Czerwony śnieg na EtnieTekst

Z serii: Sulina
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czerwony śnieg na Etnie
Czerwony śnieg na Etnie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Czerwony śnieg na Etnie
Czerwony śnieg na Etnie
Audiobook
Czyta Bartosz Głogowski
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Carlos Spottorno / Panos Pictures / Forum

Copyright © by Jarosław Mikołajewski i Paweł Smoleński, 2021

Niektóre fragmenty tej książki ukazały się w podobnej lub innej formie w „Gazecie Wyborczej”, „Lente”, „Newsweeku”, „W Drodze”, „Tygodniku Powszechnym”.

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Wojciech Adamski

Mapa d2d.pl

Korekta Elżbieta Krok, Iwona Łaskawiec

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-207-5

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Wołowiec 2021

Wydanie I

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Epigraf

Mapa Sycylii

O dwóch takich

Najstarsza z żyjących pamięci

Gdzieś. Kiedyś. Chyba

Miłość na Sycylii. I śmierć

Co to jest poezja

Dziwna rodzina

Penisy i blizna

Sycylijska ciotka

Kapelutek Wisławy

Sycylia to wyrok

Pożądanie

Dusza wiatru

Bogowie kontra turyści

Mafia, Mussolini, Amerykanie

Języki Śródziemnomorza

Chrystus z San Berillo

Najbezpieczniejsze miasto świata

Kwestia buntu

Umowny płot

Święty Emilio od kotów

Kasia

Weź kij i naszczekaj

Śpiew Etny

Moja Katania

Po co na Sycylię

Familismo amorale

Droga do Gangi

Żywe srebro

Possidonie

Flaki z olejem

Rosa

Las na Etnie

Przerwa nagła i niespodziewana

O Sycylii powiem ci słów tylko parę i więcej nie mam rzeczywiście do powiedzenia. Statek parowy uwiózł mnie zbyt szybko, nie widziałem nawet Syrakuz. Sławny huragan afrykański, o którym wiesz z gazet, nakrył chmurą piaszczystą wyspę, ujął nam widok Etny. Trzęsienie ziemi w Messynie raz przespałem, nic o nim nie wiedząc; drugi raz, trzęsąc się na koniu w okolicach, nie dostrzegłem wcale, że się ziemia trzęsła. Urwałem w górach gałązkę pieprzu, ażeby potem powiedzieć w Litwie, że mię los zapędził tam, gdzie pieprz rośnie…

Adam Mickiewicz, z listu do Franciszka Malewskiego, 27 czerwca 1830


O dwóch takich

Nie do końca pamiętamy, jak powstał pomysł napisania i złożenia wspólnej książki o Sycylii. Wynikało to na pewno z zawieszenia wyspy pomiędzy Półwyspem Apenińskim, którym od lat zajmuje się jeden z nas, a Afryką i, dalej, Bliskim Wschodem, które poznaje i opisuje drugi; dryfowania Sycylii po Śródziemnomorzu, gdzie mieści się większość rzeczy, które nie tylko nas interesują, przede wszystkim zaś skupiają się archaiczne, odkrywane w każdym pokoleniu na nowo tęsknoty, napięcia, konflikty. I marzenia o humanistycznej wspólnocie.

Wyzwalaczem było oczywiście samo życie. Dyskomfort płynący z egzystencjalnego zawieszenia, rozczarowanie środowiskiem, zdradzającym kruchość fundamentów i hołdującym nowej poetyce, z którą coraz trudniej nam się utożsamiać. Postanowiliśmy więc przeżyć przygodę. Nie z gatunku tych awanturniczych. Raczej pewien moment bliskości na tle pejzaży, ludzi i zdarzeń, od wieków udowadniających swoją historią własną witalność i zdolność odradzania się w coraz to innych wcieleniach.

Z początku może miała to być opowieść o spotkaniu ludzi przypływających na Sycylię z ludźmi, którzy już tutaj są. I nasza książka traktuje także o tym. Lecz z upływem czasu i wraz ze zmiennymi kolejami naszych losów stawała się coraz bardziej książką nie na z góry założony temat. Raczej mówiącą o nas samych w obliczu wszystkiego, co nam się przytrafia, kojarzy, narzuca.

