GorszaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  JEDE­NA­STA GODZINA

5  1.

6  PIERW­SZA GODZINA

7  2.

8  DRUGA GODZINA

9  3.

10  TRZE­CIA GODZINA

11  4.

12  CZWARTA GODZINA

13  5.

14  PAMIĘT­NIK

15  PIĄTA GODZINA

16  6.

17  SZÓ­STA GODZINA

18  PAMIĘT­NIK

19  7.

20  SIÓDMA GODZINA

21  8.

22  PAMIĘT­NIK

23  9.

24  ÓSMA GODZINA

25  10.

26  LIST GRU­BEGO

27  11.

28  DZIE­WIĄTA GODZINA

29  12.

30  DZIE­SIĄTA GODZINA

31  13.

32  PAMIĘT­NIK

33  14.

34  15.

35  16.

36  JEDE­NA­STA GODZINA

37  PAMIĘT­NIK EWY

38  17.

39  OD AUTORA

Redak­cja: Bar­tło­miej Nawrocki

Korekta: Ali­cja Laskow­ska, Anna Popis-Wit­kow­ska

Pro­jekt okładki: Tomasz Majew­ski

Ilu­stra­cje na okładce: © Klaus Ved­felt / Digi­ta­lVi­sion / Getty Ima­ges

Redak­tor ini­cju­jący: Bar­tło­miej Nawrocki

Copy­ri­ght © by Jaro­sław Cze­cho­wicz, 2021

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN: 9788381438322


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

JEDE­NA­STA GODZINA

Woń moczu doskwie­rała jej coraz bar­dziej.

Inne uciąż­liwe zapa­chy, smród potu i kału, mie­szały się obrzy­dli­wie, do tego zatę­chłym powie­trzem już pra­wie nie dało się oddy­chać. Ale to mocz był naj­gor­szy, bo przy­po­mi­nał o wsty­dzie.

Pró­bo­wała zapa­no­wać nad pora­nio­nymi nad­garst­kami. Nazna­czone krwa­wymi śla­dami otarć, dające o sobie znać kłu­ją­cym bólem dło­nie trzę­sły się jej z wyczer­pa­nia. Pra­wie nie czuła stóp, które nie­ba­wem miały unieść jej cię­żar. Nie­do­brze. Musiała skon­cen­tro­wać się na tym, co za chwilę się wyda­rzy. Nie na fizycz­nym upo­ko­rze­niu: zdrę­twia­łej od kne­bla szczęce, nie na pomię­tej gar­sonce, nie na wil­got­nych od moczu majt­kach. Teraz wie­działa, że dal­sza gra odbę­dzie się na jej warun­kach. Musiała się sku­pić. Musiała być czujna.

Roz­glą­da­jąc się wokół sie­bie, rozu­miała dosko­nale, że to wszystko już dawno wymknęło się spod kon­troli. Sta­rała się nie ruszać, sta­bi­li­zo­wać oddech, skon­cen­tro­wać na nim swoją uwagę, to było naj­waż­niej­sze. Pozor­nie zasty­gła, ale w jej wnę­trzu buzo­wała nie­na­wiść. To dzięki niej wytrzy­mała to wszystko. Każdą cho­lerną godzinę. Wie­działa, że przed nią ostat­nie roz­da­nie, i zda­wała sobie sprawę, jak bar­dzo będzie bole­sne. Teraz ważne było tylko to, by utrzy­mać w sobie resztkę sił. By dotrwać do końca. Tego praw­dzi­wego.

Już nie­długo miała posta­wić wszystko na jedną kartę. Skon­cen­tro­wała się na oddy­cha­niu przez nos. Tak bar­dzo się bała wydzie­lin, które by go zatkały. Na szczę­ście udało się pano­wać nad odde­chem. Usta wraz z języ­kiem były zdrę­twiałe, szczęka obo­lała, a dła­wiąca ją taśma co i rusz wywo­ły­wała odruch wymiotny, do któ­rego nie potra­fiła przy­wyk­nąć. Na zawsze zapa­mięta jej paskudny posmak. Wal­czyła z chę­cią, by ją po pro­stu zedrzeć, ale to zruj­no­wa­łoby grę. Jej grę. Tak, naj­waż­niej­sze było teraz oddy­cha­nie. I kon­cen­tra­cja.

Cze­kała. Cze­kała na moment, w któ­rym pokaże, co naprawdę tu robi. W tych sikach, zmę­czona, brudna, roze­dr­gana. Kiedy udo­wodni, że to nie ona jest ofiarą.

Gdy w pomiesz­cze­niu zro­biło się jasno, zaci­snęła bolącą dłoń na przed­mio­cie ukry­tym w sta­niku. Nad­szedł ten moment.

