Pies i klechaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jarosław Urbaniuk Łukasz Orbitowski

Pies i klecha

Żertwa i inne historie


Warszawa 2014

Jarosław Urbaniuk Łukasz Orbitowski

Pies i klecha

Żertwa i inne historie

ISBN: 978-83-64384-16-5

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl COPYRIGHT © 2006-2014 by Jarosław Urbaniuk COPYRIGHT © 2006-2014 by Łukasz Orbitowski COPYRIGHT © 2014 by Powergraph COPYRIGHT © 2014 for the cover by Rafał Kosik PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Jan Kosik REDAKTOR PROWADZĄCY: Kasia Sienkiewicz-Kosik REDAKCJA: Joanna Mika-Orządała KOREKTA: Elżbieta Olszewska Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Żertwa

Hipoteza śladu

Ogień i blask

Głodomór

Więcej światła

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Żer­twa
Pro­log
Rok 1233

W chra­mie umie­rał stary czło­wiek.

Ota­czały go misy z jedze­niem. Otu­lony w futra, dygo­tał z zimna. Zza drzwi docho­dziło zawo­dze­nie pła­czek, fur­czał wiatr. Stary czło­wiek pró­bo­wał głę­biej wci­snąć koł­pak na głowę, ale tylko prze­krzy­wił go śmiesz­nie. Odsło­nił białe ucho. Ogień pło­nący pośrodku świą­tyni oświe­tlał roz­ło­ży­ste drzewo.

Płaczki na zewnątrz uci­chły. Stary czło­wiek obró­cił twarz do wej­ścia. Zasłona uchy­liła się i w progu sta­nął wysoki męż­czy­zna w bene­dyk­tyń­skim habi­cie. Oczy sta­rego czło­wieka zwę­ziły się. Bene­dyk­tyn uklęk­nął przy umie­ra­ją­cym.

— Przy­sią­głeś, synoczku — powie­dział stary czło­wiek. Jego skóra już pożół­kła, a nos się wydłu­żył. Mnich wybuch­nął pła­czem, przy­ci­snął twarz do dłoni ojca, a ten szep­tał przy­sią­głeś, synoczku, przy­sią­głeś…

Umilkł. Mnich pod­niósł się nie bez wysiłku, zamknął zmar­łemu oczy i, nie wyko­naw­szy znaku krzyża, ruszył w głąb chramu. Spo­wita dymem świą­ty­nia spra­wiała wra­że­nie więk­szej niż w rze­czy­wi­sto­ści. Nabrał garść ziół i spoj­rzał przed sie­bie. Wydało mu się, że na trzech kona­rach drzewa kora układa się w twa­rze i jedna z tych twa­rzy należy do ojca. Cisnął zioła do świę­tego ognia i nie oglą­da­jąc się, wyszedł.

Na widok mni­cha płaczki pod­nio­sły zawo­dze­nie. Męż­czyźni stali sztywno z opusz­czo­nymi gło­wami. Bene­dyk­tyn roz­krzy­żo­wał ramiona, odchy­lił głowę i krzyk­nął:

— Czas nam raty!

Lament kobiet jesz­cze się nasi­lił, męż­czyźni zda­wali się kur­czyć, a z tłumu dobie­gło woła­nie: „Gorze nam, gorze nam!”. Mnich zgar­bił się, jakby nagle lat mu przy­było, i zanu­rzył nasmo­loną pochod­nię w ogniu, wokół któ­rego zgro­ma­dziły się płaczki. „Gorze nam! gorze nam!”, zawo­dzili męż­czyźni, kobiety wyły i posy­py­wały włosy zie­mią.

Świą­ty­nia sta­nęła w pło­mie­niach, mnich popa­trzył jesz­cze na ogień i odszedł, a ludzie roz­stę­po­wali się przed nim.

I
1988

Jeśli miesz­ka­nie porucz­nika Enki miało w sobie coś cha­rak­te­ry­stycz­nego, to chyba błysz­cząca okle­ina odcho­dząca sze­ro­kim pła­tem od meblo­ścianki. Naj­wię­cej miej­sca zaj­mo­wał sam porucz­nik Enka, roz­wa­lony na niskim łóżku. Jego wło­chata pierś wzno­siła się i opa­dała, a wraz z nią drobna kobieca dłoń, któ­rej wła­ści­cielka spała głę­boko, twa­rzą do ściany. Na stole stało opróż­nione wino Klo­ster­kel­ler, a obok dwa kie­liszki, jeden pusty, a drugi w poło­wie zapeł­niony. Żaden obraz czy zdję­cie nie mącił bieli ścian, za to żyran­dol ozda­biały dam­skie majtki, sta­nik zaś zwi­sał skrom­nie ze stopy samego gospo­da­rza. Gdyby zły duch, polter­ge­ist na przy­kład, wymiótł stos gazet spod tele­wi­zora i sam tele­wi­zor, kie­liszki z winem oraz gospo­da­rza z towa­rzyszką, a także przy­twier­dził okle­inę na meblo­ściance, można by odnieść wra­że­nie, że miesz­ka­nie oddano do użytku wczo­raj i czeka na wła­ści­ciela, który usza­nuje je bar­dziej niż porucz­nik Enka.