Jesteśmy bardzo różni. Jeden z nas bywał na Sycylii dość często, drugi nie był nigdy. Ta dwoista perspektywa dawała nam szansę na rzecz jakoś zaskakującą i nieprzewidywalną. Przez zestawienie różnych oczekiwań, różnych charakterów.

Bo, jako się rzekło, różnimy się od siebie bardzo. Także w stosunku do świata, w skrajnie odmiennych rekwizytach i poetykach myślenia i odczuwania, w sposobach, w jakie to wszystko wyrażamy. Różnice te łatwo odkryje czytelnik kolejnych tekstów składających się na książkę. Niektóre pisał jeden – ostatnio lub dawno temu, kiedy był innym człowiekiem, niektóre publikował, potem poprawiał. Inne pisał drugi – w trakcie dwóch podróży, które odbyliśmy razem, albo po powrocie.

Jeden z nas jest zdecydowanie bardziej sentymentalny, drugi – ironiczny. Z góry cieszyliśmy się na te odmienności. Chcieliśmy, żeby książka była inna niż wszystkie. Pisana wieloma głosami, czyli również gatunkami. Czytelnik znajdzie tu wywiad, rozmyślania, reportaż, poezję, a nawet fikcję.

Zaznaczyliśmy, który z nas pisał który fragment, lecz co jakiś czas wpisywaliśmy też sobie nawzajem do tekstów dzikie wtręty. Nie zaznaczaliśmy ich, żeby nie siekać czytelniczej uwagi.

Tym, co nas łączyło najbardziej, była – i jest – radość bycia jednego z drugim, drugiego z jednym. I obu z innymi.

Jarek i Paweł / Paweł i Jarek

Najstarsza z żyjących pamięci

Najstarsza pamięć, której nikt nie pamięta, opowiedziałaby pewnie o spotkaniu wody i ziemi, bóstwa i ludzi. Może o trzech nimfach, które błąkały się po morzu, zbierając kamienie wymieszane z najżyźniejszą glebą na ziemi. Aż widząc nad sobą niebo wyjątkowo błękitne i czyste, cisnęły to wszystko w wodę. Trzy garstki, trzy rogi Sycylii: Faro, Passero, Boeo. W ich obrys nimfy wysypały z chust owoce i kwiaty, a morze przyjęło ich dar, malując się tęczą i rodząc wyspę, trójkątny brzuch zawsze gotowy uwodzić, płodzić i rodzić. Trzy przylądki, trzy przypadkowe rymy, nieprzypadkowo skupione w sens. Kilkadziesiąt Sycylii, których nie potrafimy połączyć w całość – my dwaj: jeden od Sasa, drugi od Lasa, jeden z Rzymu, drugi z Krymu.

 

Ale dobrze nam tutaj razem. Ciekawie.

Najstarszą pamięć żywą, którą wciąż widzi niewidzącymi od kilku lat oczami, ma Andrea Camilleri, pisarz. Spośród żywych on właśnie pamięta Sycylię najdawniejszą, sięga najdalej wstecz. Umarli Leonardo Sciascia, Vincenzo Consolo, Gesualdo Bufalino. Od lat nie żyje poeta Ignazio Buttitta. Camilleri właśnie skończył dziewięćdziesiąt lat. Urodził się w 1925 roku w Porto Empedocle na południu wyspy. Niedaleko Agrigento, gdzie mieszkał Luigi Pirandello.

Kiedy wyjechał do Rzymu, miał dwadzieścia lat. Potem często wracał. Wciąż tkwi na Sycylii po uszy, bo większość swoich książek pisze w języku, jaki pamięta z dzieciństwa. W vigatese – od Vigaty, miasta, które wymyślił, a którego pierwowzorem jest Porto Empedocle.

Był reżyserem teatralnym i radiowym, włoskim odkrywcą Becketta. Bywał poetą, którego do swojej antologii wpisał sam Giuseppe Ungaretti. Autor kryminałów o komisarzu Montalbano, powieści historycznych, komentarzy do Pirandella, wspomnień, esejów od dwudziestu lat bije we Włoszech wszystkie rekordy sprzedaży i płodności twórczej. Wydaje trzy książki rocznie, czasem więcej. Tyle tylko, że dziś już nie pisze, lecz dyktuje. Wzrok zabiła mu jaskra.

