Pan Lodowego Ogrodu. Księga IV

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pan Lodowego Ogrodu. Księga IV
Pan Lodowego Ogrodu. Księga IV
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,58  55,66 
Pan Lodowego Ogrodu. Księga IV
Audio
Pan Lodowego Ogrodu. Księga IV
Audiobook
Czyta Jack Rozenek
35,90  26,21 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Książki Jarosława Grzędowicza

Rozdział 1. Węże i kruki

Rozdział 2. Żarłoczna Góra

Rozdział 3. Gościna Kruczego Domu

Rozdział 4. Szepty i cienie

Rozdział 5. Kawerny i Nosiciel Losu

Rozdział 6. Kropla szkarłatu

Rozdział 7. Czas szpiegów

Rozdział 8. Siew

Rozdział 9. Przygotowania

Rozdział 10. Żuraw powraca

Rozdział 11. Niewidzialny Tygrys

Rozdział 12. Ogień i mgła

Rozdział 13. Mury

Rozdział 14. Wieże Czyniących

Rozdział 15. Pojedynek na Wyspie Śmierci

Epilog 1

Epilog 2

Dodatek 1

Dodatek 2

Jarosław Grzędowicz

Karta redakcyjna

Okładka



Ilustracje
Dominik Broniek


Lublin 2012

Książki Jarosława Grzędowicza wydane nakładem naszego wydawnictwa:

1 Księga Jesiennych Demonów

2 Pan Lodowego Ogrodu – tom 1

3 Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy

4 Pan Lodowego Ogrodu – tom 2

5 Wypychacz zwierząt

6 Pan Lodowego Ogrodu – tom 3

7 Pan Lodowego Ogrodu – tom 4

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Węże i kruki

Salę widziałam: z dala od słońca stoi

na Wybrzeżu Trupów, na północ wychodzą wrota;

jadu krople przez dymnik padają,

z grzbietów wężów plecione są ściany.

Tam widzę rzekę, pod prąd żmudnie brodzą

krzywoprzysięzcy i mordercy-wilki;

tam ssie Nidhögg umarłych ciała,

wilk rozrywa ludzi: wiecież teraz, czy nie?

(Wieszczba Wölwy – Völuspá)*

* Wszystkie cytaty z Eddy Poetyckiej za: Edda Poetycka, tłum. i oprac. Apolonia Załuska-Strömberg, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1986.


W jaskini wybuchł zgiełk chaotycznych okrzyków. Każdy chciał wiedzieć, co robić, wiedzieć to od razu, i każdy chciał usłyszeć to natychmiast od Drakkainena. To była jedna z tych chwil, kiedy dokładnie przypominał sobie, dlaczego tak nienawidził dowodzić.

– Cisza! Wszyscy pod ściany! – wrzasnął, zagłuszając ich na moment. – Nie zbliżać się do otworu!

To może nie był szczególnie błyskotliwy rozkaz, ale przynajmniej jakiś. W półmroku jaskini widział, jak wciskają się w pokryte bezkształtnymi, lśniącymi naciekami ściany. Dobrze wycelowana strzała posłana z zewnątrz trzasnęła o strop, krzesząc kilka iskier, i pojechała w głąb pieczary, obijając się między stalagmitami.

Spróbował jakoś ogarnąć sytuację, doskonale wiedząc, że ma na to tylko parę sekund. Spojrzeć na wszystko z zewnątrz, jak na jakąś cholerną grę planszową. Jak na partię szachów.

Z przodu miał grupę jeźdźców i kraby. W pierwszej chwili wydawało się Drakkainenowi, że jest ich mnóstwo, co najmniej pięćdziesięciu, ale teraz nie wiedzieć skąd miał głębokie przekonanie, że dwudziestu pięciu, z czego ośmiu jak na tutejsze warunki ciężkozbrojnych, a reszta należy do szybkiej, uniwersalnej lekkiej jazdy, mają łuki i lance, a obok stoi dziesięć krabów. Wiedział to doskonale, zupełnie jakby oglądał fotografię. Jak wtedy, w czasie szkolenia z metodologii wywiadu, kiedy posyłano go z jakimś abstrakcyjnym zadaniem w miasto – chciano, by ukradł czapkę szefa kuchni w trzygwiazdkowej restauracji, zresetował konkretną kasę w domu towarowym albo sprawił, żeby wskazaną osobę zatrzymała ochrona, a potem raptem musiał odpowiedzieć, ile blondynek siedziało na sali, wymienić numery rejestracyjne mobili stojących przed wejściem czy coś w tym rodzaju.

