodę, łapię jej kostkę i przy­cią­gam do sie­bie. Mru­czy, gdy zaczy­nam maso­wać jej łydkę, miękką i gładką.

— I bar­dzo dobrze, że ukry­wają — mówi Ania. — Biedni ludzie.

— I naprawdę nie chcia­ła­byś wró­cić w moim ciele?

— Boże, nie.

— Powinno mi być przy­kro.

Odwza­jem­nia mój uśmiech. Unosi drugą nogę, stopę opiera o moją pierś.

— Poma­lo­wa­łaś paznok­cie.

Prze­wraca oczami.

— Tydzień temu.

Ma zabawne palce u nóg, kró­ciut­kie i pulchne. Wsty­dzi się, gdy zwra­cam na nie uwagę. Kostka, łydka, kolano, tro­chę uda, a reszta pod pianą. Odwza­jem­nia mój uśmiech.

Przy­su­wam się do niej, pochy­lam ku jej twa­rzy. Sma­kuje pły­nem do płu­ka­nia ust i jakby mydłem. Ania obej­muje mnie nogami. Się­gam pod pianę, woda jest przy­ja­zna, pomocna, szu­kam jej i ją znaj­duję. I czuję, jak Ania chwyta mój czło­nek, kąpiel pomaga zre­du­ko­wać nie­po­trzebne dyso­nanse. Sie­dzimy bli­sko sie­bie i wciąż za daleko, woda chlu­pie.

— Ta!–to!

Krzyk Łukaszka zza drzwi łazienki.

Odru­chowo cofam rękę.

— Tak, synku.

— Inter­net znowu nie działa!

Zer­kam na Anię. Uśmie­cha się. Zwol­niła tempo, ale nie zabrała dłoni.

— Zre­se­tuj router — mówię gło­śno.

— Ale jakie jest hasło?

— Na route­rze jest kar­teczka.

— Wyrzu­ci­łeś — szep­cze Ania, wyraź­nie zado­wo­lona. Przy­mknęła oczy. — Przy sprzą­ta­niu.

— Wyrzu­ci­łeś — krzy­czy Łukasz.

Mówię mu hasło i przy­glą­dam się rumień­cowi na jej szyi.

— Cze­kaj! Wezmę coś do pisa­nia.

— Zapa­mię­tasz.

— Nie! Cze­kaj!

Ania chi­cho­cze. Kręcę do niej głową, bojąc się, że prze­sta­nie robić, jak robi.

Jesz­cze raz dyk­tuję hasło.

— Dzięki! — krzy­czy do mnie syn.

Gdy docho­dzi nas trza­śnię­cie drzwiami, Ania wzdy­cha, głę­boko i ciężko.

Znów się do niej przy­su­wam i napo­ty­kam jej dłoń.

— Ja już — mówi do mnie, uśmiech­nięta i odprę­żona, i tro­chę uro­czy­ście, jakby zdra­dzała sekret.

Woda chlu­pie.

* * *

Miała rację: chcia­łem się zabić, gdy wresz­cie dotarło do mnie, co się stało. Nie rozu­mia­łem, gdy mi tłu­ma­czyli, mimo że wcale nie byłem pierw­szy i wie­dzia­łem, że to się wyda­rza. Nie chcia­łem zro­zu­mieć.

Musieli poka­zać mi moje ciało. Ciało mnie. Poła­taną czter­dzie­sto­let­nią sko­rupę, wywle­czoną bez pośpie­chu z wraku naszej toyoty.

I dopiero wtedy wzięli mnie do sali z lustrem.

Zoba­czy­łem cie­bie. Sie­bie. Wtedy uwie­rzy­łem. I natych­miast posta­no­wi­łem się zabić, mimo wia­dra pro­chów, któ­rymi mnie nafa­sze­ro­wano. Zro­bił­bym to, prę­dzej czy póź­niej dopiął swego, gdyby nie baba, która weszła do szpi­tal­nej celi tylko na chwilę. Powie­działa, że jeśli to zro­bię, zabiję też cie­bie. Że znowu umrzesz, synku.

Ni­gdy w życiu nie bałem się tak bar­dzo, jak przed spo­tka­niem z Anią, pierw­szym po moim powro­cie. Przy­go­to­wy­wali nas długo, dając dragi, które szat­ko­wały życie na nie­mal obce sceny. Naj­gor­szy z seriali, z naj­gor­szym z fina­łów.

Gdy powie­dzieli mi, że czeka w sali obok, zwy­mio­to­wa­łem do umy­walki. Ogar­nęli mnie jakoś i wtedy zwy­mio­to­wa­łem znowu, na buty. Popro­si­łem o drugą parę, ale widzieli, że gram na zwłokę, więc mi odmó­wiono.

Wspo­mi­nam to, gdy zro­bię coś złego. Dobra, sku­teczna pokuta.

Wcho­dzę i widzę krzyż. Wisi na ścia­nie, nad nowym szpi­tal­nym łóż­kiem, mały, drew­niany. Wypa­sione łóżko, świeże i gotowe, kwiaty w absur­dal­nych bukie­tach, obłe fotele, sto­li­czek z Ikei. Biele odmie­nione przez wszyst­kie odcie­nie, i świa­tło, let­nie, ostre i rześ­kie.

Ania stoi przy oknie, tyłem do mnie. Ktoś zamyka za mną drzwi.

