Gorszycielki. Dziewczyny, które łamały tabu i konwenanse

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gorszycielki. Dziewczyny, które łamały tabu i konwenanse
Gorszycielki. Dziewczyny, które łamały tabu i konwenanse
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,94  47,95 
Gorszycielki. Dziewczyny, które łamały tabu i konwenanse
Audio
Gorszycielki. Dziewczyny, które łamały tabu i konwenanse
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WARSZAWA 2019

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

© Copyright by Jarosław Molenda, 2019

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © subbotina/123rf.com

Zdjęcie autora: © Karolina Gajcy

Źródła ilustracji: domena publiczna, Wikimedia Commons,

Narodowe Archiwum Cyfrowe,

Mateusz Opasiński/Wikimedia Commons

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redakcja: Alicja Berman

Korekta: Marta Kozłowska

Skład: Igor Nowaczyk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-66229-84-6 (EPUB); 978-83-66229-85-3 (MOBI)


www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Od Autora

Rozdział I. Gabriela Zapolska 1857–1921

Rozdział II. Maria Dulębianka 1861–1919

Rozdział III. Helena Rubinstein 1872–1965

Rozdział IV. Maria Komornicka 1876–1949

Rozdział V. Zofia Sadowska 1887–1960

Rozdział VI. Zofia Stryjeńska 1891–1976

Rozdział VII. Kazimiera Alberti 1898–1962

Rozdział VIII. Tamara Łempicka 1898–1980

Rozdział IX. Irena Krzywicka 1899–1994

Rozdział X. Michalina Wisłocka 1921–2005

Zakończenie

Bibliografia

Przypisy

Przypisy gwiazdka

Od Autora

Do niedawna o dziejach kobiet mówiło się, że napisano je białym atramentem. Niewidocznym – jakby żyły na jakiejś feministycznej Atlantydzie. Tylko nieliczne figurowały w podręcznikach, słownikach, encyklopediach. Do historii przeszły tylko te emancypantki, które – poza tym, że walczyły o prawa kobiet – osiągnęły sukcesy w innych (jeśli nie całkiem męskich, to wspólnych dla obu płci) dziedzinach, te, które zajmowały się literaturą, socjalizmem, ekonomią, medycyną.

Były to odważne i niebanalne kobiety – gruntownie wykształcone, same zarabiające na siebie, a często i na swoje rodziny. Wiele z nich było rozwódkami, kilka żyło w nieformalnych związkach, z których miały dzieci, niektóre związały się z kobietami. Nie zawsze należały też do intelektualnych elit, nie zasiadały – jak choćby Irena Krzywicka (zawdzięczająca to zresztą romansowi z Boyem) – obok skamandrytów na pięterku w Ziemiańskiej.

Nie publikowały w najbardziej poczytnych pismach kraju, ale zakładały własne, o których dzisiaj nikt już nie pamięta. O większości tych zaangażowanych w kwestię kobiecą historia milczy. Krakowska publicystka Kazimiera Bujwidowa i inne „prawdziwe” działaczki ruchu kobiecego, domagające się praw wyborczych, koncentrowały się na agitacji i pracy organizacyjnej, pisały głównie teksty doraźne i ulotne – odezwy, artykuły, petycje[1].

Paradoksalnie postępowanie wyzwolonych emancypantek tak dalece i pod każdym względem odbiegało od przyjętych norm, że było trudniejsze do zaakceptowania właśnie dla innych kobiet niż dla mężczyzn, którzy patrzyli na te poczynania z pewnym pobłażaniem, ale i z sympatią. Kobiety, choć potrafiły docenić osiągnięcia odważnych przedstawicielek własnej płci, niejednokrotnie nazywały je wprost wariatkami lub dawały odczuć im to w różny sposób. Mężczyźni akceptowali ich „inność” na równi z ich dokonaniami, ponieważ kobiety i tak zawsze były dla nich „inne”, dlatego więc mniejsze lub większe odchylenia od normy zachowań czy kanonów nie miały tu już znaczenia, oczywiście byle nie dotyczyło to pola ich działania.

Aktywność intelektualna kobiet podlegała swoistej degradacji, ponieważ nawet ich powieściopisarstwo uznawano za metodę odreagowywania instynktu, odmawiając mu znamion świadomej twórczości intelektualnej. Potępiono kobiety nie tylko za sam fakt pisania, lecz także za wytwarzanie dzieł zbyt daleko odbiegających od obowiązującego wówczas kanonu estetycznego. Tego, z czego dziś kobiety są dumne, czyli wykształcenie, wysokie zarobki, zaradność, skuteczna walka o swoje prawa, wtedy musiały się wstydzić. Ba, większość z nich nie ośmielała się nawet o takich luksusach marzyć...