Podsumowując – z przodu jaskini ustawił się szwadron Ludzi Węży, z tyłu znowu wygenerował się dwunastometrowy wąż z koszmarów Passionarii, mimo że w dolinie prawie nie było już magii, a sama czarodziejka zaczynała otwierać przekrwione, straszne oczy w swoim sarkofagu, chociaż dostała porcję drętwej wody, która powinna położyć spać nosorożca w galopie. Filar, chłopak, który wydawał się nie mniej ważny od samej Callo, ktoś, kto w jakiś sposób trzymał w rękach splątane nitki losów tego świata, właśnie odjechał w ręce wrogów wleczony na arkanie, krwawiąc jak prosię. Albo nie żył, albo umierał, a w każdym razie znajdował się w rękach zaćpanych psychopatów wytatuowanych w żmijowe zygzaki. Szkliste, mgliste widma podobne do embrionów znów zaczynały szeptać i bełkotać w ścianach. Bracia Drzewa, którzy obstawiali odwrót, wyginęli lub w najlepszym razie zostali zdziesiątkowani.

Miewał już lepsze dni i widział lepiej rozgrywane partie szachów.

Minęła pierwsza sekunda.

Wąż przestał syczeć i bełkotać w swojej cuchnącej pieczarze, zapadła cisza, a potem rozległ się potężny grzmot, jakby w wejście uderzyła wielka gumowa ciężarówka. Ziemia drgnęła wyczuwalnie, z sufitu delikatnymi smugami posypał się pył, spadł mały deszcz kamieni. Z tyłu, w ciemnym otworze, z gruchotem potoczyły się odłamki skał.

– Słyszycie mnie?! – rozdarł się ktoś na zewnątrz. Z miękkim, przeciągłym akcentem górala. – Wy w dziurze?! Mamy waszego dzieciaka! Oddajcie nam Czyniącą albo wypruję mu flaki!

Drakkainen spojrzał prosto w ciemne oczy pobladłej Sylfany, wtulonej pomiędzy wapienne nacieki naprzeciw niego. W półmroku jaskini przypominały krople laki, dwie ciemne szczeliny wiodące w mrok i przerażenie. Skulony obok Grunaldi przeżuwał coś bezwiednie, przebierając spoconymi palcami po rękojeści miecza.

Druga sekunda.

Bezoki wąż ponownie uderzył łbem w wejście do korytarza, wstrząsając górą i budząc łoskot osuwających się kamieni.

Drakkainen przeczołgał się na boku w stronę wylotu i przytulił do krawędzi otworu.

– Chcę widzieć, że żyje! – wrzasnął ile sił w płucach, aż echo poszło po jaskini, a Grunaldi skrzywił się z irytacją.

– To chodź tu i sprawdź! – odkrzyknięto mu. – Albo patrz, jak jego kichy wiją się w śniegu! Dawaj Czyniącą albo z nim kończę!

– Passionario... Należysz do mnie, Passionario... – zasyczał wąż.

Trzecia sekunda.

Vuko zgarnął pył z powierzchni sarkofagu, tuż nad twarzą Callo, gdzie pojemnik z magicznego lodu był przejrzysty, niczym okienko serwisowe. Passionaria wierciła się w mięsistych splotach wnętrza kapsuły, poruszała głową na boki, jakby chciała wypluć wpychającą się w jej usta pulsującą mackę, podobną do nogi ślimaka. Powieki jej drżały, oczy skakały rytmicznie na boki, by po chwili wytrzeszczyć się prosto przed siebie, z upiornie zwężoną źrenicą, a za moment uciec do góry i schować tęczówkę. Pani Nasza Bolesna odjeżdżała w mrok narkolepsji, lecz za wszelką cenę usiłowała się obudzić. Albo przynajmniej utrzymać się w półletargu, w którym spędziła ostatnio większość czasu. Być może drętwa woda dopiero zaczynała działać.

Być może.

Zacisnął dłonie na uchwytach po bokach obłego sarkofagu i pchnął go, jak bobslej.

– Pchajcie od tyłu, perkele saatani vittu! – wyrzęził z wysiłkiem, sam się dziwiąc, że wciąż jest taki dowcipny.

 

– Co zamierzasz zrobić? Chcesz oddać ją Wężom? – Nawet nie zauważył, kto spytał.

– Wykonać, haaista paska! Bez dyskusji! Na zewnątrz z tym!

– Passionario... – Wąż uderzył w wejście do korytarza, które w odpowiedzi zawaliło się zupełnie, ukazując wielką dziurę w głąb pieczary. Powiało natychmiast wściekłym, piżmowo-koźlim odorem i jakimś niezdrowym ciepłem. Bezoki, bladosiny łeb cofnął się gdzieś w ciemność na wygiętej jak błyskawica szyi, biorąc zamach, niczym przydepnięta kobra.

Pojemnik z Passionarią wbił się w wylot jaskini i wysunął na zewnątrz, zupełnie jakby góra znosiła lodowe jajo. Gdyby to były szachy, Drakkainen musiałby przyznać, że dostali mata. Ale wcale nie musiał poruszać się do przodu i na boki po wyznaczonych polach. Mógł nawet zdecydować, czy teraz łupie w szachy, czy w pokera. To była wojna, nie gra towarzyska.

