Rośliny, które udomowiły człowiekaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jarosław Molenda

Rośliny, które udomowiły człowieka

Saga

Rośliny, które udomowiły człowieka

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2015, 2021 Jarosław Molenda i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726832471

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Nie napisałbym tej książki ani w takim kształcie, ani tak szybko, gdyby nie pomoc osób, które służyły mi swoją gościną, wiedzą, znajomością języków obcych lub zasobami archiwum fotograficznego. Chciałbym zatem złożyć podziękowania Vassilisowi Ballasowi, Ango Bojanowowi, Oscarowi Carrizosie, Monice Fałek, dr Halinie Galerze, Anicie Kaczmarczyk, Tomaszowi Karlińskiemu, Ewie Krawczyk, Martynie Łukasiak, Corinne Morniroli, Katarzynie Rokickiej, Sławomirowi Ryfczyńskiemu, Ewie Waliszewskiej.

Od autora, czyli Grecy piją nie tylko ouzo

„Historia opiewa pola bitwy, gdzie śmierć zbiera żniwo, ale nie opowiada nam o polach z łanami zboża, które nas żywi; wylicza imiona królewskich bękartów, ale nie potrafi nam podać, jakie jest pochodzenie żyta. Oto jest głupota człowiecza!”.

Henri Fabre

Ludzie przyzwyczaili się do myśli, że mogą kontrolować świat roślin. A jeśli w rzeczywistości jest odwrotnie i to rośliny kształtują nasze życie? Przedstawiając historię niektórych z nich, chciałem zwrócić uwagę na wyjątkowy związek łączący je z niektórymi społecznościami. Te mniej lub bardziej znane gatunki nie tylko są — jak by to ujął Robert Makłowicz — emblematyczne dla danego regionu świata, lecz także odgrywają olbrzymią rolę w życiu człowieka, zaspokajając jego podstawowe potrzeby, lub służą do pozyskania środków niezbędnych do egzystencji.

Kilkadziesiąt lat temu kubański etnomuzykolog Fernando Ortiz Fernández ukuł niezbyt zgrabny, lecz użyteczny termin „transkulturacja”, oznaczający proces przejęcia przez pewną grupę na przykład muzyki, potrawy czy idei, które przynależały pierwotnie do innej społeczności. Myślę, że w tym kontekście słowem dobrze oddającym tego rodzaju zjawisko w świecie roślin będzie określenie „transbotanizacja”, choć nie jestem bynajmniej pionierem badań na tym polu.

Już w połowie XIX wieku angielski botanik sir Joseph Dalton Hooker zwracał uwagę na pewien aspekt przewrotu ekologicznego, który został zapoczątkowany odkryciem Ameryki i dlatego jest nazywany wymianą kolumbijską: „Mamy tu do czynienia z pozornym paradoksem, że Australia bardziej odpowiada niektórym angielskim roślinom niż sama Anglia oraz że pewne angielskie rośliny lepiej «pasują» do Australii niż te australijskie gatunki, które ustąpiły miejsca angielskim najeźdźcom”.

Kolejnym autorem, który zajął się tym problemem, był Alfred W. Crosby (po polsku ukazało się jego opracowanie Imperializm ekologiczny), który zwracał uwagę, że tego rodzaju biologiczne transplantacje miały nie tylko kulinarne znaczenie. Znamiennym przypadkiem są dzieje uzależnienia się Irlandii od upraw ziemniaka. Zniszczenie jego zbiorów w latach 1845–1846 samo w sobie nie oznaczało jeszcze braku żywności w kraju, gdyż pola były w tym roku pełne zboża. Jednak irlandzcy chłopi musieli je sprzedawać, aby opłacać czynsze za dzierżawę ziemi (bardzo wysokie i bezlitośnie egzekwowane). W efekcie wielu mieszkańców wyspy nie miało co jeść (ziemniaki stanowiły wówczas podstawowe pożywienie w tym kraju). Zdarzenia te udowodniły dobitnie, że dla biosfery nie jesteśmy najważniejszym elementem. Dramat czy tragifarsa życia rozgrywały się i mogą się w przyszłości rozgrywać mniej więcej tak samo i bez nas.