Nie mogły studiować, gdyż w ich czasach nie przyjmowano kobiet na uniwersytety, nie mogły rozwijać przedsiębiorstw, ponieważ banki nie udzielały pożyczek kobietom. Ich miejsce było przy dzieciach i garach, a jeśli już wolno im było pisać, to romanse. Przy czym poruszanie choćby kwestii nierówności było bardzo niemile widziane w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Samotna kobieta w podróży oznaczała zgorszenie, a szminki używały tylko aktorki i kobiety lekkich obyczajów.

Bohaterki tej książki żyły w czasach, gdy wciąż istniały różne standardy moralne, obowiązujące mężczyzn i kobiety: zdrada mężczyzny była wybaczalna, kobiety – w żadnym wypadku; młodzieńcowi wolno było się wyszumieć w stanie kawalerskim, wybaczało mu się drobne miłostki albo regularne odwiedziny w burdelu, lecz utrata dziewictwa przed ślubem przez młodą kobietę z dobrego domu była już niewybaczalna[2].

Mężczyzna żenił się z młodziutką dziewczyną dopiero mając „sytuację” (przyzwoitą pensję, mieszkanie, pozycję towarzyską, stanowisko – może to nie jest zresztą całkiem głupie), co oznaczało – grubo po trzydziestce, miał więc już za sobą burzliwą przeszłość, której śladem bywała niekiedy przekazywana młodej (i niewinnej) małżonce (lub kochance) choroba weneryczna. Przytrafiło się to Zapolskiej, Stryjeńskiej i wielu innym...

O wyborze bohaterek do tej książki decydowała reprezentatywność ich twórczości, dokonań i poglądów. Chodziło o możliwie klarowne przedstawienie różnych dróg do sukcesu i różnych wizji emancypacji kobiet. Gabriela Zapolska na przykład zdecydowanie i jawnie wypowiadała się... przeciwko konkretnym postulatom ruchu równouprawnienia kobiet. Nie każda też miała tyle odwagi co Maria Komornicka, która wyłamała się z obowiązujących zasad i jej życie zakończyło się tragedią. Ba, na wiele lat została wymazana z kart historii literatury.

Tradycyjny katolicyzm nauczył Polaków wstydu ciała i erotyki. Jeśli Polacy rozumieją pruderię jako coś w rodzaju zakłamanego wstydu, to są pruderyjni. Pruderia tkwi korzeniami w polskiej obyczajowości, ponieważ u nas zawsze wiele rzeczy nie uchodziło i wypadało z nimi się kryć. Jesteśmy nie tylko pruderyjni, lecz także pełni hipokryzji. Jeśli przyjmiemy, że pruderia to tyle, co ignorowanie różnego rodzaju świństw czy spraw moralnie drastycznych w imię „wzniosłych” ideałów przyzwoitości, to polska pruderia obejmuje wyjątkowo szeroką dziedzinę zjawisk.

Polacy są nie tylko pruderyjni, wykazują się obłudą nie tylko w sprawach życia seksualnego, ale i postaw moralnych w ogóle. Prawie dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa jest katolikami, ale ilu z nich chodzi regularnie do kościoła? Ba, większość miałaby spore kłopoty z wymienieniem choćby dziesięciorga przykazań, a jeśli chodzi o ich przestrzeganie, to wątpliwe, czy dałoby się znaleźć dwa procent takich. Nic bardziej obłudnego. Nawet w XXI wieku nie pozwalamy żyć innym tak, jak chcą...


ROZDZIAŁ I

Gabriela Zapolska

1857–1921

Zapolska przeszła przez życie głośno i zamaszyście, wywołując skandal za skandalem. Nie wahała się mówić: „Jestem wielka i nieraz muszę się szczypać, aby sobie przypomnieć, że to ja naprawdę jestem”. Uważała się za pisarkę lepszą od Prusa czy Sienkiewicza i odnosiła się do ich twórczości z pewnym pobłażaniem: „Nie piszę epopei historycznych, ale epopeję chwil, w których żyję. I dlatego moje powieści zostaną, podczas gdy innych trawa porośnie”[1].

