TerremotoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Terremoto

Od Autora

dla Luki

i Włochów, którzy mając góry,

nie zapominają o morzu,

ratując innych,

ocalają siebie

i nas

Nie tak miała wyglądać ta podróż.

Chciałem iść na nogach, z Norcii do Asyżu.

Zaplanowałem to sobie jak dziecko, które wymyśla nową planetę na lekcję rysunków. Niestety, do dziś pokutuje we mnie dziecięca wyobraźnia: kiedy ktoś opowiada o drodze z leśniczówki do lasu, widzę ją jakby z góry. Widzę drewnianą chatkę, serpentynę ścieżki, las. Las jest przyjazny, droga bliska, chata jak z piernika.

To defekt, w dodatku taki, który ośmiesza. Oto deklaruję w domu: chcę iść na piechotę. Córka zaraz chce pójść ze mną, ale bałbym się o nią. Że akurat wtedy zatrzęsie się ziemia. Nie wiem, jak w górach wygląda trzęsienie ziemi.

Poza tym Rysiek przestrzegał, żeby nikogo nie zabierać do pracy.

– Będziesz się martwił, czy zjadła, czy ma wygodnie – mawiał reporter. – Będziesz podawał płaszcz. I przestaniesz widzieć. Stracisz kontakt z ludźmi, których spotkasz na miejscu.

Tam, już na miejscu, też pukają się w głowę. Bo na przełomie lat 2016 i 2017 seria trzęsień ziemi jest serią stulecia i zima jest zimą stulecia. Żeby móc iść pieszo, odsuwam podróż w kalendarzu, ale na początku marca śnieg wciąż leży wszędzie. I walczy o lepsze ze skałami na drogach. Z pęknięciami ziemi, które biały puch dobrze maskuje.

Jestem mięsem, a krajobraz jest wygłodzony zimą, przerażony wstrząsami.

Kiedy będziemy z Lucą w górskim Castelluccio, strażacy powiedzą, że rano znaleźli na śniegu szkielety kilku zagryzionych owiec.

– Wczoraj – dodadzą jeszcze – kiedy jechaliśmy do Norcii, zobaczyliśmy na poboczu klęczącego cielaczka. Był rozpruty. Wilki na nasz widok uciekły. Ale cielaczek zginął.

Nie spytałem, co się robi z klęczącym cielaczkiem. To pytanie przyszło mi do głowy później. Ratuje się go? Zabiera? Czy się odjeżdża? Zostawia wilkom na potem, na zaraz?

– Powiedzmy, że są trzy rodzaje trzęsienia ziemi – mówi Luca Cari i zaprasza do jeepa. – Jak w Amatrice, jak w Nursji i jak w Castelluccio. I każdy z tych rodzajów jeszcze jakoś można scharakteryzować…

Mówi jak praktyk, nie jak sejsmolog, którym zresztą nie jest. Luca to strażak. A raczej ktoś pomiędzy strażakiem a świadkiem. Nie tylko tak jak każdy strażak jest świadkiem pożaru. Raczej jak reporter, który będąc świadkiem, bez przerwy zastanawia się nad swoją rolą, nad własnym warsztatem i nad każdym słowem.

Tyle że od słów reportera czyjś los nie zależy tak bezpośrednio, tak wprost. Tak indywidualnie. Słowo reportera może przeżłobić. Ludzi i społeczeństwa. Można wyobrazić sobie, że zmieni los albo nastawienie świata. Tymczasem słowo Luki może więcej: zabić albo przywrócić do życia. Uchronić albo skazać.

– W Rigopiano – opowiada – nie mieliśmy nadziei, że znajdziemy kogoś żywego. Musiałbyś to zobaczyć. Jak gdyby na hotel zwalił się kawał góry. Po przybyciu nawet nie wiedzieliśmy, gdzie jest ten budynek. Lawina przesunęła go o kilkanaście metrów. Ale kopie się zawsze, nawet kiedy się nie ma nadziei. Aż znajdziesz żywego człowieka. Albo jego ciało. Tylko nie wiadomo, co wtedy powiedzieć. Wszyscy chcą dostać konkretną informację, a jeśli nie ma informacji, to choćby tę nadzieję. Każdy chce usłyszeć, że wszystko jest możliwe. Ktoś tam w środku, raczej pod spodem, tak naprawdę nie wiadomo gdzie, ma żonę, ktoś dziecko albo dwoje. Jak ten mężczyzna, który przed lawiną wyszedł na spacer. I jeśli dasz mu nadzieję, to gdy się okaże, że jego bliscy zginęli, ona, ta nadzieja, go zabije. Ale nie możesz też pozbawić człowieka wiary, że się uda, bo – powtarzam – rzeczywistość czasem zaskakuje, na szczęście. I z tym mężczyzną również wtedy tak było. Wtedy… Niecałe półtora miesiąca temu, w połowie stycznia. Przeżyły jego żona i dzieci. Pod tym samym śniegiem, tuż obok, przeżyły też inne dzieci, których rodzice jednak zginęli.