W niniejszej książce chciałem ponadto przedstawić dzieje upraw niektórych gatunków jako jeden z tematów historii powszechnej, niedający się odseparować od innych przejawów działalności istot ludzkich we wzajemnych powiązaniach między sobą i z resztą przyrody. Służą temu subiektywnie wybrane przykłady, za pomocą których można tropić związki między roślinami zapewniającymi pokarm w czasach przeszłych i sposobem, w jaki żywimy się dzisiaj.

Niektóre z gatunków wykazują niebywałe „przywiązanie” do swoich rodzinnych stron i ani myślą ułatwiać człowiekowi pracy nad próbami zaadaptowania ich w innym środowisku geograficznym. Albo szybko dziczeją, albo nie chcą wydawać owoców, a gdy już pozwolą na zebranie plonów, są one nader mizerne. Słowem: odmawiają „współpracy”, pomimo całej naszej wiedzy i istnienia wyspecjalizowanych laboratoriów badających problem.

Książka tanie jest zamkniętą całością. To raczej zbiór zagadnień, mający na celu nie tyle zaspokojenie ciekawości umysłów chciwych poznania tajemnic natury, co obudzenie zainteresowania. Każdy zamieszczony tu rozdział porusza inne zagadnienie. Niektóre zostały napisane specjalnie dla tego wydawnictwa, inne zaś, choć były drukowane już dawniej w periodykach, zostały na potrzeby tej książki poszerzone i zmienione tak, aby związać całość wspólną myślą przewodnią. Podczas moich peregrynacji nasunęło mi się bowiem pytanie, czy to przypadkiem nie rośliny w swoim świecie „udomawiają” nas, ludzi?

Zasługi przemytnika herbaty

Idealnym przykładem jest kumkwat, który przybył do nas z Azji i znalazł nową ojczyznę na Sycylii oraz zwłaszcza na Korfu. To tam pija się likier pędzony z owoców tego drzewa, jakby na potwierdzenie, że inwencja Greków na polu destylacji wciąż ewoluuje, nie ograniczając się do słynnego ouzo. Aczkolwiek konkurencja nie śpi; od dziesiątków lat na całym świecie podejmuje się próby wyprodukowania wina o smaku podobnym do gronowego z innych owoców niż winogrona.

Najbardziej pomysłowi w tym względzie zdają się Japończycy. Po wieloletnich eksperymentach udało im się uzyskać wino z... mandarynek. Szczegóły produkcji osłonięte są naturalnie tajemnicą, ale według zapewnień odkrywców napój zawiera 10% alkoholu, ma piękny złoty kolor i w smaku przypomina do złudzenia najlepsze wina z winnych gron. Inna grupa japońskich naukowców uzyskała — według ostatnich doniesień prasowych — wino z... arbuza.

Nie oznacza to, że wyznawcy Dionizosa oddali pole bez walki, choć tym razem z pomocą przyszli im Brytyjczycy, gdy w 1860 roku na Korfu za sprawą angielskiego botanika Sydneya Merlina pojawił się kumkwat. Ale to zasługą Szkota Roberta Fortune’a jest, że owoc ten w 1846 roku zawitał do Europy. Źródłosłowu jego łacińskiej nazwy Fortunella nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, chociaż propagator tej rośliny w zachowanych biografiach często jest wymieniany raczej jako ten, który w 1848 roku wprowadził herbatę do Indii 1 *.

