Labirynt w Sierra MadreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Labirynt w Sierra Madre
Labirynt w Sierra Madre
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Labirynt w Sierra Madre
Labirynt w Sierra Madre
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
24,99  18,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jarosław Klonowski

Labirynt w Sierra Madre

Saga

Labirynt w Sierra Madre

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2012, 2021 Jarosław Klonowski i SAGA Egmont

ISBN: 9788726784893

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Książkę tą dedykuję mojej rodzinie

i wszystkim bliskim

To Wy jesteście moim Sierra Madre

I moją wyprawą w nieznane

Jarosław Klonowski

1.

Drzewa roztapiały się w ciemność, oblewaną raz po raz widmem reflektorów. Koła samochodu sunęły z szumem po wilgotnym asfalcie drogi krajowej 22. Kierowca, na oko trzydziestoletni, przystojny blondyn o nieco za długich, lecz modnie zaczesanych do tyłu włosach, uważnie obserwował wszystkie zjazdy. Na razie nic. Tylko pięciolinie drutów telefonicznych, rozwieszone ponad drogą, jak strachy na wróble. "To już niedaleko", pomyślał. Czuł, że ma ściśnięte gardło. Chwycił mocno kierownicę prawą ręką. Lewą, zaczął niezgrabnie obszukiwać kieszenie zamszowej marynarki. Otworzył schowek. Tu są fajki. Wyciągnął papierosa z miękkiej paczki. Zaczął znowu obszukiwać kieszenie. Tym razem w poszukiwaniu zapalniczki. Zaklął cicho między zębami, coraz mniej patrząc w przednią szybę. Pławiąca się w blasku samochodowych lamp jezdnia zafalowała. Obraz drogi odfrunął, zastąpiony przez rząd wyniosłych drzew. Mężczyzna poczuł, że traci kontrolę nad autem. Zahamował raptownie, prawie wpadając w poślizg. Usłyszał przeciągły gwizd, wydawany przez opony. Czarna maska Fiata Siena, zatrzymała się o włos od pnia pierwszej brzozy. Reflektory posłały ścieżkę oślepiającego blasku pomiędzy mokre drzewa.

Ręce mężczyzny złapały się kurczowo kierownicy.

Pokręcił głowa. Nie mógł sobie pozwolić na dekoncentrację. Nie w takiej chwili. Podrapał się po policzku. Miał wrażenie, że trzydniowy zarost wchodzi mu pod skórę. Nieprzyjemne uczucie. Ale jeszcze mniej przyjemny wydał się nocny chłód, przedostający do wnętrza auta przez wpółotwartą szybę. Obleśne, wilgotne zimno jesieni. Płynęło z lasu na oparach lepkiej mgły.

- Co ty tu właściwie robisz? - położył głowę na kierownicy. Rękaw marynarki strzelił, rozrywając się pod pachą. Powinien być w drodze na Poznań, nie tu.

- Cholera by to! - wykrzyknął mężczyzna. Wymierzył wściekły cios kierownicy. Syrena przerwała ciężką ciszę. Kierowca uspokoił się.

Niestety, tylko na chwilę. Co to za miejsce? Nie rozpoznawał go. Był taki rozkojarzony... Czyżby nie zauważył zjazdu? Zgubił się na tym odludziu? Cholera, teraz to już na pewno nie zdąży na spotkanie.

Musi zadzwonić. Poklepał kieszenie marynarki. Wyciągnął komórkę do oczu. Nie zdziwił się odkryciem, że jest poza zasięgiem sieci. Utkwił wzrok w ciemności. Przez szybę po stronie kierowcy, owiał go zimny, świszczący wicher. Mężczyzna poczuł, że mrok przyzywa go. Nie potrafił się oprzeć wrażeniu, że ktoś stoi między tymi brzozami, pokrytymi przez brudne, czarne cętki.

Pokręcił głową. "Dość głupot", pomyślał, ściskając telefon. Ostatnią wiadomość tekstową otrzymał od Agnieszki Waleskiej. Agnieszka była od kilku miesięcy żoną jego najlepszego przyjaciela, Darka. Darek Waleski poznał Agę na imprezie firmowej w Krakowie. Dziewczyna studiowała rehabilitację medyczną na Jagiellonce i była śliczna. Rodzice Agnieszki nie należeli do zamożnych, więc Aga dorabiała trochę jako hostessa. Miała warunki, które to umożliwiały.

Z miejsca wpadła Darkowi Waleskiemu w oko. Choć była jego absolutnym przeciwieństwem. Zabawowa, głośna, sympatyczna. Nie to co zawodowy nudziarz, Waleski.

Jacek skupił spojrzenie na wyświetlaczu. Wiadomość nadeszła przeszło dwie godziny temu.

Jacku, mam ogromną prośbę.