Poświata wokół jej postaci jest bar­dziej elek­tryczna niż sło­neczna. Im dłu­żej na nią patrzę, tym cień­sza się robi, bled­nie i rzed­nie, faluje i roz­pływa się w jasno­ściach zza okna. Mózg pisz­czy mi w uszach i znów mam mdło­ści. Opie­ram się o ścianę, zaci­skam dło­nie na udach.

Ania odwraca się wresz­cie, powoli i jakby bez prze­ko­na­nia. Poznaję jej zapach, tak pach­nie, gdy jest chora.

Wygląda okrop­nie. Mam wra­że­nie, że garbi się, mimo że stoi wypro­sto­wana. Szpetne czarne ubra­nie wyżera resztki pig­mentu z jej skóry, jej twarz marsz­czy się w miej­scach, któ­rych nie zna­łem. Ma takie zmę­czone oczy, spuch­nięte i bez­radne.

— Aniu.

Z tru­dem ogni­skuje na mnie spoj­rze­nie. Życie, poje­dyn­czy roz­błysk, po któ­rym coś jed­nak zostaje, lichy powi­dok wśród cieni.

Stoi i patrzy, i koja­rzy mi się ze stra­chem na wró­ble. Myślę tak i nie­na­wi­dzę się za to.

— Aniu — powta­rzam.

— Mamo — mówi Ania.

Jakby mnie ktoś zamro­ził i roz­trza­skał.

— Aniu.

— Mamo — popra­wia mnie znowu i uśmie­cha się. Wtedy zaczy­nam pła­kać.

Znam ten uśmiech, cier­pliwy i naj­cie­plej­szy. Tak uśmie­chała się, kiedy po trzech dobach bez­na­dziej­nej szpi­tal­nej sza­mo­ta­niny wresz­cie zała­pa­łeś, jak ssać jej pierś. Tak uśmie­chała się, gdy dar­łeś się, na całe gar­dło i całe kino, że chce ci się kupę. Tak uśmie­chała się, za two­imi ple­cami, gdy przy­ła­pa­li­śmy cię na stu­dio­wa­niu pokazu bie­li­zny na Fashion TV.

— Wszystko będzie dobrze, synku — mówi do mnie i robi gest, jakby chciała podejść. Nie mam gdzie uciec. I sam już nie wiem, czy chcę, widząc, co z jej twa­rzą robi nadzieja.

Prze­cież mógł­bym uda­wać. Tylko dla niej, zostać jej syn­kiem, być nim, być tobą i przy­wró­cić ją tym do życia.

Ręka­wem prze­cie­ram mokre oczy. Pod­bie­gam do niej, uwie­szam się jej szyi i nie­mal ją prze­wra­cam, zni­ka­jąc w dobrym, zna­jo­mym mroku.

To chyba wtedy się obu­dzi­łeś, tylko ja się jesz­cze nie zorien­to­wa­łem. Ona cię wtedy obu­dziła.

— Wszystko będzie dobrze — powta­rza, przez łzy i wybu­chy śmie­chu. — Nie ma co pła­kać. Zaraz przyj­dzie tata. Już po niego poszli. Zaraz jedziemy do domu.

Odry­wam od niej głowę, odsu­wam się powoli.

— Aniu. — Głę­boki wdech. — To ja. Jarek.

Patrzy, kręci głową. Nie rozu­mie.

— Jarek — powta­rzam. — Łuka­szek, on…

Pusz­cza mnie i chyba chce się cof­nąć.

— Wró­ci­łem. Już ci mówili. Tłu­ma­czyli ci.

Robi krok wstecz. Nie rozu­mie, lecz jed­no­cze­śnie nie wie­rzy w to, co mówię.

Waham się, ale to robię.

— Nie ganiaj jej — mówię.

Patrzy, tylko stoi i patrzy, nie wiem jak długo.

— Pamię­tasz? — pytam. — Nie ganiaj jej, panie.

Wresz­cie coś zmie­nia się, prze­strzeń mię­dzy nami nabywa nową, trudno defi­nio­walną wła­ści­wość. Rozu­miem dopiero po chwili. Dostrzega mnie. Mnie.

Zaczy­nam się śmiać, z miło­ścią i ulgą. Wtedy ona odwraca się i rzuca do okna.

Ska­czę i łapię ją w ostat­niej chwili, i wrzesz­czę, by tu przy­szli, a Ania dra­pie mnie i gry­zie, ale szybko prze­staje wal­czyć, ucieka w głąb sie­bie, pełna roz­pa­czy i sprze­ciwu, a tak jest jesz­cze gorzej.

* * *

Jak pozna­łem twoją mamę. Jak naprawdę ją pozna­łem.

Pokój wytrwale absor­buje kolejne postaci, roz­pusz­cza je w gwa­rze i dymie. Meble i prze­strze­nie pomię­dzy, butelki i kubki, papie­rosy i zapal­niczki – płynne prze­pływy gestów, zain­te­re­so­wań i nie­pew­no­ści. Mamy po dwa­dzie­ścia lat i imprezy w aka­de­miku wciąż nam sma­kują. Jesz­cze nie umiemy się porząd­nie popi­sy­wać, dla­tego pijemy zapa­mię­tale, z odda­niem i wprawą, a gdy cho­dzi o cie­le­sność, jeste­śmy intu­icyjni i jakby bar­dziej hojni niż póź­niej. W każ­dym razie one są bar­dziej hojne.

