Gorsza

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  JEDENASTA GODZINA

5  1.

6  PIERWSZA GODZINA

7  2.

8  DRUGA GODZINA

9  3.

10  TRZECIA GODZINA

11  4.

12  CZWARTA GODZINA

13  5.

14  PAMIĘTNIK

15  PIĄTA GODZINA

16  6.

17  SZÓSTA GODZINA

18  PAMIĘTNIK

19  7.

20  SIÓDMA GODZINA

21  8.

22  PAMIĘTNIK

23  9.

24  ÓSMA GODZINA

25  10.

26  LIST GRUBEGO

27  11.

28  DZIEWIĄTA GODZINA

29  12.

30  DZIESIĄTA GODZINA

31  13.

32  PAMIĘTNIK

33  14.

34  15.

35  16.

36  JEDENASTA GODZINA

37  PAMIĘTNIK EWY

38  17.

39  OD AUTORA

Redakcja: Bartłomiej Nawrocki

Korekta: Alicja Laskowska, Anna Popis-Witkowska

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Ilustracje na okładce: © Klaus Vedfelt / DigitalVision / Getty Images

Redaktor inicjujący: Bartłomiej Nawrocki

Copyright © by Jarosław Czechowicz, 2021

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN: 9788381438322


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

JEDENASTA GODZINA

Woń moczu doskwierała jej coraz bardziej.

Inne uciążliwe zapachy, smród potu i kału, mieszały się obrzydliwie, do tego zatęchłym powietrzem już prawie nie dało się oddychać. Ale to mocz był najgorszy, bo przypominał o wstydzie.

Próbowała zapanować nad poranionymi nadgarstkami. Naznaczone krwawymi śladami otarć, dające o sobie znać kłującym bólem dłonie trzęsły się jej z wyczerpania. Prawie nie czuła stóp, które niebawem miały unieść jej ciężar. Niedobrze. Musiała skoncentrować się na tym, co za chwilę się wydarzy. Nie na fizycznym upokorzeniu: zdrętwiałej od knebla szczęce, nie na pomiętej garsonce, nie na wilgotnych od moczu majtkach. Teraz wiedziała, że dalsza gra odbędzie się na jej warunkach. Musiała się skupić. Musiała być czujna.

Rozglądając się wokół siebie, rozumiała doskonale, że to wszystko już dawno wymknęło się spod kontroli. Starała się nie ruszać, stabilizować oddech, skoncentrować na nim swoją uwagę, to było najważniejsze. Pozornie zastygła, ale w jej wnętrzu buzowała nienawiść. To dzięki niej wytrzymała to wszystko. Każdą cholerną godzinę. Wiedziała, że przed nią ostatnie rozdanie, i zdawała sobie sprawę, jak bardzo będzie bolesne. Teraz ważne było tylko to, by utrzymać w sobie resztkę sił. By dotrwać do końca. Tego prawdziwego.

Już niedługo miała postawić wszystko na jedną kartę. Skoncentrowała się na oddychaniu przez nos. Tak bardzo się bała wydzielin, które by go zatkały. Na szczęście udało się panować nad oddechem. Usta wraz z językiem były zdrętwiałe, szczęka obolała, a dławiąca ją taśma co i rusz wywoływała odruch wymiotny, do którego nie potrafiła przywyknąć. Na zawsze zapamięta jej paskudny posmak. Walczyła z chęcią, by ją po prostu zedrzeć, ale to zrujnowałoby grę. Jej grę. Tak, najważniejsze było teraz oddychanie. I koncentracja.

Czekała. Czekała na moment, w którym pokaże, co naprawdę tu robi. W tych sikach, zmęczona, brudna, rozedrgana. Kiedy udowodni, że to nie ona jest ofiarą.

Gdy w pomieszczeniu zrobiło się jasno, zacisnęła bolącą dłoń na przedmiocie ukrytym w staniku. Nadszedł ten moment.

1.