1.

Znowu to samo. Pie­kielny dźwięk budzika, któ­rego nie potra­fiła się pozbyć. Kom­plet­nie nie rozu­miała, dla­czego wciąż trzyma na szafce noc­nej to paskudz­two, które zamie­nia w kosz­mar każdy pora­nek albo śro­dek nocy, w zależ­no­ści od tego, na którą zmianę wstaje. Spoj­rzała na trzy­dzie­sto­cen­ty­me­trową figurkę klauna. Nie dość, że w brzu­chu miał dzwo­nek, to jesz­cze kiedy ten łomo­tał, prze­ra­ża­jąca postać wykrzy­ki­wała dysz­kan­tem: „Wake up!”. Zasta­na­wiała się, czy jest maso­chistką i uwiel­bia nisz­czyć sobie codzienne wsta­wa­nie, czy może trak­tuje ten budzik jak ostat­nią pamiątkę po Bartku. Na twa­rzy klauna ryso­wała się dzika radość, taka jak ta, która towa­rzy­szyła jej byłemu mężowi, kiedy zro­bił coś w swoim mnie­ma­niu zabaw­nego. Iry­ta­cja Magdy jedy­nie potę­go­wała uśmiech Bartka. Gdy żarty prze­stały być zabawne, jego mimika koja­rzyła się jej wyłącz­nie z czymś cyr­ko­wym. Wes­tchnęła. Mimo wszystko nie chciała tak o nim myśleć, ale poranna złość musiała zna­leźć ujście. Pie­przona dur­no­stojka.

Usia­dła i trza­snęła klau­nem o pod­łogę. Nie wie­działa, z czego zro­bione było to cho­ler­stwo, ale jesz­cze ni­gdy się nie roz­biło. Wsu­nęła stopy w cie­płe kap­cie, lecz nie była jesz­cze w sta­nie się pod­nieść. Znowu wró­ciły męczące myśli o Bartku. Czło­wieku, z któ­rym spę­dziła ponad pięć lat mał­żeń­stwa i dała mu się zaob­rącz­ko­wać w urzę­dzie. W rze­czy­wi­sto­ści nale­żała prze­cież do niego już od dawna. Była mu wdzięczna za ura­to­wa­nie jej samej, ale z cza­sem wdzięcz­ność zaczęła prze­ra­dzać się w… zależ­ność. A potem nie­chęć. Za dużo dobra od jed­nego czło­wieka może para­dok­sal­nie do niego znie­chę­cić. Pamię­tała, jak ważny był dla niego tam­ten dzień. Tyle dobrego, że dobit­nie wyja­śniła wybran­kowi kato­li­kowi, że jej noga nie posta­nie w jakim­kol­wiek kościele – albo wezmą tylko ślub cywilny, albo cał­kiem z niego zre­zy­gnują.

Bar­tek nie zre­zy­gno­wał. Był w oczy­wi­sty spo­sób namolny i narzu­ca­jący się, ale potrze­bo­wała kie­dyś takiego faceta. Czło­wieka, który weź­mie za nią odpo­wie­dzial­ność, lecz jed­no­cze­śnie będzie miał na uwa­dze, że nie jest senną niu­nią idącą zawsze za mężem i decy­du­jącą się na to… by on decy­do­wał o niej. Na początku, ow­szem – chciała, by to on podej­mo­wał wszyst­kie decy­zje, widziała go jako kogoś, kto pomaga jej wyjść z czasu wiecz­nej nie­pew­no­ści i trwogi. Naj­wi­docz­niej w ciągu kolej­nych lat namol­no­ści i narzu­ca­nia było jed­nak zbyt wiele. Męż­czy­zna będący opie­ku­nem zamie­nił się w kogoś na kształt straż­nika wię­zien­nego. Oboje nawet nie zauwa­żyli momentu, kiedy ich rela­cje tak bole­śnie się zmie­niły. Gdy naj­wspa­nial­szy czło­wiek pod słoń­cem stał się kimś, kto przy­po­mi­nał o opre­sji sprzed lat. A wów­czas w ich związku po pro­stu zaczęło bra­ko­wać jej powie­trza. To już nie było to, czego ocze­ki­wała od Bartka. Dla­tego Magda zdecy­do­wała o roz­sta­niu. Z jedyną bli­ską jej osobą, przy któ­rej mimo wszystko czuła się bez­piecz­nie. Wie­działa, że nie będzie łatwo prze­ko­nać Bartka do roz­wodu, wła­ści­wie chyba nic nie mogło w tej spra­wie pomóc. Poza zdradą. Albo tym, co miało ją przy­po­mi­nać.