Artur wró­cił z week­endu w domu. Poja­wił się i natych­miast zmie­nił dyna­mikę sytu­acji. Posa­dziły go przy stole, oto­czyły, dały fajkę, wódki w kubku i kanapkę. Dziew­czyna, która do mnie przy­szła, patrzy, jak on się zaciąga, i moc­niej ści­ska mi rękę. Nie mam żalu, w końcu to Artur.

Szu­kam wzro­kiem Ani. Prze­wraca oczami i znów baje­ruje Josha. Wci­snęła go w kąt, odci­na­jąc moż­li­wość ucieczki, opo­wiada coś, krąży, kołuje nad nim, upija meto­dycz­nie. Josh jest przy­stojny, podobny do Artka, koja­rzy mi się z sur­fe­rem, pew­nie dla­tego że jest Ame­ry­ka­ni­nem.

Ania bawi się jego czu­pryną i chyba jest o nią tro­chę zazdro­sna. Była wolon­ta­riuszką na prze­glą­dzie offo­wych teatrów, po jego zakoń­cze­niu ogo­liła głowę na łyso. Teraz czę­sto dotyka nagiej czaszki, czer­wone paznok­cie na tle jasnego meszku. W tych gestach jest coś nie­zdro­wego, jakby sztur­chała języ­kiem bolący ząb.

Pijemy, stło­czeni, śmie­jemy się, dziew­częta śliczne i hojne.

— Mój cho­mik nie żyje — mówi Artur po któ­rejś kolejce.

Dziew­częta jęczą.

— Artek. — Ania nawet nie odwraca do nas głowy. — Prze­cież ty masz świnkę mor­ską.

— Tak — odpo­wiada Artur. Zapada się w krze­sło, jakby w nie wsią­kał. — I ona nie żyje.

 

Pole­wam, naj­lep­sze pre­tek­sty to te nie­po­trzebne, i wra­cam do dziew­czyny, która do mnie przy­szła. Obej­muję ją, głasz­czę po szyi. Roz­ma­wiamy, śmie­jemy się, opo­wia­dam jej o książ­kach, któ­rych ni­gdy nie czy­ta­łem, lecz ona i tak nie wie, o czym mówię.

Ania pod­nosi się i pomaga wstać Joshowi.

— Daj mi klucz — mówi do mnie. — Do was.

Przez głowę prze­la­tuje mi tysiąc odpo­wie­dzi. Daję jej klucz.

Josh zro­zu­miał. Jego wiel­kie ame­ry­kań­skie oczy są jak neony rekla­mu­jące lepką, szczerą wdzięcz­ność. Obej­muje ją nie­cier­pli­wie, wycho­dzą. Dziew­częta wymie­niają spoj­rze­nia.

Piję, od czasu do czasu przy­ta­ku­jąc dziew­czy­nie, która do mnie przy­szła. Wypa­lam z pół paczki, to już pół roku, a papie­rosy wciąż mi nie sma­kują.

Artur jest pijany, więc będzie śpie­wał. Chce przy­nieść gitarę.

— Ja pójdę — mówię szybko.

Kory­tarz śmier­dzi przy­pa­loną kapu­stą.

Pukam. Cisza. Pukam.

— Czego?

— To ja. Przy­sze­dłem po gitarę.

— Właź.

Dziwne: otwarte. Leżą w pół­mroku, w łóżku Artka, a ja jestem zazdro­sny, że nie w moim. Dwie pary dżin­sów, jego pie­prz­nięte na pod­łogę; jej – zło­żone i prze­wie­szone przez krze­sło. Josh śpi, wycią­gnięty przy ścia­nie, pochra­pu­jąc cicho. Ania leży obok, pali.

— Szybko poszło — mówię.

— Nic nie poszło.

— Przy­kro mi.

Chyba się uśmie­cham.

Wzru­sza ramio­nami.

— Chodź — mówi.

Wstaje i zakłada spodnie. Zanim się odwrócę, widzę, że ona ma siniaka na kola­nie.

Wycho­dzimy, zamy­kamy Josha. Zatrzy­mu­jemy się przed drzwiami jej pokoju. Łapie za klamkę, mil­czy i tylko patrzy na mnie, dziw­nie poważ­nie.

— Anka — mówię.

— Cicho. Ewe­lina na pewno śpi.

W środku jest ciemno, cicho i bar­dzo duszno.

Zosta­jemy tuż za pro­giem. Nic nie widzę. I wtedy sły­szę, że ona zdej­muje buty. A potem spodnie. Robię tak samo. I zasta­na­wiam się, czy widzi moją twarz.

Bie­rze mnie za rękę i pro­wa­dzi do łóżka. Ma gorącą dłoń.

W pokoju pach­nie poma­rań­czami i kre­mem Nivea. Ewe­lina śpi w łóżku naprze­ciw, chyba odwró­cona, na szczę­ście, ple­cami do nas.

Ania układa mnie przy ścia­nie. Potem ona, potem gruba koł­dra, któ­rej sam zapach wystar­czyłby, by wywo­łać u mnie erek­cję. Przy­cho­dzi mi do głowy, że tak jak teraz powinno być już dawno temu.