Enka miał inne zmar­twie­nie – nie pamię­tał bowiem, co wczo­raj powie­dział tak­sów­ka­rzowi. Wie­dział dosko­nale, że wyszedł od Rudego grubo przed dzie­siątą, dobrze wsta­wiony, wie­dział, że wsiadł do bia­łego polo­neza, a tak­sów­karz przy­po­mi­nał z pro­filu Karola Marksa (Enka utrzy­my­wał, że Marks miał wyłącz­nie pro­fil, z któ­rej­kol­wiek strony by go nie oglą­dać). Porucz­nik Enka przy­wi­tał się grzecz­nie i powie­dział: „Do mnie, czyli na Aleję Pokoju”. Następ­nie zawa­hał się i zmie­nił zda­nie: „Nie, poje­dzie pan na…”.

No wła­śnie – na tym koń­czyła się wie­dza porucz­nika Enki. Nie miał poję­cia, jakie słowo padło i co wyda­rzyło się potem, o któ­rej wró­cił i w czyim towa­rzy­stwie. Roz­my­ślał tak chwilę, pod­niósł się i nachy­lił nad śpiącą. Włosy zasła­niały jej twarz. Porucz­nik Enka zasta­na­wiał się wła­śnie, czy powi­nien je odgar­nąć, gdy zadzwo­nił tele­fon.

— Czego? — wymam­ro­tał do słu­chawki.

— Zbie­raj się do nas — głos Gruli brzmiał zbyt dobrze jak na wcze­sną porę — ale już, na raz, dwa, trzy. Dzwo­nili.

— Sam się zbie­raj — pora­dził mu porucz­nik Enka.

— Stary wariuje. Z góry zadzwo­nili — wyja­śnił Grula. — Dostaje hyzia, więc nie marudź i rusz tyłek. Prze­cież…

Dziew­czyna obró­ciła się.

— Jeśli chcesz mnie poca­ło­wać w dupę, adres znasz, a ja ci wyja­śnię, gdzie moja dupa się znaj­duje — rzekł słodko porucz­nik Enka. — Nie dziś. Nie teraz. Mam…

Jasne pukle zsu­nęły się, odsła­nia­jąc prze­peł­nioną miło­ścią twarz dziew­czę­cia. Oczy porucz­nika Enki roz­sze­rzyły się gwał­tow­nie.

— Rozu­miem — powie­dział. — To dla mnie zaszczyt, panie mini­strze — dodał miękko, a Grula zakasz­lał po dru­giej stro­nie kabla.

— Co tam się wyra­bia, Zby­szek?

— Zaraz będę, panie mini­strze. — Porucz­nik Enka odło­żył słu­chawkę i rzu­cił w stronę dziew­czyny — musimy się zbie­rać!

W cza­sie, który wystar­czył porucz­ni­kowi do wsko­cze­nia we wran­glery, czarną koszulę i woj­skową kurtkę, dziew­czyna zdą­żyła wło­żyć majtki i zapiąć sta­nik. Enka wypchnął ją do przed­po­koju, przed drzwiami wrę­czył zwi­nięte w kulkę ciu­chy i nim zdą­żyła otwo­rzyć usta, już stali na kory­ta­rzu, a Enka zamy­kał drzwi.

— Zbyszku, osza­la­łeś? — Jed­no­cze­śnie pró­bo­wała utrzy­mać ubra­nia i chwy­cić się Enki. Pod­nio­sła głos — to ty myślisz, że tak można, tak po pro­stu, że mnie i cie­bie…? Tak wyrzu­cić po pro­stu? Co? Że ja…

Porucz­nik Enka ujął jej twarz w dło­nie.

— Kocha­nie — powie­dział, patrząc jej pro­sto w oczy — Kisz­czak, rozu­miesz? Tyle tylko ci powiem. — Poca­ło­wał ją w czoło i powtó­rzył — Kisz­czak.

Maślany wzrok odpro­wa­dzał porucz­nika Enkę, który skrę­cił na schody i pognał z dzie­sią­tego pię­tra, ska­cząc po trzy stop­nie.

* * *

— Grula, czyś ty zwa­rio­wał?

Nad głową Gruli grube litery ukła­dały się w napis „UCZCI­WOŚĆ I SUMIEN­NOŚĆ WIZY­TÓWKĄ SŁUŻB MUN­DU­RO­WYCH”. Zie­lon­kawą war­stwę farby olej­nej prze­ci­nała gęsta paję­czyna pęk­nięć. Chudy mło­dzie­niec przy biurku obok prze­rwał pisa­nie, popa­trzył na Enkę i natych­miast sku­lił się nad maszyną. Pokój wypeł­nił rytm wystu­ki­wany przez poje­dyn­czy palec bęb­nią­cego w kla­wi­sze.

— Dbam o cie­bie — oświad­czył Grula.

— Nie chcę myśleć, co by się podziało, gdy­byś prze­stał dbać. — Enka opadł na krze­sło. — Co tu się wyra­bia?

Pod­bró­dek Greli zafa­lo­wał nad koł­nie­rzem fla­ne­lo­wej koszuli.

— Przy­po­mnieli sobie o tobie — rzekł. — Ikony.

— Nie wiem, co to są ikony. Wiem, co to jest wolne.

— Ikony. Z iko­nami dewizy dla tych buców. Kanały, no, czło­wieku, nie pamię­tasz?