Możesz nas jakoś dzisiaj

lub jutro odwiedzić?

Najlepiej dzisiaj.

Mam problem z Darkiem.

Nie wiem, co się z nim dzieje.

Od powrotu ze Sierra Madre

zachowuje się, jakby się czegoś

bał. Na całe dnie zamyka się

w swoim gabinecie. Nie sądzę,

żeby pracował w tym czasie nad

reportażem. Proszę, przyjedź

do nas.

Może ty mu przemówisz

do rozsądku.

Pozdrawiam, Agnieszka.

19 wrz 2010, 16:38

Od: Agnieszka Waleska.

s- Dobra, tylko nie głupiej. Dwie rzeczy na pewno nie mają ze sobą związku. - mruknął do siebie. Wystukał numer na klawiaturze i zbliżył telefon do ucha. Usłyszał przerywany sygnał.

W chwili, gdy oderwał oczy od komórki, coś śmignęło mu przed oczami. Wpił wzrok w przednią szybę. W białym blasku, wszystko przemieniło się we własny negatyw.

- Słucham – usłyszał w słuchawce zimny męski głos. Poczuł się całkiem wyprowadzony z równowagi. Skupił myśli. Nie mógł się teraz denerwować. Nie, gdy dzwonił do Niego.

- To ja, proszę pana - oznajmił drżącym głosem. Zaklął w myślach. "Mięczak", pomyślał o sobie. Ja ci dam "Pana"... - Nie wiem, czy pan kojarzy. Jacek Witwicki?

- A, tak - odparł mężczyzna z głośnika cichym, modulowanym głosem. - To pan. O co chodzi? Czy coś nie tak? Nagła zmiana planów?

- Nie, nie - odparł nerwowo Witwicki. - Wszystko jest po staremu. Tylko, że może się okazać, że się spóźnię. Cała sprawa się przeciągnęła.

- Jak to?

- Żona Darka Waleskiego do mnie napisała.

W słuchawce nastała przejmująca cisza.

- Proszę się tym zająć - uciął mężczyzna po drugiej stronie. Sucho, zwięźle. Bez sympatii. - Będę czekał w umówionym miejscu, aż pan się z wszystkim upora. Do widzenia.

Witwicki oderwał telefon od ucha i przyjrzał się komórce, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Co to w ogóle miało znaczyć? "Proszę się tym zająć". Czy ten facet sobie kpi?! Zauważył jeszcze jedno połączenie. To był gość, któremu był winny pieniądze za zakłady, bukmacher z Poznania. Nieprzyjemny typ. Jacek wyjątkowo nie miał ochoty na rozmowę z nim, więc schował komórkę z powrotem. Przez chwilę zastanawiał się, co dalej. Miał trochę kłopotów finansowych. Nic, z czym nie dawał sobie rady. Ok, obstawił ze dwa razy nie tak, jak powinien. Połasił się na Hit dnia, w zakładzie na żywo. Był pewny, że ma cynk odnośnie wyniku meczu Borussi i ilości czerwonych kartek, które padną podczas spotkania. Okazało się, że gość blefował. Ale to jeszcze nie tragedia, odegra się.

Pobębnił w tablicę rozdzielczą, a potem wrzucił wsteczny i zaczął cofać auto, wykręcając jednocześnie koła. Raz po raz zerkał przez ramię na tylną szybę. W duchu sklął ciemność, oblepioną przez rzadką mgłę. Wyprowadził Fiata z powrotem na prostą. Obrócił się i poprawił w fotelu. Położył rękę na drążku przekładni, przesuwając bieg. W tym czasie, z lasu wyłoniła się kobieca sylwetka.

Postać dała kilka niezdecydowanych kroków do przodu, po czym stanęła na poboczu, oparta o drzewo. Zachwiała się. Wolną reką obmacała powietrze. Mężczyzna poczuł raz jeszcze suchość w gardle. Zmrużył oczy. Nie, nie mylił się. To była kobieta.

Trochę tym faktem ośmielony, kierowca wysiadł z auta. Nie zatrzasnął za sobą drzwi, ani nie wyłączył świateł. Okrążył maskę samochodu.

- Nic pani nie jest? - zapytał cicho, potem powtórzył głośniej. Odpowiedział mu jedynie pomruk pracującego silnika. Kobieta milczała. Jej twarz zakrywały gęste włosy. Opadały na jedno z oczu. Była chyba brunetką.

- Mogę w czymś pomóc? - zmrużył oczy. Jego niski głos, budził zazwyczaj zaufanie kobiet. Lecz nieznajoma stała dalej, przyklejona do drzewa.