Pod koł­drą jest ciem­niej i cie­plej. Nasze twa­rze bli­sko, sty­kają się na chwilę, dalej i bli­żej. Odwle­kamy ten moment, bo tak będzie przy­jem­niej, ale rów­nież ze stra­chu. Wiemy, jakie to ważne, czu­jemy, że zmie­niamy całe wszech­światy, ta świa­do­mość jest rów­nie straszna, co eks­cy­tu­jąca.

To Ania dyk­tuje rytm i to mnie uspo­kaja. Doty­kam jej ple­ców, łopa­tek, zagłę­bień wzdłuż krę­go­słupa, mato­wej, suchej skóry, nie­spo­koj­nych miejsc, w któ­rych czai się ruch, cie­pło i życie, uczę się jej, wcale nie tak powoli, choć wydaje się ina­czej. Głasz­czę ją po krzyżu, przy­tul­nym i pokry­tym nie­wi­docz­nymi wło­skami. Kiedy całuje mnie, pierw­szy raz, zetknię­cie języ­ków spy­cha mnie w prze­paść. Chwy­tam ją moc­niej, by zła­pać rów­no­wagę, by nie dać się roz­trza­skać, ści­skam skórę jej ple­ców, przy­tulną i suchą, Ania mru­czy i napiera na mnie. Się­gam dło­nią niżej i otwie­ram oczy. Jest bez maj­tek. Wyco­fuję się, ale tylko na chwilę. Gorąco, ciemno i dobrze.

— Już? — szep­cze Ania. Ma spierzch­nięte usta.

Nie wiem, czy już, nie wiem co.

Sięga niżej, dotyka mnie.

— Już — mówi i chyba sły­szę jej uśmiech.

Pod­nosi się do półki nad łóż­kiem. Powie­trze w pokoju wydaje się lodo­wate.

Zdej­muje mi koszulkę i pozwala zdjąć swoją, patrzymy na sie­bie. Uno­szę głowę, zer­kam na dziew­czynę śpiącą tuż obok i całuję pierś Ani. Jest słona, twarda i chłodna. Ania zostaje tak nade mną i daje się cało­wać, roz­luź­nia i spina jed­no­cze­śnie, pach­nie coraz inten­syw­niej i na chwilę zapo­mina o moim ciele. Wresz­cie wraca, kła­dzie się obok, szuka mojej dłoni, w którą wkłada paczkę z pre­zer­wa­tywą.

Kochamy się krótko, nie­po­rad­nie, faj­nie. Ania chi­cho­cze, gdy koń­czę i dopiero po chwili rozu­miem, że ona też.

Potem leżymy, sta­ra­jąc się nie przy­snąć. Wkrótce będzie dniało, ptaki wrzesz­czą w krza­kach za oknem.

— Kurwa — szep­czę.

— Co?

— Nie zanio­słem mu tej gitary.

— Nie ganiaj jej — mówi nagle przez sen Ewe­lina. Aż pod­ska­ku­jemy. — Nie ganiaj jej, panie.

Gdy prze­sta­jemy chi­cho­tać, znów się­gam ku niej, ale Ania łapie moją dłoń i zabiera ją wyżej, do twa­rzy.

— Nie — mówi. Robi się widno, więc widzę wyraź­nie, jak się uśmie­cha.

* * *

— Stre­su­jesz się wyni­kami badań — mówi Marianna Szulc pod­czas jed­nej z naszych pierw­szych roz­mów. — Za każ­dym razem.

— Dziwi cię to?

— Nie.

— Więc widzisz.

Przy­cho­dzi mi coś do głowy.

— Cho­ciaż, cze­kaj. Stre­suję się bar­dziej niż inni, prawda?

Zasta­na­wia się.

— Prawda — odpo­wiada wresz­cie.

— Ilu nas jest?

I tak mi nie powie.

— I tak mi nie powiesz.

Dziw­nie się uśmie­cha, życz­li­wie i ponuro.

— Czego oba­wiasz się naj­bar­dziej? — pyta.

— Pytasz o bada­nia.

Mam ochotę się roze­śmiać, widzi to i pogod­nieje.

— Tak.

Wzru­szam ramio­nami.

— Wszyst­kiego. Raka. Schi­zo­fre­nii. Gni­cia. Że się bły­ska­wicz­nie zesta­rzeję, obu­dzę się rano tak stary i słaby, że nie będę w sta­nie ruszyć ręką.

Patrzę na bez­włose przed­ra­miona.

— I że się ni­gdy nie zesta­rzeję, zostanę taki, jak teraz i będę patrzył, jak odcho­dzi Ania.

— I co byłoby potem?

— Dla mnie już jest p o t e m.

Dostrze­gam rybika w kącie pokoju, prze­suwa się po par­kie­cie pod kalo­ry­fe­rem.

— Myślisz cza­sem, dla­czego to wszystko? — pyta mnie.

— Dla­czego to wszystko.

— Tak.

— A dla­czego nie?

— No ale dla­czego aku­rat ty?

— Bio­lo­giczne przy­czyny. Wyjąt­kowy splot ato­mów. Albo kon­fi­gu­ra­cja infor­ma­cji w moim DNA. Naszym DNA?

— Nie o to pytam.

— Wiem, o co pytasz i to jest moja odpo­wiedź.