— Przy­po­mnieli sobie?

— Pamię­tali cały czas.

— Powiem ci coś, Grula — wyszcze­rzył się porucz­nik Enka. — Nauczę nowego słowa. Słowo brzmi uprzej­mość. Uprzejmy czło­wiek odbiera tele­fony, nie­uprzejmy nie. Uprzejmy czło­wiek zaiwa­nia przez mia­sto z kogu­tem i przez chod­nik, a cham śpi dalej. Uprzejmy czło­wiek, koniec koń­ców, dowia­duje się, że ktoś mu robi łaskę, że jest taki miły, zamyka mordę i słu­cha.

— Poje­dziesz na wybrzeże — uśmiech­nął się Grula.

— Podobno morze w paź­dzier­niku jest prze­piękne — roz­ma­rzył się Enka i nagle spo­waż­niał. — Co się wła­ści­wie dzieje?

— Jest deli­katna sprawa. — Grula pod­niósł się i zaczął spa­ce­ro­wać po pokoju. Miał spodnie pira­midy i dosko­nale szarą mary­narkę. — Może uda się coś z awan­sem zro­bić. Za długo tu tkwimy, nie? No, w każ­dym razie jest trup.

 

— Trup — powtó­rzył porucz­nik Enka.

— Ksiądz.

— Ksiądz — mruk­nął Enka. — No pro­szę, coś nowego.

— Wikary, kon­kret­nie. Mar­twy. Paskudna sprawa. Nasz kon­sul­tant…

— Ubol?

— Wikary? No skąd!

— Znów mi z wika­rym wyjeż­dżasz, pry­mas ubol, nie? — prych­nął Enka. — Kon­sul­tant mówię.

— Ksiądz.

— Ksiądz wikary?

— Ksiądz kon­sul­tant.

— Pie­przyć to. — Enka odchy­lił głowę. — Jaki znowu ksiądz?

— Czeka w dru­gim pokoju — wyja­śnił Grula. — Pro­fe­so­rek. Mądra głowa. Poje­dzie­cie razem.

Porucz­nik Enka pogła­skał się po bro­dzie, wydął wargi, jakby chciał splu­nąć. Popa­trzył poważ­nie na Grulę, a Grula zgar­bił się i usiadł.

— Potrze­bują kogoś bły­sko­tli­wego — wyja­śnił spo­koj­nie. — No i padło na cie­bie, więc nie wiem, o co się wku…

— Ja, co? — roze­śmiał się porucz­nik Enka. — Mam gacie pełne kału i tylko marzę o tym, by zapie­przać na drugi koniec Pol­ski z jakimś kle­chą zbo­czeń­cem, by roz­grze­bać fran­co­waty zgon nie­mniej fran­co­wa­tego syna Waty­kanu. Stary, czy ty mnie sły­szysz w ogóle? Po co ja w tym wszyst­kim? Po co ten drugi? Czemu lokalni nie zała­twią sprawy. Prze­cież…

— Mar­twy ksiądz — rzekł poważ­nie Grula.

— No i co?

— Mar­twy ksiądz — powtó­rzył — i my, i tamci potrze­bu­jemy tego jak dziury w gło­wie.

Stuk, stuk. Samotny palec mło­dego mili­cjanta bił w czarne kla­wi­sze łucz­nika.

— No dobra — rzekł porucz­nik Enka — gdzie jest ten tam­ten?

* * *

Ksiądz pro­fe­sor Andrzej Gil nale­żał do ludzi, któ­rzy lubią cze­kać. Myślał kie­dyś o świe­cie, w któ­rym wszystko doko­nuje się natych­miast: nie ma kole­jek po cukier i bekon, na pierw­szej randce pękają kon­domy, a raz otwo­rzona flaszka natych­miast się opróż­nia. Wów­czas ludz­kie życie skur­czy­łoby się do dwu­dzie­stu lat gna­nia z wywie­szo­nym ozo­rem – sma­ko­wa­nie świata zaś byłoby pospiesz­nym zgar­nia­niem szlamu: wszyst­kiego, co się pod ozór nawi­nie. Ksiądz pro­fe­sor Andrzej Gil cze­kał więc spo­koj­nie na nie­wy­god­nym krze­śle, nogę zało­żył na nogę, ręce splótł pod brodą, a oczy utkwił w zacieku na ścia­nie, aby nic nie roz­pra­szało przy­jem­no­ści ocze­ki­wa­nia. Miał na sobie czarną mary­narkę, koszulę z kolo­ratką i sztruk­sowe spodnie.

Zabawne – dwaj gli­nia­rze zma­te­ria­li­zo­wali się w drzwiach jed­no­cze­śnie, jeden prze­py­chał się przez dru­giego i w końcu ten gruby prze­pchał szczu­plej­szego. Choć chud­szy wcale taki chudy nie był. O ile wysoki gru­bas w idio­tycz­nej mary­narce budził tylko roz­ba­wie­nie, o tyle w jego kum­plu coś nie grało. Niby przy­sa­dzi­sty, a ruszał się płyn­nie, niby tępa morda – a w oczach błysz­czało coś wię­cej niż bystrość, niby niski, a nie powiesz: kur­du­pel. Dziwny facet, pro­szę, pro­szę.

Wysoki osta­tecz­nie wszedł przo­dem, a jego kum­pel sta­nął w drzwiach, jakby nie wie­dząc, co robić.