Znowu to samo. Piekielny dźwięk budzika, którego nie potrafiła się pozbyć. Kompletnie nie rozumiała, dlaczego wciąż trzyma na szafce nocnej to paskudztwo, które zamienia w koszmar każdy poranek albo środek nocy, w zależności od tego, na którą zmianę wstaje. Spojrzała na trzydziestocentymetrową figurkę klauna. Nie dość, że w brzuchu miał dzwonek, to jeszcze kiedy ten łomotał, przerażająca postać wykrzykiwała dyszkantem: „Wake up!”. Zastanawiała się, czy jest masochistką i uwielbia niszczyć sobie codzienne wstawanie, czy może traktuje ten budzik jak ostatnią pamiątkę po Bartku. Na twarzy klauna rysowała się dzika radość, taka jak ta, która towarzyszyła jej byłemu mężowi, kiedy zrobił coś w swoim mniemaniu zabawnego. Irytacja Magdy jedynie potęgowała uśmiech Bartka. Gdy żarty przestały być zabawne, jego mimika kojarzyła się jej wyłącznie z czymś cyrkowym. Westchnęła. Mimo wszystko nie chciała tak o nim myśleć, ale poranna złość musiała znaleźć ujście. Pieprzona durnostojka.

Usiadła i trzasnęła klaunem o podłogę. Nie wiedziała, z czego zrobione było to cholerstwo, ale jeszcze nigdy się nie rozbiło. Wsunęła stopy w ciepłe kapcie, lecz nie była jeszcze w stanie się podnieść. Znowu wróciły męczące myśli o Bartku. Człowieku, z którym spędziła ponad pięć lat małżeństwa i dała mu się zaobrączkować w urzędzie. W rzeczywistości należała przecież do niego już od dawna. Była mu wdzięczna za uratowanie jej samej, ale z czasem wdzięczność zaczęła przeradzać się w… zależność. A potem niechęć. Za dużo dobra od jednego człowieka może paradoksalnie do niego zniechęcić. Pamiętała, jak ważny był dla niego tamten dzień. Tyle dobrego, że dobitnie wyjaśniła wybrankowi katolikowi, że jej noga nie postanie w jakimkolwiek kościele – albo wezmą tylko ślub cywilny, albo całkiem z niego zrezygnują.

Bartek nie zrezygnował. Był w oczywisty sposób namolny i narzucający się, ale potrzebowała kiedyś takiego faceta. Człowieka, który weźmie za nią odpowiedzialność, lecz jednocześnie będzie miał na uwadze, że nie jest senną niunią idącą zawsze za mężem i decydującą się na to… by on decydował o niej. Na początku, owszem – chciała, by to on podejmował wszystkie decyzje, widziała go jako kogoś, kto pomaga jej wyjść z czasu wiecznej niepewności i trwogi. Najwidoczniej w ciągu kolejnych lat namolności i narzucania było jednak zbyt wiele. Mężczyzna będący opiekunem zamienił się w kogoś na kształt strażnika więziennego. Oboje nawet nie zauważyli momentu, kiedy ich relacje tak boleśnie się zmieniły. Gdy najwspanialszy człowiek pod słońcem stał się kimś, kto przypominał o opresji sprzed lat. A wówczas w ich związku po prostu zaczęło brakować jej powietrza. To już nie było to, czego oczekiwała od Bartka. Dlatego Magda zdecydowała o rozstaniu. Z jedyną bliską jej osobą, przy której mimo wszystko czuła się bezpiecznie. Wiedziała, że nie będzie łatwo przekonać Bartka do rozwodu, właściwie chyba nic nie mogło w tej sprawie pomóc. Poza zdradą. Albo tym, co miało ją przypominać.

Wstała i leniwym krokiem poszła do kuchni. Sięgnęła po leżący na krześle wielobarwny szlafrok. Było na niego nieco za ciepło, ale Magda uwielbiała ten kosztowny prezent marki Missoni, który dostała od Bartka tuż przed ich rozstaniem. Jakby barwami tego cudeńka chciał pokolorować jej życie, gdy stawało się coraz bardziej szare. Spanie nago to komfort, którego paradoksalnie nie doświadczała w małżeństwie. Zawsze musiała coś na siebie założyć. Może po to, by Bartek miał co z niej zdzierać, bo tylko tak rozpoczynali udany seks? A może po to, by osłaniać ciało, którego wciąż wstydziła się przed absolutnie każdym? Nawet wizyta u lekarza była z tego powodu traumą. Chociaż obiektywnie Magda nie miała się czego wstydzić. Przekroczyła czterdziestkę, a piersi nadal były jędrne, brzuch płaski, nogi zaś niezwykle zgrabne. We włosach pojawiły się pojedyncze siwe nitki, które jej nie przeszkadzały. Ale ciało od zawsze było dla niej balastem. Od kiedy tak bardzo zwracano na nie uwagę…