 

Co ciekawe, dopiero w roku 1960 niestrudzona badaczka biografii i bibliografii Zapolskiej, Jadwiga Czachowska, ustaliła prawdziwą datę i miejsce jej urodzenia – rok 1857, Podhajce. Przedtem oficjalne źródła podawały rok 1860 lub 1859. Była więc Zapolska o szesnaście lat młodsza od Orzeszkowej, o piętnaście od Konopnickiej, o dwanaście od Prusa i jedenaście od Sienkiewicza. Ale o siedem lat starsza od Rodziewiczówny. I o dwadzieścia jeden lat (a więc o całe pokolenie) od Mniszkówny. Była także starsza od Żeromskiego, Reymonta, Kasprowicza, Wyspiańskiego, Przybyszewskiego[2].

Naprawdę nazywała się Maria Gabriela Janowska z domu Piotrowska herbu Korwin, primo voto Śnieżko – Błocka. Urodziła się we wsi Podhajce nad Styrem na Wołyniu. Ojciec Gabrieli, solidny ziemianin Wincenty Kazimierz Jan Korwin – Piotrowski, marszałek szlachty powiatu łuckiego, poznał w Warszawie swą przyszłą małżonkę, Józefę z Karskich, w niebanalnych jak na ową epokę okolicznościach, bo na scenie. Wybranka jego serca była bowiem... tancerką warszawskiego zespołu baletowego.

Oprócz dworu w rodzinnych Kiwercach państwo Korwin – Piotrowscy dysponowali również mieszkaniem w Warszawie, w Alejach Ujazdowskich. Gabriela często odwiedzała ciotkę Karolinę Staniszewską, która po powrocie z zesłania na Syberię za pomoc powstańcom w 1863 roku zamieszkała w małym parterowym domku przy ulicy Żurawiej. Bywało tam dużo młodzieży studenckiej, w tym Lucyna Kleczeńska, przyszła żona pisarza i aktora Józefa Kotarbińskiego.

To tam poznała Konstantego Eliasza Śnieżkę – Błockiego, porucznika Petersburskiego Pułku Grenadierów, który wkrótce został jej mężem. Bardzo szybko okazało się jednak, że małżeństwo było fatalną pomyłką, a Konstanty niewiernym łowcą posagu, który zawiódł wszystkie romantyczne nadzieje panny młodej. Doświadczenie to określiło całe przyszłe życie Gabrieli i w wielu wariantach stało się tematem jej utworów, nasyciło także jej dzieła szczególnie silną niechęcią do mężczyzn[3].

Wkrótce przyszły kolejne doświadczenia warszawskiego okresu dorastania do życia. Młoda kobieta odkryła w sobie zainteresowanie teatrem i literaturą, za przewodnika wybierając popularnego literata Mariana Gawalewicza, który prowadził amatorski zespół teatralny przy Warszawskim Towarzystwie Dobroczynności. Jego powszedni i twórczy artyzm mógł zafascynować dwudziestodwuletnią, nieszczęśliwą mężatkę, marzącą o „innym życiu”.

Wtedy też zaczął się dramat Gabrieli, który, między innymi, na zawsze odciął ją od jej matki. Gdy rozstała się z mężem, rodzina umieściła ją w klasztorze sióstr wizytek na Krakowskim Przedmieściu, gdzie miała oczekiwać unieważnienia małżeństwa (uzyskała je dopiero siedem lat później), ale w zamknięciu nie wytrzymała długo. Uciekła „zza furty” do Wiednia, używając dokumentów wystawionych właśnie na nazwisko „Gabriela Zapolska”[4].

W Wiedniu urodziła dziewczynkę, Marysię. Zarówno dziecko, jak i matka poważnie chorowały, a noworodek niestety nie przeżył. Gawalewicz, oprócz dziecka i gorących wrażeń, „ofiarował” Zapolskiej także chorobę weneryczną. Jej sytuację można porównać do zarażenia wirusem HIV w naszych czasach. Antybiotyki, które skutecznie leczą zakażenie dwoinką rzeżączki i krętkiem kiły, zaczęły być dostępne dopiero w okresie międzywojnia[5].

To właśnie wtedy rodzice wyrzekli się jej. Z ojcem nawiązała Zapolska później specyficzny rodzaj więzi – Wincenty płacił jej bowiem regularnie za... trzymanie się z dala od familii. Wspomagał ją, wymagając jednocześnie, aby, poza korzystaniem z zapomóg, nie absorbowała swoją osobą szacownej rodziny Korwin–Piotrowskich. Pieniądze od ojca, a później od brata, nieraz pomogły jej przetrwać trudne chwile, a przecież opuściła męża, nie tylko dlatego, że był dla niej niedobry.