Wreszcie zataczając się, dała parę pijanych kroków w stronę drogi. Przecięła szosę, podnosząc do góry głowę. Mężczyzna poczuł, że utkwiła w nim spojrzenie. Potem weszła w obręb reflektora. Instynktownie zasłoniła twarz. Kierowca zmrużył oczy, żeby lepiej przyjrzeć się nieznajomej. I momentalnie zbladł.

Wystraszony dał krok do tyłu. Natychmiast poczuł za sobą maskę samochodu, napierającą na uda. Wysoka kobieta, stojąca przed nim, była ubrana w kusą sukienkę i ramoneskę. Na swoich długich nogach, nosiła porwane w okolicy kolan, koronkowe pończochy. Czy możliwe, że to jest właśnie ona?

Nieznajoma dała kolejny krok w stronę auta. Przez chwilę zmagała się z blaskiem, bijącym w oczy, jak laser.

Widząc, że podchodzi, mężczyzna odsunął się do boku auta. Przerażająco znajoma postać, stanęła nad maską Fiata. Ramiona opadły na klapę, palce zabębniły głośno. Kobieta z coraz większym trudem utrzymywała się na nogach.

- Jacek... - wymruczała przez zęby. Czarny makijaż rozpływał się po owalnej twarzy.

Mężczyzna ani drgnął, choć rozpoznał nieznajomą. Trudno byłoby pomylić tego efektownego kociaka, z kimkolwiek innym. Agnieszka. To była Agnieszka. Rude włosy żony jego najlepszego przyjaciela i jedynego współpracownika, wydawały się w ciemności całkiem czarne.

Wreszcie zdobył się na ruch.

- Aga? Mój Boże, co ty tu robisz? Przecież wysłałaś mi esemes! Po co tu w takim razie przyszłaś?! I co ci się stało? Wyglądasz, jak... jak jakaś naćpana prostytutka.

- Wielkie dzięki - odparła do Jacka z pretensją w głosie.

- Co ty tutaj robisz?

- Darek... Chodzi o Darka.

Zawahała się.

- Co z nim? spytał.

- On... On spał dziś w gabinecie. Od wczoraj już, był cholernie dziwny. Wrócił do domu bardzo wzburzony. I tak jak ci napisałam, on... Zamknął się w gabinecie jak zawsze. Dochodziy stamtąd jakieś hałasy, jakby coś przewracał... A potem… Potem wyszedł i zaczął opowiadać jakieś brednie. Brednie o waszej ostatniej podróży.

 

Zęby kobiety podzwaniały, utrudniając mówienie.

- Jacek... Ja już nie wiem, co mam zrobić... – wyszeptała.

- Co ty mówisz?! Jak to, opowiadał brednie? Jakie brednie?

Szarpnęła go za kołnierz koszuli.

- Głupoty – potrząsnęła głową. – Coś o trupach i przemytnikach. Rozumiesz?! On całkiem powariował! Słyszysz? Całkiem mu odbiło!

- Uspokój się - odparł z przymusem. - Bo sama nie zachowujesz się wcale lepiej.

Pokiwała z przejęciem głową.

- Masz rację, ja... Ja już nie daję z tym sobie rady. Po prostu nie daję.

Obrzucił kobietę czujnym spojrzeniem. Na szczęście czerwone plamy były jedynie zdobiącym sukienkę ornamentem. Wyobraźnia Jacka spłatała mu w ciemności figla.

- Agnieszka, Darek w ten sposób pracuje – usiłował uspokoić dziewczynę. - Zawsze tak było. Zawsze się zamykał w sobie. Nie wiem, tak się chyba koncentruje... On zawsze był troche pod tym względem narwany. I naprawdę nie wiem, jak ci mogę pomóc.

- Byłeś tam z nim!

- Cholera, Aga! To był zwykły reportaż.

- Zwykły reportaż?!

- Wiem. Darek nie zachowywał się ostatnio normalnie - przyznał. - Myślę, że żył w strasznym stresie przez ostatnie miesiące.

- W stresie? - parsknęła. - I jeszcze może ten stres jest przeze mnie?!

- Tego nie powiedziałem.

- Ale tak myślisz. Widze to. Sądzisz, że to przeze mnie.

- Nieeee - odparł, choć zdawał sobie sprawę, mało przekonująco. - Słuchaj, Aga... Pogadam z nim i...

Zaczęła się histerycznie śmiać.

- Aga! - zawołał Jacek.

- Ty mnie w ogóle nie słuchasz - pokręciła głową. - Nie rób ze mnie idiotki. Ja wiem, że on tak właśnie pracuje. Ale do tej pory nigdy się tak nie zachowywał w stosunku do mnie, rozumiesz?! Nigdy.

- No... - westchnął. - Wiesz... Długo to wy się nie znacie...

- Co chcesz przez to powiedzieć?!

- Właściwie to nic - zrezygnował. - No, ale dobra. Zakładając, że faktycznie jest coś nie tak... Co się twoim zdaniem dzieje?