 

Do niedawna pod jej nogami plątał się piękny czarny kocur, lecz kilka tygodni temu ślad po nim zaginął. Przemknęło jej przez myśl, że mężczyzna, do którego naprawdę była przywiązana, zdradził ją i odszedł w świat, a ten, przy którym przez dłuższy czas jedynie udawała bliskość, tak długo nie chciał się od niej odkleić. Bartek był jak rzep, który przyczepił się do ubrania, a wyrwany pozostawił po sobie paskudny ślad. Ale jeszcze bardziej paskudne było to, co zrobiła Magda.

Ze swoim szurniętym przyjacielem Grubym zaaranżowała seksualną schadzkę, która ostatecznie miała wyeliminować męża z jej życia. Gruby był jedynym człowiekiem, przy którym nie wstydziła się swojego ciała, bo tak naprawdę nigdy go nie zauważał. Dla niego Magda mogła mieć dwie głowy i trzy piersi, w żaden sposób nie wpłynęłoby to na charakter ich popapranej relacji. Rozebrali się zatem, dwójka idiotów, i położyli do łóżka, czekając na powrót Bartka. Ten nie znał przyjaciela Magdy, a Gruby nigdy nie zabiegał o znajomość z nim. Gruby tak naprawdę był szczupły i wyjątkowo przystojny, a przezwisko pozostało z czasów, w których wstydził się swego ciała. Oczywiście Magda bardzo starała się, by Gruby zobaczył jak najmniej, choć on myślał już tylko o tym, że po wszystkim wypiją obiecane mu piwo. Wszystko miał zobaczyć Bartek. Kiedy to się wydarzyło, rozwód stał się już oczywistością. Magdzie było przykro, że posunęła się do czegoś tak żenującego, ale w tamtym momencie niczego nie była tak pewna jak tego, że chce żyć sama. Gruby zresztą przez ostatnie miesiące wciąż podkreślał, że uważa Magdę za dostatecznie silną, aby wreszcie się usamodzielniła.

Samotność była częścią jej natury. Przez lata zżyła się ze sobą i nauczyła tulić samą siebie w chwilach trwogi. Polegając na instynkcie, umiała przewidywać, skąd padnie bolesny cios. Bartek stwierdził kiedyś, w przypływie bolesnej szczerości, że sama te ciosy prowokuje. Powiedział to, mimo że poznał jej przeszłość, ale wszystko jakoś po nim później spłynęło, sporo banalizował, twierdził, że przesadza. A kiedyś tak bardzo współczuł i zapewniał ją, że rozumie. Gówno rozumiał, nikt nie mógł zrozumieć. To był chyba zasadniczy powód, dla którego chciała od niego odejść. Czas przeszły zamknięty w jej umyśle jak w pamiątkowej urnie postawionej w najbardziej widocznym miejscu salonu. Czy zamknięty do końca? Podziwiała zdolność męża do zapominania przykrych rzeczy. Tyle tylko że on nie miał do zapomnienia tak wiele jak ona.

Włączyła ekspres do kawy, który zaczął przyjemnie buczeć, wrzuciła chleb do tostera i usiadła w salonie, spoglądając na drzewo za oknem. Kwitnący kasztanowiec zawsze kojarzył się z maturą, a ta – z pełną wolnością. W tym roku jakoś nie spieszyło mu się do wolności, bo matury zaczęły się chyba jakieś dwa tygodnie temu, a drzewo wciąż było tylko nieśmiało zielone. Magda porzuciła myśli o Bartku i skupiła się na tym, co ją czekało. Popołudniowa zmiana, jazda aż do nocnych kursów. Na Wolę Duchacką, dawną podkrakowską wieś, dzisiaj południowe blokowisko miasta, będzie musiała pojechać motocyklem. Zwykle zabierała się z kolegami z innych linii i docierała na miejsce po godzinie średnio interesujących pogawędek. Było to o tyle wygodniejsze, że podczas jazdy czarnym cudeńkiem czasem gniótł się jej firmowy uniform. Jednak od tamtej nocy, kiedy dosiadł się do niej ten wstrętny typ przypominający pijanego ojca, Magda po drugiej zmianie wracała już tylko swoim motorem. Pięknym chopperem Daelimem VT 125 z jego czterema suwami jednocylindrowego silnika, którego praca była muzyką dla uszu. A sam model został tak skonstruowany, że aż prosił się, by kłaść na nim swe ciało podczas szybkiej jazdy. Dla Magdy była to zwykle osiemdziesiątka, choć motor mógł spokojnie wyciągnąć sto kilometrów na godzinę. Kraków ze swoją ciasnotą ulic nie był jednak dobrym miejscem na tego typu szaleństwa.