Trę oczy i Marianna Szulc roz­lewa się burą plamą na powierzchni fotela.

— Dla­czego ja — powta­rzam. — Bo tak, i już. Nie mogę o tym myśleć. To zna­czy, nie mogę o tym myśleć ina­czej niż w ten spo­sób. Osza­lał­bym. Wiem, że nie wolno mi się doszu­ki­wać przy­czyn.

— Dosta­łeś kolejne życie.

— To nagroda?

— To kara?

— To nic. Wła­śnie o to cho­dzi. To jest, stało się, jest i już.

— Rozu­miem.

Śmieję się ner­wowo. Wiem, że z bez­sil­nej zło­ści, ale nie umiem tego powstrzy­mać.

— Co ty możesz wie­dzieć.

Wzru­sza ramio­nami i pota­kuje, co tylko pod­kur­wia mnie bar­dziej.

— No, słu­cham — mówię. — Dajesz.

— Pro­szę?

— Co takiego rozu­miesz. Słu­cham.

Prze­ciera oku­lary ścią­ga­czem swe­tra.

— Odrzu­casz przy­czy­no­wość swo­jego powrotu, bo nie chcesz wra­cać do tego, co było przed wypad­kiem.

Pry­cham.

— Albo prze­raża mnie zało­że­nie, że to ktoś – czy coś – może robić tak celowo. Chcia­ła­byś tego?

Dok­tor Marianna Szulc mil­czy. Po chwili rozu­miem: nie tyle zasta­na­wia się nad odpo­wie­dzią, ile czy w ogóle odpo­wie­dzieć.

— Dla mnie — mówi wresz­cie — alter­na­tywa zawsze będzie gor­sza.

— Żar­tu­jesz.

Kręci głową. Patrzę na rybika, wciąż tam jest. Ona podąża za moim spoj­rze­niem, ale go nie widzi.

— Mie­li­śmy dziś poroz­ma­wiać o twoim ciele — mówi wresz­cie. — O zmia­nach.

— Tak. Jego ciele.

— Łukaszka.

— Stoi mi.

— Słu­cham?

— Pyta.

— Słu­cham?

— Stoi mi. Non stop.

Wresz­cie rozu­mie.

— Mówisz o erek­cji.

— O erek­cji. Łatwo się pod­nie­cam, łatwo i szybko. Fizycz­nie, ale nie tylko.

Złość prze­cho­dzi mi, gdy widzę, że ona stara się nie uśmiech­nąć.

— Budzę się ze ster­czą­cym wac­kiem. I potem tak przez cały dzień. Na widok co dru­giej kobiety.

— Co dru­giej?

— Mniej wię­cej.

Szcze­rzę się do niej i ona też. Kon­fi­den­cjo­nalne, uczciwe spoj­rze­nia, rodzaj wspól­noty spraw­ców, jak kie­dyś z Art­kiem, gdy żegna­li­śmy się pod­czas stu­denc­kich nocy, po ulicz­nych bój­kach.

— Sąsiadka z dołu, jara przy samo­cho­dzie, zanim poje­dzie do pracy. Tłu­ste włosy, czter­dzie­ści pięć lat, zbyt cia­sne dżinsy. Córka Pana Warzywo, sprze­dawcy z osie­dlo­wego warzyw­niaka, jesz­cze lice­alistka, pomaga ojcu. Ma zawsze zimne ręce, gdy podaje mi siaty z ziem­nia­kami. Pach­nie dro­gimi per­fu­mami i jest sporo ode mnie wyż­sza, lubię wyobra­żać sobie, że się na nią wspi­nam. Urzęd­niczka, za którą jeż­dżę na desce, gdy idzie do pracy. Nazy­wam ją w myślach panią Matrix, bo lubi skórę: spód­nice, buty i torebki. I obo­wiąz­kowe, obci­słe białe bluzki. Wie, że za nią jeż­dżę, cza­sem się odwraca i widzę uśmiech w jej spoj­rze­niu. Domy­ślasz się, jak wizu­ali­zuję sobie jej styl w sypialni. I jedna z labo­ran­tek, które się tu mną zaj­mują, ale nie powiem ci która. I opie­kunka dziew­czynki z bloku naprze­ciwko, którą miną­łem, gdy wsia­da­łem do tak­sówki. Star­sza pani, dys­tyn­go­wana, miła, kie­dyś była piękna. Zawsze ele­gancko uma­lo­wana, trzyma się pro­sto i na pewno obłęd­nie robi laskę. — Pozwa­lamy wybrzmieć ostat­nim sło­wom mię­dzy wypo­le­ro­wa­nymi meblami. — I to byłoby na tyle, gdy mowa o dzi­siaj.

— O dzi­siaj?

— Tak. No i Ania, oczy­wi­ście. Aha. I pre­zen­terka pogody z hisz­pań­skiej tele­wi­zji, na którą prze­łą­czy­łem przy­pad­kiem dziś rano. I Dorota Wel­l­man.

Marianna Szulc unosi brwi.

— Dorota Wel­l­man?

— Tak. No co?

— Nic.

Uśmie­chamy się, para cwa­niacz­ków w bra­mie. A potem sobie wszystko przy­po­mi­nam, ona to widzi i znów jest jak daw­niej. Tylko że o nic nie pyta. Mil­czymy oboje, długo i każde dla sie­bie.