Wzruszyła ramionami.

- Nie wiem. Coś niedobrego, w każdym razie. Jak wrócił, był milczący. No a potem... Przy kolacji Darek zaczął coś mówić o Sierra Madre. Coś na temat jakiś jaskiń. - pociągnęła nosem. - Myślę, że był na prochach. Albo... albo coś pił.

- No to chyba raczej był na prochach - odparł wymuszonym głosem Jacek. - Agnieszka... Przykro mi to mówić, ale to mu się już zdarzało...

Wołał uśpić czujnośc jego żony. Prawdę mówiąc, to Witwicki domyślał się, o co chodzi. Przynajmniej częściowo. On i Darek, wmieszali się w coś, co ich całkiem przerosło. Coś, w czym tkwiła cała fundacja Bernhardta, która sfinansowała ostatnią wyprawę do Sierra. Co jeszcze? Dużo. Przemyt, nielegalne kontrakty, narkotyki i Bóg wie, co jeszcze. Witwicki wolał za dużo nie wiedzieć. Żywił też nadzieję, że Agnieszka Waleska, wie znacznie mniej od niego. W końcu nie rozmawiali z Darkiem o podejrzeniach Jacka... Raz tylko spytał o tym, co Waleski sądzi o fundacji, ale jak Darek spiorunował go wzrokiem, przeszła mu ochota na dalszą rozmowę.

Prawdę mówiąc? Nie ufał jej. Nie ufał Waleskiej. Wcale, a wcale. Miał dużo przeciw niej i powody, aby tak uważać. Co w ogóle ta laska robiła w życiu Darka Waleskiego i czy ich spotkanie było w ogóle przypadkiem? Witwicki bardzo w to wątpił.

Wyprawa do Sierra Madre Del Sur, była wielkim niewypałem. Reportaż na temat życia społeczności indiańskich w Meksyku, w ogóle się nie udał. Tak, jakby w Darku Waleskim, coś się nagle wypaliło. Brakowało w nim w ogóle zapału. Ważniejszy, stał się dla niego kontrakt z fundacją Bernhardta i kasa, która z tego powodu spływała. W związku z tym Jacek zaczął nawet przez chwilę podejrzewać o coś kumpla. Tym bardziej, że w pokoju znalazł dragi. Ale jak już poobserwował trochę kolegę, to nabrał przekonania, że te dwie rzeczy nie mają ze sobą nic wspólnego. Zresztą, co to zmieniało? Jacek zaczynał mieć i tak wszystkiego związanego z ich pracą, i samym Darkiem, po dziurki w nosie.

Podczas wypadu do Sierra, Jecek odkrył w końcu to, co podejrzewał od dłuższego czasu. Darek był uzależniony. Brał. A co na to Waleski, kiedy został przyłapany na zażywaniu eski? Stwierdził, że ma nad tym całym gównem względną kontrolę. Jacek, który samemu nie był aniołem, przez kilka miesięcy, patrzył przez palce na to, co jego przyjaciel wyczynia. I coraz mocniej zdawał sobie sprawę, że to narkotyki przejmują kontrolę nad życiem Darka, a nie odwrotnie. To tłumaczyło choćby pochopne małżeństwo. I inne głupoty.

Ale nie tylko to się posypało. W Meksyku okazało się, że ich współpracownicy z fundacji, mają własne cele do realizacji i wcale nie są tam do pomocy. Witwicki nie wiedział, kto im wydawał polecenia. Nie podejrzewał udziału Darka. Waleski był na to zbyt prostolinijny, a właściwie, prosty.

Ci ludzie, głównie rodowici Meksykanie, coś szmuglowali. Korzystając z toreb podróżnych dwójki Polaków. Super, co? Potem, Jacek zauważył dodatkowo, że ktoś obserwuje całą ekipę. Facet pojawiał się tu i tam, trzymając na bezpieczny dystans, nie odróżniając zasadniczo od pozostałych turystów w hotelu. Lecz jeśli chodzisz wiecznie z aparatem fotograficznym, to wcześniej czy później, kogoś takiego zauważysz. Witwicki szybko doprowadził do konfrontacji z tajemniczym typkiem. Gość okazał się gliniarzem z międzynarodowej policji, tropiącym szmuglerów. Nazywał się Otto Meyer.

No a potem przyszedł ten dzień, gdy Darek Waleski, odwiedził w pojedynkę jaskinie w Sierra. Na początku Jacek miał mu towarzyszyć. Ale nic z tego nie wyszło. Oficjalnie, to Witwicki się po prostu rozchorował. Biegunka. Tak naprawdę, chodziło o to, żeby sprawdzić bagaże, bez denerwowania Waleskiego i wzbudzania jego uwagi. Darek mógłby wpaść w panikę, gdyby się dowiedział o tym, co Meyer przekazał Witwickiemu. Był do tego zdolny. Jacek Witwicki natomiast, nabierał podejrzeń już od pierwszego dnia ich pobytu w Meksyku, a po wymuszonym spotkaniu z Meyerem, nabrał pewności. Goście wysłani do pomocy, byli podstawieni. Udał więc gorsze samopoczucie, żeby wszystko sprawdzić. A okazja, nadarzyła się praktycznie sama.