Kumkwat jest wiecznie zielonym krzewem albo drzewkiem osiągającym najwyżej 2 metry wysokości, zaliczanym do roślin cytrusowych (choć w zasadzie nie jest gatunkiem z rodzaju Citrus, a jedynie ich bliskim „krewnym”). Kumkwaty dają się łatwo krzyżować z roślinami cytrusowymi, dzięki czemu uzyskano mieszańce o owocach zbliżonych wyglądem i smakiem do prawdziwych cytrusów, ale o wyższej od nich odporności na zimno. Przykładem jest cytrangokwat, który powstał ze skrzyżowania cytrangi (mieszańca pomarańczy słodkiej i trójlistkowej) z kumkwatem.

Znanych jest kilka gatunków kumkwatu, ale Fortune zachwalał ten o nazwie „Nagami”, który wprawdzie do dobrego owocowania potrzebuje gorącego lata, ale jest za to odporny na spadki temperatur — nawet do -10stopni Celsjusza. Wtedy zapada w tak głęboką hibernację zimową, że wiosną potrzebuje kilka tygodni słonecznej pogody na wypuszczenie nowych pędów. Co ciekawe, owoce z regionów o klimacie chłodniejszym charakteryzują się lepszym smakiem, podobnie jak te, które pozostawiono po zerwaniu na pewien czas.

Sukces Fortune’a jako przemytnika herbaty spowodował, że Kompania Wschodnioindyjska wysłała go „w teren”, zaopatrzywszy w szpadel, łopatki, pojemnik do zbierania żywych roślin, sztucer, pistolet, chiński słownik i długą, szczegółową instrukcję. Miał obowiązek prowadzić dziennik, który był własnością Towarzystwa, i pisywać regularnie listy do jego sekretarza. Jak podaje Tyler Whittle w Łowcach roślin, wszystkie miały mieć kopię, wysłaną inną okazją, jako zabezpieczenie na wypadek zniszczenia lub zaginięcia oryginału.

Fortune z pewnością nie spodziewał się, że tak poczesne miejsce wśród upraw na Korfu znajdzie kumkwat, przez niektórych określany mianem małego klejnotu w rodzinie cytrusowej. Jego chińska nazwa oznacza złotą pomarańczę, i w tamtejszej literaturze pojawia się już w 1178 roku. Natomiast pierwsze wzmianki europejskie pochodzą z 1646 roku, a zawdzięczamy je portugalskiemu misjonarzowi, który w Państwie Środka przebywał przez 22 lata.

Owoce kumkwatów są o wiele mniejsze od reszty cytrusów — wielkością przypominają śliwki węgierki lub wyrośnięte oliwki z Kalamaty. Kumkwaty je się razem ze skórką. W dawnych czasach na dworze cesarskim goście zrywali i jedli dojrzałe owoce wprost z drzewek rosnących w doniczkach, które podczas uczt wnosili służący. W Azji kumkwat w postaci drzewka bonsai hoduje się w domach, a jako roślina przynosząca szczęście jest częstym prezentem podczas obchodów księżycowego Nowego Roku Tết.

Kumkwaty mają mniej soku i kwitną o wiele później od hodowlanych cytrusów. Zbiór owoców odbywa się ręcznie i — wbrew temu, co wyczytałem w jednym z przewodników — ma to miejsce raczej pod koniec roku, a nie na początku lata. Miąższ składa się — podobnie jak w pomarańczy — z kilku cząstek. W każdej cząstce znajduje się niewiele drobnych nasionek. Kumkwaty są lekko kwaskowe i aromatyczne. Można z nich robić kompoty i marmolady czy konfitury lub zalewać alkoholem i otrzymywać pachnącą nalewkę, z której sporządza się likier.

 

— Nasza fabryka produkuje obecnie ponad 4 miliony butelek spirytualiów i ponad 5 ton słodyczy. Wytwarzamy likier w dwóch rodzajach, biały i pomarańczowy, ten ostatni z dodatkiem skórki — mówi w rozmowie ze mną przedstawicielka rodziny Mavromatis, do której należy większość plantacji kumkwatu w północnej części wyspy.