— Pano­wie się poznają — powie­dział gruby dry­blas. — Byłoby dobrze.

Przy­sa­dzi­sty gość wycią­gnął kosmatą łapę.

— Zbi­gniew Enka — zabrzmiało.

— Andrzej Gil.

— Sły­sza­łem — porucz­nik Zbi­gniew Enka usiadł pod ścianą — że ksiądz jechał tutaj kawał drogi.

— Korki były.

— Korki.

Andrzej Gil wstał.

— Przy­słał mnie tutaj biskup pomoc­ni­czy Rurak, jako kon­sul­tanta. Być może to się panu podoba, panie porucz­niku. Być może nie.

— A co ten, biskup, księ­dzu wła­ści­wie powie­dział?

— Usły­sza­łem, że praca z panem porucz­ni­kiem to przy­jem­ność.

Porucz­nik Enka pomy­ślał chwilę i odparł:

— To szczera prawda.

Andrzej Gil prze­słał mu bole­ściwe spoj­rze­nie i popra­wił mary­narkę.

— Rozu­miem dobrze, że pan zna świet­nie swoją pracę — powie­dział, a porucz­nik Enka uniósł brew — i nie wiem nawet, jak mógł­bym pana, panie porucz­niku, nauczyć cze­go­kol­wiek.

— Naprawdę ksiądz tak sądzi? — wtrą­cił Enka.

Grula wyko­nał nie­zdarny, pojed­naw­czy gest — wycią­gnął ręce przed sie­bie, jakby na znak, że wszystko będzie dobrze.

— Sądzę — powie­dział Andrzej Gil — że żaden z nas nie chce tutaj być. A jed­nak jeste­śmy. To powinno, panie porucz­niku, dać panu do myśle­nia.

Zbi­gniew Enka spoj­rzał na Grulę, na księ­dza Gila i na Grulę ponow­nie.

— Rozu­miem — kiw­nął głową — rozu­miem, że ksiądz już wszystko sobie prze­my­ślał.

* * *

Enka cisnął teczkę z mate­ria­łami na tylne sie­dze­nie polo­neza.

— Porządna bryka, panie porucz­niku — rzekł ksiądz.

W świe­tle poranka Andrzej Gil wydał się porucz­ni­kowi nie­na­tu­ral­nie blady. Był wyż­szy, niż się Ence począt­kowo wyda­wało, i miał śmieszne, chude ręce z dłońmi dyn­da­ją­cymi przy udach. Enka poki­wał głową. Wska­zał księ­dzu miej­sce obok kie­rowcy, ale Gil zajęty był podzi­wia­niem kształtu maski.

— Nowa rzecz — odparł Enka.

— Niech pan jesz­cze powie, że to raj­dowa wer­sja — ksiądz Andrzej Gil po raz pierw­szy się uśmiech­nął. — Dwie­ście na godzinę?

— Sto osiem­dzie­siąt — przy­znał porucz­nik. — No dobra, jedzie ksiądz, czy nie jedzie? — Zmru­żył oczy. — Woli ksiądz z przodu czy z tyłu?

Ręka porucz­nika Enki zato­czyła łuk, od przed­niego sie­dze­nia do bagaż­nika. Wsie­dli jed­no­cze­śnie.

— Woził pan porucz­nik już jakichś księży? — zapy­tał pogod­nie Andrzej Gil.

— Kole­dzy wozili.

Enka zapa­lił sil­nik, ruszyli. Ledwo wydo­stali się z Sze­ro­kiej, wbili się w korek na Boha­te­rów Sta­lin­gradu. Enka klął pod nosem. Na Die­tla korek stę­żał, więc porucz­nik wyce­dził coś o tor­bie, która pękła, nało­żył koguta na dach i popruł chod­ni­kiem.

— No, namę­czy­łem się, żeby go dostać. Genialna sprawa, w pracy i po pracy — powie­dział. — Czym ksiądz jeź­dzi?

— Nie mam samo­chodu.

— Może to i dobrze — mruk­nął Enka. — Po co ludziom tyle samo­cho­dów, no niech ksiądz patrzy, święto zmar­łych za dwa dni, a ci już jadą. Mówię sobie, spo­koj­nie, na wła­sny pogrzeb każdy zdąży, ale nie, hołota musi, po pro­stu musi dymać na mia­sto całymi tuzi­nami, jedna kana­lia z drugą byłaby chora, gdyby tego nie zro­biła. Myślał kie­dyś ksiądz, czym Jezus by jeź­dził, gdyby żył dzi­siaj? Grula twier­dzi, że mero­lem, ale ja myślę, że nie ma racji. Niczym by nie jeź­dził, tylko sie­dział w domu, bo wyrzy­gałby się na widok zidio­cia­łych owie­czek w malu­chach, syre­nach i zapo­roż­cach. Czy ksiądz…

Andrzej Gil uśmie­chał się głup­ko­wato.

— Czy ksiądz… — Enka ści­szył głos. — No dobra, w takim razie może mi ksiądz powie­dzieć, gdzie i po co wła­ści­wie jedziemy?