Pamiętał ten poranek, kiedy Walecki wrócił podekscytowany po śniadaniu w hotelowej restauracji. Był zupełnie inny, niż ostatnio i Jacek przez moment poczuł, jakby wrócił stary Darek. Waleski poznał kogoś, kto znał kogoś... Ten ktoś usłyszał od pewnego starego, stuletniego Zapoteka, dość dziwną legendę. Czerwonoskóry był podobno całkiem pijany, gdy zaczął opowiadać na temat labiryntu.

Labirynt w Sierra. Nie był nigdy celem podróży, ani częścią reportażu. Nie istniał w żadnym przewodniku, ani opracowaniu historycznym czy antropologicznym. Zdaniem zapijaczonego Zapoteka, o Labiryncie krążyła w jego plemieniu cała masa makabrycznych historii. Nikt, kto miał odwagę się tam zapuścić, nie powracał. Miejsce było przeklęte i złe. Składano tam ofiary z ludzi. Istniało, zanim biały człowiek postawił nogę w Ameryce. Przed Aztekami i Montezumą. Starsi Indianie zawsze mówili o nim szeptem i ze strachem w oczach.

Jeszcze tego samego dnia Darek odnalazł Indianina. No a potem... Zaczęło się.

***

- Słuchasz mnie?! - warknęła Agnieszka.

- Przepraszam, musiałem odpłynąć myślami - odparł Jacek. - Co mówiłaś?

- To Darek kazał mi do ciebie zadzwonić. Wysłałam sms, bo nie wiedziałam, co ci powiedzieć.

Pomyślał, że pisząc, umiejętniej się kłamie.

- Jak to?

- On.. on chyba bał się o mnie - ściągnęła brwi dziewczyna.

- A czemu sam nie zadzwonił?

- Był zbyt zdenerwowany.

- Pokłóciliście się?

Kiwnęła.

- Od wczoraj zachowywał się bardzo dziwnie. I opryskliwie, jakbym mu Bóg wie co zrobiła.

Jacek poczuł, że musi bardzo uważnie dobrać słowa, nim znów się odezwie.

- A... miał powody? To znaczy...

W jej oczach stanęły łzy.

- Nie.

- No to chyba dobrze?

Nie odpowiedziała od razu.

- Cholernie mi zimno - zmieniła temat.

- Chodź - poprowadził trzęsącą się Agnieszkę wzdłuż wozu. Otworzył drugie drzwi do samochodu, te od strony pasażera.

- Zaraz całkiem zamarznę - spojrzała ufnie w oczy mężczyzny.

- Teraz mi to mówisz? - spytał, pomagając jej wsiąść. Zaczęła się opierać.

- Poczekaj, to jeszcze nie wszytko - położyła dłoń na jego ręce. Wzdrygnął się i wycofał - To jeszcze nie koniec.

- W samochodzie - odparł miękko.

- Mną się nie przejmuj - odpowiedziała z twardą miną.

- A kto się tobą przejmie, co? Mogłabyś czasem pomóc sama sobie, zamiast niańczyć tego głupka, Darka. Wiesz?

To mówiąc usadził dziewczynę i zatrzasnął drzwi, a potem omijając maskę wsiadł po swojej stronie i wyłączył silnik.

- Słuchaj - wziął głęboki wdech, nie patrząc jej w oczy. Po chwili, kiedy w środku zgasła lampka, mógł zobaczyć jedynie blask posyłany w świat przez reflektory. To było odpowiednie natężenie światła, do takich rozmów jak ta, którą właśnie zamierzał przeprowadzić z Agnieszką.

- Wybacz, że tak zareagowałem - podjął. - Ale ja też... Cholera... Ja też ostatnio... Nerwowy się zrobiłem, to wszystko. Sorry.

- No dobra.

- Chcesz mi coś jeszcze powiedzieć? - odgadł z tonu głosu dziewczyny.

- Nie, ja tylko...

- Mów.

- Byli u nas dzisiaj jacyś ludzie - wyszeptała przejętym głosem, chwytając Jacka w ciemności za rękaw marynarki.

- Co takiego? - zapytał głupkowato.

- Ludzie.

- Z fundacji Bernhardta?

Spojrzała mu prosto w oczy. Intensywnie. Rozpoznał, że błyszczały, odbijając jakieś bliżej nie określone światło, niczym dwa żuki.