„To własna rodzina może by jej wybaczyła – komentuje Eliza Michalik – ale tego, że o tym głośno mówiła, wybaczyć nie mogła. Lecz pisarka brzydziła się obłudą – mówiła, jak myślała, a jak mówiła, tak postępowała. Cecha ta wielu wydaje się naiwnością, a przy odrobinie dobrej woli – ekscentryzmem. Zapolskiej jednak właśnie ten ekscentryzm zapewnił miejsce w panteonie gwiazd europejskiej dramaturgii i – co ważniejsze – miejsce w sercu każdej kobiety, która kiedykolwiek znalazła się w sytuacji wyboru między dogodzeniem konwenansom a walką o swoje osobiste szczęście i godność”[6].

Najbardziej znana sztuka Zapolskiej jest przecież takim właśnie publicznym mówieniem o toksycznej – jakbyśmy ją dziś nowocześnie nazwali – rodzinie. O matce, która bardziej niż szczęściem własnych dzieci przejmuje się tym, co ludzie powiedzą. O domu, w którym nie ma prawdziwego porozumienia, w którym nie rozmawia się o rzeczach ważnych i w którym liczą się tylko pozory.

W takich okolicznościach młoda, dwudziestoczteroletnia kobieta, wychowana w dobrobycie, w atmosferze spokoju i beztroski, stanęła w ciągu kilku lat przed próbami wymagającymi najwyższego wysiłku fizycznego i odporności psychicznej. Możliwe, że Marysia nie była jej pierwszym straconym dzieckiem. W liście do publicysty Wilhelma Feldmana z 18 lutego roku 1914 przyznawała: „Wszak, gdy miałam 18 lat, zapadłam sama w takie bagno, dowiedziałam się o bagnie i kładłam lód na oczy stojącego u progu ślepoty dziecka”[7].

Jest to świadectwo dość jednoznaczne. Zacznijmy jednak od podważenia go: „gdy miałam 18 lat” – a więc w roku 1875, czyli przed ślubem? Było to niemożliwe z wielu względów. Zajrzyjmy jednak do innego listu. W październiku 1899 roku, pisząc do Stanisława Janowskiego i opowiadając o sobie, wyznała: „Czternastoletnią dziewczynką wywieziono mnie na Wołyń, gdzie skończywszy 16 lat poszłam za mąż”[8].

Wiemy, że w chwili pierwszego ślubu miała już prawie dwadzieścia lat. Nic jednak dziwnego, że odmładzała się w liście do przyszłego drugiego męża. Chciała nie tylko być młodsza, ale także zniwelować różnicę wieku (Janowski był bowiem dużo młodszy od narzeczonej). Można więc z niejaką dozą prawdopodobieństwa założyć, że te „18 lat” w liście do Feldmana jest także zabiegiem odmładzającym – o rok lub dwa. Ale jest jeszcze inna poszlaka.

W liście z lata 1889 roku, do Marii Szeligi, pisarki i działaczki – feministki przebywającej w Paryżu, pisząc o swym projekcie przyjazdu do Paryża, Zapolska stwierdziła: „Nie mam nikogo na świecie, jestem sama, bo rodzina mnie nie zna – z mężem się rozwiodłam, dzieci mi umarły”[9]. Zauważmy: dzieci, nie dziecko. Zapolską trudno uważać za wzór polskiej matrony i przypisywać jej cnoty, których nie miała i... mieć nie chciała. Całe jej burzliwe życie osobiste i działalność artystyczna nosiły posmak skandalu i tak, a nie inaczej, były odbierane przez współczesnych.

Wypada podkreślić, że nawet wydarzenia o charakterze raczej epizodycznym zyskiwały w biografii pisarki wymiar skandaliczny. Tak właśnie było w przypadku jej przygody z kinematografem (napisała scenariusz), która zakończyła się nie tyle krytycznymi recenzjami Niebezpiecznego kochanka, ile głośną sprawą zamknięcia jednego z kin krakowskich, o czym wzmiankuje Małgorzata Hendrykowska w opracowaniu na temat filmu w kulturze polskiej lat 1895–1914[10].

Można więc chyba powiedzieć, że skandal stał się niejako sposobem na życie pisarki. Zanim za sprawą debiutu zyskała status bohaterki jednego z tych najgłośniejszych w literaturze polskiej, parokrotnie wzbudziła już zgorszenie w towarzystwie. Jej życie było bowiem zaprzeczeniem jednej z ulubionych zasad pani Dulskiej, mówiącej, że „kobieta powinna przejść przez życie cicho i spokojnie”.