— Skąd pan porucz­nik myśli, że wiem? — zapy­tał Andrzej Gil, a Enka rzu­cił mu groźne spoj­rze­nie. — Niech pan spró­buje sobie wyobra­zić, że mar­twy ksiądz to pro­blem nie tylko dla was. My, panie porucz­niku, czyli Kościół, wpra­wiamy się w zatro­ska­niu, a teraz nie ma co uda­wać. Wie pan, co to pro­fa­na­cja? Wika­rego zna­le­ziono mar­twego na moście, ale ślady krwi były w kościele, ktoś pró­bo­wał je zatrzeć. Nie wia­domo, czy nie będzie trzeba kościoła na nowo wyświę­cać.

— Może ksiądz na mnie liczyć — rzekł porucz­nik Enka i mach­nął ręką, jakby trzy­mał w niej kro­pi­dło.

— Bar­dzo dzię­kuję, panie porucz­niku. — Andrzej Gil kiw­nął głową. — Wikary nazy­wał się Spi­ski, Mar­cin Spi­ski, pół roku pra­co­wał na para­fii i ludzie raczej go lubili, aż ktoś mu gar­dło pod­ciął. Duże, ostre narzę­dzie. Nikt nic nie widział, ludzie z pro­bosz­czem byli na cmen­ta­rzu po dru­giej stro­nie wsi. Prze­nie­śli ciało kil­ka­set metrów aż na mostek nad Gar­dzianką, ktoś musiał się namę­czyć.

— Nie bar­dzo rozu­miem — wtrą­cił Enka — na mój rozum cmen­ta­rze są przy kościo­łach.

— W Sta­cho­war­tach są dwa kościoły. Jeden nowy i drugi przy cmen­ta­rzu.

— Nowy kościół, no pro­szę — Enka cmok­nął. — Nikt nic nie widział, nikt nic nie sły­szał. Czy te owieczki Boże… — prze­rwał — Sta­cho­warty… No dobrze, jak już ksiądz tyle wie, to pro­szę mi powie­dzieć, czemu my tam jedziemy.

— Wolał­bym, żeby pan porucz­nik sam prze­czy­tał. — Andrzej Gil kiw­nął głową, na znak, że chęt­nie by popro­wa­dził. Enka nadął się tylko. — Wszystko utknęło. Naprawdę, niech pan poczyta sobie sam. Ja wiem mniej wię­cej, że wika­rego ludzie lubili, a w oko­licy krę­ciło się tro­chę podej­rza­nych osób. Jakiś domo­krążca kury poza­bi­jał przy ple­ba­nii, to ludzie go prze­pę­dzili. Tyle wła­ści­wie. Pro­boszcz mówił, że to musiał być ktoś obcy. Teraz kłócą się o zwłoki, bo chcą je pocho­wać na para­fii, ale rodzina się nie zga­dza.

Mil­czeli przez chwilę.

— Ten wikary, Spi­ski — mruk­nął porucz­nik Enka — co z nim?

— Młody czło­wiek, pół roku pra­co­wał.

— Ja tam się na waszych świąt­kach i kościo­łach to nie bar­dzo znam, ale Sta­cho­warty to chyba straszna dziura, nie?

— Dość dziwne miej­sce — przy­znał Andrzej Gil.

— To co, dwa kościoły w para­fii i jesz­cze stać ich na wika­rego? Ja cze­goś tu nie rozu­miem.

— Ludzie są bogaci, a para­fia stoi na ubo­czu, odda­lona od innych kościo­łów. Zawsze mieli wika­rego. Bogaci, jak mówię. Nie­dawno remizę ukoń­czyli, ple­ba­nia by się spodo­bała panu porucz­ni­kowi, jest biała i bar­dzo duża. — Andrzej Gil wyjął dwie teczki. — Orga­ni­za­cja par­tyjna do nie­dawna wzo­rowa, teraz, nie­stety, coś trzesz­czy.

— Strasz­nie mało ksiądz wie jak na kon­sul­tanta. — Porucz­nik Enka zer­k­nął na teczki.

— Mam tu tro­chę dro­bia­zgu. — Gil otwo­rzył pierw­szą teczkę — Kuria udo­stęp­niła nam mate­riały na temat.

— No pro­szę. Co z pro­bosz­czem?

Andrzej Gil zanu­rzył się w mate­ria­łach.

— Nic szcze­gól­nego. Rado­sław Kolanda, po czter­dzie­stce. Semi­na­rium w Kra­ko­wie. Naj­pierw był wika­rym, pro­bosz­czem został w osiem­dzie­sią­tym czwar­tym. Porządny czło­wiek, jak się wydaje — zawie­sił głos — jak na księ­dza oczy­wi­ście.

Porucz­nik Enka par­sk­nął.

— W ogóle wieś to oaza spo­koju. Mądrzy ludzie żyją, panie porucz­niku, sami się pra­wie sko­lek­ty­wi­zo­wali w latach czter­dzie­stych, pra­cują na wspól­nej ziemi, pra­wie że. Mają spół­dziel­nię pro­duk­cyjną. Jak już mówi­łem, pod­sta­wowa komórka par­tyjna działa wzo­rowo.

— No, dwa kościoły mają.