Można je przechowywać w zalewie z syropu wykonanego z cukru i wody, ponieważ doskonale nadają się do kandyzowania. W stolicy wyspy można znaleźć restauracje serwujące kurczaka w sosie kumkwatowym — to okazja dla amatorów spróbowania „czegoś innego” niż nieśmiertelny gyros czy musaka. Poza tym to danie właściwie trudno znaleźć w menu na innych wyspach. Bardzo podobnie ma się rzecz z innym owocem, który również przybył do nas z Azji.

Konieczne jest jednak pewne wyjaśnienie z historii klasyfikacji botanicznej. Jak podaje Jonathan Roberts w Powabie jabłka, w latach 50. XX wieku kalifornijski botanik W.T. Swingle podzielił rodzaj Citrus na 16 gatunków. Dwadzieścia lat później uważano już, że ta szesnastka powinna się rozrosnąć do 162 gatunków.

W latach 90. na podstawie badań DNA wyróżniono tylko trzy pierwotne gatunki, z których wyłoniły się wszystkie obecnie znane cytrusy: są to cytron (cedrat), pompela (pomarańcza olbrzymia), nadal hodowana w Azji — przypominający grejpfruta największy z owoców cytrusowych; oraz dobrze znana mandarynka.

„Ręka Buddy” czy jabłko Hesperyd?

Cedrat to najstarszy z uprawnych gatunków cytrusowych, pierwszy znany w Europie. Pochodzi z Bliskiego Wschodu lub południowej Arabii oraz Indochin, gdzie w lasach Ammanu rośnie na wysokości od 800 do 1200 metrów n.p.m. Wykopaliska chaldejskie w Nippur świadczą, że cedrat znany był w Mezopotamii już około 4000 lat p.n.e. Odnotowuje się kilka odmian Citrus medica, z czego najciekawsza jest „ręka Buddy”, ceniona w Chinach odmiana indyjska.

Cytron został udomowiony prawdopodobnie w II tysiącleciu p.n.e. w północnych Indiach (istnieją dla niego nazwy w sanskrycie). Owoce wraz z sanskryckimi nazwami dotarły do starożytnej Medii — stąd też grecka nazwa medica. Na medyjski trop wskazuje również wzmianka greckiego botanika Teofrasta z przełomu IV i III wieku p.n.e., który pisał: „Na terytorium Medii i Persji rosną między innymi jabłka zwane perskimi albo medyjskimi. Rodzące je drzewo ma liście podobne, a wręcz niemal takie same, jak andrachle (poziomkowiec?) i orzech, a kolce jak dzika grusza albo irga (głóg), tylko gładkie, bardzo ostre i mocne. Tego jabłka się nie je, a zarówno ono samo, jak i liście drzewa pięknie pachną; jeśli włoży się to jabłko między odzież, chroni ją przed stoczeniem przez mole. Przydaje się też, gdy ktoś przypadkiem wypije śmiertelną truciznę (dodane do wina rozstraja żołądek i doprowadza do wydalenia trucizny) i odświeża usta. Jeśli bowiem ugotuje się miąższ tego jabłka w rosole albo w czym innym, albo jeśli się jego sok wyciśnie do ust i wypije, nadaje oddechowi miły zapach. Wyjęte nasiona sadzi się w starannie przygotowanych grządkach, a następnie podlewa co trzy lub cztery dni. Kiedy roślinka nabierze sił, przesadza się ją wiosną do ziemi miękkiej, wilgotnej i niezbyt miałkiej. Przynosi owoce o każdej porze roku: gdy jedne się zrywa, inne kwitną, a jeszcze inne dopiero dojrzewają. Te spośród kwiatów, z których wystaje jakby wrzeciono, są owocne; pozbawione słupka — bezpłodne”.