Z Andreą Camillerim przyjaźniłem się, o ile mogą się przyjaźnić dziewięćdziesięcioletni pisarz i jego tłumacz, młodszy o trzydzieści pięć lat. Przełożyłem kilka jego książek. Do mojego kryminału Herbata dla wielbłąda, który wyszedł we Włoszech, napisał wstęp. Kiedyś w Rzymie, na swoim wieczorze autorskim, zamiast swojej prozy czytał moje wiersze.

Kiedy przyjechała do Rzymu Wisława Szymborska, przyszedł na spotkanie w ambasadzie i wyrecytował przy stole z pamięci Uprzejmość niewidomych. Wyraźnie wzruszony. Rozmawiali sobie rozkosznie przy stole, z Bożą i moją pomocą, bo oboje nie mówili językiem innym niż własny.

Kiedy wyjeżdżałem z Rzymu po sześciu latach kierowania Instytutem Polskim, przyszedł na pożegnalną kolację. Zanim wysiadł z samochodu, podeszła do mnie jego żona.

– Prosi, żebyś mu pomógł – powiedziała.

Podszedłem, podałem mu rękę. Powiedział, że prawie nie widzi. Położył mi dłoń na barku. Szedł za mną bardzo powoli.

Rozmawialiśmy wielokrotnie. O literaturze, o polityce, o historii. O oczach i o jedzeniu. O Janie Pawle II – mówił o nim, że stał się przykładem walki do kresu sił i w czasach wojny w Iraku przywódcą antywojennych buntów nawet dla niego, byłego komunisty, wciąż człowieka lewicy.

Camilleri przez dwie dekady był najbardziej znanym włoskim pisarzem. O jego nakładach Umberto Eco mógł tylko pomarzyć. Stał się komentatorem życia publicznego i głosem sumienia, liderem opozycji wobec Silvia Berlusconiego.

Kiedy przyjeżdżałem do Rzymu, zawsze go odwiedzałem.

– On cię kocha – śmiała się Valentina, jego siostrzenica i sekretarka, przez którą się umawiałem. – Gdyby tak nie było, na pewno byś to odczuł.

Lubiłem czystość jego wypowiedzi, jego moralizatorstwo, dziadkową mądrość. Wyraziste obrazy, powolność i porządek mowy. Sycylijski akcent. Słoniową sylwetkę. To, że palił. Uprzejmość i uważność. Gruby głos, który wszyscy Włosi rozpoznawali z zamkniętymi oczami – ulubiony głos telewizyjnych parodystów, zwłaszcza Fiorella, słynnego aktora i komika z Katanii.

W drzwiach witała mnie żona Andrei, Rosetta, też Sycylijka, jak on, robiąca mnóstwo wesołego, przyjaznego jazgotu.

– Idę po zakupy, ale czekałam, aż przyjdziesz…

Przyniosłem jej sycylijskie pomarańcze, jak zawsze.

– Jaro przyniósł pomarańcze, z listkami! – wołała Rosetta.

– Jakżeby inaczej! – Andrea wyciąga rękę, trochę w próżnię. Jakby wkładał ją w Usta Prawdy.

– Już nic nie widzę, Jaro – powiedział za którymś razem, kiedy zostaliśmy sami.

Nie wstał z krzesła, jak miał dotychczas w zwyczaju. Czasami dotykał mnie ręką, żeby sprawdzić, gdzie jestem. I ustawiał nogę tak, żeby czuć mnie kolanem.

– To dla mnie rok wielkiej zmiany – zażartował. – Zacząłem dyktować książki. Podyktowałem już drugą.

Szczerze mówiąc, od dawna myślałem, że dyktuje. Inaczej nie umiałem sobie wytłumaczyć tych trzech, czterech książek rocznie.