- Nie sądzę, żeby byli z fundacji. Nie ci dwaj.

- Kiedy u was byli?

- Dziś. Ale to nie był pierwszy raz. Zaraz po waszym powrocie, także nas odwiedzili, ale wtedy nie zastali Darka.

- I nic mi nie powiedziałaś?! - wysyczał przez zęby Jacek. - Rany, Aga! Potrafisz wysłać do mnie wiadomość, prosząc, żebym tu przyjechał w przeciągu chwili, a nie potrafisz nawet odezwać się, kiedy dzieje się coć takiego!

- Bo Darek mi zabronił komukolwiek mówić! - wykrzyknęła, odwracając głowę.

- Kim byli ci ludzie?

- Skąd mam wiedzieć?! - warknęła. - To wy byliście w tym cholernym Meksyku! Jesteście przyjaciółmi, czy nie? Czemu ze sobą nie rozmawiacie?! Czemu Darek się tak zachowuje?! Czemu ci nie ufa?! Znasz go z dziesięć razy dłużej niż ja!

- Co to ma wspólnego z tymi ludźmi?

- Wszystko!

Runęła do klamki i zanim zdołał jej przeszkodzić, wypadła na zewnątrz, zatrzaskując za sobą drzwi. Dołączył do niej szybko, podbiegając do dziewczyny ze swojej strony. Szybko, tak, jakby uznał, że Waleska rzuci się zaraz do ucieczki.

- Aga! - zawołał.

- Daj mi spokój! - cofnęła się, tłumiąc szloch.

- Poczekaj! To nie tak! Ja i Darek... Jesteśmy ze sobą blisko. Ale Darek to trudny facet. Najtrudniejszy, jakiego znam.

- To nic nie tłumaczy.

- To wszystko tłumaczy. Ja... Ja sam czasem gościa nie rozumiem - skłamał Jacek.

- Nie mówisz mi wszystkiego.

- Nie wiem wszystkiego. Naszym reportażem interesowali się jacyś ludzie z Telewizji. Tyle wiem.

- Jak to, tyle wiesz?

- Darek mnie odsunął - bąknął cicho.

- Przecież odkąd pamiętam, pracowaliście razem!

- I co z tego? - syknął. - Fotki może strzelać każdy. Ale nie każdy potrafi pisać, jak Darek. Rozumiesz? Zaczynaliśmy razem. Dziś, stać go na każdego fotografa. Nie musi mnie wszędzie ciągać. Jest, a raczej staje się, popularny. Za chwilę jego książki będą w Empiku.

- Zaraz - zrozumiała, prostując się. - Wy już o tym gadaliście, prawda? Chcieliście się rozdzielić?

Westchnął.

- Nie za bardzo się ostatnio dogadywaliśmy. Miałem mu parę rzeczy za złe.

- Na przykład?

"Ciebie", pomyślał. Poprztykali się o Agnieszkę jeszcze przed wyjazdem. Politycznie jednak milczał.

- No a te jaskinie? - nie poddawała się.

Jacek zamilkł.

- Labirynt Olmeków w Sierra? Tam też poszedł sam - odparł z westchnieniem. - Dostałem tego dnia biegunki. Przez wodę w hotelu.

- Żarty sobie ze mnie stroisz.

- O co ci chodzi? - najeżył się Jacek. - Nie mam prawa się rozchorować, czy co?!

 

Agnieszka przyjrzała mu się z namysłem. A przynajmniej tak to oceniał w ciemnościach.

- Myślałam, że podróżnicy nie dopuszczają do takich sytuacji jak biegunka. Że szczepicie się i w ogóle.

- Innymi słowy mi nie wierzysz?

- Ty to powiedziałeś.

Poczuł mrowienie na karku. Musi z nią uważać, pomyślał. Jest bystra. Bystra jak jasna cholera. A w dodatku, nie widział w mroku wyrazu jej twarzy. Co ona sobie musiała myśleć?!

- Nie musisz mi wierzyć - oznajmił. - Nie obchodzi mnie to. Wcale.

- To prawda. Nie muszę - przyznała. - Ale jeśli wydarzyło się tam coś więcej, niż mówisz, lepiej powiedz to od razu.

- Nie wiem, o co ci chodzi.

- Czyżby? - parsknęła. - Nie obraź się, Jacek. Ale z twoim nastawieniem daleko nie zajdziemy.

- O co ci chodzi?

- O to, że mój mąż skończy w końcu w szpitalu, przez ten pieprzony reportaż. A ty tymczasem w ogóle nic mi nie mówisz.

- Bo nic więcej nie wiem. To nie moja wina. Tak jak to, że nie lubisz tego, co robimy - odparł z oschłością, która zaskoczyła jego samego.