Być może to Izraelici pierwsi poznali niektóre owoce cytrusowe w czasie niewoli babilońskiej i to własne oni przenieśli nasiona do Palestyny, gdy na skutek podboju Babilonu przez Cyrusa w 539 roku p.n.e. mogli powrócić do swej ojczyzny. Ale cytrony musiały być znane Grekom znacznie wcześniej. Do takiego wniosku uprawniają ponadto znaleziska na stanowisku archeologicznym w Hala Sultan Tekke w pobliżu Larnaki na Cyprze, gdzie odkryto pestki cytronu datowane na około 1200 rok p.n.e.

Citrus to zlatynizowane helleńskie słowo kedros, oznaczające cedr i inne szpilkowe, których szyszek używano też przeciw molom, podobnie jak owoców cedratu. To stąd prawdopodobnie wzięła się opinia Atenajosa, uczonego encyklopedysty z przełomu II i III wieku n.e.: „I niech nikogo z was nie dziwi, jeśli mówi, że się go nie jada, skoro aż do czasów naszych dziadków nikt go nie jadł, lecz przechowywał niczym wielki skarb w skrzyniach wraz z odzieżą”.

Dzięki otwarciu przez Aleksandra Wielkiego drogi do Azji Środkowej ożywiła się wymiana towarowa między obu kontynentami i Europa wzbogaciła się o te owoce. W literaturze europejskiej prawdopodobnie najstarszą wzmiankę o owocach cytrusowych znajdujemy w utworze Beotka poety komicznego Antyfanesa z IV stulecia przed Chrystusem:

(A) Nierozsądnie jest nawet wspomnieć o przysmaku przy — hm — nienasyconych. Ale weź, dziewczyno, te jabłka. (B.) Piękne! (A.) Piękne? Nic więcej, na bogów?! Ziarno tego owocu dopiero niedawno Przywędrowało do nas, do Aten, od Króla, od Hesperyd te jabłka złote masz. Trzy tylko są w sumie. (A.) Mało tego, co piękne, i wszędzie kosztowne!

Od wielu lat filolodzy zastanawiają się, do czego odnosiły się fantazje Greków na temat wspomnianych „złotych jabłek”

Hesperyd — owoców Hery, przyniesionych z Atlasu przez Heraklesa. Hipoteza, że były to pomarańcze, jest raczej wątpliwa, ponieważ spośród owoców cytrusowych tylko cedrat znany był Hellenom na tyle wcześnie. Zdaje się to potwierdzać cytowany wcześniej Atenajos w dziele Uczta mędrców:

„Emilianos powiedział na to, że Juba, król Mauretańczyków, człowiek o ogromnej wiedzy, w swoich pismach O Libii wspomniał o cytronie i zaznaczył, że u Libijczyków zwie się on jabłkiem z Hesperii; stamtąd miał też Herakles sprowadzić do Grecji jabłka nazwane ze względu na swój wygląd złotymi. Tak zwane jabłka Hesperyd wydała z siebie Ziemia (Ge) na cześć, jak się mówiło, wesela Zeusa i Hery; mówi o tym Asklepiades w sześćdziesiątej księdze Historii Egiptu”.

Ten ciernisty krzew lub drzewko ma czerwonawe kwiaty, natomiast jego owoce wewnątrz zawierają suchawy, bardzo kwaśny miąższ z licznymi nasionami. Mimo że kwadratowate owoce potrafią ważyć nawet ponad 2 kilogramy, miąższu jest w nich niewiele, ponieważ łupina osiąga niekiedy grubość do 8 centymetrów. W dodatku nadaje się tylko na marmolady, dżemy, soki itp. Skoro tak, dlaczego owoc ten już w starożytności cieszył się aż taką popularnością?

Przede wszystkim pozyskuje się z niego surowiec do otrzymywania kwasu cytrynowego, cenionego w perfumerii. Natomiast łupina niedojrzałych owoców smażona w cukrze uchodzi w cukiernictwie za jedną z najlepszych i najdroższych przypraw. Nosi ona nazwę cykata (lub „cytronat”), a najlepszą wyrabia się z odmiany zwanej ethrogiem, która była znana w Palestynie już w VI w. p.n.e. (dolina Jordanu pod Jerychem).