– Jako pierwszą książkę – ciągnął – podyktowałem kolejnego Montalbana, La rete di protezione [Sieć protekcji]. Z Valentiną pracuję już od czternastu lat, więc nauczyła się wspaniale pisać narzeczem Vigaty. Moim vigatese. Nawet mnie nieraz poprawia. Ta mówiona opowieść o nowym dochodzeniu komisarza Montalbano zajęła mi więcej czasu, ale co robić…

– Sam rozumiesz – mówił – że stracić wzrok to dla pisarza rozpacz. Valentina wiedziała o tym, więc kiedyś powiedziała: „Spróbuj dyktować, zobaczysz, że nam się uda”. I się udało. Tego lata, kiedy Valentina była na wakacjach, pracowałem z dziewczyną z Toskanii, więc dyktowałem nie w dialekcie, tylko po włosku. Książka nazywa się Certi momenti [Pewne chwile]. Opowiadam w niej o różnych spotkaniach, głównie z młodości, z ludźmi słynnymi i całkiem nieznanymi, których łączy jedno: że powiedzieli mi kiedyś zdanie, które zostało we mnie na zawsze. Teraz znowu dyktuję Valentinie Montalbana, doszliśmy do siódmego rozdziału. To bardzo ważne, że dalej pracuję. W przeciwnym razie moja sytuacja byłaby tragiczna. Co miałbym robić w życiu?…

– Jaskra – ciągnął po chwili – posunęła się do stanu skrajnego. W pół roku całkiem bym oślepł. Szukałem pomocy w Rzymie, ale lekarze rozkładali ręce. Kiedy prosiłem o operację, mówili, że to zbyt ryzykowne… „O jakim ryzyku mówicie?”, krzyczałem. „Co za różnica, czy oślepnę od razu, czy za sześć miesięcy?! Spróbujmy!” Nikt, Jaro, w całym Rzymie nie chciał się jej podjąć. Ale miałem szczęście, bo córka przeczytała przez przypadek artykuł o chirurgu, specjaliście od jaskry. Pisano w nim, że jest najlepszy we Włoszech, jednym z najlepszych w Europie. Córka pojechała do niego do Parmy, zawiozła dokumenty. Przeczytał, poprosił o kolejne trzy dokumenty od okulisty, który mnie leczył. Po czym powiedział córce: „Gdyby chodziło o mojego ojca, operowałbym go. Mogę zatrzymać chorobę w punkcie, do którego doszła. Ale wzroku nie mogę przywrócić”. Przyjeżdżał do mnie trzykrotnie, powiedział, jakie jest ryzyko i że się czuje na siłach operować. Na co ja: „Profesorze, kiedy mam przyjechać do Parmy?”… Co teraz widzę? Twoją rękę, która się porusza. Widzę, że ją położyłeś na czole. Widzę twoją twarz. Że zeszczuplałeś. Światła takie jak te, które zawiesili nade mną, stosuje się w kinie, pracują przy nich operatorzy filmowi. Sprawiają, że wieczorem widzę lepiej niż w dzień. Mogę nawet czytać coś z komputera. Czyli teoretycznie mógłbym też pisać, ale bardzo szybko męczą mi się oczy. Więc wolę dyktować. A prócz oczu nie dolega mi nic.

Jestem u niego w grudniu 2015 roku. Po raz nie wiem który. Jak zawsze przynoszę dla Rosetty sycylijskie pomarańcze z listkami.

Zwykle rozmawiamy o polityce, teraz jednak o tym, o czym ma być owa książka: o jego sycylijskich spotkaniach i niespotkaniach.

Pytam, kiedy po raz pierwszy spotkał się z innymi. Z nie-Sycylijczykami.

Zamyka oczy, śmieje się swoim słynnym na całe Włochy śmiechem palacza z podrzynanym gardłem, który na późną starość przeszedł na e-papierosy.

– Pierwszymi nie-Sycylijczykami – mówi – byli, ma się rozumieć, Amerykanie.