Po odejściu Bartka Magda zafiksowała się na punkcie prawa jazdy. Stwierdziła, że skoro ma kategorię A, po której zrobieniu kupiła motocykl, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobiła również B, C i D. Gruby miał szczególny ubaw, gdy pracowała nad dokumentem umożliwiającym prowadzenie tira, ale to ta czwarta literka pozwoliła Magdzie zamienić męczącą pracę biurową na etat kierowcy w krakowskim MPK. I tak od dwóch lat prowadziła miejskie autobusy i czuła się spełniona. To nic, że ostatnio praca często była dla niej niepokojąco monotonna, pasażerowie upierdliwi, a koledzy z pracy wykazywali się większym seksizmem i szowinizmem niż jacykolwiek inni napotkani przez nią mężczyźni. Było jej dobrze, bo w zasadzie z nikim nie musiała wchodzić w relacje. Poza alkomatem, ale to codzienny obowiązek; każdy musiał sobie dmuchnąć, czasem nawet dwukrotnie. Magda spojrzała na zegarek i zorientowała się, że do najbliższego badania zostały już tylko dwie godziny. Ekspres dawno się wyłączył, a grzanki tkwiły zimne w tosterze. Należało zagęścić ruchy, jak to mawiał Gruby.

Szybko posmarowała tosty nutellą, niemal wciągnęła w siebie razem z kawą i zdecydowała, że czas na prysznic. Uwielbiała swoją łazienkę. W czarno-czerwonej kolorystyce pomieszczenie wyglądało drapieżnie i nowocześnie. To był celowy wybór, bo chciała pożegnać się z traumą wywoływaną przez czerwień. Łazienka w obmyślonym przez nią stylu miała być czymś na kształt pomieszczenia terapeutycznego. Z czasem ujrzała w tej harmonii dwóch barw coś naprawdę pięknego. Zwłaszcza że dołożyła jeszcze szare dodatki i zadbała o smukły kształt kabiny prysznicowej, którą z dużą starannością wycierała po każdej kąpieli, by uniknąć smug rujnujących cały efekt przezroczystości tego kwadratu w stosunkowo mrocznej przestrzeni narzuconej przez kolorystykę ścian. Magda bardzo chciała w nowoczesny sposób urządzić także piętro. Nie do końca wystarczyło jej kreatywności oraz środków na przemianę. Nie spodziewała się tego, że Dorota i Stefan, jej przybrani rodzice, przepiszą na nią dom przy Grabowej, w krakowskiej lokalizacji doskonałej dla każdego, kto ceni sobie ciszę i święty spokój. Stała się szczęściarą niemuszącą spłacać kredytu hipotecznego, który – jak to mówili jej znajomi – nie opuszcza aż do śmierci, w przeciwieństwie do mężów i żon, którzy takie deklaracje składają.

Dorota odeszła pierwsza po przegranej walce z nowotworem. Stefan zmarł rok po niej w wyniku udaru. Magda do tej pory pamiętała, jak trudny to był czas dla nich obojga. Porzuciła wynajmowane z Bartkiem mieszkanie i razem wprowadzili się do Stefana; cały czas obserwowała, jak starszy mężczyzna zapadał się w sobie. Płakała z nim, choć on nigdy w życiu nie płakał razem z nią. Był szorstkim człowiekiem, ale jednym z najlepszych, jakich poznała. Bardzo bała się relacji Bartka ze swoim przybranym ojcem w jego domu, ale okazało się, że jej przyszły mąż miał w sobie jeszcze wtedy spory zapas empatii. A potem przyszedł szok, że dostała od nich dom. W tej euforii zapomniała skończyć studia z zarządzania, które i tak zaczęła z opóźnieniem, a później już sobie o nich nie przypomniała. Tam, gdzie znalazła etat, nikt nie patrzył na dyplom, w MPK zaś przyjęli ją ze średnim wykształceniem, kiedy zobaczyli, że ma wszystkie kategorie prawa jazdy i manewruje przegubowymi scaniami czy solarisami lepiej niż niejeden facet w firmie.