W 1885 roku ukazał się książkowy debiut Gabrieli Zapolskiej, tom opowiadań Akwarele. Najbardziej kontrowersyjna z owych „akwarel” nosi tytuł Małaszka. To opowiadanie Zapolskiej, które miało również swoją wersję teatralną (jego melodramatyczną przeróbką Zapolska zadebiutowała jako dramatopisarka), wywołało ogromny skandal literacki, pierwszy i nie ostatni zresztą w jej karierze.

Bohaterka Małaszki, hoża ukraińska piękność, wychodzi za mąż za lokaja, by wkrótce potem nawiązać romans z młodym hrabią, dla którego porzuci męża. Wyjeżdża do Warszawy jako mamka maleńkiego hrabiątka, które na skutek jej zaniedbania umiera. Wypędzona z hrabiowskiego domu, wraca do męża, który oszalał z rozpaczy po jej ucieczce. Mąż próbuje ją zabić, ale traci przytomność, w chałupie zaś wybucha pożar. Małaszka ucieka, lecz przypomina sobie, że zostawiła w środku ukochaną, czerwoną spódnicę, wszystko, co jej zostało z lepszego życia. Wraca po nią i ginie, pogrzebana wraz z mężem pod walącym się stropem[11].

Opowiadanie rozpętało pierwszą burzę wokół Zapolskiej. „Psiarnia warszawska”, której „ujadania” tak się Zapolska bała, zaatakowała ją bez pardonu. Autorka wystąpiła w obronie swego honoru, albowiem Jan Ludwik Popławski (to on ukrywał się pod pseudonimem „Wiat”) w tekście Sztandar ze spódnicy nie tylko bezlitośnie ją skrytykował, lecz także zarzucił podwójny plagiat z tekstu francuskiego i rosyjskiego (słynnej już Małaszki – z rosyjskiego i Gdybyś ożyła – z francuskiego)[12].

Zapolska wytoczyła mu proces, a wstępna rozprawa odbyła się 7 listopada 1885 roku. Popławski przyznał się do autorstwa recenzji i wycofał z pomówienia, choć upierał się przy drugim plagiacie. Akwarele stały się – jak pisał Olgierd Missuna – przyczyną pierwszego „w życiu warszawskim skandalu literackiego”, którego temat nie schodził ze szpalt polskiej prasy przez długie miesiące. Świętochowski i Popławski naruszyli sferę życia intymnego autorki, przypisując jej intencje zdobycia sławy i reklamy na drodze sądowej[13].

Sąd wydał wyrok uniewinniający ich w tym procesie o zniesławienie, mimo iż plagiatu Zapolskiej nie udowodniono. Tak pisze o tym Olgierd Missuna: „Dziś dla prawnika wyrok ten jest niezrozumiały. Dowód prawdy nie został przez oskarżonych przeprowadzony, nie zdołali oni nawet przedłożyć sądowi tych utworów, które miały rzekomo służyć za wzór dla Zapolskiej. Poza tym stwierdzić należy, że nawet w świetle obowiązującego wtedy prawa zarzut plagiatu musiał być uznany za dyfamację”[14].

Ostrość ataków Świętochowskiego sprawiła jednak, że proces przegrany w sądzie nie był przegrany w oczach opinii publicznej. Wielu publicystów i literatów wystąpiło bowiem w obronie Zapolskiej, wśród nich Adolf Dygasiński i Jerzy Soszyński – Ostoja, choć nie zniwelowało to absmaku samej zainteresowanej: „Proces ze Świętochowskim i to szarpanie mojego nazwiska po sądach – konstatowała – boli mnie do dziś i wstydem przejmuje”[15].

Nie tylko Małaszka, lecz także powieści Kaśka Kariatyda oraz Przedpiekle wzbudziły zażartą dyskusję, zgorszeniem napawając konserwatywną część społeczeństwa i krytyki literackiej. Oburzenie na Zapolską było tak wielkie, że lwowski „Dziennik Polski” wstrzymał drukowanie Kaśki Kariatydy z powodu „niemoralności przedmiotu”. Opinia publiczna nie posiadała się z oburzenia, że pisarka – wariatka postanowiła opisać uczucia i rozterki moralne zwyczajnej służącej.