– Widziałeś – pyta po dłuższej chwili – tego chłopca, którego wyciągnęliśmy z hotelu, spod śniegu?…

Widziałem, pewnie, że widziałem. Cały świat widział dziecko, na które strażacy czekali jak na małego mesjasza. A kiedy chłopiec wynurzył się spod ziemi, tarmosili go, mierzwili mu włosy.

– Gdybyś słyszał, co wtedy mówiliśmy. Jakie słowa wychodziły nam z ust…

Poznajemy się osobiście dopiero teraz, na przełomie lutego i marca 2017 roku, w centrum Rzymu. Wcześniej kilkakrotnie rozmawialiśmy przez telefon, wymieniliśmy kilka maili.

Chciałem poznać Lucę już w zeszłym roku, i to wcale nie w związku z kataklizmami w środkowych Włoszech. Zanim 24 sierpnia 2016 rozpoczął się ten annus horribilis, potworny rok, który trwa do dzisiaj i nie wiadomo, kiedy się skończy.

Wiosną 2016 usłyszałem, że włoski premier Matteo Renzi polecił ściągnąć na Sycylię z egipskiego wybrzeża statek z siedmiuset ciałami uchodźców z Afryki, i chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o tej decyzji. O akcji tak osobliwej, wytyczającej jaskrawą granicę pomiędzy nimi a nami, w poprzek kultury, która jeszcze do niedawna wydawała się jedną kulturą, chrześcijańską i śródziemnomorską, od Lampedusy i Sycylii po Krasnogrudę i Sejny.

Poza tym, co dało się wyczytać z gazet, nie mogłem dowiedzieć się nic. Ani od policji, ani od wojska. W końcu kolega z „Cronaca di Siracusa” podał mi numer Luki.

– To strażak i dziennikarz – powiedział. – Cały czas jest na miejscu. Można mu wierzyć.

– Cari – usłyszałem w słuchawce. Powiedziałem, o co chodzi. Powołałem się na znajomość z doktorem Pietrem Bartolo z Lampedusy.

– Zadzwoń za dziesięć minut. Jadę motocyklem.

Sprawdziłem szybko w internecie: Luca Cari okazał się jednym z najważniejszych ludzi na Wiminale, czyli we włoskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Rzecznikiem straży pożarnej i obrony cywilnej do spraw nadzwyczajnych. Czyli kataklizmów.

Zadzwoniłem ponownie. Mówił powoli, wyraźnie. Prócz głosu Luki dochodził do mnie szum wiatru. Wyobraziłem sobie, jak stanął w zatoczce, wyłączył silnik, zsiadł z motoru, zdjął kask.

Powiedział, że wrak jest w wojskowej części portu w Auguście. Że zanim marynarka wojenna ściągnęła go na Sycylię, oni, strażacy, przez kilka dni przygotowywali się do pracy.

Znaleźli podobny typ statku. Obliczali czas konieczny do tego, by wejść. Oddzielić zwłoki od innych. Włożyć każde do innego worka. Wynieść.

Przypomniał mi się sposób, w jaki Umberto Eco konstruował dialogi w Imieniu róży. Najpierw pojechał do prawdziwego klasztoru, żeby zmierzyć odległości między celami. Potem do tej przestrzeni dostosował długość rozmów.

Po co ściągnęli wrak?

To oczywiste: żeby ci ludzie nie zostali w morzu. Morze nie jest dobrym miejscem pochówku dla tych, którzy sami go sobie nie wybrali na cmentarz.

Chcieli ich pochować. A wcześniej pobrać próbki do badania DNA. Na wypadek, gdyby szukali ich bliscy.