— To jedna z naj­star­szych para­fii w regio­nie — Andrzej Gil mówił z pamięci. — Był tam bene­dyk­tyń­ski klasz­tor, ale spło­nął jesz­cze w śre­dnio­wie­czu. Kupka kamieni została. Ten stary kośció­łek też cudem unik­nął ognia, ale już za roz­bio­rów. Para­fia się spa­liła cała. Wiem, bo prze­pa­dła wtedy masa cen­nych mate­ria­łów. Rozu­mie pan porucz­nik, kil­ku­set­let­nie księgi para­fialne, doku­menty, wszystko poszło z dymem. Kośció­łek cudem oca­lał. Niech pan zoba­czy. Jest piękny.

Porucz­nik Enka zer­k­nął na zdję­cie.

— Fak­tycz­nie. I co, cały czas tam cicho?

— Ludzie są spo­kojni — przy­znał Gil — niech pan, panie porucz­niku, poczyta sobie w naszych papie­rach. Nikt prak­tycz­nie nie wyjeż­dża, a jak wyjeż­dża, to wraca. Roz­ma­wia­łem z lokal­nym praw­ni­kiem, zdaje się repre­zen­tuje inte­resy poszcze­gól­nych miesz­kań­ców, ale nie ma za dużo roboty. Star­szy facet. Pro­wa­dzi sprawy spad­kowe, o grunty i takie tam. Jedną poważną robotę miał przy tych poża­rach.

Porucz­nik Enka zer­k­nął pyta­jąco.

— Naprawdę nic pan nie czy­tał?

— Wyrwali mnie z łóżka — powie­dział.

— Myśla­łem, że pan wie. Ludzie są spo­kojni — przy­po­mniał Andrzej Gil — ale lubią posza­leć przy sty­pach. Raz spa­liła się remiza, raz sto­doła, raz dom.

— Trupy?

— Dwie wdowy. I raz młoda dziew­czyna. Naprawdę, wiel­kie pożary. Wiem, bo zapy­ta­łem o to tego adwo­kata i mówił chyba z dzie­sięć minut. Wyglą­dał na szcze­rze zatro­ska­nego. Rozu­mie pan porucz­nik, mała, spo­kojna wieś. Pożar to wyda­rze­nie.

— Dla­czego? Z tego, co ksiądz mówi, w kółko tam coś się pali — Enka odpo­wie­dział natych­miast i Gil nie mógł doszu­kać się zło­śli­wo­ści w jego sło­wach. W odpo­wie­dzi, szcze­rze się roze­śmiał. — Ja tak księ­dzu od serca powiem, co myślę — cią­gnął Enka. — Jeśli tam jest wszystko w porządku, to ja jestem Wyszyń­ski, a ksiądz Albin Siwak.

* * *

 

Mia­sto gminne Olszynka przy­po­mi­nało porucz­ni­kowi Ence tysiąc innych spo­koj­nych miast gmin­nych, które zjeź­dził, w któ­rych pił, spał i strze­lał. Patrzył na asfal­towy plac, który wyda­wał się piasz­czy­sty, na domy z pusta­ków, które wyda­wały się tek­tu­rowe, na ludzi, któ­rzy wyda­wali się mniej niż ludźmi, i pomy­ślał, że może ktoś leci z nim w klipy – mia­sto gminne naprawdę jest jedno i powstaje zawsze tuż przed przy­jaz­dem porucz­nika Enki gorącz­kową pracą robot­ni­czych rąk w służ­bie kiep­skiego dow­cipu. Trza­snął drzwiami i przez plac miej­ski poszła fala ude­rze­niowa: gołąb pode­rwał się do lotu, ludzie odwró­cili głowy, pies przy­spie­szył, w odra­pa­nym oknie zało­po­tały firanki.

Komi­sa­riat mie­ścił się w brud­no­kre­mo­wym budynku wznie­sio­nym i poma­lo­wa­nym w latach sześć­dzie­sią­tych. Andrzej Gil uśmiech­nął się na widok samo­chodu na mili­cyj­nych reje­stra­cjach, za to bez przed­niego koła, trą­cił Enkę, a ten zaci­snął zęby. Obok komi­sa­riatu wid­niał szyld pasman­te­rii, dalej fry­zjer, sklep spo­żyw­czo-prze­my­słowy i mię­sny. Przed mię­snym stał gru­bas w sza­rym far­tu­chu i palił.

— Ksiądz lepiej popa­trzy na to.

Andrzej Gil spoj­rzał na bury budy­nek z oknami przy­po­mi­na­ją­cymi jamy i kolo­ro­wym szyl­dem z napi­sem „WRÓŻBY”, zro­bio­nym z gru­bej pil­śni i poma­lo­wa­nym na złoto. Wzru­szył ramio­nami.

— Bywa — oświad­czył i poszedł na przy­sta­nek.

Enka uniósł rękę w geście poże­gna­nia. Odpro­wa­dzał księ­dza wzro­kiem i przy­szło mu do głowy, że powi­nien go dawno roz­gryźć i dziwne tro­chę, bo jesz­cze tego nie zro­bił.