- Nie lubię że Darek wyjeżdża - spuściła chyba głowę. - A to co innego.

- Cóż, moja droga, to zawsze była część naszej pracy. Bez wyjazdu nie byłoby reportażu, a bez reportażu książki. A myślisz, że dlaczego nigdy się nie ożeniłem? - odparł ponuro Jacek. - Zrozum to wreszcie.

- Więc myślisz, że popełniliśmy z Darkiem błąd? Że nasz ślub był pomyłką?

- Jezu, świat nie kręci się wokół ciebie!

- Ale myślisz tak, nie?! - prawie wykrzyknęła.

Westchnął.

- To nie ma nic do rzeczy. Tu nie chodzi o ciebie, czy o was. Tylko o Darka. Mu się ostatnio mocno pogorszyło. On... Aga, on bierze narkotyki. Na potęgę. Nie zachowywał się tak przed waszym ślubem - już kiedy to mówił, Jacek wiedział, że popełnia błąd.

- No właśnie o to chodzi. Ja go w ogóle nie poznaję, Jacek - spojrzała prosto w oczy mężczyźnie. On odwzajemnił jej wzrok, lecz nic nie zobaczył. Wyobraził sobie za to jej oblicze. Miała piękne, skośne oczy, przypominające kształtem migdały. Agnieszka zawsze mu się podobała. Dużo miał przeciwko niej, zgoda. Fizycznie jednak, cholernie go pociągała. Niestety, była żoną jego kumpla. I uważał ją za skończoną sukę. W dodatku dwulicową.

- Wybiegłaś na drogę, widząc światła? - zapragnął zmienić temat.

Pokiwała głową. Zauważył, że drży.

- Nie mogłaś czegoś cieplejszego na siebie ubrać?

- Nie było czasu. Bałam się, że przejedziesz nasz dom. Wiedziałam, że nigdy nie możesz znaleźć do nas drogi.

Poczuł ukłucie podejrzenia. Czy mu się wydawało, czy też właśnie go okłamała? Wiedział, że jest kłamliwą zdzirą, ale żeby tak w twarz kłamać, to już była lekka przesada...

- Jest coś jeszcze - mruknęła. "Aha", pomyślał. Tego się spodziewał. Lecz Agnieszka odwróciła oczy. A potem przykucnęła, ukrywając twarz w dłoniach.

- Zamieniam się w słuch, kurwa! - zachęcił ją, zdecydowanie za ostro.

- Nie chcesz wiedzieć - wysyczała, wstając.

Złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie, czując się jak w jakiejś cholernej telenoweli.

- Zostaw mnie! - szarpnęła się, za słabo jednak, żeby ją puścił.

- No to mów! Ci faceci... ci, którzy u was byli. To byli Polacy? – spytał ostro. - Czy może Niemcy?

- Czemu Niemcy?

- W fundacji pracuje wielu Niemców. No więc? Odpowiedz mi.

- Niemcy? Tak, myślę, że tak.

- Że co?

- Że to byli Niemcy.

- Myślisz? Czy wiesz?

- Jak byli za pierwszym razem, zamieniłam z nimi może ze dwa słowa. Tym razem nie rozmawialiśmy wcale. Kiedy wróciłam dzisiaj, Darek zamknął się z tymi typami w gabinecie.

- Nie słyszałaś, o czym rozmawiali? - złapał ją za oba ramiona i ścisnął. Trochę za mocno. Kiwnęła głową. - Nic nie usłyszałaś? Nie mieli akcentu, czy co?

- Usłyszałam krzyki, lecz niewiele więcej.

- Krzyczeli? Ale co krzyczeli?

- Byłam w innej części domu. A kiedy podeszłam do drzwi gabinetu, oni już wychodzili. Mięli bardzo wzburzone, zacięte miny. Pozdrowili mnie przez zaciśnięte zęby. To było okropne.

- Co było okropne?

- Ich wyraz twarzy był okropny.

- Krzyczeli… Kłócili się, mówisz... - wystękał Jacek, usiłując zebrać myśli.

- Puścisz mnie teraz? - spytała. - Puść mnie. Sprawiasz mi ból.

- Przepraszam - cofnął się.

- Będę miała siniaki – oznajmiła, rozcierając ramiona.

- Dobra, zostań przy aucie - powiedział, ignorując jej zachowanie. - Pójdę dalej pieszo. To niedaleko, tak?

- Tam za rogiem - wskazała brodą, nadal nieco urażonym głosem. - Jak zejdziesz kawałek, od razu zobaczysz mojego citroena. Jest zaparkowany pod domem. Choć na twoim miejscu podjechałabym autem. Po co masz iść na piechotę?

Puścił tę uwagę mimo uszu. Czuł, że dziewczyna kręci. Coś tu się nie zgadzało.

- Wolę, żebyś tu została - odparł bez związku.

