AzylTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Azyl
Azyl
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,08  47,26 
Azyl
Audio
Azyl
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Lista zaginionych

Azyl dla starych pilotów

Ruleta

Twierdza Trzech Studni

Śmierć szczurołapa

Przespać piekło

Dom na Krawędzi Światła

Enter i jesteś martwy

Rozkaz kochać!

Chwila przed deszczem

Posłowie

Jarosław Grzędowicz

Książki Jarosława Grzędowicza

Maja Lidia Kossakowska – Bramy Światłości

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Lista zaginionych

Przez lata w ogóle o nich nie myślałem. Rzadko zajmuję się liczeniem czasu, rocznicami, datami i archiwizacją przeszłości. Kiedyś, gdy pracowałem jako dziennikarz, pewien redakcyjny kolega spytał mnie, jak archiwizuję swoje artykuły. On, jako człowiek starej daty, w ogóle nie używał komputera, swoje teksty przynosił pisane na maszynie i dyktował sekretarce, a w efekcie tonął w stertach papierów zawierających jego kilkudziesięcioletni dorobek. Bo on trzymał w domu wszystko, co kiedykolwiek napisał. Odparłem, że w ogóle, co przyjął z najwyższym zdumieniem. Ot, miałem teksty na twardym dysku, a jeśli padł, to przepadały i one. Nie miałem jakiegoś wielkiego nabożeństwa do swojego dziennikarstwa. To jest twórczość ulotna. W zeszłym wieku któryś z wielkich pismaków powiedział, że kwintesencją zawodu jest to, że pisze się artykuł, zdobywając informacje w pocie i znoju, a wieczorem po opublikowaniu efekty twojej harówki to już bezwartościowe śmieci, które wiatr rozwiewa po ulicach.

Z książkami jest lepiej, bo książka to coś solidnego i namacalnego, coś, co stoi na półce. Ale kiedyś nie pisałem książek. Zaczynałem od opowiadań. Takie były czasy. Na napisanie opowiadania jeszcze mogłem znaleźć czas, choć też nie zawsze, z powieścią było gorzej. Trzeba było zarabiać na życie i miotać się od jednej fuchy do następnej. Głównie były to zajęcia związane z pisaniem – redakcje, tłumaczenia, recenzje wewnętrzne, ale robiłem też rzeczy dziwne. Raz namalowałem okładkę do książki historycznej (z takim efektem, że równie dobrze mogłem dać koncert fortepianowy), pracowałem i łopatą, sprzątałem mieszkania, w Grecji, która pod koniec lat osiemdziesiątych wydawała się oazą dobrobytu, tłukłem ziemię motyką pod Maratonem, ciąłem winogrona po całej Attyce. Miałem pisać książki? Kiedy? Zresztą w latach dziewięćdziesiątych książek Polaków praktycznie nie wydawano, ale opowiadanie dało się sprzedać. Były pisma, zdarzały się antologie. Pisałem więc opowiadania.

Rzadko, z reguły jedno, może dwa na rok. W latach dziewięćdziesiątych wydawałem własne pismo i tam trochę się wstydziłem publikować swoje opowiadania. Jakoś mi to pachniało nepotyzmem. Z kolei drugie pismo w branży było konkurencją – po co miałbym nosić im dobre teksty?

Były też te, którymi debiutowałem, jako młodzieniec jeszcze. Wychodziły w fanzinach oraz w tygodniku „Odgłosy”, w którym tajemniczym dla mnie po dziś dzień sposobem nasz klub miłośników fantastyki opanował dwie szpalty.

W każdym razie ukazywały się jako efemerydy w dawnym etapie życia. Jakoś je przechowywałem, ale kolejne burzliwe okresy pochłonęły te zżółkłe wycinki trzymane w tekturowych teczkach, te zetlałe pliki przebitkowej bibułki spięte zszywkami.

Dlatego kiedy pytano mnie, dlaczego nie wydam tych starych, zaginionych tekstów, wykręcałem się zgodnie z prawdą, mówiąc, że nie mam ich fizycznie. Przepadły.

Chodziło też o to, że uważałem je za zdezaktualizowane relikty dawnego życia. Że nie mam za wiele wspólnego z tym młodzianem w powyciąganym góralskim swetrze i flanelowej koszuli. Widziałem więcej niż on, czegoś się nauczyłem, inaczej piszę.

To wszystko prawda, ale prawdą jest też, że je napisałem, opublikowałem i dałem do czytania ludziom. Istniały. Nie wydawałbym jakichś zupełnie niedojrzałych prób, gryzmolonych przez trzynastolatka w brulionie. Ale te historie przyjęto, ogłoszono drukiem i zapłacono mi za nie.