– Poza tym – powiedział – jesteśmy dziećmi Antygony, czy nie?

Teraz, w Rzymie 2017 roku, kiedy mu przypominam te słowa, nie pamięta, by powołał się na Antygonę.

A przecież słyszałem. Słyszałem na pewno. Jeśli nie on, to kto ją wymienił?

Ten sycylijski wiatr?

Mówił, tam, wtedy, w zatoczce przy szosie, głosem opanowanym. Czasami przerywał.

Ze wzruszenia? Żeby odwrócić się od wiatru?

– Rampą – opowiadał wiosną 2016 – wprowadziliśmy statek na ląd, do hangaru. Zaczęliśmy od deku, bo tam zobaczyliśmy pierwsze szczątki. Nie wiem, jak je nazwać – szkielety czy ciała. To, co po nich zostało. Znajdowały się pod wodą. Tylko niektóre były w całości. Na nadbudówce leżało pięć czaszek. Oderwały się od reszty i skupiły we wspólnym wgłębieniu. Jak wtulone w siebie głowy śpiącej rodziny.

Nazajutrz otworzyli kadłub. Nożycami hydraulicznymi. Ładownię po prawej, potem po lewej. W każdym pomieszczeniu było ponad sto zwłok. W maszynowni kilkadziesiąt. To mniejsze pomieszczenie, więc ofiary były też bardziej stłoczone.

Podobno wraz z tym statkiem utonęło siedemset osób. Jeśli tak, była to największa katastrofa na Morzu Śródziemnym. Największa z tych, które znamy.

– W morzu – jak mawia doktor Bartolo z Lampedusy – jeśli ktoś utonął bez świadków, to o jego śmierci raczej nigdy się nie dowiemy.

– Często – opowiadał Cari, stojąc przy motocyklu w zatoce autostrady – była to plątanina szkieletów i ciał. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Ludzie wtuleni w siebie. Dzieci uczepione dorosłych. Pewnie matek. Starszych braci. Ojców. Szkielety dorosłe obejmujące szkielety małe, w geście obrony przed tym, co się działo. Szkielety zupełnie małe, niemowlęce. Wymienialiśmy się co kilka minut, zachowując płynność. Jedni wychodzili, drudzy wchodzili. Co dalej? Tego nie wiemy. Worki ze zwłokami przejmowały wojskowe służby Czerwonego Krzyża. Teraz będą badania i pogrzeby. Bo cele są dwa: godnie pochować, jak przysługuje to ludziom, i zachować o nich pamięć. DNA. Taki jest sens, jedyny. Nie wiara, chyba. Nie uświadomione wartości. Tylko człowieczeństwo… Nie, nie płakaliśmy. Nikt nie prosił o odpoczynek. Mogliśmy skorzystać z pomocy terapeuty, ale nie skorzystaliśmy. Rozmawialiśmy ze sobą, później. To był nasz płacz i była nasza terapia.

 

Po tamtej rozmowie jeszcze raz zajrzałem do internetu, żeby zobaczyć Lucę. Przystojny, siwy pięćdziesięciolatek o pociągłej twarzy, wysokim czole i uważnym spojrzeniu. Typ kondotiera. Rzymskiego senatora. Z tych, do których rodzaju ludzkiego zawsze chciałem należeć: którzy nie uciekają przed trudnościami, ale z każdej opresji wychodzą w wyprasowanej koszuli. Pamiętam, że takiego chciał mnie widzieć ojciec. Stojącego w kościele na nieugiętych nogach, schludnego, dumnego. Twardego i ciepłego.

I kiedy wyobrażałem sobie, jak zakłada kask, wsiada na motocykl i jedzie, wioząc do Rzymu obraz tamtych czaszek, wtulonych w siebie jak głowy śpiącej rodziny, przypomniały mi się słowa, które na Lampedusie wypowiada Miranda z Szekspirowskiej Burzy:

Och, jakże cierpiałam,

Widząc, jak oni cierpią! Świetny statek,

Niosący pewnie szlachetne istoty,

Rozbity w drzazgi! Ten krzyk – niby cios

W sam środek serca! Zginęli, nieszczęśni!