– Teraz wszyscy wcisnąć się w ściany! – rozkazał gwałtownie. – Jak najdalej od środka korytarza! Przepuśćcie go!

– Kogo?

– Czyniąca jest zamknięta w kufrze! – wydarł się, czując, że chyba ogłuchł na jedno ucho od własnego wrzasku. – Oddajemy ją!

– Ulf, co ty robisz?!

Wąż wydał z siebie ogłuszający syk, niczym turbina parowa zrzucająca nadmiar ciśnienia, i runął w korytarz. Drakkainen miał wrażenie, jakby chował się we wnęce w tunelu metra. Rozmazane obłe cielsko pokryte łuskami przewaliło się obok niego przez pieczarę, pchając falę powietrza zmieszanego z pogruchotanymi na żwir kamieniami, resztkami wapiennych nacieków, stalaktytów i pyłu.

Trwało to nieznośną, wlokącą się bez końca, pełną przeraźliwego łoskotu i wrzasku sekundę pędu. Vuko leżał z twarzą wciśniętą w żwir i w potwornym hałasie nie słyszał, że sam wrzeszczy.

Mknący korytarzem stwór zaczął się zwężać, aż wreszcie ogon, nie grubszy od męskiego ramienia, wystrzelił na zewnątrz.

Zwiadowca, kaszląc i prychając skalnym pyłem, przeturlał się na środek korytarza, teraz gładki i wymieciony do gołej skały, a przy okazji pokryty śliskim, krwawym śluzem, który przywodził na myśl świeżo oskórowanego węgorza. Pośliznął się, próbując wstać, w końcu rzucił się szczupakiem do wejścia, które teraz stało się pokaźne i niemal idealnie okrągłe. Wystarczyłoby położyć tory i można otworzyć stałe połączenie kolejowe Doliny Bolesnej Pani z Wybrzeżem Żagli.

Wyjrzał na zewnątrz, akurat żeby zobaczyć, jak gładki lodowy sarkofag sunie niczym torpeda po roziskrzonym śniegu prosto w oddział jeźdźców, zostawiając za sobą płytką rynnę.

Węże patrzyli jak urzeczeni na zbliżający się pocisk i na olbrzymiego węża, bladego niczym tasiemiec, który posuwał się za nim zygzakowatymi ruchami, o zakosach długości kilkunastu metrów, ginąc momentami w wyrzucanych wysoko chmurach śniegu. Właściwie chyba dlatego w pierwszej chwili patrzyli głównie na pojemnik, bo ten zjeżdżał im prosto pod nogi. Mężczyzna w nierówno oksydowanej zbroi, wyglądającej jak zrobiona z blach znalezionych na złomowisku, stał przy swoim koniu, trzymając bezwładnego Filara za kaptur anoraka w jednej dłoni i paskudny zakrzywiony kindżał w drugiej. Puścił skłębiony materiał, pozwalając chłopakowi zwalić się jak worek na śnieg, po czym uniósł nogę i zatrzymał sunący coraz spokojniej po łagodnym zboczu sarkofag.

Przetarł pokrywę i popatrzył do wnętrza, a potem wyprostował się, unosząc dłoń z kindżałem do czoła, by osłonić oczy przed słońcem, i dopiero wtedy spojrzał na bezokiego węża.

– Z jaskini i kryć się – warknął Drakkainen. – Sprawdzić, może któryś żyje. Jeśli nie, zabrać broń, zwłaszcza kusze. Biegiem! Rannych do lasu, tam, gdzie miały zostać konie. Odwrót! Wykonać!

Sam zapadł za samotną skałą, szarpiąc się z pokrowcem łuku.

Żmij słabo radził sobie ze zboczem – nic dziwnego. Właściwie nie był zwierzęciem, ani nawet prawdziwym potworem, tylko jakąś obłąkaną freudowską projekcją zbudowaną w oparciu o wyobrażenia na temat węża. Jednak najwyraźniej miał masę, bezwładność i problemy z koordynacją. Kilka razy przeturlał się od impetu, skłębiając wijącymi się splotami, niczym porzucony niechlujnie wąż strażacki. U stóp zbocza udało mu się wyhamować, wzbijając fontanny śniegu, i zwinąć w kłąb, z którego uniósł łeb jak rozwścieczona kobra.

Tam, z dołu, musiało to wyglądać upiornie, a jednak Węże nie wpadli w panikę. Owszem, ich konie kwiczały i stawały dęba, ale sami jeźdźcy gapili się jedynie w osłupiałym milczeniu. Wąż nie atakował, kołysał tylko łbem, jakby oceniał sytuację, i wodził nim za pojemnikiem z Passionarią, który chwilowo zapomniany pojechał kawałek dalej po zboczu, między konnych. Drugi z ciężkozbrojnych, stojący tuż obok dowódcy, zsiadł, z namaszczeniem oddał komuś wielki labrys i zdjął ciężki hełm podobny do łba tyranozaura, a potem zrzucił w śnieg kosmatą futrzaną szubę, uniósł dłonie i zaczął coś zawodzić.