Są naprawdę.

Tyle że znajdowały się na liście zaginionych. Więc nie myślałem o nich za wiele. Mało to rzeczy przepadło w pomroce dziejów? Trzeba było okrągłej daty mojego nastoletniego debiutu oraz entuzjazmu i benedyktyńskiej pracy ludzi z wydawnictwa Fabryka Słów. To przecież w wielu wypadkach były opowiadania z innej epoki, które nigdy nie widziały komputera. Napisano je na maszynie, a wydrukowano na ołowianych kasztach, za pomocą prasy drukarskiej.

„Gdzie wy, u diabła, znajdziecie jakieś durne »Odgłosy« z osiemdziesiątego drugiego roku?!”

„Znajdziemy”.

I co, u diabła? Znaleźli.

Aż w pierwszej chwili bałem się tam zajrzeć. To było jak otwarcie kapsuły czasu. Wejście do zamkniętego od trzydziestu pięciu lat pokoju. Kojarzycie klasyczne zdjęcia? Takie naświetlone na prostokątnej, pokrytej emulsją tekturce, nie pliki jpeg. Człowiek czegoś szuka, otwiera jakąś szufladę i natyka się na pudło takich zdjęć. Swoich. A wtedy zapomina, co miał zrobić, siada na podłodze i przegląda je z niedowierzaniem. Bo cały czas wydaje się nam, że świat wokół nas wygląda w zasadzie tak samo, a jest to szokująco złudne. Nie chodzi nawet o to, że patrzysz na dziecko, a teraz jesteś dojrzałym mężczyzną. To jest jasne. Tu chodzi o szczegóły. Elementy, na które na co dzień nie zwracamy uwagi, bo po prostu są.

Spodziewałem się wizerunku młodziana, pamiętam, że kiedyś nim byłem, ale naprawdę nosiłem takie okulary, wielkości tabletów? I naprawdę nie mogłem zrobić czegoś z tym, co miałem na głowie, odwiedzić fryzjera chociażby? Ile to, na Boga, kosztowało? A to za mną tam, z tyłu, to naprawdę samochód? Rzeczywiście były takie małe, blaszane i pokraczne? Czy tę ulicę zbudowano całkowicie po ciemku? Nikt nie umiał równo wylać asfaltu albo położyć paru betonowych płyt obok siebie, nie łamiąc ich przy tym? Tamten szyld namalował szympans?

A to tylko zdjęcie, nie opowiadanie. Opowiadanie to nie tylko wizerunek. Tam wchodzi się do głowy narratora. Patrzy jego oczami. Myśli jego słowami. Słowami, które kiedyś były moje.

Postanowiłem ich za bardzo nie zmieniać. Nie przerabiać, nie dodawać im powagi ani nie ulepszać. Usunę tylko ewidentne błędy, literówki, wygładzę najwyżej takie chropowatości, o które można się pokaleczyć.

Są moje. Kiedyś je napisałem, a potem trafiły na listę zaginionych. Ale skoro już się znalazły, chcę dać im okładki. Ich własne. Opowiadania nie powinny ginąć. Nawet te stare. Napisałem je. Niech więc żyją dalej.

Zasługują na to.


Azyl dla starych pilotów

Wiatr wiał z północnego zachodu, pochylając łany stepowych traw i gnając po niebie chmury barwy ołowiu. Za poszarpanymi skałami urwiska na południu ukazała się szarogranatowa płaszczyzna morza. Uwidaczniała się tylko w takie dni jak ten, kiedy horyzont był wyjątkowo wysoko. Fale przewalały się po brzegu, eksplodując szumem z wściekłością uwięzionego zwierzęcia, by z sykiem wedrzeć się na suche do tej pory obszary piasku. Niektóre docierały aż do posępnej ściany skał i rozpłaszczały się o nią bezsilnie, za słabe już, by wedrzeć się na górę.

Huk przyboju, mieszając się z szumem wiatru szalejącego na stepie, walił w wypukłą pancerną szybę wpasowaną idealnie w pancerz stacji.

Kiedyś z tego morza wyjdzie coś, co wytworzy sobie mózg i weźmie udział w ewolucji. Powstanie cywilizacja. Za tysiące czy miliony lat, kiedy z mojej stacji i wszystkiego, co ziemskie, nie zostaną nawet resztki, pomyślał tego ranka kosmiczny wyjadacz Wavell, stojąc przy oknie. Zaciągnął do końca suwak kombinezonu i poszedł do kuchni. Pomieszczenie było małe i ciasne, podobnie jak cała stacja, poskładana z szarobłękitnych części. Schludna i sterylna.