Gdybym tak miała boską moc, już raczej

Dałabym ziemi wessać całe morze,

Niż morzu wchłonąć ten wyborny statek

Z całym ładunkiem dusz…

Antygona, Szekspir…

Nie z dumą, bo nie wystarczy być człowiekiem, by mieć tutaj jakieś zasługi. Z zachwytem i wstydem myślałem o tym, że kultura Europy, języków oryginału i języków przekładu ma szkielet współczucia. Litości. Wciąż istnieją szkoły, wciąż w szkołach czyta się ważne lektury, których nie pogrzebie najgłupsza nawet reforma, najbardziej prymitywny rząd.

Nie ma alibi. Jest Sofokles, jest Burza.

Wiemy, kogo podziwiać. Co robić. Ale coraz bardziej porastamy niepamięcią, zdradą wobec własnych nastoletnich myśli. Nasze głowy wraz z tym, co w nich umarło, coraz głębiej osiadają na mulistym dnie morza, naszego morza.

Śródziemnego.

Bałtyckiego.

Mare Nostrum.

Monstrum.

– Jadłeś śniadanie? – pyta Luca teraz, w Rzymie, wiosną roku 2017.

Pijemy kawę, jemy rogaliki. Luca jest jedynym gościem baru Antico Ruschena, któremu udaje się nie upaćkać pudrem ani kremem. Tylko jemu nie pozostaje na wargach ani na nosie kawowa pianka.

Jest wysoki, może metr dziewięćdziesiąt. Ma na sobie szarą, obcisłą bluzę z żółtymi naszywkami. Doskonałej jakości. Nie jak mundur. Raczej jak drogie ubranie trekkingowe.

– Założyłem ją – tłumaczy – żeby była widoczna dla wojska. I tak by nas wpuścili, bo mam tablicę straży pożarnej. VF, jak Vigili del Fuoco. Przyda się, kiedy wysiądziemy z auta. Poza tym może być chłodno, będziemy w górach.

Kiedy wracamy do jeepa, oprócz tablicy widzę naklejkę z informacją, że samochód został zarekwirowany mafii.

Trzęsienie ziemi…

Co za dziwna idea dla kogoś, kto urodził się na Mazowszu. Mówię o tym Luce, kiedy jedziemy do Amatrice, drogą na Florencję, potem na Rieti.

Bo to głównie ja opowiadam na początku drogi, która z Rzymu ma trwać około dwóch godzin. Muszę się uwiarygodnić. Muszę wytłumaczyć, dlaczego mnie to interesuje. I zaczynam od tego właśnie – że w Polsce trzęsień ziemi właściwie nie ma. Pamiętam relacje sprzed lat, że gdzieś tam zakołysał się żyrandol albo obrazek spadł z gwoździa. Mówię o kopalniach, o tąpnięciach i zawaleniach, przez które giną górnicy, o których opowiadał mi górnik-poeta Igor Jarek. Mówię o ścianach domów, które pękają nad urobiskami. Ale te zjawiska da się wytłumaczyć robotą człowieka: jeśli kopiemy pod ziemią, ziemia może się zawalić. A jak wytłumaczyć jej trzęsienie? Nauka wystarczy? Analiza warstw skalnych, ich ruchów i napięć? Mówię Luce, że o sztuczności czy obcości tego problemu w Polsce świadczy sama nazwa: trzęsienie ziemi. Dwa wyrazy, jak dwa obrazki, których nie da się zestawić. Z dwóch różnych światów. Metaforyczne i paradoksalne.

Ziemia to fundament. Matka. Wszystko pęknie, wszystko rozsypie się w pył, ale nie ona.

Chyba że się trzęsie o dziecko.

Także dla Włochów ziemia jest fundamentem i matką, tylko kryje w sobie tajemnicę, jakiej my nie znamy, a raczej znamy jedynie z przenośni: że nagle się usuwa spod nóg. Dosłownie.

Wyraz terremoto nie dziwi, choć dziwić powinien. Na przestrzeni czterech sylab są nieruchomość i wstrząs, wprasowane w siebie jak muszla ślimaka w prehistoryczny kamień. Ziemia – matka, która łamie się pod stopami.

„Jak nie łamać się?” – pyta Maria z wiersza Stabat Mater dolorosa Iacopone da Todi, w odważnym przekładzie Mirona Białoszewskiego.

Matka Boża łamie się, bo został zamordowany Jej Syn. Bóg. Matka Ziemia łamie się – bo co? I to w piękny letni dzień. Jak 24 sierpnia zeszłego roku, tuż po moim powrocie z wakacji.