– Rozumiem – powiedział Drakkainen, szarpiąc się z zesztywniałym od mrozu rzemieniem, by zdjąć osłonę z kołczanu. – Niestety, pomyłka. Pomyliliście węże, chłopcy.

Spojrzał przez ramię, stwierdzając, że jego ludzie brną przyczajeni w śniegu, wlokąc za kołnierze i pasy trzech bezwładnych Braci Drzewa, pojemniki z magią oraz tobół z owiniętym w płaszcz byłym faunem, że Blekot i Tasznik mają już strzały na łożach napiętych arbalet i osłaniają odwrót. Do lasu, gdzie zostawili sanie i zaprzęgi, zostało im kilkanaście metrów. Odwrócił głowę ku głównej części przedstawienia, akurat by zobaczyć, że Węże zdejmują hełmy i klękają w śniegu, a potwór Passionarii wodzi łbem w rytm falującego ruchu ich rąk. Drakkainen spojrzał w górę, usiłując bezradnie uruchomić dawne umiejętności i ustalić kąt strzału, później przesunął brzechwę przez usta, prostując zmierzwione pióra.

A potem wiele rzeczy zdarzyło się równocześnie. Wąż zaczął migotać i rozmazywać się, jakby był hologramem nadawanym z uszkodzonego pliku.

Wysunął się ze zwojów cielska i wyprostował, ile się dało, unosząc łeb na wysokość trzeciego piętra, i przez chwilę górował nad osłupiałymi Wężami, po czym zgiął się nagle, upiorny wrzask: „Passionario!” podobny do huku lawiny zagłuszył skandowanie Ludzi Węży i żmij wystrzelił w nich, wzbijając chmurę śniegu, jakby w tym miejscu rozpętał się blizzard.

Drakkainen porwał się na nogi, nie dbając już, że zdradza swoją pozycję.

Na dole panowało piekło w najczystszej postaci. Jeden chaos śnieżnej kurzawy, ludzi, koni, pancerzy i zwojów galaretowatego cielska. Kakofonia wrzasku, syku, łoskotu blach, kwiczenia koni i upiornego zawodzenia krabów.


Ujął cięciwę, ale nie miał pojęcia, do czego strzelać. Po chwili Węże zaczęli się rozpierzchać, z tumultu wybiegło w różne strony parę spanikowanych wierzchowców z pustymi siodłami, w powietrze wyleciało kilka bezwładnie koziołkujących postaci, zobaczył toczący się sarkofag i żmija sunącego za nim zygzakowatymi ruchami, na śniegu pozostało strasznie dużo krwi i leżących ciał, porzucone hełmy oraz fragmenty pancerzy krabów. Ruszył ostrożnie w dół zbocza ze strzałą na cięciwie, usiłując wypatrzyć leżącego tam gdzieś Filara.

Wąż nadal migotał, to znikał, to się pojawiał, czasem wydawał się obłokiem śnieżnego pyłu, a czasem rozsypywał się w pęk wyładowań, ale wciąż był groźny. Węże najwyraźniej porzucili stan nabożnego zachwytu i próbowali atakować. Potwór przetoczył się nagle, miażdżąc kilku ludzi, i machnął łbem, odrzucając dwóch wrzeszczących wojowników oraz zwalając na bok ciężkozbrojnego na koniu. Odbyło się to z impetem godnym katastrofy kolejowej. Nieszczęsny pancerny i jego wierzchowiec pojechali po śniegu paręnaście metrów i wbili się dosłownie w skałę. Wyrzucony w powietrze człowiek poleciał w stronę Drakkainena, koziołkując na koniec niczym narciarz, i znieruchomiał w powykręcanej, nieludzkiej pozycji szmacianej lalki, którą przybierają ofiary upadku z dużej wysokości albo potężnej eksplozji, a która oznacza, że w ciele ani jedna kość nie pozostała cała. I gdzieś w epicentrum tego całego obłędu znajdował się Filar.

Tylko że nie dało się go zauważyć. Zbyt wiele się tam działo i było zbyt daleko. Za dużo zmiażdżonych ciał, kształtów miotających się w panice w kłębach śniegu, za dużo krwi.

I za dużo węża.

Cielsko grubości cysterny i długości przeciętnego mostu zwijało się frenetycznymi splotami, przypominając wyrzuconego na brzeg węgorza. Wydawało się, że był wszędzie i bez przerwy zmieniał pozycję. Chaotyczny, poskręcany, najeżony strzałami i drzewcami włóczni, niczym oszalały Moby Dick.