A oto dalszy ciąg jego opowieści:

– Rok ’43, lipiec. Amerykanie lądowali na Sycylii, z czego cieszyli się po trosze wszyscy. Nawet mafia, której za faszyzmu było trochę za ciasno. Miałem osiemnaście lat, byłem po maturze, którą dostałem bez egzaminów, jak wszyscy moi rówieśnicy, bo trudno było zdawać je pod bombami. Łaziłem wtedy po wyspie w poszukiwaniu Bóg wie czego. Chciałem oglądać świat, jaki był wówczas dla mnie dostępny, ledwie przeczuwając, że jakaś ziemia jest również za morzem. I zobaczyłem pierwszy amerykański pluton. Szli dwójkami, ale na początku właściwie nie dostrzegłem żołnierzy, bo przed nimi jechał ogromny czołg. Stałem sam na poboczu drogi. Widziałem tylko ten czołg. Do chwili, gdy nagle odbił w prawo, a z lewej wyprzedził go jeep. Pierwszy, jaki w życiu zobaczyłem. Prowadził go czarnoskóry żołnierz. Obok niego siedział inny żołnierz amerykański, a za nimi, oparty o metalowy drążek, stał oficer w mundurze. Zaskoczyło mnie, że przy pasku miał dwa rewolwery, jak w westernach. Patrzyłem już tylko na niego. W pewnej chwili jeep zrównał się z grobem niemieckiego żołnierza po mojej stronie drogi. Oficer poklepał kierowcę po hełmie. Samochód zatrzymał się momentalnie, a wtedy oficer wyskoczył, wyrwał drewniany krzyż i zaczął tłuc nim o barierkę. Kiedy z krzyża zostały drzazgi, wyrzucił jego kikut i dał znak do odjazdu. Przez tych kilka chwil, kiedy jeep stał na poboczu, zauważyłem na hełmie trzy srebrne gwiazdki. Potem dowiedziałem się, że był to generał George Patton, dowódca 7 Armii. Jeep ruszył w drogę, minął mnie ogromny czołg i dopiero wtedy zobaczyłem żołnierzy maszerujących dwójkami, z karabinami na piersiach. Po chwili ujrzałem, że na szyi mieli coś w rodzaju hawajskich naszyjników, tyle że zamiast kwiatów na sznur nawleczone były granaty. Nieśli je tak, żeby w razie potrzeby móc je zrywać jak dojrzałe pomarańcze i rzucać. Przedefilowali przede mną całkiem obojętnie, tylko ostatni z nich podszedł i powiedział: „Salutamo paesa”. Powitał mnie w nieskazitelnie czystym dialekcie. Odpowiedziałem tak samo: „Salutamo”. Na co on, wciąż po sycylijsku: „Słuchaj, rodaku, muszę cię poprosić o uprzejmość… Masz może trochę oliwy? Bo zebrałem po drodze rozmaite zioła, żeby przyrządzić sobie miskę dobrej, swojskiej, sycylijskiej sałaty. Ale jak tu jeść sałatę bez oliwy?… Będziemy wracać tędy za dwie godziny. Możesz zdobyć dla mnie trochę oliwy? Niedużo, tak na cztery palce”. Obiecałem, że za dwie godziny będę czekał z oliwą. Ledwie odszedł, zacząłem szlochać. A rozpłakałem się chyba wskutek dziwnego pomieszania uczuć. Po pierwsze, obcy zajmowali naszą ziemię. Już wtedy nie byłem faszystą, którym myślałem, że jestem jako mały chłopak. Chciałem, żeby zakończyła się wojna, ale było mi nieswojo widzieć przemarsz cudzoziemców przez moją ojczyznę. Po drugie, ten obcy, ten cudzoziemiec, przemówił do mnie w moim domowym języku. Jak nie cudzoziemiec. Ogarnęły mnie emocje tak sprzeczne, że poczułem bezradność i nie mogłem powstrzymać płaczu. Nic już nie rozumiałem. Koniec końców znalazłem mu tę oliwę i dałem dwie godziny później. Nie masz pojęcia, Jaro, jak oni się cieszyli. Zatrzymali się, wyłożyli sałatę, polali oliwą i zjedli. Siedziałem z nimi i wiem, co mówię: wszyscy, powiadam, wszyscy pochodzili z Sycylii. Byli emigrantami. Mówili w moim dialekcie. Jeden z nich spytał, czy wiem, gdzie jest Montedoro. Powiedziałem, że o jakieś trzy kilometry. „To ja wezmę przepustkę”, zawołał, „i pójdę na chwilę odwiedzić rodzinę”. Potem przyszli oczywiście również Amerykanie amerykańcy. Amerykanie, którzy mówili tylko po angielsku.