— Roz­wodu — mówię, stu­diu­jąc fak­turę sznu­ró­wek w two­ich van­sach. — Naj­bar­dziej ze wszyst­kiego boję się, że Ania odej­dzie.

Gdy widzę, jak ona roz­pacz­li­wie stara się wymy­ślić dobrą odpo­wiedź, serce zaczyna mnie boleć. Dosłow­nie, fizycz­nie.

* * *

Patrzę na świeżą mogiłę czło­wieka, który nas zabił. Jeste­śmy tu razem, kap­tur two­jej bluzy moją przy­łbicą, desko­rolka moją tar­czą. Stare kobiety, krzą­ta­jące się przy gro­bach, uśmie­chają się do mnie z dobro­tliwą zadumą. Słońce wyostrza kan­cia­sto­ści cmen­tar­nych krzyży.

Nie­sprząt­nięte wią­zanki pogrze­bowe walają się na dro­gim mar­mu­rze. Miał pięć­dzie­siąt lat, słabe serce i opan­ce­rzo­nego SUV-a, który zmiaż­dżył naszą corollę.

Powie­trze gęst­nieje, jak przed burzą, ale może czuję tak, bo tu stoję. Po dru­giej stro­nie cmen­ta­rza pocho­wali moje ciało. Jesz­cze tam nie byłem.

— Cześć — wita się dziew­czyna.

— Cześć.

— Masz fajkę?

— Nie.

Jest mniej wię­cej w twoim wieku. Ma bystre oczy, drogą bluzę i znisz­czone trampki. Przy­gląda mi się.

— Mam ostat­nią — mówi. — Możemy wypa­lić razem.

— Nie trzeba. Rzu­ci­łem.

Widzi, że nie żar­tuję, i kiwa głową.

— Łukasz — przed­sta­wiam się i nie wiem, czemu tak mówię.

— Daga.

— Dag­mara.

— Daga — popra­wia mnie.

— Daga.

Znów kiwa głową.

— Kto to? — pyta i patrzy dziw­nie.

Powiało i jedna ze wstą­żek owija mi się wokół kostki.

— Ten facet — mówię — dostał zawału i swoją wielką furą wpier­do­lił się w samo­chód, któ­rym jecha­łem z ojcem.

— Rozu­miem.

— Tato zgi­nął na miej­scu — mówię.

Opiera tram­pek o kant nagrobka.

— Przy­kro mi.

— W porządku.

Dziwny dźwięk, myśla­łem, że to wiatr sze­lesz­czący brzóz­kami, a to meleks na głów­nej alei.

— Tyle tu dziad­ków. — Daga roz­gląda się po cmen­ta­rzu. — Sta­rzy ludzie i my.

— Będziemy tacy sami.

— Tylko że my będziemy nosić bluzy z kap­tu­rem.

Uśmie­cham się na tę myśl.

— Może tak być.

— Posta­cie w kap­tu­rach to nie mnisi — mówi Daga.

— Co?

— Nic.

Chyba jest zawie­dziona, a ja nie wiem, co powie­dzieć.

 

— Jestem jego córką. — Wska­zuje na nagro­bek.

Długa chwila zim­nej ciszy.

— Żar­tuję — mówi wresz­cie i uśmie­cha się kwa­śno.

— Żar­tu­jesz.

Robi mi się gorąco, zdej­muję kap­tur. Dziew­czyna przy­gląda się two­jej czu­pry­nie.

— Spier­da­lam — mówi.

— Tak.

— I ty lepiej też. To na nic.

— Chyba tak.

Zanim znik­nie mię­dzy krzy­żami, odwraca się jesz­cze.

— Łukasz?

— Tak.

— Jak się wie jak, łatwo mnie zna­leźć na fej­sie.

— Nie mam konta.

Wresz­cie uśmie­cha się szcze­rze. Odcho­dzi.

Stoję, jak sta­łem, dziw­nie spa­ni­ko­wany. To przez tę roz­mowę. I przez to, że erek­cja roz­sa­dza mi gacie.

Wie­czo­rem śnię o niej, po raz pierw­szy. Śro­dek nocy, sto­imy przy tym samym gro­bie. Czuć wil­gotną zie­mią, w któ­rej szep­czą dżdżow­nice. Dag­mara mówi mi, że ma czter­dzie­ści lat i też wró­ciła, w ciele zmar­łej córki. Mówi tak, a potem zdej­muje bluzę, dżinsy i całą resztę, roz­gar­nia wią­zanki i kła­dzie się na zim­nym mar­mu­rze.

* * *

Leży na kana­pie, a ja sie­dzę okra­kiem na jej udach. Wie­czorne słońce i bal­sam do ciała spra­wiają, że skóra Ani mieni się foto­szo­po­wymi jaskra­wo­ściami przy każ­dym jej odde­chu. Otwarty bal­kon przy­nosi miej­ski har­mi­der, który pach­nie roz­grza­nym asfal­tem i sko­szo­nymi traw­ni­kami, zna­jomy i uspo­ka­ja­jący.