Opowiadam ze wstydem, jak wilkowi morskiemu opowiada turysta na spacerowym stateczku. Przypominam sobie teraz, że co jakiś czas miałem we Włoszech do czynienia z trzęsieniem ziemi. Że robiło to na mnie wrażenie, ale nie należyte. Nie dość wewnętrzne. Że czułem się wtedy jak barbarzyńca w ogrodzie, jak spacerowicz na archeologicznym obszarze, który co jakiś czas potyka się o antyczną skorupę.

Kiedy? Choćby we wrześniu zeszłego roku, kiedy w Ferrarze próbowałem wejść do synagogi, ale dozorca mnie nie wpuścił, bo po wstrząsach w 2012 roku w Emilii-Romanii popękały ściany.

– Przez tamto trzęsienie – powiedział dozorca – ferraryjscy Żydzi nie mają się gdzie modlić.

Albo w sycylijskiej Mesynie, gdzie prawie wszystko jest nowe, bo w 1908 roku trzęsienie ziemi zniszczyło przeszłość, i gdzie pod gruzami znaleźli się Caravaggio i Antonello. I nie tylko oni.

Albo kiedy ponad trzydzieści lat temu pojechałem do Friuli i wśród solidnych, alpejskich domów Tolmezzo zobaczyłem schludne baraki i dowiedziałem się, że to pozostałość po trzęsieniu, które w 1976 roku zabiło dziewięćset dziewięćdziesiąt osób.

Lub kiedy nagle podczas obiadu żona Michele’a, właściciela restauracji La Piccola Irpinia, w której jadam zawsze, gdy jestem w Rzymie, zaczęła wspominać ryk trzęsienia ziemi, które przeżyła jako nastolatka. W Irpinii właśnie, czyli w Kampanii, blisko Neapolu. Pod Avellino. Walące się domy, ucieczka – owszem. Lecz przede wszystkim ten ryk. Boato. Niedający porównać się z niczym. A ja jej wierzyłem, bo w oczach kobiety, dziesięć czy pięć lat temu, widziałem całe tamto przerażenie. Z 1980 roku. Ale cóż mogłem wiedzieć o irpińskiej tragedii, która przyniosła dwa tysiące dziewięćset czternaście ofiar śmiertelnych, skoro my mieliśmy wtedy Solidarność, ekstazę rewolucji?

Mówię mu w końcu, Luce Cariemu, który widział wszystko, co tylko najgorszego może się stać z człowiekiem, że przez jakiś czas mieszkaliśmy w Rzymie i że pewnej kwietniowej nocy 2009 roku obudziło nas w mieszkaniu drżenie podłogi, że przesuwało się łóżko, kołysał żyrandol. Że przyszły do naszego pokoju córki, a pies szczekał mechanicznie jak chińska zabawka na baterie. Że włączyliśmy telewizor, a tam prezenter nocnego programu informował, że w studiu RAI na Saxa Rubra, przy północnym wyjeździe z miasta, które jest Światem, drży właśnie podłoga, kołysze się wszystko, co wisi. Z czasem zaczęliśmy się dowiadywać, że epicentrum trzęsienia jest w okolicach L’ Aquili, jakieś sto kilometrów od nas. Wreszcie, po kilku dniach – że zginęło trzysta dziewięć osób, a tysiąc sześćset jest rannych. Że sama L’ Aquila jest w gruzach.

Opowiadam, że w zeszłym roku wracaliśmy po trzech tygodniach pobytu w Toskanii, nad Morzem Tyrreńskim, że ostatnią noc we Włoszech spędziliśmy w Cividale del Friuli, na północy, że nad miastem wisiała ogromna, stalowa chmura, z której spadł wielki deszcz, że nazajutrz dojechaliśmy do Częstochowy i tam zobaczyliśmy rano w telewizji, że we Włoszech było trzęsienie.

Luca lekko kiwa głową, aż przerywa moją gadaninę:

– L’ Aquila, 6 kwietnia 2009 roku, godzina 3.32… Accumoli, Norcia, Amatrice, Visso, Arquata del Tronto, 24 sierpnia 2016, godzina 3.36…

Nie idę więc pieszo. Jadę z Lucą Carim.

Do Amatrice, do Norcii, do Castelluccio.

Przez pola, góry, przez borghi. Często wysiadamy. Rozglądam się. Luca wciąż przypomina o kasku.