Uwielbiała stać pod prysznicem, uwielbiała też pływać. Tylko w wodzie była w stanie zdystansować się od zagrożeń, jakie stwarzali inni. Zdystansować się od ludzi w ogóle. Gruby też poszukiwał jakiejś formy ucieczki od tego, co go dręczyło. Poszedł w zupełnie innym kierunku. Magda wiedziała, że to, co robi Gruby, czym się zajmuje i jak patrzy na swoją przyszłość, jest bardzo groźne. Ale znała te demony, które nakazywały nieustannie trzymać gardę. Być w gotowości na najgorsze. Na zadawanie ran w zamian za krzywdy. Biorąc prysznic, Magda przypomniała sobie o tym, z czym kojarzył jej się natrysk przed laty. O tym, kto widział jej ciało i naśmiewał się z tego, że jest płaska jak deska, a jej tyłek przypomina czerstwy chleb. Przełknęła pamięć o upokorzeniach i po wytarciu się wyszła z łazienki. Ubrała się w uniform kierowcy, którego poprzedniego wieczoru nie zdążyła porządnie wyprasować.

Miała jeszcze godzinę. Jazda motocyklem po Krakowie sprawiała, że nie musiała liczyć się z korkami i mogła zaplanować sobie podróż prawie co do minuty. Prawie, bo gdy robiło się za ciasno przy skrzyżowaniach, jej daelim musiał wlec się z prędkością roweru. Z racji swojego zawodu Magda oswoiła się z zablokowanymi ulicami i jako kierowca różnie sobie z tym problemem radziła. Czasem szarżowała, czasami wyłączała się przy ulubionym Chillizet i miała w dupie, czy pasażerom się spieszy, kto na to wszystko utyskuje i że w autobusie zaczyna być duszno, bo nie włączyła klimy. Usiadła przed laptopem, sprawdziła pocztę, zajrzała na Facebooka i Instagrama. Konto na tym drugim założyła tylko po to, by podglądać zdjęcia mechanicznych piękności – ludzie wstawiali wspaniałe foty motocykli i ciężarówek. Magda zawsze miała ciarki na plecach, gdy stawała obok jednego lub drugiego. Tak jak wtedy, gdy ruszyła w pierwszy kurs po ulicach Krakowa. Wbrew regulaminowi dali jej wyjątkowo oporny autobus przegubowy z awarią środkowych drzwi, która wyszła na jaw kwadrans po rozpoczęciu trasy.

Dziś było w jej pracy za dużo rutyny. Magda nie spieszyła się, lubiła stawiać się w dyspozytorni dosłownie w ostatniej minucie. Pewnie dlatego, że nie znosiła tego miejsca. Od wejścia rzucała się w oczy paskudna żółta lamperia. Na ścianie wisiały dwie ważne tablice – na jednej lista dyspozycji na dany dzień dla każdego szofera, na drugiej grafik zmian z zaznaczonymi na czerwono modyfikacjami, które zdarzały się bardzo często. W dodatku w dyspozytorni często panował zaduch charakterystyczny dla miejsca, w którym zbiera się wielu dyszących sobie w twarz facetów. Tak więc bywała tam tylko przez te niezbędne kilka minut. Lubiła sobie wyobrażać, że kierownik już pewnie chce kląć, że się spóźnia, a wtedy w tym obskurnym pomieszczeniu pojawiała się ona. Radosna, uśmiechnięta i gotowa do tego, żeby przez dziesięć godzin przemierzać ciasne ulice Krakowa od pętli do pętli.

Kiedy jej komórka nieoczekiwanie zaszczekała, wyrywając ją z zamyślenia, wiedziała, kto to. Był to dzwonek dla tej jednej wyjątkowej osoby.