 

Wstała i leni­wym kro­kiem poszła do kuchni. Się­gnęła po leżący na krze­śle wie­lo­barwny szla­frok. Było na niego nieco za cie­pło, ale Magda uwiel­biała ten kosz­towny pre­zent marki Mis­soni, który dostała od Bartka tuż przed ich roz­sta­niem. Jakby bar­wami tego cudeńka chciał poko­lo­ro­wać jej życie, gdy sta­wało się coraz bar­dziej szare. Spa­nie nago to kom­fort, któ­rego para­dok­sal­nie nie doświad­czała w mał­żeń­stwie. Zawsze musiała coś na sie­bie zało­żyć. Może po to, by Bar­tek miał co z niej zdzie­rać, bo tylko tak roz­po­czy­nali udany seks? A może po to, by osła­niać ciało, któ­rego wciąż wsty­dziła się przed abso­lut­nie każ­dym? Nawet wizyta u leka­rza była z tego powodu traumą. Cho­ciaż obiek­tyw­nie Magda nie miała się czego wsty­dzić. Prze­kro­czyła czter­dziestkę, a piersi na­dal były jędrne, brzuch pła­ski, nogi zaś nie­zwy­kle zgrabne. We wło­sach poja­wiły się poje­dyn­cze siwe nitki, które jej nie prze­szka­dzały. Ale ciało od zawsze było dla niej bala­stem. Od kiedy tak bar­dzo zwra­cano na nie uwagę…

Do nie­dawna pod jej nogami plą­tał się piękny czarny kocur, lecz kilka tygo­dni temu ślad po nim zagi­nął. Prze­mknęło jej przez myśl, że męż­czy­zna, do któ­rego naprawdę była przy­wią­zana, zdra­dził ją i odszedł w świat, a ten, przy któ­rym przez dłuż­szy czas jedy­nie uda­wała bli­skość, tak długo nie chciał się od niej odkleić. Bar­tek był jak rzep, który przy­cze­pił się do ubra­nia, a wyrwany pozo­sta­wił po sobie paskudny ślad. Ale jesz­cze bar­dziej paskudne było to, co zro­biła Magda.

Ze swoim szur­nię­tym przy­ja­cie­lem Gru­bym zaaran­żo­wała sek­su­alną schadzkę, która osta­tecz­nie miała wyeli­mi­no­wać męża z jej życia. Gruby był jedy­nym czło­wie­kiem, przy któ­rym nie wsty­dziła się swo­jego ciała, bo tak naprawdę ni­gdy go nie zauwa­żał. Dla niego Magda mogła mieć dwie głowy i trzy piersi, w żaden spo­sób nie wpły­nę­łoby to na cha­rak­ter ich popa­pra­nej rela­cji. Roze­brali się zatem, dwójka idio­tów, i poło­żyli do łóżka, cze­ka­jąc na powrót Bartka. Ten nie znał przy­ja­ciela Magdy, a Gruby ni­gdy nie zabie­gał o zna­jo­mość z nim. Gruby tak naprawdę był szczu­pły i wyjąt­kowo przy­stojny, a prze­zwi­sko pozo­stało z cza­sów, w któ­rych wsty­dził się swego ciała. Oczy­wi­ście Magda bar­dzo sta­rała się, by Gruby zoba­czył jak naj­mniej, choć on myślał już tylko o tym, że po wszyst­kim wypiją obie­cane mu piwo. Wszystko miał zoba­czyć Bar­tek. Kiedy to się wyda­rzyło, roz­wód stał się już oczy­wi­sto­ścią. Mag­dzie było przy­kro, że posu­nęła się do cze­goś tak żenu­ją­cego, ale w tam­tym momen­cie niczego nie była tak pewna jak tego, że chce żyć sama. Gruby zresztą przez ostat­nie mie­siące wciąż pod­kre­ślał, że uważa Magdę za dosta­tecz­nie silną, aby wresz­cie się usa­mo­dziel­niła.

Samot­ność była czę­ścią jej natury. Przez lata zżyła się ze sobą i nauczyła tulić samą sie­bie w chwi­lach trwogi. Pole­ga­jąc na instynk­cie, umiała prze­wi­dy­wać, skąd pad­nie bole­sny cios. Bar­tek stwier­dził kie­dyś, w przy­pły­wie bole­snej szcze­ro­ści, że sama te ciosy pro­wo­kuje. Powie­dział to, mimo że poznał jej prze­szłość, ale wszystko jakoś po nim póź­niej spły­nęło, sporo bana­li­zo­wał, twier­dził, że prze­sa­dza. A kie­dyś tak bar­dzo współ­czuł i zapew­niał ją, że rozu­mie. Gówno rozu­miał, nikt nie mógł zrozu­mieć. To był chyba zasad­ni­czy powód, dla któ­rego chciała od niego odejść. Czas prze­szły zamknięty w jej umy­śle jak w pamiąt­ko­wej urnie posta­wio­nej w naj­bar­dziej widocz­nym miej­scu salonu. Czy zamknięty do końca? Podzi­wiała zdol­ność męża do zapo­mi­na­nia przy­krych rze­czy. Tyle tylko że on nie miał do zapo­mnie­nia tak wiele jak ona.