Drakkainen zrobił jeszcze parę kroków, przyczajony jak pod ostrzałem, przytrzymując grot na łęczysku i z palcami na cięciwie, a potem zatrzymał się niezdecydowany. W pierwszym odruchu zamierzał się tam przekraść, prosto w środek tumultu, powalić każdego, kto się napatoczy, złapać Filara i wywlec za anorak pod górę, w stronę swoich.

Teoretycznie pomysł nie był taki najgorszy, pod warunkiem, że się nie widziało dokładnie, co się tam dzieje. Równie dobrze mógłby wskoczyć w środek tornada, by odzyskać krowę taty.

A co zrobić z pojemnikiem z Passionarią? Odebrać wężowi i pod drugą pachę?

Zdjął strzałę i wsunął do kołczanu, jednym ruchem wpychając łuk w sajdak. A potem zawrócił biegiem w kierunku lasu.

W głębokim śniegu biegło się koszmarnie. Nogi wpadały po kolana, podeszwy się ślizgały, przy oddechu buchało kłębami jak z parostatku, a tymczasem hipotetyczne życie Filara syna Oszczepnika wyciekało niczym wino z przestrzelonego bukłaka. O ile już dawno nie wyciekło.

Pomimo wszelkiej, prawdziwej czy mniemanej magii, miesięcy szkolenia, bionicznego wspomagania, choćby i występującego obecnie pod postacią uskrzydlonej wróżki, pewnych rzeczy nie da się zrobić.

Na przykład nie da się biec pod górę w śniegu i równocześnie wrzeszczeć na całe gardło.

Grunaldi i Spalle czekali na skraju lasu, zdenerwowani i niemogący się zdecydować, co uczynić. Obok nich klęczało dwóch asasynów – Skalnik i Powój – z napiętymi kuszami, wpatrzonych w pandemonium na dole i najwyraźniej ochraniających mu plecy.

– To nawet nie było takie głupie, jak się zrazu zdawało – powitał Vuka Grunaldi. – Czyniąca pociągnęła za sobą węża prosto na tamtych. Aż miło popatrzeć. Tylko co teraz? Jeśli ją jednak zabiorą, to możemy sobie strugać łodzie pogrzebowe.

Zdyszany Drakkainen wyzipał coś takiego, czego sam właściwie nie zrozumiał, i pokazał na migi, żeby cofnęli się pod osłonę drzew. Wbiegł pod ustrojone czapami śniegu gałęzie i oczywiście strącił sobie jedną za kołnierz i do kaptura.

Na udeptanej polance stały sanie i uwiązane konie, Zawilec, Dereń i Jawor leżeli bezwładnie i nieruchomo na rozpostartych w śniegu płaszczach, Wawrzyn klęczał nad nimi z jakimiś pojemniczkami w pokrwawionych dłoniach i nie wiadomo – próbował leczyć albo przeprowadzał jakieś ostatnie obrzędy. Marnie to wyglądało.

Jajowate pojemniki z magią stały bezpiecznie na jednych saniach, porządnie przytroczone do burt rzemieniami.

– Zawilec jest już w Ogrodzie – oznajmił Wawrzyn. – Dereń dostał dwa cięcia przez bok i strzałą w pierś, ale płytko. Jawor cięty przez głowę. Hełm pomógł, lecz stracił dużo krwi. Założyłem owadzią przędzę, jak kazał mistrz Fjollsfinn, i zawinąłem. Dałem im też drętwą wodę. Kiedy człowiek śpi, szybciej się goi. Ci dwaj przeżyją, jeśli Drzewo tego zechce.

Drakkainen słuchał, równocześnie miotając się w jakimś nerwowym tańcu, gdy próbował usunąć śnieg spod anoraka i zza koszuli.

– Dlaczego ich dostali?

– Bo tamtych przyszło wielu i mieli Czyniącego. Prowadził ich do jaskini jak pies do zająca. Bracia nie mogli pozwolić Wężom wejść za wami, więc pojawili się spod śniegu i zaczęli ich zabijać. W końcu ulegli Czyniącemu na wielkim koniu.

– Dlaczego nie pomogliście?

– Sanie i konie były ważniejsze. Oni mieli nie wpuścić do jaskini, my pilnować obozu. Tamci nie mogli go odkryć. Na koniec został tylko Czyniący, który stał w oddali i czekał, aż z dołu przyjdzie więcej Węży, a nasi bracia krwawili w śniegu. Mieliśmy go zestrzelić, ale wtedy młody Fyalar wyszedł z jaskini i tamten mąż cisnął w niego toporkiem, a potem pochwycił na arkan i powlókł za koniem. Strzeliliśmy z kusz i musieliśmy trafić, ale to jest Czyniący i bełty nie uczyniły mu żadnej krzywdy, tylko zaplątały się w pelerynę, którą miał za plecami, mimo że potrafią przejść przez żelazo.