Mil­czymy. Ania ma zamknięte oczy i pomru­kuje, uśmiech­nięta, gdy masuję jej kark, ramiona i plecy. Uczciwa wymiana: bawię się jej cia­łem, a ona bie­rze mój dotyk, odrywa go ode mnie i ma tylko dla sie­bie. Jej koszulka i szorty leżą na pod­ło­dze. Ramiączka roz­pię­tego sta­nika roz­rzu­cone na kana­pie, jak jej włosy, pozor­nie bez­ładne, pod­dane domi­nu­ją­cej for­mie relaksu. Mil­czymy.

Masuję jej krzyż, a kwiat sło­necz­nika faluje do mnie, coraz cie­plej­szy i bar­dziej aro­ma­tyczny. Twoje szczu­płe dło­nie ugnia­tają jej skórę, która nagle wydaje się taka zno­szona. Spo­glą­dam niżej, na pośladki pod bawełną maj­tek, rezo­nu­jące wibra­cjami przy każ­dym ruchu nas obojga. Pyta pró­buje roz­sa­dzić mi gacie. Mija trzy­dzie­sta minuta bole­snej erek­cji, która zaczęła się, zanim Ania zdą­żyła zdjąć koszulkę i się poło­żyć.

Ania mru­czy, nie patrzy. Mil­czymy.

Się­gam niżej, do gra­nicy bie­li­zny, zna­jome miej­sca i kom­bi­na­cje ruchów. Uśmie­cha się, więc dra­pię ją paznok­ciami, wzdłuż linii, za którą robi się mięk­sza i deli­kat­niej­sza. Wierci się i wtedy czuję, jak pach­nie naprawdę, bez per­fum, mydeł i kre­mów.

Pod­no­szę się, by i ona mogła się unieść, bym mógł zsu­nąć jej majtki, do miej­sca, w któ­rym sie­dzę. Ania uśmie­cha się, nie patrzy.

Gdy się­gam po wię­cej bal­samu, prze­ły­kam ślinę, ciężko i gło­śno, i mam wra­że­nie, że ten odgłos nie­sie się echem po całym osie­dlu. Nie mogę ode­rwać od niej wzroku. Kisiel w gaciach mi nie prze­szka­dza, już dawno temu przy­po­mnia­łem sobie, jak to jest z nim żyć.

Masuję jej nagie pośladki, mięk­kie i twarde jed­no­cze­śnie, śliczne. Stu­diuję ją, spoj­rze­niem i doty­kiem. To jest tak wiele i jed­no­cze­śnie nie wystar­czy, ni­gdy nie wystar­czało, więc teraz tym bar­dziej. Masuję ją i nie mogę ode­rwać wzroku. Od niej.

Od niej.

Wystar­czy chwila. Jeden jej gry­mas, naj­drob­niej­szy ruch bio­der. Doty­kam jej i wciąż nie wiem, czy oboje zmie­rzamy tam, gdzie ja tak roz­pacz­li­wie chciał­bym się zna­leźć.

Ania otwiera oczy. Wspa­niały, drobny ruch, jakby prze­cią­gała się, samymi powie­kami, leni­wie i w spo­koju.

— A wiesz — mówi, uśmie­cha­jąc się do słońca za oknem. — Poszła­bym do kina.

Twoje dło­nie gubią rytm, na uła­mek sekundy. Już wiem, choć wolał­bym nie.

— Pew­nie. Kiedy?

— Teraz.

— Teraz?

— No chodź, będzie faj­nie.

Jej uśmiech mie­ści tak wiele: szczerą, uczciwą prośbę; i wdzięcz­ność, z góry i na wszelki wypa­dek; i nowy rodzaj nie­pew­nej ulgi; i cie­pło.

Prze­biera się przy mnie, wie­dząc, że tego wie­czoru już nie będę jej zacze­piać. I że tym bar­dziej chcę patrzyć.

W kinie bawimy się świet­nie, bo film oka­zuje się wyjąt­kowo chu­jowy. Wra­camy w mil­cze­niu, myśląc o tym, że jutro przy­cho­dzi Artek.

* * *

Artek przy­gląda mi się, z uczciwą, nie­krytą cie­ka­wo­ścią. Gapi się, jakby szu­kał szcze­gó­łów róż­nią­cych mnie od kogoś innego, z obrazka obok. Przez chwilę ogni­skuje wzrok na któ­rymś z mebli, po czym znów mi się przy­gląda. I prze­cze­suje gęstą brodę.

Gdy byli­śmy dzie­cia­kami, zazdro­ści­łem mu dłu­gich, kru­czo­czar­nych wło­sów. Był jed­no­cze­śnie sło­necz­nym hip­pi­sem i dum­nym pala­dy­nem z gale­rii w „Fan­ta­styce”. Kiedy zaczął łysieć, ogo­lił głowę i zapu­ścił brodę, którą obnosi z porów­ny­walną non­sza­lan­cją.

— Kurwa mać, Jaro — mówi do mnie mój przy­ja­ciel. — Nor­mal­nie nie wiem, co powie­dzieć.

Wzru­szam ramio­nami. Rano dopiero minęło, a sie­dzimy nie­mal w pół­mroku, za oknem chmury jak sierść brud­nego psa.

— Gorąco tu.

Zdej­muje bluzę i rzuca ją na pod­łogę obok kanapy. Ma koszulkę z okładką płyty: dłu­go­włosy koleś dostaje pię­ścią w ryj. Wiem, że to dla mnie.

— Jaro — wzdy­cha Artek. — Kurwa mać.

— Broda ci siwieje.