Wiele pań z „porządnych” domów doznało prawdziwego szoku na myśl, że sprzątaczka i praczka mogłyby mieć taką samą wrażliwość i przeżycia jak one. Ich mężowie zaś, przywykli do ignorowania panien służących, a w najlepszym razie używania ich do zaspokojenia cielesnych żądz, uważali za nielogiczne (ulubione słowo mężczyzn używane w polemikach z kobietami tak w XIX wieku, jak i dziś) już samo zajmowanie się takim (takim!) tematem[16].

Wielu nie mieściło się w głowie, że można tak otwarcie, z pazurem i pasją mówić o rzeczach zakazanych, wykpiwać wtrącanie się w cudze sprawy, oszczercze plotki, chodzenie do kościoła na pokaz. Że można w końcu posunąć się do „ostateczności”, jaką były dla wielu napisane przez Zapolską powieści O czym się nie mówi i O czym się nawet myśleć nie chce, traktujące o takich ówczesnych tematach tabu jak prostytucja[17].

Twórczość pisarki stała się okazją i pretekstem do mówienia o kwestiach zarówno już ustalonych na mapie literackiej, jak i nowych, czekających dopiero na doprecyzowanie. Tych ostatnich w debiucie Zapolskiej było zdecydowanie więcej. Opinia publiczna, zaszokowana śmiałością jej utworów i ich demaskatorskim charakterem, przystąpiła wkrótce do kontrataku, obłudnie oskarżając autorkę o cynizm, lubowanie się w brudach i wybujały erotyzm. Pisma konserwatywne wystąpiły z napastliwą krytyką.

Było to jednak nic w porównaniu ze Zmorami Emila Zegadłowicza. W konfrontacji z nim przegrywał chyba każdy pisarz. Oprócz pełnych głosów oburzenia i całkowitej dezaprobaty recenzji, sięgano do tak oryginalnych sposobów represji wobec autora jak niszczenie jego wcześniejszych książek zalegających magazyny księgarni św. Wojciecha, odebranie jego imienia ulicy i pozbawienie go honorowego obywatelstwa Wadowic, odczytywanie z ambon listu arcybiskupa Sapiehy, a nawet rozlepianie plakatów i malowanie napisów, które na przełomie 1935–1936 rzekomo pojawiły się w Krakowie[18].

 

Literacki debiut Zapolskiej zakończył się więc skandalem. Surowo przyjęto krotochwilę pióra Zapolskiej Kupidyn Łysy, którą zespół Stanisława Trapszy wystawił w Teatrze Alhambra. Była to już prawie zasada. Każdy jej publiczny występ stawał się przyczyną gwałtownych polemik i bulwersujących wydarzeń. Podobnie było z jej warszawską karierą aktorki. Jej debiut sceniczny spotkał się z surową oceną recenzentów, a starania o występy stałe w Teatrach Rządowych nie dały rezultatu.

Na ten okres przypada jej pierwszy, choć nie ostatni, kryzys osobisty. W nocy z 5 na 6 października 1888 roku, podczas jednego ze swych licznych wyjazdów na prowincję, próbowała popełnić samobójstwo w hotelu w Piotrkowie. Wiadomość ta natychmiast została upubliczniona, ponieważ owe tragiczne wydarzenia zbiegły się z uroczystością otwarcia stałego teatru w Łodzi, gdzie oczekiwano Zapolskiej w charakterze ważnego gościa. Pisarka nie pojawiła się, o czym „Kurjer Codzienny” donosił jeszcze tego samego dnia w tonie sensacyjnego domysłu.

Odratowana i przywieziona do Warszawy, długo chorowała. W grudniu 1888 roku dobiegł końca drugi etap warszawskiego okresu w biografii pisarki, która, załamana, uciekła z kraju. Uciekła, ale też pojechała na podbój Paryża. Pragnęła zostać drugą Modrzejewską, pragnęła zdobyć Paryż jako aktorka. Ambicje miała wielkie. Nie chciała pamiętać, że Modrzejewska jechała do Ameryki opromieniona sławą wielkiej aktorki, podczas gdy jej własne sukcesy miały charakter raczej lokalny, by nie powiedzieć prowincjonalny[19].

Dla sprawczyni „skandali” życie nadal nie było łaskawe. Także we Francji miotała się w poszukiwaniu prawdziwego uczucia i wielkiej, wymarzonej miłości. Kariery nie zrobiła, dlatego też w maju 1895 roku postanowiła wrócić do Warszawy. Zatrzymała się w Hotelu Brühlowskim. Grała w teatrze, lecz ton recenzji po jej występach był dość powściągliwy, choć podkreślano nowoczesność jej warsztatu aktorskiego. Warszawa nie przyjęła jej z otwartymi ramionami, nie powtórzył się wymarzony sukces Heleny Modrzejewskiej powracającej z zagranicy w blasku sławy.