Poste­run­kowy Remi­giusz Tuta widział, jak porucz­nik Enka roz­gląda się po placu, chwyta się pod boki, strzyka śliną, sło­wem, zacho­wuje się, jakby nie wie­dział, dokąd idzie – a prze­cież wie­dział. Tuta od razu roz­po­znał ofi­cera, był bowiem dobry w roz­po­zna­wa­niu ludzi. Wystar­czy przyj­rzeć się bar­kom. Szuja zawsze je prze­krzywi, choćby wcze­śniej kij połknął, czło­wiek prawy, nawet z gar­bem, barki będzie trzy­mał rów­no­le­gle do ziemi. Mili­cjant zaś ma pro­ste barki, ale wydają się krzywe i trzeba wpraw­nego oka, żeby się poła­pać. Tuta roz­po­znał porucz­nika wła­śnie po bar­kach. Pocią­gnął łyk zim­nej her­baty i wie­dział już, co zrobi. Gdy tylko ten facet wej­dzie, pomy­ślał, dzień dobry, panie ofi­ce­rze, bo jeśli tu przy­je­chał, to na pewno jest ofi­ce­rem. I gość będzie roz­ło­żony.

Porucz­nik Enka ener­gicz­nie otwo­rzył drzwi, Tuta pod­niósł się sztywno.

— Porucz­nik Zbi­gniew Enka — rzekł gość, nim Tuta się ode­zwał. — Potrze­buję pana pomocy.

Wargi poste­run­ko­wego Tuty kłap­nęły w potwier­dze­niu. Porucz­nik Enka popa­rzył na odra­pane ściany: orzeł wyglą­dał, jakby zaraz miały mu odpaść skrzy­dła, pękate, pokre­ślone teczki z papie­rami leżały w kupie pod ścianą. Wzrok porucz­nika prze­wę­dro­wał przez bate­rię kub­ków po kawie, przez łyżeczki zosta­wione w zaschnię­tych, brą­zo­wych pla­mach i spo­czął na maszy­nie do pisa­nia, w któ­rej bra­ko­wało kla­wi­sza z literą „d”. Pod biur­kiem stały cztery butelki wódki, wszyst­kie pełne, a pod ścianą kar­to­nowe pudło.

— Już, już, oczy­wi­ście — Remi­giusz Tuta odzy­skał głos. — Kawy może?

Enka pokrę­cił głową.

— Mie­li­ście ostat­nio trupa — rzekł Enka. — No to ja w spra­wie tego trupa przy­je­cha­łem.

— Trup — powtó­rzył poste­run­kowy Tuta. Oczy mu się zwę­ziły. — No jasne, panie porucz­niku. Pan Śpik. Wikary Śpik. Mam tu wszystko — porwał pękatą teczkę — i o nim, i o wsi pewno pan też chce wie­dzieć wszy­ściu­teńko. Pan pewno myśli, że jak skrom­nie, to zaraz nie­po­rząd­nie. Juuuż — cmok­nął — Sta­cho­warty.

— Wie­cie co? — Enka popa­rzył smutno na papie­rzy­ska śmi­ga­jące w rękach poste­run­ko­wego Tuty. — Może lepiej zaj­mie­cie się kołem od samo­chodu. Macie wróżkę, popy­tam.

Poste­run­kowy Tuta zro­bił tak nie­szczę­śliwą minę, że Enka natych­miast poża­ło­wał swo­ich słów. Drzwi otwo­rzyły się z hukiem i do komi­sa­riatu wpa­ro­wał wąsaty facet koło pięć­dzie­siątki, z malow­ni­czym kola­żem plam na turec­kim swe­trze. Twarz miał czer­woną jak radziecka flaga, z oczu bił zimny błę­kit Baj­kału.

— Tutuś! — chryp­nął. — No dajże szkla­neczkę, dał­byś, co? Wiesz, co to bydlę, Pustułko, nawy­wi­jał?

Poste­run­kowy Tuta wystrze­lił zza biurka, zma­te­ria­li­zo­wał się tuż przed wąsa­czem, syk­nął coś i pchnął go w kie­runku drzwi. Gdy się odwró­cił, ujrzał porucz­nika Zbi­gniewa Enkę na swoim krze­śle: Enka nie­dbale prze­glą­dał papiery, a lewą ręką tur­lał butelkę wódki.

— Dobrze, poste­run­kowy Tutuś — rzekł Enka — to może wró­cimy do naszego cor­pus delicti i nie­szczę­snego denata.

— Tuta — rzekł głu­cho Tuta — Remi­giusz Tuta.

— Powiesz mi wresz­cie, co tutaj się wywija? — huk­nął Enka, a Tuta przy­padł do biurka, się­gnął do papie­rów i zaraz cof­nął rękę.

— Więc ksiądz Śpik…

— Wikary Spi­ski — popra­wił Enka. — Cho­dzi­cie, Remi­giu­szu, do kościoła?

— Nie! Cza­sem — sap­nął Tuta. — Panie kapi­ta­nie, widzi pan, z tym wika­rym to nikt nic nie wie, obcy ludzie musieli. Nikt nie widział, ludzie byli na cmen­ta­rzu, to kawał drogi. Wszy­scy się dzi­wią, tu każdy reli­gijny, żeby księ­dza zabić. Jak to można?

— Słu­chaj­cie mnie, Tuta. Ja to wszystko wiem. Opo­wiedz mi o Sta­cho­war­tach.

— Sta­cho­warty, no co ja mogę? Toż tam się nic nie dzieje. Dobrzy ludzie żyją, ja tam spraw nie mam. Raz chło­pi­nie rękę przy pile przy­cięło, poza tym nic nie wiem, naprawdę.

— Pożary — przy­po­mniał porucz­nik Enka.