Wavell odgrzał sobie śniadanie, na które poszła resztka mięsa złowionego niedawno narwala. Trzeba będzie odremontować strumieniowy silnik katamaranu i wypłynąć rzucić sieci. Albo spróbować harpunem? Ale to już kiedy morze się trochę uspokoi, myślał, po sztormie. W każdym razie Wavell nauczył się już dawno, że na zrzutach nie ma co polegać.

 

Narwale były nieco inne niż podobne gatunki na Ziemi. Miały w sobie coś gadziego i pysk pełen ostrych zębów. No i było przy nich trochę roboty, ale miały jadalne, dość smaczne mięso, mimo że zalatywało tranem.

Tak, to była twarda planeta i wymagała twardych ludzi, a Wavell był twardy. Tu trzeba było cały czas walczyć o życie. Ze zwierzętami, z klimatem, z morzem, z samotnością. Było znacznie trudniej, niż opłacałoby się w stosunku do oficjalnego zastosowania stacji, której znaczenie było raczej skromne: konserwacja automatycznego przekaźnika radiolatarni. Planeta była zupełnie niewykorzystana. Za trudna do kolonizacji. Za ostra dla teraźniejszych ludzi. Za ostry klimat. Albo za zimny, albo, jak dalej na wschód, za gorący i wilgotny. Dżungla też nie lubi mięczaków, podobnie jak step i morze. Cywilizacja była zbyt wypieszczona przez technikę.

W sumie, myślał Wavell, to jest jedyne miejsce, w którym można teraz żyć. Gdybym nie przyjął tej pracy, niedołężniałbym w jednym z tych ich hotelowych miast. Albo gdyby w trybie łaski uznali, że nie jestem za stary, prowadziłbym jeden z tych ich kosmicznych autobusów po ugrzecznionych, oznakowanych szlakach. Tu przynajmniej mogę żyć, jak przystało astronaucie.

Dopił gorącą herbatę, założył ciepłą kurtkę podbitą futrem, z emblematem pilotów na lewym ramieniu, zachowanym jeszcze z czasów, gdy byli pilotami. Prawdziwymi pilotami, godnymi kosmosu, przez który się poruszali. Naszywka była okrągła, z żółtym harpunowym grotem na granatowym tle.

Wavell zszedł po spiralnych schodkach na parter, gdzie był warsztat, dyspozytornia radiolatarni i pomieszczenia gospodarcze. Założył sznurowane do pół łydki buty, drelichowe kepi z naszywką i rękawice. Zdjął ze ściany ciężki karabin pachnący stalą i smarem, otworzył z trzaskiem komorę zamkową i starannie skontrolował mechanizm. Zdmuchnął jakiś wyimaginowany pyłek i spojrzał przez lufę na światło. Broń była tu najważniejsza. Bezbronny nie ma prawa bytu. „Szulera” Comtaina tylko raz zawiodła broń. Spoczywał teraz o kilometr stąd pod granitowym głazem z wydłubanym wiertarką napisem.

Wavell założył na ramię torbę z magazynkami, przeszedł przez przedsionek i szarpnął dźwignię blokady. Zacięła się, potem puściła gwałtownie. Drzwi odchyliły się z cmoknięciem i pneumatycznym gwizdem, po czym opadły łukiem, zamieniając się w schodki. Wavell wyszedł na zewnątrz i zataczając się pod uderzeniami wiatru, wolnym krokiem ruszył dookoła swojej stacji, wdychając słony zapach morza.

Po gładkich kamiennych płytkach nieregularnego kształtu niczym żółtawe węże przesuwały się fale drobnego piasku. Podszedł do radiolatarni. Wiatr świstał na jej wpuszczonych w ziemię wspornikach, rudych od rdzy pod łuszczącą się warstwą farby, i bezsilnie uderzał w aluminiową czaszę lustra.

Wavell wyminął radiolatarnię i wyszedł z obejścia stacji. Odwrócił się, spoglądając na swoją siedzibę, która wyglądała jak biała pigułka osadzona na krótkim walcu. Wiatr wiał mu prosto w twarz i łopotał w uszach niczym falujący arkusz blachy.