– Zrozumiałem – oznajmił Vuko. – Teraz nie ma czasu. Głóg, Skalnik, Wawrzyn i Powój, wy zostajecie w obozie. Głóg leci na wartę. Będziesz obserwował, co się tam dzieje.

 

Asasyn poderwał się na nogi i pognał bez namysłu przed siebie, jakby tylko na to czekał.

– Reszta za mną – ciągnął Vuko, starając się mówić jak najszybciej i jak najwyraźniej. – Warfnir, Spalle, Tasznik: biegiem do sań przy jaskini, sprawdźcie, czy nadają się do użytku, i czekajcie na nas. Reszta do koni! Musimy odbić młodego i czarodziejkę. Powój, Wawrzyn i Skalnik: czekacie i patrzycie, co się tam dzieje. Jeśli zginiemy, bierzecie rannych, pojemniki z magią i wracacie na wybrzeże, do okrętu. Brać, co trzeba, i ruchy!

Rozejrzał się, znalazł na saniach bukłak i pił długo chciwie. Potem otarł usta, sprawdził miecz i nagle, jakby sobie coś przypomniał, zdarł z siebie lśniące cienkie blachy paradnej zbroi.

Pozostali również pozbyli się wyszywanych wstążkami giezeł, frędzli i szmacianych kwiatów, ukazując brudnobiałe anoraki z czarnymi, nieregularnymi pasami kamuflażu. Zgrzytnęły miecze wsuwane do pochew, sprawdzano łuki, dociągano paski pancerzy i podpinki hełmów.

Jadran wydał z siebie głęboki hurgoczący dźwięk niczym wielbłąd, który oznaczał u niego sympatię i stanowił odpowiednik parsknięcia u normalnego konia. Drakkainen zdjął hełm i przytulił czoło do rezonatora ukrytego gdzieś w kościach czaszki wielkiego łba.

– Zimno – zabuczało mu w głowie. – Vuko wrócił. Nie zostawia. Jadran obroni. Jadran zabierze. Dom. Ciepła stajnia.

– Jeszcze nie, bracie – mruknął Vuko. – Jeszcze trzeba powalczyć.

– Dużo dziwnego – zauważył Jadran. – Niezdrowe. Źli ludzie. Niebezpieczne. Dziwnie.

– Wiem, konisko.

Założył hełm i wskoczył na siodło, a potem położył się na szyi konia, kiedy wynurzali się spod ośnieżonych gałęzi na otwartą przestrzeń.

– Co się dzieje? – zapytał Vuko, zwracając się do słabo człekokształtnej zaspy.

Głóg, zagrzebany w kopnym śniegu, odwrócił się do niego, odpiął pas futra i kolczugi zasłaniający mu dolną część twarzy.

– Poszli w rozsypkę. Większość leży. Wąż owinął się wokół jaja z Czyniącą, tych kilku, co przeżyło, zebrało się w szyk, ale boją się podejść. Fyalara nie widać. Za dużo ciał. Niektórzy rozbiegli się na boki i mogą gdzieś tu być.

Vuko uniósł dłoń do okapu hełmu i zlustrował sytuację.

Z lasu za jego plecami wyjeżdżały białe postaci na okrytych biało-szarymi czaprakami wierzchowcach. Trzy kolejne truchtały w stronę jaskini, na spotkanie sań stojących z boku i okrytych maskującą tkaniną.

Na dole wąż zwinięty w kłębek wielkości przeciętnego hotelowego basenu unosił łeb, wodząc nim groźnie na boki, a przed nim niewielka grupa Węży osłoniętych tarczami skupiała się w formację klina. Dwóch ciężkozbrojnych stało za szykiem, po bokach kiwały się trzy lub cztery kraby. Słońce schowało się w chmurach, które wypływały zza szczytów niskie, jakieś żółtawe i złowrogie. Zaczął prószyć śnieg.

– Dobra – powiedział Drakkainen. – Ustawić się w szereg. Zjeżdżamy. Ukośnie po pochyłości, dopiero jak stok się zrobi łagodniejszy, uderzamy, stopniowo do cwału. Rzędem. Obchodzi nas głównie Filar i Czyniąca. Węże są mniej ważni, aczkolwiek zostało ich niewielu. Atak na sposób Hunów, hit-and-run, tak jak wam pokazywałem. Zrozumieliście?

– Zawsze o to pytasz – zauważył z niesmakiem Grunaldi, próbując rozruszać bark. – Całkiem jakbyśmy nagle podurnieli.

– Bo jak przychodzi co do czego, to każdy z was robi, co mu strzeli do łba, a mamy działać razem. Zespołowo. Boże, nie wierzę, że to mówię.

Ruszyli. Ostrożnie, gęsiego, trawersując zbocze. Konie ślizgały się w śniegu i porykiwały z niezadowoleniem.