– Cześć. – Kierownik brzmiał, jakby poprzedniego wieczoru pił coś bardzo niezdrowego. – Dzisiaj pojeździsz do dwudziestej trzeciej linią dwieście cztery, bo Marian zgłosił, że rzyga, coś mu jest, nie przyjedzie.

– Nie może tego wziąć Monika? – Magda nie znosiła nagłych zmian. – Nie za bardzo lubię linie aglomeracyjne, wolę się gnieść w naszym Krakówku.

– Nie interesuje mnie, co lubisz, a czego nie lubisz. – Oczekiwała od niego takiej riposty. – Weźmiesz dwieście cztery i pojeździsz sobie dzisiaj krótkim.

Magda w przeciwieństwie do większości kobiet w MPK wolała prowadzić dłuższe autobusy. Chciała tym dać do zrozumienia swoim koleżankom z firmy, że jest lepsza od nich, nie ma lęków i uprzedzeń, a największe maszyny to coś dla niej. Kierownik doskonale o tym wiedział, choć nie rozumiał, dlaczego tak jest. Zorientowała się, że nie miał dzisiaj najlepszego dnia. Brzmiał zasadniczo i nie ulegało wątpliwości, że Magda jednak pojeździ inną trasą, niż miała to zaplanowane.

– Dupek! – krzyknęła już po rozłączeniu się.

Wiedziała, że czas się zbierać. Zanim utknie w aglomeracyjniaku, czeka ją dwadzieścia kilka minut dzikiej przyjemności na ukochanym motorze. Kiedy kupowała go za niecałe cztery tysiące na OLX-ie, bała się, że inwestuje w używaną maszynę, która szybko się podda. Tymczasem jego pięciobiegowa skrzynka pracowała jak nówka sztuka. Pokochała go od pierwszego momentu, kiedy go ujrzała, jeszcze zanim zdążyła na niego wsiąść.

Zdała sobie sprawę, że teraz na krótką chwilę może zapomnieć o obowiązkach i oddać się największej życiowej przyjemności. Chopper zagrzechotał i odpalił gładko, kiedy tylko Magda dotknęła go z czułością kochanki. Poprawiła swój uniform i ruszyła w drogę do pracy.

PIERWSZA GODZINA

Ocknęła się z bólem głowy, świdrującym i bardzo nieprzyjemnym. Zapomniała o nim szybko, kiedy zorientowała się, że ręce ma skute kajdankami. Zespawany z nimi gruby łańcuch był przytwierdzony do ściany. Nogi zostały ściśnięte w kostkach taśmą izolacyjną. Ruchy miała ograniczone, mogła najwyżej rzucać się jak waleń wyciągnięty przez rybaków na brzeg. Strach, jaki ją ogarnął, spowodował, że nieco popuściła – pełny pęcherz boleśnie ją uwierał. Chciała krzyknąć, lecz suche gardło jej to uniemożliwiło. Zadrżała, ale nie z zimna. Przerażenie wdzierało się w każdy zakamarek jej umysłu. Nagle z pewnego rodzaju ulgą zobaczyła, że nie jest sama.

 

Obok niej leżała kobieta w eleganckiej garsonce. Skuta, z unieruchomionymi nogami. Miała zakneblowane usta. Szarość stroju zlała się z kolorem jej twarzy. Lakierowane czerwone buty lśniły nawet w marnym świetle. Kontrastowały z czarną taśmą, którą owinięte były jej nogi w eleganckich pończochach. Renata na początku myślała, że leży tam trup, ale klatka piersiowa tej drugiej unosiła się delikatnie, nieco uspokajając kobietę. W drugim rogu niewielkiego pomieszczenia poruszyła się trzecia postać. Jakby wybudzała się z przyjemnego snu, choć po otwarciu oczu miała trafić do najgorszego koszmaru. Ta trzecia wyglądała bardzo pospolicie, niemalże jak służąca kobiety w garsonce.

– Obudź się! – wychrypiała Renata na tyle głośno, na ile pozwalały jej struny głosowe. Była wyczerpana, ale miała świadomość tego, że musi zebrać wszystkie siły. Żeby zrozumieć, co się dzieje, i wydostać się z tego miejsca.