Usłyszał szum i łopot, inny niż szum i łopot wiatru. Spojrzał w górę. Kłapacz zawisł nieruchomo, krótko spikował, znów zawisł i zaczął zataczać małe, nerwowe koła, kołysząc się w powietrzu niczym pijany jastrząb. Wiatr przycichł nieco. Słychać było wyraźnie łopot błoniastych skrzydeł gada i czuło się bijący od niego smród padliny.

Wavell stanął na ugiętych nogach, opierając karabin kolbą o biodro, z ręką wspartą o magazynek. Kłapacz gwałtownie zanurkował. Wavell odciągnął rygiel, chwycił chropawą rękojeść i poderwał broń wyżej, próbując celować. Nacisnął krótko spust i zanim jeszcze go zwolnił, już wiedział, że chybił. Wiedział to, zanim jeszcze zobaczył, jak linia ognia przebiega gorejącym ściegiem pod bezkształtnym cielskiem gada. Kłapacz poderwał się gwałtownie, rozpaczliwie bijąc płatami skrzydeł niecałe trzy metry od twarzy Wavella. Smród walący od potwora był wręcz namacalny. Jak galaretowata ściana, która pochłonęła pilota bez szansy wyjścia.


Walkę przerwał szum magnetycznej kolejki. Parła, rozrzucając strugi piachu, niczym wielobarwny wąż, zamiatający prostokątnymi dzwonami swojego członkowanego cielska. Pozostawiała ślad, jakby ktoś przesuwał szklaną, idealnie przejrzystą kulkę. Chybotała się na magnetycznej poduszce, napęczniała od roześmianej dzieciarni, młodzieży i dorosłych.

Wavell zaklął. Kłapacz, szamocąc się w powietrzu, przetoczył się nad nową ofiarę i ruszył na nią całym ciężarem swojego oślizgłego cielska. W nagłej ciszy rozległ się tylko szum powietrza przecinanego skrzydłami i kilka wrzasków radosnego napięcia i nerwowego podniecenia.

Pilot przysiadł lekko, podprowadził potwora bliżej, trzymając na nim koniec lufy, i z dystansu wpakował mu całą serię. Strumień igieł laserowego ognia przebiegł przez pękaty tułów gada. Poleciały strzępy i kłębki dymu, zaśmierdziało spalenizną. Kłapacz wywinął w powietrzu kozła i runął niczym rzucona w powietrze szmata, wirując w powolnym korkociągu i tłukąc się po grzbiecie załamującymi się bezwładnie skrzydłami.

Z łomotem rąbnął o ziemię, rozrzucając na boki mokry piach. Z kolejki rozległy się śmiechy i owacje. Wavell zaklął.

Ta cholerna wycieczka zepsuła mu z takim trudem wypracowany nastrój poranka. Wyjął srebrzyste obcążki i przedziurkował im bilety.

Patrzyli z niemym, baranim podziwem w oczach na jego barczystą sylwetkę, której nie przygięły lata. Ich podziw wzbudzała pociągła, kanciasta twarz porośnięta kilkudniowym szpakowatym zarostem i poorana nielicznymi, lecz głębokimi zmarszczkami, naszywka, broń... W ich oczach był niemal takim samym potworem jak Kłapacz. I tak samo przebrzmiałym. Odwrócił się od nich i zaczął patrzeć na roztrzaskane, nadpalone szczątki potwora, z których wystawały lśniące fragmenty stalowego szkieletu. Wavell zacisnął powieki uporczywie, do bólu, zapominając, starając się zapomnieć, usiłując zapomnieć. Znów był kosmos, surowa planeta i znów trzeba było walczyć o życie. Rozkołysany kołowrót w jego głowie powoli wracał do równowagi. Spojrzał na Kłapacza z dezaprobatą. Trzeba było marnować energię na te niejadalne zwierzęta, atakujące z mściwym uporem wszystko, co żyło. Odwrócił się w kierunku stepu i nie widział już kolejki, która targnęła, zaszumiała i popędziła ze swoim rozbawionym ładunkiem w głąb Parku Atrakcji.

Na spotkanie z Wężem Morskim.


No cóż. Chronologicznie rzecz biorąc, to jest mój debiut. Pewnie, że klasyczne SF. Tak się wtedy pisało. Epoka fantasy miała w polskiej fantastyce dopiero nadejść. Jedyne, co istniało w naszej świadomości, to był Tolkien, Howard i Ursula Le Guin. Egzemplarz „Odgłosów” kupiłem w drodze do szkoły. Trzecia klasa liceum czy coś. Rzecz jasna, nie wytrzymałem i wyciągnąłem go ukradkiem z torby. Musiałem zobaczyć własne słowa w druku. Musiałem zobaczyć swoje nazwisko pośrodku szpalty, wytłuszczonymi literami.