Ethrog i święto szałasów

Biblia wprawdzie nie wspomina o tym drzewie, ale owoc cedratu wyobrażony był na monetach samarytańskich. Jak już pisałem, żydzi poznali te owoce w Babilonii, podczas wygnania, i przywieźli je do Palestyny. Owoc ethrogu ma miły aromat i cieńszą, bo trzycentymetrową łupinę. Odmianę tę żydzi określali również mianem „jabłka Adama” lub „rajskim jabłkiem” z rzekomego „drzewa wiadomości dobrego i złego”.

Owoce te stały się jednym z czterech elementów obrzędów Sukkot, święta żydowskiego upamiętniającego czterdziestoletnią wędrówkę Izraelitów z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Nazwa obrzędu szałasów (kuczek), bo i takie miano nosi, wzięła się stąd, że w jego trakcie wnoszono szałasy kryte gałęziami, w których następnie przez osiem dni należało spożywać posiłki. Zwyczaj wymagał, aby każdy wierny przybył „z owocem pięknego drzewa” lub „pięknym owocem” w ręku.

Duży jaskrawożółty owoc cytrusowy ze względu na swą wyjątkową urodę z pewnością idealnie nadawał się na tę okazję. Podczas nabożeństwa w synagodze wymachiwano składającym się z gałęzi wierzby, palmy, mirtu i ethroga bukietem lulaw w cztery strony świata oraz w górę i w dół, co miało symbolizować wszechobecność Boga. W ostatnim dniu Sukkot przeżywano Simchat Tora — dzień, w którym kończył się roczny cykl czytania Pięcioksięgu Mojżesza. Na potrzeby tego święta ethrog musiał być świeży i bez skazy, z nieuszkodzoną skórą.

Dawniej żydzi nieśli ethrog na pogrzebach, za trumną. Zwyczaj ten pochodził z Indii, gdzie wdowy idące na stos za zmarłym mężem niosły ten owoc jako symbol przynależności do zmarłego. Odtąd roślina musiała być hodowana tam, gdzie akurat przyszło żydom mieszkać, więc zawędrowała na zachód, kiedy wyemigrowali ze Środkowego Wschodu. Potem podróżowała z nimi przez północną Afrykę do Hiszpanii.

Około XVIII wieku wyborne cytrony hodowano na Korsyce, skąd przez Genuę docierały na rynki europejskie; tam były poszukiwane przez piekarzy, cukierników, wytwórców słodyczy oraz — podczas jednego tygodnia w roku — przez żydów. Stopniowo jednak pierwszorzędne owoce pochodzące z imperium osmańskiego, Antyli, w końcu także z Południowej Kalifornii, wyparły korsykański sektor. Miał w tym swój udział chaos wojen napoleońskich, który zmusił konsumentów do poszukiwania towaru bliżej swoich miejsc zamieszkania 2 .

Wiosną 1847 roku na łamach miesięcznika „The Occident” ukazywały się liczne listy kierowane do redakcji — po hebrajsku, a jakże! — wyrażające wątpliwość, czy należy, czy też nie należy kupować antylskie etrogim. Rabin Max Lilienthal z Nowego Jorku oraz Isaac H. Levi, szochet (rytualny rzeźnik) z Cincinnati, którzy utrzymywali, że osobiście przebadali ich setki, zarzekali się, że są one szczepione, a więc nie do przyjęcia. Rabin Abraham Rice z Baltimore nie zgodził się z nimi.