– Obudź się, do cholery! – Tym razem głos Renaty był bardziej donośny i kobieta w drugim kącie nieśmiało uniosła głowę. Kiedy zlustrowała otoczenie, zerwała się natychmiast do pozycji siedzącej, bezskutecznie usiłując uwolnić spętane nogi. Łańcuch brzęknął bezsilnie. Renacie wydawało się, że tamta otrzymała nieco dłuższą smycz.

– Co tu się dzieje? – Jej towarzyszka zaczęła się miotać. Na tyle, na ile pozwalały jej kajdanki, łańcuch i taśma na kostkach. – Kim jesteś? Gdzie my jesteśmy?

A potem zawyła. Jak dzikie zwierzę, donośnie. Przerażający dźwięk rozniósł się po chłodnym pomieszczeniu, rezonując w taki sposób, że Renata odniosła wrażenie, jakby tamta wydzierała jej się do ucha. Najwidoczniej z jej gardłem wszystko było w porządku. Renata nie wiedziała, czy to płacz, czy krzyk. Nie chciała dołączać do tej żałosnej kakofonii. Rozum sugerował jej, że żadne darcie niczemu się nie przysłuży. Skoro ktoś zamknął je w takim miejscu, na pewno nie pozwoliłby na to, by ktokolwiek coś usłyszał. Gdy kobieta krzyczała, Renata mocno szarpnęła za łańcuch, by sprawdzić, czy ma jakąkolwiek szansę się uwolnić. Uchwyt, do którego został przyczepiony, nawet nie drgnął. Wypolerowane ogniwa błyszczały w świetle żarówki, przypominając o tym, że nie odpuszczą. Nad schodami dostrzegła kontur potężnych drzwi. Zaczęła się szarpać, mając złudną nadzieję, że któryś z blokujących ją elementów został źle osadzony. Wygięła się i usiłowała wstać. Czuła, że trudno jej się oddycha. Nie powinna się forsować. Po chwili zrezygnowała z osiągnięcia pozycji stojącej, bo nadgarstki bolały równie mocno co kostki. Ktoś, kto je uwięził, wykonał kawał solidnej roboty.

Oczy drugiej kobiety zaszły łzami, a czerwona od krzyku twarz wyglądała naprawdę… brzydko. Renata uświadomiła sobie coś, co zmroziło ją do szpiku kości. Leki. Nie miała przy sobie lekarstw. Nie wiedziała, gdzie jest i jak długo tu zostanie. Ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że prędzej czy później musi zażyć apixaban. Musi. Brak lekarstwa nagle zaciążył jej bardziej niż krępujący ją łańcuch.

– Możesz się uspokoić? – warknęła do histeryczki. – Czy myślisz, że którejś z nas to pomoże? Jesteśmy w jakiejś jebanej piwnicy! I nie jesteśmy same.

Tamta dopiero teraz zobaczyła, że w pomieszczeniu leży jeszcze jedna kobieta. Jej powolne ruchy świadczyły o tym, że także dochodzi do siebie. Na tyle, na ile było to możliwe w ich sytuacji. Te wrzaski obudziłyby umarłego.

– Gdzie my jesteśmy? – powtórzyła brzydula.

– Nie dotarło? – Nie wiedziała, czy jest zła na głupie pytanie, czy złość zastępuje jej paniczny strach. – Jak masz na imię?

– Beata.

I koniec. Jakby nie miała nic więcej do powiedzenia. Jakby wcześniej wykrzyczała całą siebie.

– Renata. Normalnie bym powiedziała, że miło mi. – Musiała, po prostu musiała udawać twardzielkę, bo jeśli strach ją opanuje i zniewoli, nie da rady myśleć jasno. A to byłby jej koniec. Za wszelką cenę powinna uspokoić walące jak szalone serce.

Beata patrzyła na trzecią kobietę, jakby zobaczyła kogoś, kto chciał wbić jej sztylet w pierś. Garsonkowa nie mogła się z nimi przywitać. Otwierała i zamykała oczy, zaciskała pięści, starała się przyjąć po przebudzeniu jak najwygodniejszą pozycję. Zerkała w prawo i lewo na dwie nieznajome twarze. Renata patrzyła na nią z wściekłością i surową determinacją.

– Sprawdź, do czego masz przymocowane łańcuchy i czy możesz poruszać nadgarstkami w tych kajdankach. – Renata chciała się przekonać, w jak bardzo czarnej dupie się znalazły.