Wśród Węży na dole coś się działo. Jeden z ciężkozbrojnych stał w śniegu na zewnątrz szyku, nagi do pasa i bez hełmu, ukazując łyse czoło i spadający na kark pęk warkoczyków oraz pierś pokrytą żmijowymi zygzakami. Stał w coraz gęściej padającym śniegu, z rozrzuconymi na boki ramionami i chyba coś śpiewał.

Wąż tymczasem skręcał się i wił wokół pojemnika z Passionarią, jakby chciał go wysiadywać, ale jednocześnie wysunął z kłębowiska co najmniej sześć metrów tułowia oraz łeb, którym kołysał groźnie na boki.

Ludzie Węże zwarli ciaśniej szyk i ruszyli naprzód. Drakkainen aż cmoknął zdegustowany. Pomysł był idiotyczny. W ciasnym szyku stanowili dla żmija jeden duży cel. Zupełnie jakby komuś siadło na ramię w jednym miejscu dziesięć komarów. Pokładanie zaufania w drewnianych tarczach i jeżu z trzymetrowych włóczni wyglądało na nadmiar optymizmu.

Śnieg padał coraz gęściej, powietrze wydawało się aż szorstkie od wirujących wszędzie płatków.

Wąż miał się chyba nie najlepiej. Migotał, rozsypywał się w morkę ruchliwych iskier, jak obraz białego szumu, znikał albo upodabniał się do samej śnieżycy, owijającej się długim pasmem wirujących płatków wokół pojemnika z Czyniącą.

– Pokaż mi magię, Cyfral – mruknął Vuko. – Chcę zrozumieć, co robi ten golas.

Z daleka, przez coraz gęstszy śnieg nie widział zwiewnego welonu opalizujących diamentowo iskier, ale coś w rodzaju migotliwej mgły, która skupiała się w kształt węża, wysnuwała z niego dwoma rzadkimi pasmami i płynęła w stronę dłoni stojącego Węża. Przed nimi, jeszcze na przestrzeni stu metrów, stok był zbyt stromy, by zacząć szarżę. I tak już jechali, prawie leżąc na końskich zadach.

– Perkele paskiainen ładuje akumulatory – wycedził Vuko. Sięgnął do wszytych pod anorakiem kieszeni i namacał jeszcze dwa pojemniczki ze stabilnego lodu, zawierające pieśni bogów. Niedużo. Do precyzyjnych zastosowań. Kryształy rodzące kokony wsysające magię wykorzystał wszystkie. Co do jednego. Chciał mieć pewność, że oczyści dolinę do zera. Leżały teraz rzędami na saniach, zmienione w metrowe, obłe pojemniki, aż ciężkie od wszechmogącego pyłu. – Jebal to pas – mruknął i rozgniótł jeden flakonik o napierśnik, a potem roztarł zawartość w rękach. – Łuki w dłoń – zawołał przez ramię. – Za dziesięć kroków w cwał! Cyfral, włącz coś, co mi podkręci postrzeganie. Jasnowidzenie, noktowizję, prekognicję, radar, cokolwiek.

Ścisnął boki Jadrana udami, ruszył swobodnym kłusem, sięgając po łuk i strzałę. Kiedy zakładał ją na cięciwę, czuł, jak mrowią mu palce. Kłus zmienił się w krótki galop. Spojrzał szybko w lewo, żeby sprawdzić, czy trzymają linię, ale widział tylko Grunaldiego i Sylfanę, reszta znikła w śnieżnej kurzawie i zmieniła się w majaczące ledwie sylwetki, białe na tle bieli.

Przed nim żmij rzucał łbem do przodu, a zbici w osłoniętą tarczami grupkę Węże usiłowali zajść go z boku, co sprawiało groteskowe wrażenie. Półnagi jegomość na uboczu recytował coś żarliwie śpiewnym głosem, z głową odrzuconą w tył i wyciągniętymi dłońmi, jakby chciał objąć wijącego się węża, który migał jak w świetle stroboskopu, na przemian znikając i pojawiając się albo rozpadając w kryształowy obłok. To nie było tylko złudzenie, bo kiedy znikał na moment, wypadały z niego strzały i włócznie, a pojemnik z Passionarią ukazywał się wciśnięty w śnieg jak owalny głaz.

Wszystko to Drakkainen oglądał przez firankę wirujących płatków, drobnych strzępów szarości, które spowijały cały świat. Uniósł się w siodle, ściskając boki konia nogami i wlepiając wzrok w stojącego na uboczu wielkiego, półnagiego zygzakowanego maga.

Wąż skonsolidował się na chwilę i strzelił łbem do przodu, gruchocąc tarcze, wyrzucając w górę wrzeszczących ludzi i złomki włóczni. Szyk zwiadowcy i jego ludzi poszedł w rozsypkę kilka sekund wcześniej, nim zwalili się na Węży.