Wpadłem. Nauczycielka polskiego zaczęła nerwowy wykład o tym, jakim niesłychanym brakiem kultury jest czytanie sobie gazety na lekcji. Zagroziła mi dwóją. Schowałem pismo, usiłując zetrzeć z twarzy szyderczy uśmiech. Nieszczęsna kobiecina przecież nie miała pojęcia, że rozmawia z zawodowym pisarzem, publikującym w tygodnikach swoje opowiadania.

Ruleta

Raz, dwa, trzy, cztery... – kredytowe żetony kapały z ryjka domowej kasy złotymi kroplami i z brzękiem nieruchomiały na dłoni. ...Sześć, siedem. Siedem? Wdusił przycisk mocniej i dźgnął go palcem jeszcze parę razy. Nic. Po dłuższej chwili zwolnił taster i huknął dłonią w pudło kasy. Nic. Koniec. Siedem. Siedem ostatnich żetonów lśniło na jego dłoni w nierównomiernym przewróconym stosiku. Kredyt skończył się. Garth podrzucił metalowe krążki na dłoni. Tym razem jest załatwiony. Bywało już źle, ale nigdy aż tak. Owszem, zostawało mu czterdzieści żetonów, trzydzieści i wtedy było naprawdę ciężko, ale siedem? Wchodząc do kuchni, ułożył je rzędem na stole. Siedem ostatnich szans przeżycia. Siedem razy orzeł – reszka. Każdy z minimalną szansą na fortunę. Był bankrutem.

Najsprawiedliwszy podział dóbr. O wszystkim decyduje ślepy traf, kiedy wszystkie fabryki i wytwórnie są automatyczne, a wiedzę wszyscy zdobywają pod hipnozą, tak jest najprościej. Losujesz – idziesz na studia i zostajesz naukowcem. I pięknie. Raz wygrasz, raz przegrasz i wszystko utrzymuje się na średnim poziomie. Takie jest życie. Przynajmniej wszyscy mają równe szanse. Wszyscy z wyjątkiem pechowców.

A Garth był pechowcem. Przez całą szkołę marzył o tym, żeby zostać astronomem. Miał najbardziej podatny mózg na zajęciach teoretycznych, a na praktycznych chłonął wiedzę z maniakalnym zainteresowaniem.

A po maturze pociągnął los na studia i przegrał.

Poza karierą specjalisty naukowca można było robić tylko to, co wszyscy, to znaczy pracować w Kasynie. Więc pracował.

A teraz przegrał wszystko. Siedział w swojej małej kuchni i dumał, obracając w ręce szklankę z herbatą. Był głodny. Traf (jak zwykle: traf!) chciał, że całe jedzenie się skończyło – nie było w domu ani kawałka chleba. Napił się jeszcze herbaty, podszedł do wbudowanej w ścianę aparatury i starannie wystukał zamówienie dla najbliższego sklepu. Aparat zabrzęczał i wypluł fiszkę: „Kredyt zamknięty” – prawie się tego spodziewał.

W hermetycznym pudle, w którym trzymał pieczywo, zaplątana w pomiętej folii opakowania, leżała prostokątna, sucha kromka chleba. Pogryzł ją i zapił podwójną ilością gorącej herbaty, żeby napełnić czymś żołądek. Nie było na co czekać. Trzeba wziąć się w garść i pójść do Kasyna zarobić trochę pieniędzy. A jeśli przegra tę resztę i nic nie wygra? To co potem? Chryste, co potem?!

Gdyby tak rozbić bank. Mógłby przeprowadzić się do ładniejszego, komfortowego domu, kupić samochód i w ogóle urządzić się tak, żeby do końca życia nie musieć grać. Może wtedy wreszcie uśmiechnęłoby się do niego szczęście? Rozbić bank! Dobry Boże, żeby tylko wygrać tyle, żeby utrzymać się jakiś czas przy życiu.

Jeszcze raz przeliczył żetony i doszedł do wniosku, że na samo opłacenie czynszu potrzebuje co najmniej sto czterdzieści sol, czyli licząc po dotychczasowym kursie: dwa sol – żeton, musi wygrać siedemdziesiąt żetonów.

Co to jest siedemdziesiąt żetonów? Niektórzy wygrywają tyle w jednej grze i uważają, że nie mieli tego dnia passy.