- Ale ja nie chcę być sama!

- Nie masz tu nic do powiedzenia - odparł. W głosie mężczyzny zaczął znowu pobrzmiewać gniew. Był już pewny, że Aga kłamie. Zamierzała go wciągnąć w pułapkę. Może ją szantażowali? W każdym razie, w jej głosie brzmiał fałsz.

- No a jak się potkniesz po ciemku? - zapytała.

- O jaka ty jesteś troskliwa... - odparł, nie mogąc sobie darować. - Nie martw się. Wezmę latarkę. Mam ją gdzieś w schowku.

Wsunął głowę do samochodu. Wyłączył reflektory, następnie złapał kluczyk i schował go do kieszeni spodni. Następnie otworzył schowek i zaczął pieczołowicie przerzucać wszystkie bibeloty.

- Hej! - usłyszał. Wyczołgał się z auta. Nagle coś huknęło z tyłu. Spojrzał w górę. Zobaczył korony drzew, bujające się na nocnym wietrze, niczym cienie pijanych ludzi. Wszystko zmieniło położenie. Obraz wykrzywił się w jednej oślepiającej sekundzie. Dotknął palcami potylicy, rozglądając się, lecz nic nie widząc. Poczuł coś wilgotnego na opuszkach.

Usłyszał kolejne łupnięcie. W tej samej chwili spowiła go jeszcze głębsza ciemność. Dopiero ostrzegawczy okrzyk Agnieszki uświadomił mu, co się dzieje. Ale wtedy już było za późno. W pierś i brzuch uderzyła twarda ziemia. Usiłował wstać, ale nie potrafił odkleić policzka od wilgotnej murawy.

***

Pierwsze co poczuł, gdy się ocknął, to twarda, wyłożona bambusowymi klepkami podłoga, napierająca na policzek. Był w domu Waleskich. Wszędzie poznałby ten zapach. Powietrze wypełniała woń suszonych prześcieradeł i kadzidła. Ten ostatni zapach był trochę inny, niż zapamiętał, lecz nie mniej intensywny.

Dopiero po chwili spojrzał ku górze. Obraz był mętny. Zobaczył nogi od krzeseł i wypastowane na wysoki połysk, gustowne półbuty. Jacek podniósł głowę wyżej. Sylwetkę mężczyzny spowijał aromatyczny i duszący dym. W pomieszczeniu unosił się zapach drogich, niemieckich papierosów, który Jacek początkowo wziął za woń zwykłego kadzidła. To były zdaje się Rothmansy. Zapach był wyjątkowo ciężki i mdły jak diabli.

Rozległ się dźwięk odsuwanego krzesła.

- O, proszę, jest już pan z nami? - usłyszał niski, gardłowy pomruk męskiego głosu. Do pierwszych butów dołączyły drugie. Oklejone błotem szare gumofilce, w które wpuszczono kanty tweedowych nogawek. Właściciel kaloszy podszedł do leżącego w kącie Jacka i odwrócił go tak, że związana ofiara, mogła zobaczyć coś więcej, niż podłogę.

Spory, pomalowany ciepłymi barwami, ładnie umeblowany salon, tonął w ciemności. W ogromnych, zajmujących całą ścianę oknach, odbijał się blask stojącej lampy, której rozbity klosz w kształcie hiacynta, zwisał praktycznie na samym kablu. Mimo panującego mroku, Jacek od razu rozpoznał, że wszystkie meble wysunięto do przodu. Na podłodze poniewierała się analogowa kolekcja płyt Pink Floydów, należąca do Darka. Zazwyczaj poukładane na specjalnie zamówionej półeczce czarne krążki, wyrzucono z tekturowych okładek. Pod płytami leżały przewrócone afrykańskie posążki. Czarne twarze bożków wydawały się spozierać smutnym, niewidzącym wzrokiem.

Rozpruta torba podróżna, leżała pod schodami. Wkoło poniewierały się garnitury, koszule i bielizna.

Rozbebeszony barek migotał światłem, zakrzywiającym na krawędziach licznych butelek. Sądząc z głosu spikera, przewrócony ekranem do dołu plazmowy telewizor, nadal nadawał jakiś program. Olbrzymi kaktus wystrzelił z pomarańczowej donicy, razem z grudami czarnej ziemi, a piękne reprodukcje Gaugina wisiały na ścianach, nachylone pod dziwnym kątem. Wszędzie piętrzyły się pudła. Mniejsze i większe. Wyrzucone z nich stare rachunki, papierzyska i albumy ze zdjęciami zagraciły podłogę. Ze ścian zwisały pod nienaturalnym kątem, inne pamiątki z podróży. Indiańskie wampumy z koralików, maski i wypełnione medalionami, oraz wizerunkami haitańskich świętych, bambusowe maty.