Przyczyn takiego stanu rzeczy dopatrywano się w zawiści i intrygach aktorek warszawskich, choć biografka Zapolskiej, Jadwiga Czachowska, uważała, że to raczej ekspansywna indywidualność aktorki była źródłem domniemanych konfliktów, których reżyserzy woleli unikać. Autorka sugeruje, że pani Gabrieli zaszkodzić mogły także kontakty z naczelnikiem żandarmerii rosyjskiej[20].

We wspomnieniach z tego okresu Zapolska zapisała się przede wszystkim jako aktorka niezwykle wymagająca, o charakterze wybuchowym, bezlitośnie zwalczająca swe rywalki. Rywalizacja pomiędzy „paryską” aktorką i warszawskimi gwiazdami zaznaczyła się szczególnie ostro w jej stosunkach z Heleną Marcello – Palińską, której role często grywała pani Gabriela podczas swych występów gościnnych.

Obie panie wystąpiły w sztuce pt. Lep. Oto w finałowej scenie Zapolska uderzyła panią Marcello drewnianą siekierą w głowę (notabene zgodnie z wyreżyserowanym epizodem), ale ciosu nie markowała. Rywalka padła zemdlona, potem dostała spazmów. „Kurtyna na szczęście opadła” – konstatował aktor, tancerz i reżyser Paweł Owerłło. „Zapolska, idąc do garderoby, powiedziała tylko: Ale dostałaś cholero! i zatrzasnęła silnie drzwi za sobą”[21].

Podobnie było w teatrze krakowskim. W jej korespondencji pojawiają się nieustanne narzekania na intrygi aktorek i nieporozumienia z dyrektorem. W dodatku czas nie stał w miejscu – w porównaniu z większością zespołu była już starszą panią, co wytknął jej złośliwy Józef Łoziński, kuzyn Zapolskiej zresztą, pisząc w recenzji jednej ze sztuk: „Nie pomogły blansz i róż, bo Handlarka stara już”. W odpowiedzi Zapolska przed następnym przedstawieniem rozłożyła na miejscach recenzentów z „Głosu Narodu”... psie kagańce[22].

W roku 1900 przestała ostatecznie sama występować, a w następnym roku wyszła za mąż za malarza Stanisława Janowskiego, który stał się odtąd jej najbliższym przyjacielem i współpracownikiem. Prowadzili wspólnie przez jakiś czas własną szkołę dramatyczną w Krakowie. Wyszli z niej tacy artyści jak Maria Dulęba (krewna następnej bohaterki tej książki – Marii Dulębianki).

Chociaż Zapolska dbała o swoją reputację „wielkiej miłośnicy” i ognistej kochanki zmieniającej partnerów jak rękawiczki, w rzeczywistości wśród mężczyzn więcej miała przyjaciół niż kochanków, a po ślubie z Janowskim była wierną i oddaną żoną. Rozstali się zresztą w końcu z powodu jego, a nie jej, licznych zdrad[23].

Dopiero wtedy, pełna żalu do mężczyzn, zawiedziona zarówno małżeństwem, jak i „wolną miłością”, sama zaczęła uwodzić, wykorzystywać i odpychać kolejnych adoratorów. Działo się to w czasach, gdy rewolucja seksualna, do której przejawów i skutków jesteśmy obecnie przyzwyczajeni, miała się wydarzyć za siedemdziesiąt lat[24].

Nierozstrzygnięte pozostanie zapewne pytanie, czy skupienie się przez nią w prozie na fizjologii (naturalistyczne opisy ciąży czy problem chorób wenerycznych) wynikało z jej własnych doświadczeń, które domagały się uzewnętrznienia, czy raczej z naturalistycznej techniki pisarskiej. Dla Zapolskiej anatomia tak dalece determinowała kobiety, że chciałoby się ją nazwać wierną uczennicą Freuda, a skoro chronologia na to nie pozwala (byli niemal rówieśnikami, Freud był o rok od Zapolskiej starszy), można powiedzieć, że oboje wyrażali na swój sposób ducha czasu[25]. Co ciekawe, menstruacja była jednocześnie dla niej tematem tabu, co wiemy z jej prywatnej korespondencji.