— No były pożary, ale ja, panie kapi­ta­nie kochany, ja tu od dwóch lat jestem, to nie wiem, nic się nie spa­liło, ale jak tego księ­dza zabili, to zaraz pomy­śla­łem, że będą pro­blemy. Jak przej­mo­wa­łem teren, to też nikt się nie skar­żył. Pan kapi­tan pój­dzie, pan pój­dzie, pan się ludzi popyta, to złego słowa na Sta­cho­warty nie powie­dzą! Ludzie ich lubią, no bo bez nich byłoby ciężko. Wie pan, co się w szpi­talu tutaj dzieje? Okropne rze­czy, strach iść, i nawet jak moja rodziła, to u baby, aż wstyd powie­dzieć, wła­śnie w Sta­cho­war­tach. Nasz szpi­tal jest straszny! Widział pan Waldka? Toż mu dziecko tam umarło. A stary dok­tor jesz­cze chciał baby ze Sta­cho­wart prze­pę­dzić i pewno by to zro­bił, ale umarł nagle, we wła­snym szpi­talu. — Tuta dostrzegł, że Enka otwiera usta, by zadać pyta­nie. — Nor­mal­nie umarł, panie kapi­ta­nie, naj­pierw wrzód, potem zapa­le­nie, to chłopu się zmarło i nie ma w tym żad­nej tajem­nicy.

— No dobrze. — Porucz­nik Enka wstał, strze­lił pal­cami. — To jesz­cze raz z tym wika­rym popro­szę.

— Ja nie wiem, czemu pana kapi­tana tu wezwali. Już z woje­wódz­twa przy­je­chali, pocho­dzili, ale skoń­czyło się na tym, że poro­bili zdję­cia, trupa zabrali, i co, ani widu, ani sły­chu.

Porucz­nik Enka z uśmie­chem odsta­wił pół­li­trówkę, niby przy­pad­kiem trą­cił pudło przy ścia­nie — zabrzę­czało — i uści­snął spo­coną rękę poste­run­ko­wego Tuty.

— Jeste­ście, Tuta, porząd­nym czło­wie­kiem — spoj­rzał mu w oczy — bar­dzo­ście pomo­gli.

Wymi­nął go, poło­żył dłoń na klamce.

— Ja mogę jesz­cze pomóc — rzekł Tuta roz­bra­ja­jąco — tylko naprawdę nie wiem jak, panie kapi­ta­nie.

— Dobrze, że chce­cie, Tuta — odparł porucz­nik Enka. — Dowiem się, w jaki spo­sób, i wtedy pomo­że­cie.

Na dwo­rze świe­ciło słońce i można by zapo­mnieć, że paź­dzier­nik dobiega końca. Porucz­nik Enka szyb­kim kro­kiem ruszył w stronę samo­chodu, zasta­na­wia­jąc się, czy ksiądz Gil dotarł już do Sta­cho­wart i czego tam się dowie­dział. Kątem oka dostrzegł, że wąsaty facet, zgar­biony, ukrad­kiem wcho­dzi do komi­sa­riatu.

* * *

Z początku, ksiądz Andrzej Gil nie wie­dział, co dziw­nego jest w Sta­cho­war­tach. Może to, że zda­wały wyska­ki­wać z lasu: krok wcze­śniej ota­czały go złoto i brąz jesien­nych drzew, krok dalej wyra­stały kolo­rowe domy. Ksiądz prze­szedł kil­ka­dzie­siąt metrów, nim zro­zu­miał, że to wła­śnie dzięki kolo­rom wieś odróż­nia się od innych. Paź­dzier­nik, szary mie­siąc sza­rego peerelu, a tutaj, wiśniowe, dwu­spa­dowe dachy, żywa zie­leń okien­nic, więk­szość domów z drewna, poma­lo­wana na jasno­żółto, biało, nawet sele­dy­nowo. Płotki dookoła ogród­ków miały naj­czę­ściej barwę inten­syw­nego brązu, tra­fiały się kar­me­lowe, jeden wście­kle nie­bie­ski.

Andrzej Gil szedł przez Sta­cho­warty ujęty panu­ją­cym tu spo­ko­jem. Więk­szość miesz­kań­ców naj­pew­niej jadła wła­śnie obiad, nie­liczni, mijani na pobo­czu, kła­niali się nisko, mówiąc „pochwa­lony”. Kobiety miały na gło­wach kolo­rowe chu­sty i nosiły spód­nice z mnó­stwem wie­lo­barw­nych pasów. Spra­wiały wra­że­nie lekko zasko­czo­nych wido­kiem męż­czy­zny w kolo­ratce, ale naj­więk­szą ucie­chę miały dzieci: roje brzdą­ców podą­żały tro­pem księ­dza, kry­jąc się za drze­wami, w chasz­czach, wpa­da­jąc za domy i wybie­ga­jąc z dru­giej strony. Dzieci jak dzieci, w luź­nych spodniach dre­so­wych, zno­szo­nych koszu­lach i koszul­kach polo, a im dłu­żej Gil na nie patrzył, tym bar­dziej ganił się za to, że widzi w nich coś nie­po­ko­ją­cego. Jakby skóra mogła być zbyt biała i zbyt nacią­gnięta na kościach, śmiech zbyt bez­po­średni, a krok mecha­niczny.