— Jestem jak najdalszy od tego, by rozsiewać publicznie jakiekolwiek kontrowersje w sprawach religijnych — deklarował. — Ale zbliża się czas, kiedy znowu, jak co roku, zwrócimy się w stronę Antyli, by zaopatrzyć się w cytrony i jest, jak sądzę, moim obowiązkiem ze względu na naszą religię, oświadczyć, że te ethrogi są koszerne… Utrzymujące się pogłoski, jakoby nie spełniały one wymagań kashrut, zmuszony jestem uznać za błąd i dezinformację.

Wydawcy „The Occident” również włączyli się do dyskusji, mając nadzieję, że uda im się zdusić w zarodku społeczne niesnaski. „Nie czujemy się powołani, by rozstrzygać kwestię, w której nie może dojść do porozumienia tak wielu uczonych” — napisali.

— „Jednak o ile możemy wyrazić nasz osobisty pogląd, jeśli nasze informacje są prawdziwe, musimy stwierdzić, że karaibskie ethrogi hodowane są na nieszczepionych pędach i ani smakiem, ani zapachem, ani z wyglądu nie przypominają cytryny czy pomarańczy”.

To zamknęło sprawę. Odtąd amerykańskie żydostwo regularnie zaopatrywało się w cytrony z Karaibów. W końcu cytrusy w Grecji, zwłaszcza z wyspy Korfu, zdobyły rynek, wzbogacając karaibską ofertę. Jednak niektórzy rabiniczni luminarze z Europy Wschodniej kwestionowali ich czystość i wysoką cenę, wydając szereg zakazów używania ich w czasie Sukkot.

Opór rabinów wobec owoców z Korfu wzmocnił się znacznie po oskarżeniu o mord rytualny, które padło na tej wyspie w 1891 roku, powodując serię ataków na miejscową ludność żydowską. Tamtejsi ogrodnicy i pośrednicy w obliczu kryzysu chcieli obejść zakazy, sprzedając swój produkt bezpośrednio żydom amerykańskim, którzy, jak przypuszczano, mogli nie mieć pojęcia o tych zakazach i przypuszczalnie nie umieliby odróżnić szczepionych cytronów od dziko rosnących.

Pewne jest, że reklamy w amerykańskiej prasie żydowskiej kładły nacisk na „autentyczność” etrogim z Korfu. Żydowskie masy mogły być ciemne, ale nie Ephraim Deinard, księgarz z Newark w stanie New Jersey. Świadom zamorskich wydarzeń, ujął w dłoń pióro, by potępić tych, którzy handlują cytrusami z Korfu, a którzy „wprowadzają w błąd lud Boży” i mają ręce splamione krwią.

Trudno stwierdzić, czy denuncjacja Deinarda wpłynęła negatywnie na amerykański rynek cytronów z Korfu. Od tej pory jednak amerykańscy żydzi poszukujący ethroga mieli do wyboru dwie etycznie kompromisowe możliwości: cytron z Ziemi Świętej lub też z Kalifornii. Cytrony rosły w Palestynie od czasów starożytnych, ale w drugiej połowie XIX wieku, kiedy ich rynek rozrósł się poza czysto rytualne zastosowanie i owoc zaczął interesować wytwórnie perfum, stały się one produktem komercyjnym. W tych warunkach nie miało znaczenia, czy były one szczepione, czy dzikie, czy stanowiły produkt naukowego podejścia, czy uprawnione dziecię Matki Natury.

 

Dla pobożnych żydów wszystkie ethrogi rosnące w Ziemi Świętej były podejrzane, nawet te dziko rosnące. Aby przeciwdziałać negatywnym reakcjom, hodowcy koszernych cytronów założyli około 1900 roku Stowarzyszenie Owocu z Drzewa Chwały, aby promować swój rytualnie czysty produkt. Wysiłki stowarzyszenia, zatwierdzonego przez naczelnego rabina, powszechnie szanowanego Abrahama Isaaca Hacohena Kooka, przyniosły w końcu rezultaty. Dziś izraelski ethrog jest ethrogiem z wyboru dla wielu amerykańskich żydów.