Przed podłużnym budynkiem Kasyna zawsze kręciła się masa różnego rodzaju naciągaczy oferujących rozmaite sposoby na passę. Amulety, fetysze, nawet zaklęcia. Kiedyś nawet próbował przełamać swojego pecha magią, ale potem dał spokój.

– Nie potrzebujesz amuletu? – spytała dziewczyna, kiedy już wchodził na schody.

– Nie – warknął wściekły. Dopiero po chwili spojrzał na nią. Była szczupła, miała ciemnorude włosy do ramion i poważną owalną buzię z wąskim nosem. Była ładna. Nie wyglądała na handlarkę.

– Wyglądasz, jakbyś potrzebował.

Wzruszył ramionami. Ostygł już w złości. Była naprawdę zbyt ładna, żeby się na nią wściekać.

– Nie mam ani grosza, rozumiesz? Jestem zgrany. Totalnie. Do suchej nitki.

– Nie chciałam sprzedawać – nadąsała się. – Czy wyglądam na handlarkę? Chciałam oddać komuś, kto by naprawdę potrzebował. Wyglądałeś tak żałośnie i...

Wyciągnął z kieszeni tę swoją żałosną garść żetonów.

– Widzisz? To wszystko, co mam. Nie zalewam.

– W takim razie naprawdę ci się przyda – powiedziała poważnie.

Zdjęła z szyi coś, co wyglądało na kawałek ciemnożółtego szkliwa, wygięty w okrąg wiszący na rzemyku.

– Po prostu go przedtem dotknij – powiedziała ze śmiesznym namaszczeniem.

– Naprawdę wierzysz w takie rzeczy?

– Wczoraj dotknęłam go i wczoraj uniezależniłam się od Kasyna. Rozbiłam bank flippera... A potem wrócił z Alfa Centauri mój narzeczony. Ten amulet to jakiś korzeń stamtąd.

– A, narzeczony – mruknął Garth z rozczarowaniem. – W każdym razie dziękuję ci. Bardzo. Właściwie dawno z nikim nie rozmawiałem naprawdę szczerze.

Spojrzał na nią, żeby przyjrzeć się jeszcze raz jej twarzy, i wszedł do wnętrza Kasyna, machinalnie chowając amulet do kieszeni. Już w wejściu uderzył go ciepły zapach plastyku, metalu i elektronicznych urządzeń. Automaty dzwoniły, automaty błyskały, automaty śpiewały. Wewnątrz Kasyno było długą halą rozświetloną różnokolorowymi, komiksowymi rysunkami na tablicach bilardów oraz z długimi rzędami rozmaitych automatów wzdłuż ścian i w dwustronnym szeregu pośrodku. Dziesiątki ludzi kręciło się po sali, oblegano pulpity, pokrzykiwano. A wszystko przy wtórze dzwonienia liczników, elektronicznych dźwięków gier wideo i szczękania żetonów. Garth wsadził rękę do kieszeni, obracając żetonami, i przeszedł się po sali, szukając wolnego bilardu.

 

Wygłupiłeś się z tą dziewczyną, przemknęło mu przez głowę. Takie wywnętrzanie się to zupełnie nie w twoim stylu, człowieku. Ale może rzeczywiście potrzebowałeś trochę szczerości.

Jakiś facet zwolnił miejsce przy jednorękim bandycie, więc Garth podszedł i wrzucił żeton. Krążek brzęknął i zniknął w trzewiach maszyny. Garth ujął dźwignię z boku i szarpnął, pokonując opór sprężyny. Bębny w trzech okienkach zawirowały, rozmazując namalowane na nich znaczki w kolorowe smugi. Za chwilę bębny staną zablokowane w przypadkowych miejscach i jeśli znaczki w okienkach będą odpowiadały wzorowi lub będą takie same, wygra.

Bębny znieruchomiały z metalicznym stukotem. Wiśnie, butelka i czarny napis „Balley”. Nic.

Zostało sześć żetonów. W ten sam sposób stracił jeszcze dwa i resztkę cierpliwości. Ogarnęła go bezsilna wściekłość. Na ludzi, na automaty, na siebie. Dobra, niech przegra wszystko, a potem niech go szlag trafi. Niech mają, co chcieli, skoro tak idiotycznie urządzili świat.

Pozostałe cztery żetony postanowił zainwestować we flipper, który pozostawiał pewien niewielki margines dla zręczności.

Przy najbliższym flipperze stało trzech jego znajomych, tylko trzech, więc jeden licznik bilardu był wolny. Odczekał, aż skończyli kolejkę, a potem podszedł i wrzucił też swój żeton. Dostał czwarty licznik.