Drakkainen napiął łuk nad głową i strzelił bez celowania i bez namysłu, usiłując obudzić w sobie duchy zen, nie widząc nic poza nawiedzoną twarzą z czarnymi szczelinami oczu i rozwartymi w inkantacji ustami wśród żmijowych tatuaży. Prosto w skłębioną śnieżycę. W biały szum mrozu.

I prosto w przygarbionego gościa z włócznią w obu dłoniach, który akurat wbiegł mu na linię strzału. Przelatywał już obok na rozpędzonym koniu, ale zobaczył to jak na stop-klatce: tamtego Węża, jak wypada wprost ze śnieżnego obłoku pod grot, jak zwija się w miejscu z czarną brzechwą wyrastającą mu spod pachy, jak wali się w pół kroku na głowę i bark, a potem toczy w fontannie białego pyłu.

Vuko wydał z siebie ryk wściekłości, galopując wśród kłębiącego się śniegu, w którym majaczyły biegające we wszystkie strony postaci, ktoś wpadł na nich, Jadran sapnął tylko, waląc Węża napierśnikiem niczym czołg, tamten poleciał bezwładnie w śnieżycę. Wokół rozlegał się wrzask, a z tyłu ostre, osie bzyknięcia strzał.

Drakkainen z ludźmi przelecieli na drugą stronę udeptanego, zbryzganego pola bitwy, pełnego czarnych ciał, i zrobili zwrot.

Śnieżyca ustała na chwilę, dosłownie na kilkanaście sekund mknąca poziomo ściana śniegu zrzedła, ukazując pobojowisko i rząd jeźdźców rozdzielających się zgodnie z planem na dwie grupy, jak w tańcu – prawy, lewy, prawy, lewy, leżące ciała, krew i chaos. Oraz Węża, który stał jak przedtem, i potwora Passionarii, który zaczynał się prostować, migocąc w drgawkach.

Wokół dreptały trzy kraby, jak oszołomione kurczaki, wymachując konwulsyjnie swoimi ostrzami.

– Co za burdel – warknął Drakkainen. – Co tu się w ogóle dzieje?!

Żmij runął nagle jak drzewo prosto na kraby, rozgniatając je niczym jajka, rozrzucając wokół kawałki pancerza w rozbryzgach zielonkawego śluzu zmieszanego z krwią. Drakkainen, który wiedział dobrze, co to jest, skrzywił się i odruchowo odwrócił twarz.

Wtem usłyszał gromowy, infradźwiękowy głos, podobny do podziemnego grzmotu trzęsienia ziemi, w którym dosłyszał: „Passionario...”, ale jakieś takie zamierające, ledwo już rozpoznawalne.

A potem żmij uniósł znowu łeb.

I zniknął.

W ułamku sekundy zamienił się w zamieć, która ponownie zwaliła im się na głowy, zatapiając świat w białym szumie. Wtedy wbijali się już w drugiej szarży. Rozpędzeni, na zboczu, które znikło. Rozpłynęło się w bieli i szarości, w ruchomej mozaice chaosu. Drakkainen schował łuk i wyciągnął miecz. Nie wierzył aż tak bardzo w sztuczki zen, żeby strzelać na oślep. Z zamieci wyłonił się biegnący dokądś facet w hełmie przywodzącym na myśl rybę głębinową, więc ciął go z siodła w miejsce, gdzie bark spotykał się z szyją. Ostrze ugrzęzło w kości, zbroi i kolczudze, szarpnięcie omal nie wyrwało zwiadowcy ręki ze stawu. Uwolnił rozpaczliwie miecz, wypuszczając ciągnący się za stalą rozbryzg krwi, i przejechał kawałek w śnieżnym tumulcie wśród ledwo widocznych postaci, które pojawiały się i znikały jak duchy, ale nie zdołał nikogo dosięgnąć.

Najpierw zobaczył świetlistą płaszczyznę, która wyrosła z migotliwej pustki i przecięła go wpół. Zupełnie jak kiedyś, kiedy uwolniony z Drzewa, osłabiony i chory, walczył samotnie na przełęczy. Dawno temu. Teraz dodatkowo miał jeszcze wizję. W ułamku sekundy. Podprogowy błysk, w którym zobaczył obrośnięty hakowatymi ostrzami brzeszczot wbijający mu się pod płytę napierśnika, kwik stającego dęba konia, oszalały kołowrót nieba, które fiknęło jak na trapezie, przeraźliwe szarpnięcie, prujące mu wnętrzności, i miażdżący upadek. Błysk krótki, niczym flesz. Bez zastanowienia przechylił się na przeciwległy bok Jadrana, czepiając ogłowia, kiedy ta paskudna partyzana czy glewia naprawdę wyrosła ze śnieżycy wraz z trzymającymi ją zawziętymi dłońmi i śmignęła nad siodłem. Sierpowate ostrze nie wypatroszyło Drakkainena, prześlizgnęło się tylko wzdłuż boku, ale za chwilę przyszło szarpnięcie, które faktycznie posłało go na ziemię.