– Nie mam żadnego luzu – wydyszała Beata, szarpiąc stal. – Ten łańcuch jest przyczepiony do jakiegoś metalowego bolca w ścianie.

Renata westchnęła i dopiero teraz dostrzegła, że przy każdej z nich ktoś pozostawił litrową butelkę. Wody mineralnej? Nie chciała tego sprawdzać. I po co butelka zakneblowanej kobiecie? Przyglądała się, jak Beata szarpie swój łańcuch, zawodząc coraz głośniej. Dopóki nie było to uciążliwe dla ucha, Renata postanowiła ignorować te odgłosy. Szybko okazało się to niemożliwe. Bała się, że tamta znowu zacznie się wydzierać jak wcześniej. Rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu. Żarówka na cienkim kablu oświetlała mgliście centralny fragment piwnicy. Dalej stały jakieś regały, w półcieniu nie było jednak widać nic więcej. Poza schodami i drzwiami. Renata skoncentrowała się na tym, co było wyraźnie oświetlone. Trzy przedmioty umieszczone na metalowych tacach na środku pomieszczenia.

Beata wreszcie umilkła. Renata musiała odezwać się do niej dwukrotnie, zanim cokolwiek do niej dotarło. Co za tępa pinda.

– Hej! – Dopiero teraz Beata podniosła na nią wzrok. – Słuchaj, masz chyba dłuższy łańcuch, jesteś w stanie dosięgnąć stopami do tej koperty?

Wszystkie trzy, także zakneblowana, wpatrywały się teraz w kremową kopertę formatu A4 zostawioną obok trzech przedmiotów. Na tacach leżały wycieraczka, zamknięta puszka ubrudzona czerwoną farbą i duża mosiężna kłódka.

– Spróbuję… – Beata poruszyła zdrętwiałymi nogami, starając się zbliżyć do koperty. Przedmioty leżały dużo dalej, ale najważniejsze było teraz to, co kryje w sobie koperta.

Renata i garsonkowa obserwowały, jak Beata wije się i przesuwa o kolejne centymetry do przodu, aby w końcu dosięgnąć stopą celu i powoli przesunąć go w swoją stronę. Po boleśnie długich minutach ręce drżały jej wyraźnie, kiedy z trudem próbowała rozerwać zamknięcie. Czas jakby się zatrzymał. Widać było, że Beata z trudem łapie oddech i opanowuje drżenie rąk.

– Co jest w środku? – niecierpliwiła się Renata, czując podświadomie, że ukryta zawartość jedynie je pognębi. Spowoduje, że w piwnicy zapanuje ciemność, a kajdanki zetrą nadgarstki do krwi. Tam nie mogło być nic, co dałoby im jakąkolwiek nadzieję. Renacie było coraz zimniej ze strachu.

– Mam… Chwila… – Beata wyjęła z koperty złożoną na pół kartkę. Najpierw przeczytała ją cicho, a potem zaczęła płakać. Kiedy tony zbliżyły się niebezpiecznie do wycia sprzed kilku minut, Renata krzyknęła:

– Czytaj, do cholery, co tam jest!

Beata przez chwilę walczyła z płaczem. Trzecia kobieta, która nie mogła mówić, wpatrywała się w nią tylko z wielką uwagą. Wzrok kierowała to na kartkę, to na twarz brzyduli.

Dzień dobry, dziewczęta. Bardzo mi miło, że tu zawitałyście. Mniej miło zrobi się wtedy, kiedy nie dojdziecie do tego, dlaczego tutaj jesteście. Przed wami trzy przedmioty, które może pomogą odświeżyć pamięć. A może nie. Ale są tu po to, abyście się im, pieprzone suki, dobrze przyjrzały. Jeśli w ciągu najbliższych dwunastu godzin nie zrozumiecie, kim dla mnie jesteście i co was połączyło, gra przestanie być dla was niegroźna. W butelkach obok jest woda mineralna, zapewniam, że można się napić. To jedno mogę wam obiecać. Z dobroci serca.

Dwanaście godzin.

Powodzenia.

Zakneblowana kobieta zarzęziła głośno, a Beata znów wpadła w rytm bezsilnego łkania. Renata zrozumiała, że musi rozwiązać tę zagadkę. I, że jeśli chce przeżyć, nie ma na to dwunastu godzin.