– O, patrzcie, kto przyszedł! – zawołał Renew. – Stary Garth „Szczęściarz” we własnej sobie. Siemasz, Garth. Myślałem, że się już wycofałeś z interesu, po twoim ostatnim rozbiciu banku.

– Tak, dzisiaj gram dla przyjemności – rzekł nonszalancko Garth. Uspokój się, człowieku, pomyślał, on po prostu żartuje. Chce być życzliwy. Był czwarty w kolejności, więc patrzył, jak po kolei odciągali tłoczek, który wyrzucał kulkę, a potem ze zmiennym (ale jednak!) szczęściem wybijali ją z powrotem w labirynt zastawek i odbijających grzybków przy wtórze brzękania licznika. Garth doczekał się swojej kolejki, stanął wygodnie, wypróbował obie łapki i wystrzelił kulkę. Zatoczyła wewnątrz automatu mały łuk, chwilę poskakała między trzema odbijającymi grzybkami, odskoczyła od sprężynowej bandy i wturlała się w boczną ścieżkę z dala od stojących w gotowości łapek.

– Psiakrew – powiedział Garth w zamyśleniu.

– To już wszystko? – poinformował się Renew.

– Pech – stwierdził Salve.

– Perfidia rzeczy martwych – zauważył Apter.

A potem Garth znów grał i dawał z siebie wszystko. Skoncentrował się i stał jednością z maszyną. Doskonale wyczuwał opór obu łapek flipperów, wiedział, kiedy uderzyć mocniej, a kiedy delikatnie. Potrafił przytrzymać kulkę na uniesionej łapce, a potem pchnąć ją precyzyjnie we właściwym kierunku. Był jak żongler. Jak wirtuoz. A później stalowy pocisk trafiał w labirynt odbijaczy i gumowo-sprężynowe uosobienie chaosu brało go we władanie. Kulka mknęła do przeklętego bocznego korytarza, nad którym nie miał władzy, albo odbijała się prosto i precyzyjnie w sam środek martwego pola, dokładnie pomiędzy bezsilnymi flipperami, i znikała w trzewiach maszyny.


Automat wypłacał żetony po osiągnięciu stanu licznika większego niż dwa tysiące punktów. Po zakończeniu partii na liczniku Gartha widniało tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt punktów.

Nie powiedział ani słowa, tylko wrzucił pozostałe żetony, blokując licznik na cztery kolejne gry.

Potem nie istniało już dla niego nic poza migającymi świetlnymi kolorami na komiksowej tablicy, szczękiem i dzwonieniem liczników, konwulsyjnymi ciosami łapek i torem kulki. Zatracił się w tym samozniszczeniu do tego stopnia, że ochłonął, dopiero gdy skończyli. Renew wygrał sto żetonów. Salve wygrał siedemdziesiąt dwa. Apter wygrał piętnaście. Garth nie wygrał nic.

Zrobiło mu się lżej, ale tylko przez chwilę, dopóki nie uprzytomnił sobie, że doszedł do końca. Do Ostatecznej Klęski. Do entropii, ku której dążyło coś w jego umyśle, ściągając na niego nieszczęścia.

– Jesteś zadowolony? – spytał Garth swojego pecha. Ale nic to nie zmieniło.

Teraz naprawdę nie miał co ze sobą zrobić. Nie miał nic. Mógł żebrać. Mógł się powiesić.

W tym świecie nikt nie pożyczał nikomu żetonów. Nie w społeczeństwie opartym na sprawiedliwości losowania. To przynosiło pecha.

Pokręcił się trochę między automatami, patrząc, jak wygrywają inni. Był tu jedynym naprawdę przegranym. Samotny w społeczeństwie, w którym nie ma miejsca dla pechowców. Potem przyszła mu do głowy pewna myśl. Spojrzał w koniec sali. Następnie spojrzał na samą salę wypełnioną automatami i powziął decyzję. Wsunął drżącą rękę do kieszeni i dotknął amuletu. Wydało mu się, że jest jeszcze ciepły od palców tamtej dziewczyny.

Wiedział, jak trafić. Na końcu zakręcił w lewo w ciemny korytarz. Pod ścianą stało jakby dla niepoznaki kilka flipperów, ale za zakrętem już ich nie było. Było tam natomiast biurko, za którym siedział jeden ze strażników Kasyna w granatowej koszuli. Wstał.

– Pomyliłeś drogę, przyjacielu – powiedział.

– Nie pomyliłem drogi – wychrypiał Garth. Odchrząknął. – Idę tam.