— Nie tylko broda.

Myślę o two­ich gład­kich policz­kach i uśmie­cham się smutno.

— Mogę zoba­czyć, jak teraz miesz­ka­cie? — pyta mnie.

Idę po piwo, gdy on ogląda miesz­ka­nie.

Po moim powro­cie kupili nam nowe, więk­sze, na dru­gim końcu mia­sta. Nowe roz­da­nie w każ­dej z gier: pomo­gli uciec od wścib­stwa tych, któ­rzy wie­dzieli. Ania bro­niła się długo, ale osta­tecz­nie chyba zro­zu­miała, że tak jest lepiej.

Po krót­kiej gadce szmatce mil­czymy, wymow­nie, ciężko i z prze­ko­na­niem. Pijemy piwo i słu­chamy metalu, się­ga­jąc pamię­cią do cza­sów naszych nie­śmier­tel­no­ści. Pró­bu­jemy w ten spo­sób zre­de­fi­nio­wać tę przy­jaźń, odna­leźć jej pogu­bione współ­rzędne. Patrzę na niego z zazdro­ścią, jest taki duży i pewny, taki sta­bilny. Potrze­buję go, jak ni­gdy wcze­śniej, bo brak mi luster, które odbiją tam­tego mnie. Pra­gnę się w nim odszu­kać. Sko­czyć i zanur­ko­wać, by w obcej ciem­no­ści wyma­cać zna­jome, wła­sne kon­tury.

— Pamię­tasz? — Wska­zuję nadruk na jego koszulce. — Kupi­li­śmy tę kasetę u dziada na baza­rze. Dzień przez wyjaz­dem na obóz.

— Zdra­dzam Mary­się — mówi Artur.

Cisza mię­dzy pio­sen­kami. Dzieci za oknem wrzesz­czą, że daro­wane kre­ski.

— Mia­łem odło­żone na Sama­ela — odpo­wia­dam. — Ale nie było, więc wzią­łem Pan­terę.

— Od kilku mie­sięcy.

— Gdzie wtedy jecha­li­śmy? Do Sar­bi­nowa? Czy Dar­łówka?

— Zdra­dzam Mary­się — powta­rza. Jest zły.

— To prze­stań.

— Nie kpij.

— Artek, kurwa, bywam… bywa­łem u was na obia­dach, kola­cjach. Ty i Mary­sia. I Krzyś.

Artur oddy­cha ciężko.

— Co mam powie­dzieć? — pytam go.

W oczach ma strach. Wstaje, wycho­dzi, wraca z peł­nymi butel­kami.

— Regu­lar­nie — mówi. — Pew­nie byłoby czę­ściej, gdyby się dało.

— To na serio?

— Na serio.

— Romans.

— Romans. Z lito­ści.

— Masz żonę i syna.

— Pew­nie bar­dziej nade mną.

— Masz wspa­niałą żonę.

— Mam.

— Ania nie chce ze mną sypiać — mówię.

To go wytrąca.

— Nie chcę o tym słu­chać — odpo­wiada bez prze­ko­na­nia.

— Brzy­dzi się.

— Boi się.

— Boi się — powta­rzam.

— Że to ją zabije. Was.

— Zabije.

— Nie wiem, co robić — mówi. — Nie chcę tego koń­czyć i…

— Nie­do­brze.

— I wiem, co to zna­czy.

— Dziada już nie ma na baza­rze — mówię. — Szu­ka­łem go.

— Jakiś czas temu han­dlo­wał pły­tami z disco polo. I grami.

— Już go nie ma.

Wstaję, żeby zmie­nić płytę. Ale włą­czam ją jesz­cze raz.

— Mary­sia nie pozwala Krzy­siowi się z tobą zoba­czyć. — Artur trze oczy. — Młody szu­kał w sieci śla­dów Łuka­sza, bar­dzo chce się poże­gnać, ale Mary­sia mówi, że to zły pomysł.

— Pew­nie ma rację. Jak to zniósł?

Artek wzru­sza ramio­nami.

— Nor­mal­nie. Kosz­mar­nie.

— Biedny chło­pak — mówię i milk­niemy, myśląc o tobie i o mnie.

— Chyba ni­gdy was nie lubiła — podej­muje Artur. — Mary­sia.

Z każ­dym łykiem jest mi bar­dziej gorąco.

— Nas?

— Cie­bie i Ani.

— To nie­prawda — odpo­wia­dam.

— Prawda. Zawsze była zazdro­sna. I chyba się domy­śla.

— Nie­do­brze.

Uśmie­cha się dziw­nie.

— Nie­do­brze — powta­rza.

Zasta­na­wiam się, czy mu powie­dzieć. Ni­gdy mu nie mówi­łem, może mógł­bym się przy­znać i mu ulżyć. Artur szuka tanich roz­grze­szeń, a ja jestem tu, dla niego.

Ale mil­czę, mil­czymy długo. Uda­jemy, że słu­chamy muzyki, w rze­czy­wi­sto­ści słu­cha­jąc samych sie­bie. Prze­gry­wane kasety, prze­ry­so­wy­wane okładki. Ksią­żeczki z tek­stami pio­se­nek i ich kosz­mar­nymi tłu­ma­cze­niami. Marze­nia o wyjaz­dach na kon­certy. Pogu­bione współ­rzędne.