„Jeśli Żeromski pisać może takie coś, jak swoje Grzechy i w Wiernej rzece o periodach itd. – i to nic – a mnie nie wolno nic?” – oburzała się w liście do Józefa Wolffa, komentując ingerencje cenzury w swoją powieść Kobieta bez skazy[26]. Publiczność nie zwracała na to jednak uwagi i tłumnie waliła do teatru. W listopadzie gubernator piotrkowski zakazał wystawiania sztuki, w której główną rolę otrzymała znakomita aktorka Irena Solska. Teatr został pomówiony o uprawianie pornografii. Władze carskie okazały surowość podobną do tej, z jaką przyjmowano dzieła Zapolskiej w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia[27].

W epoce, gdy w pozytywistycznej literaturze polskiej Prus, Sienkiewicz i Orzeszkowa dyktowali prawidła smaku, a krytyka zdominowana była przez konserwatystów, Zapolska nie mogła liczyć ani na zrozumienie, ani też na sprawiedliwy osąd. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, a uznanie dla prawdziwego talentu przychodzi nieraz bardzo późno, po wcześniejszych razach od „znawców”. Taki był też i jej los. Po latach nadmierną krytykę jej twórczości wyrzucał sobie Jan Kasprowicz, z czego zwierzył się w rozmowie z Kazimierą Alberti:

„Ja sam muszę się przyznać – Kasprowicz zniża głos i uśmiecha się – że też mam coś na sumieniu, czego żałuję do dnia dzisiejszego. Zjeździłem swego czasu zbyt ostro dwie autorki, z których jedna ma poważne nazwisko w literaturze.

– Kto to?

– O, to tajemnica, nie powiem.

– Może przecież... – nalegam.

– O, nie!

Mija dobra chwila. Kasprowicz nachyla się ku mnie i szeptem – tak, żeby więcej nikt przy stole nie słyszał – mówi mi do ucha:

– Zapolska.

A głośniej:

– Całe życie potem tego żałowałem”[28].

Pierwszym wielkim i niezaprzeczalnym sukcesem warszawskim Zapolskiej była Moralność pani Dulskiej, wystawiona w Teatrze Małym przez Mariana Gawalewicza. Po raz pierwszy krytycy warszawscy okazali jej tak jednomyślną życzliwość. Entuzjastyczne recenzje ukazały się w „Bluszczu”, „Kurjerze Warszawskim”, „Świecie” i „Tygodniku Ilustrowanym”. Nawet Jan Lorentowicz, który dość sceptycznie pisał o Moralności pani Dulskiej, stwierdzał, że sztuki Zapolskiej były zawsze w Warszawie sensacją sezonu teatralnego.

Zaskoczeniem okazała się kolejna warszawska premiera Zapolskiej w Teatrze Rozmaitości, który w listopadzie 1908 roku wystawił Skiza. Ta urocza i lekka komedia, znakomicie przyjęta w teatrze lwowskim, w Warszawie nie zyskała jednak uznania. Zapolska oskarżała aktorów, że nic z jej utworu nie zrozumieli i że nie chcieli z nią współpracować, ci zaś, oburzeni i rozgoryczeni, odpowiedzieli głośnym protestem na łamach tego samego „Tygodnika Ilustrowanego”, który opublikował wcześniej pretensje Zapolskiej. Był to więc kolejny skandal warszawski, który autorka bardzo silnie przeżyła[29].

Była jednak kobietą nieprzeciętną i utalentowaną pisarką, o czym świadczy fakt, że jest jedyną kobietą – autorką swoich czasów, której utwory dramatyczne do dziś wystawiane są w teatrach całego świata. Jeszcze za życia Zapolskiej przekładano jej utwory na wiele języków, przede wszystkim na niemiecki, francuski i czeski, wystawiano jej sztuki nie tylko na najlepszych scenach Galicji i Królestwa, lecz także za granicą. Nazywana przez prasę niemiecką „kobietą genialną”, w krajowej czytała o sobie, że uczyniła „chuć osią sztuki”, a jej pornograficzne utwory szerzą deprawację[30].

Być może publicyści niemieccy czy francuscy nie czuli się osobiście dotknięci utworami Zapolskiej, natomiast wielu Polaków uważało ją za „ptaka, co własne gniazdo kala”[31]. Nigdy nie traktowano jej z estymą i powagą, jakimi darzono choćby Marię Konopnicką czy dojrzałą Elizę Orzeszkową. Generalnie fakt tworzenia literatury przez kobiety nie był wówczas mile widziany, jednak twórczość wspomnianych autorek została stosunkowo szybko zaakceptowana zarówno przez społeczeństwo, jak i przez krytykę.