Właśnie borghi zostały najbardziej pokiereszowane przez ostatnie trzęsienia ziemi w tej okolicy. To słowo, które zna każdy turysta. Co rusz wzdłuż drogi brązowa tablica kieruje do jednego z najpiękniejszych borghi we Włoszech.

Nie lubię dość częstego u nas tłumaczenia borgo jako „gród” czy „podzamcze”. W „grodzie” i „podzamczu” jest coś z borgomanii. Średniowiecze na siłę. Tymczasem we Włoszech w słowie borgo nie ma nic sztucznego. Jest jak szyte na miarę, dopasowane, przylega do miasteczek na szczytach gór, do miasteczek ściekających po stromych zboczach jak żywica z kory. Pierwszy dom prawie zawsze jest podwyższeniem przepaści, ściana murarska przedłuża ścianę naturalnej skały. Nad nierównymi bryłami domów piętrzą się ceglaste dachy, zgrabne kopuły, smukłe wieżyczki, dzwonnice.

Im bliżej Amatrice, tym bardziej zakłócone wydają się dziś bryły miasteczek. Tym bardziej popękany rysunek. Jak gdyby to był ten moment w życiu malarza konstruktywisty, kiedy nawraca się na abstrakcję, lecz najpierw postanawia zniszczyć swoje całe dotychczas. Swoje dzieło, które nagle uznaje za niewarte podziwu, a nawet samego istnienia.

Tak, muszę powiedzieć Luce, dlaczego postanowiłem zobaczyć tę część Apeninów, po co mam zamiar pisać o trzęsieniu ziemi. Chcę, żeby wiedział, że nie uprawiam jego kosztem, za cenę jego bezpieczeństwa, turystyki nieszczęścia. Chcę, by wiedział, że mam ważne powody.

Kłopot w tym, że wiem, że powody są ważne, ale nie wiem jakie.

Jak zwykle nie mam też szczegółowego planu wyprawy ani wypowiedzi. Jadę, nie wiedząc, co zobaczę. Inaczej bym nie jechał. Otwieram usta, nie wiedząc, co chcę powiedzieć. Inaczej bym nie mówił.

Wokół nas, daleko, góry i śnieg, majaki zjawiska, o którym się mówi: Włochy środkowe, a ja zaczynam jakoś dziwnie, od swoich rozterek w kwestii nazwy miasta. A Lucę dziwnie to interesuje. Bo nie jest to tylko problem lingwistyczny.

Mówię, że mam kłopot z imieniem „Norcia”, która po polsku nazywa się „Nursja”. Trochę jak z borgo i „grodem”. Mówię, że kiedy opowiadam o trzęsieniu w Nursji, to jest to tak, jak gdyby miasto runęło w jakiejś uczonej baśni, w teologicznym traktacie, w łacińskich czasach, nie dzisiaj. Nie mówię przecież, że ziemia zatrzęsła się w jakiejś „Amatrycji”. Norcia stoi w braterskim szeregu z Amatrice, Visso, Accumoli. A Nursja brzmi jak Etruria, starożytna kraina Etrusków. Próbuje we mnie górować nad Norcią, w dodatku wydaje się pokryta patyną. A przez to jej tragedia jest mniej żywa. Norcia jest chłopska, ludowa. Jest znakiem rozpoznawczym tutejszego sera i kiełbasy. Tak, zwłaszcza kiełbasy. Wieprzowej. I kiedy zrobicie sobie makaron z kiełbasą, a usłyszycie, że to dzikie, że tak się we Włoszech nie jada, mówcie śmiało: w Norcii się jada. Nie jada się może w Nursji. W Nursji czyta się mistyków. Przy tym samym stole, przy którym ktoś je kiełbasę. Ktoś, kto również jest w nas.

Ale z Norcią jest też inny problem. Kiedy mówię o trzęsieniu w Norcii, niewiele osób kojarzy nazwę z tym, z czym Europejczyk kojarzyć ją powinien: z miejscem narodzenia świętego Benedykta i jego siostry, świętej Scholastyki. Z bazyliką, która jest w tej chwili wyżłobionym w środku szkieletem. Z klasztorem. Łudzę się, że tylko dlatego tak słabo przejęliśmy się w Polsce włoską tragedią – bo ludzie nie bardzo kojarzą Norcię z Nursją.