Strażnik patrzył na niego z jakimś zabobonnym strachem. Trwało to chwilę. Potem wskazał eleganckie rozsuwane drzwi z czarnego tworzywa na końcu korytarza.

– To tam – powiedział.

Kiedy czarne drzwi zasunęły się za Garthem, znalazł się w aksamitnej ciemności i głuchej ciszy. W obłędnym strachu przemknęła mu przez głowę myśl: tak wygląda śmierć.

Potem zapłonęły światła. Mleczne, mętne, umieszczone przy ziemi, na obwodzie okrągłego pomieszczenia wybitego czarnym aksamitem. Pośrodku stał szeroki na jakieś trzy metry czarny, polśniewający w mętnym świetle walec. Garth podszedł bliżej i zobaczył, że walec ma na obwodzie okna, przez które widać ogromne, lśniące koło rulety.

– A więc jesteś... – rozległ się aksamitny baryton. Komputer Papa nie może przecież mieć głosu maszyny, przemknęło Garthowi przez głowę. – A więc jesteś i chcesz zagrać.

– Tak – przemógł sztywność gardła.

– Stawkę i zasady znasz, ale przypomnę ci je. Obstawiasz jeden numer. Ja stawiam wszystko, co mam, to znaczy cały majątek Kasyna, a ty także wszystko, co masz, to znaczy życie. Masz wolny wybór. Możesz wyjść. Podejmiesz decyzję i potwierdzisz ją, wduszając przycisk.

Garth nabrał oddechu. Nie zastanawiaj się! – krzyknął w myśli. Już! Wdusił elegancki czarny taster z wgłębieniem na palec.

– Spaliłeś za sobą mosty. Postawiłeś swoje życie – oświadczył Papa ze smutkiem. – Wybierz numer na tablicy kontrolnej i wduś przycisk.

Garth dotknął mokrą od potu ręką amuletu, a potem wdusił przycisk. Na chybił trafił.

– Siedemnaście, czarne – powiedział. Kolana mu drżały. Zachować godność!

– Możesz obejrzeć mechanizm Rulety – powiedział Papa.

– Dziękuję, nie chcę. – Wiedział, że była uczciwa. Koło zawirowało. Coraz szybciej i szybciej. Cyfry utworzyły na nim rozmazaną smugę. Kulka wyprysnęła gdzieś z boku i zataczając coraz mniejsze kręgi, staczała się wewnątrz misy. Wpadła z terkotem w rowki i wszystko zwolniło, a potem stanęło.

– Trzydzieści cztery, czerwone – powiedział Papa – o jedną przegródkę w bok. Przegrałeś. Drzwi, którymi wszedłeś, są zamknięte. Otwórz drugie za Ruletą i idź spokojnie korytarzem. To nie będzie bolało.

Godność, odezwało się echo w opustoszałej czaszce Gartha. Wstał i hamując panikę, ruszył do drzwi. Już idąc korytarzem, wyjął amulet i z trudem rozgniótł go w dłoni. Otworzył pięść i pozwolił kawałkom wysypać się na podłogę.


To coś, o czym prawie zapomniałem, o tamtym młodzieńcu, który wówczas był mną. Był przekonany, że prześladuje go pech. Jakby dobrze się zastanowić, to w życiu uwikłanego w proces edukacyjny i męczarnie dojrzewania nastolatka o bardzo wielu rzeczach decyduje ślepy traf. Między innymi dlatego, że w większości kwestii wszystko zależy od kaprysu innych, a niemal nic od niego samego. Może zresztą to jest powszechne i prawie każdy siedemnastolatek jest przekonany o tym, że ciąży na nim zły los. Ja w każdym razie tak uważałem i dlatego wymyśliłem świat przyszłości, w którym automatyzacja zdjęła z ludzi konieczność pracy, a dystrybucję dóbr rozwiązano za pomocą hazardu. Co w takim świecie pocznie pechowiec?

Miałem też przygodę, która przeszła do legendy. Szedłem sobie uliczką willowej dzielnicy na Sadybie z dwoma kumplami, kiedy na ich oczach z jakiegoś ogródka wyskoczył czarny kot, przebiegł mi drogę i natychmiast wpadł pod jedyny jadący tamtędy samochód.

No i automaty. Żałuję, że przepadły. Jedyne miejsce na świecie, gdzie salony gier automatycznych mają się dobrze, to Japonia. Wszędzie indziej jazgot, kolor i zgiełk salonów zastąpiły gry na domowych komputerach i telefonach. Szkoda.