Andrea ma wilgotne, żywe oczy. Trudno uwierzyć, że niewidzące. Gotuje mu się w nosie, bierze materiałową chusteczkę.

Pytam go o muzułmanów.

– Mieszkałem już wtedy w Rzymie – wciąż mówi tym łamiącym się głosem, najchętniej podrabianym przez włoskich parodystów. – Któregoś razu, kiedy wróciłem, żeby odwiedzić rodzinę, na polu dziadka zobaczyłem jakichś dziwnych rolników. „Skąd jesteście?”, spytałem. Bo widziałem, że to nie Sycylijczycy. Okazało się, że to ludzie z Maghrebu. I byli to chyba pierwsi muzułmanie nowej generacji, powojennej, którzy pojawili się u nas. Były lata pięćdziesiąte. Nasi rolnicy jeździli na Północ, zostawiając nieuprawiane pola, więc wieś ratowała się tylko dzięki nim, dzięki rolnikom, którzy przyjeżdżali z Maroka albo Tunezji. Na swojej robocie znali się doskonale. Nie byli od wymachiwania motyką. Mieli głęboką wiedzę o czasach zasiewu i zbioru, o nawożeniu, o gatunkach zboża i o tym, czego potrzebują rośliny. Uratowali na jakiś czas nasze rolnictwo, które potem i tak zeszło na psy, bo import zaczął opłacać się bardziej niż produkcja, więc ludzie masowo uciekali do miast.

– Potem, w latach sześćdziesiątych – ciągnie dalej – pojechałem do Mazara del Vallo kręcić film dla telewizji publicznej. Nie było wtedy jeszcze masowej imigracji z Afryki, lecz odkryłem, że jest tam cała arabska dzielnica. Nie była to jednak dzielnica nowa. Arabowie wrócili do rejonu, który tysiąc lat temu, w okresie dominacji arabskiej na Sycylii, stanowił ich ośrodek. Wrócili nie do tych samych domów, ma się rozumieć, bo te już nie istniały, ale na to samo terytorium. Już nie jako pryncypałowie, ale jako biedacy. Podobnie było w Agrigento. Kiedy zaczęła się imigracja masowa, arabskie rodziny osiedlały się tam w dzielnicy nazywanej arabskim słowem rabato. Mieli swojego przywódcę, miejsce modlitw w garażu. Nie słyszałem wtedy o żadnym konflikcie, o incydentach na tle religijnym czy rasowym.

 

– Na Sycylii mamy to w DNA – tłumaczy.

– Czytałem taką cudowną opowieść – dodaje. – Fryderyk II, Stupor Mundi, odwiedzając w Jerozolimie meczet w towarzystwie dwustu członków swojego dworu, pyta imama: „Dlaczego się nie modlicie? Przecież jest pora modlitwy”. Na co ten: „Bo wy tu jesteście”. „Módlcie się”, odpowiada Fryderyk. „Nie chcemy przeszkadzać. Prosimy, by muzułmanie nie zwracali na nas uwagi, tylko skupili się na modlitwie”. Zaczęli się modlić, a kronikarz opisuje, że połowa dworu Fryderyka padła na kolana. Połowa chrześcijańskich rycerzy to byli muzułmanie.

To, co napisałem powyżej, pisałem w czasie teraźniejszym. Dziś jest to przeszłość. Najstarsza sycylijska pamięć nie żyje. Andrea Camilleri umarł 17 lipca 2019 roku. Ateista bez złudzeń, leży na cmentarzu niekatolickim w Rzymie przy piramidzie Gajusza Cestiusza. Któraś i czyjaś pamięć jest zawsze najstarsza. Także o Sycylii. W tej chwili nie wiem, do kogo należy. Nie znam jej. Nie wiem, jakie nosi nazwisko.

Jarosław