A przecież ta informacja jest ważna. Zginęli ludzie – to jedno. Lecz także zatrzęsła się ziemia w centrum świata. Tego świata, który od wieków uznajemy za nasz, za wspólny. Za wiążący dla wszystkich, bez względu na wiarę i niewiarę.

Nie mam zwyczaju, bo nie mam też na to słuchu, uderzać w ton proroczy, czytać wydarzenia przede wszystkim w ich symbolicznym wymiarze. Wolę wiązać je z ludźmi i ze zwierzętami.

Kiedy klęczy cielaczek, widzę przede wszystkim jego ból.

Dopiero potem narzuca się myśl o pękniętej cywilizacji, estetyce drastycznego krajobrazu. A przecież robi wrażenie, że ziemia, gdzie zginęli ludzie i zwierzęta i gdzie zadomowiły się strach i przygnębienie – bo trudno się nie bać, kiedy każdego dnia ziemia drży kilkadziesiąt razy, i trudno nie ulec depresji – że ta ziemia rozpościera się pomiędzy miejscami urodzenia patronów Europy. Norcia od świętego Benedykta ledwie się trzyma – widziałem, wiem. Chociaż próbuje się podnieść. Ale niewiele osób pamięta, że 26 września 1997 roku pod siłą wstrząsów w bazylice Świętego Franciszka w Asyżu oderwał się kawał tynku z freskami i zabił czterech zakonników. Wśród nich polskiego franciszkanina.

 

Rozumiem, że nie wierzymy dziś w takie znaki. Sam jestem na nie głuchy i ślepy. Duszę mam tkliwą, ale nie wzniosłą. Lecz czym innym są znaki, a czym innym wrażenie. Oniemienie. Oto dwadzieścia lat temu tynk pękł akurat w bazylice Świętego Franciszka, nie w jakimś starym magazynie obuwia sportowego. W 2016 roku zawaliła się bazylika Świętego Benedykta, właśnie ona. Widok ludzi klęczących przed fasadą, za którą nie ma świątyni, mógłby być jedną z najmocniejszych ikon współczesnego świata i całego stulecia.

I bywa nią, ale nie tutaj. Nie u nas.

Powtarzam: nie mówię, że uważam to za znak Boży. W Boga wierzę bardzo sporadycznie. Jedyne, co dzisiaj może dla mnie być Bogiem, to rzadkie, lecz silne, jakby napadowe poczucie harmonii życia i świata mimo wszystko. Atakuje mnie ledwie częściej niż nigdy, ale nie mogę zapomnieć, że jest. Że czasami niebo i morze, skupione w linii horyzontu, wydają mi się cudowne.

Nie twierdzę, nie sugeruję, że ta pusta fasada i ci ludzie coś znaczą. Ale mogliby znaczyć. Mogliby być alegorią tak samo, jak świat zawsze alegoryzował dramatyczne formy życia i dorastał do ich znaczeń, dojrzewał z nimi. Alegorią jakoś przejmująco trafną i aktualną. Jak zdjęcie dziewięcioletniej Kim Phúc, Wietnamki, którą w 1972 roku napalm zapalił niczym pochodnię. Albo jak fotografia Jana Pawła II, który w 2005 próbował coś powiedzieć do ludzi zebranych na placu Świętego Piotra i nie wydobył z siebie ani słowa. Tamte fotografie przekształciliśmy w ikony. A ze zdjęciem bazyliki Świętego Benedykta tak nie umiemy. Dlaczego? Co było w nas, czego już nie ma? Nursja to nie to samo co Norcia i trudno nam złożyć to w jedno? Nie jesteśmy już chrześcijanami? Jeśli to prawda – a myślę, że jeśli prawda to nie jest, to jednak prawda w tym jest – co ta prawda-nieprawda mówi o nas? Co mówi to, że nie objawił nam tej nowiny, złej albo dobrej, żaden intelektualista, żaden prorok, poeta, tylko objawiła ją ziemia?

Co mówi o nas fakt, że siedmiuset uchodźców na łodzi zatopionej przy egipskim wybrzeżu i tych trzystu sześćdziesięciu ośmiu, którzy utonęli o pół mili od Wyspy Królików, od Lampedusy, Bramy Europy, nie jest dla nas setkami martwych Ulissesów, którzy polegli w walce o wolność, o przyszłość i teraz?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?