Włą­czyła eks­pres do kawy, który zaczął przy­jem­nie buczeć, wrzu­ciła chleb do tostera i usia­dła w salo­nie, spo­glą­da­jąc na drzewo za oknem. Kwit­nący kasz­ta­no­wiec zawsze koja­rzył się z maturą, a ta – z pełną wol­no­ścią. W tym roku jakoś nie spie­szyło mu się do wol­no­ści, bo matury zaczęły się chyba jakieś dwa tygo­dnie temu, a drzewo wciąż było tylko nie­śmiało zie­lone. Magda porzu­ciła myśli o Bartku i sku­piła się na tym, co ją cze­kało. Popo­łu­dniowa zmiana, jazda aż do noc­nych kur­sów. Na Wolę Duchacką, dawną pod­kra­kow­ską wieś, dzi­siaj połu­dniowe blo­ko­wi­sko mia­sta, będzie musiała poje­chać moto­cy­klem. Zwy­kle zabie­rała się z kole­gami z innych linii i docie­rała na miej­sce po godzi­nie śred­nio inte­re­su­ją­cych poga­wę­dek. Było to o tyle wygod­niej­sze, że pod­czas jazdy czar­nym cudeń­kiem cza­sem gniótł się jej fir­mowy uni­form. Jed­nak od tam­tej nocy, kiedy dosiadł się do niej ten wstrętny typ przy­po­mi­na­jący pija­nego ojca, Magda po dru­giej zmia­nie wra­cała już tylko swoim moto­rem. Pięk­nym chop­pe­rem Daeli­mem VT 125 z jego czte­rema suwami jed­no­cy­lin­dro­wego sil­nika, któ­rego praca była muzyką dla uszu. A sam model został tak skon­stru­owany, że aż pro­sił się, by kłaść na nim swe ciało pod­czas szyb­kiej jazdy. Dla Magdy była to zwy­kle osiem­dzie­siątka, choć motor mógł spo­koj­nie wycią­gnąć sto kilo­me­trów na godzinę. Kra­ków ze swoją cia­snotą ulic nie był jed­nak dobrym miej­scem na tego typu sza­leń­stwa.

Po odej­ściu Bartka Magda zafik­so­wała się na punk­cie prawa jazdy. Stwier­dziła, że skoro ma kate­go­rię A, po któ­rej zro­bie­niu kupiła moto­cykl, to nic nie stoi na prze­szko­dzie, żeby zro­biła rów­nież B, C i D. Gruby miał szcze­gólny ubaw, gdy pra­co­wała nad doku­men­tem umoż­li­wia­ją­cym pro­wa­dze­nie tira, ale to ta czwarta literka pozwo­liła Mag­dzie zamie­nić męczącą pracę biu­rową na etat kie­rowcy w kra­kow­skim MPK. I tak od dwóch lat pro­wa­dziła miej­skie auto­busy i czuła się speł­niona. To nic, że ostat­nio praca czę­sto była dla niej nie­po­ko­jąco mono­tonna, pasa­że­ro­wie upier­dliwi, a kole­dzy z pracy wyka­zy­wali się więk­szym sek­si­zmem i szo­wi­ni­zmem niż jacy­kol­wiek inni napo­tkani przez nią męż­czyźni. Było jej dobrze, bo w zasa­dzie z nikim nie musiała wcho­dzić w rela­cje. Poza alko­ma­tem, ale to codzienny obo­wią­zek; każdy musiał sobie dmuch­nąć, cza­sem nawet dwu­krot­nie. Magda spoj­rzała na zega­rek i zorien­to­wała się, że do naj­bliż­szego bada­nia zostały już tylko dwie godziny. Eks­pres dawno się wyłą­czył, a grzanki tkwiły zimne w toste­rze. Nale­żało zagę­ścić ruchy, jak to mawiał Gruby.

Szybko posma­ro­wała tosty nutellą, nie­mal wcią­gnęła w sie­bie razem z kawą i zde­cy­do­wała, że czas na prysz­nic. Uwiel­biała swoją łazienkę. W czarno-czer­wo­nej kolo­ry­styce pomiesz­cze­nie wyglą­dało dra­pież­nie i nowo­cze­śnie. To był celowy wybór, bo chciała poże­gnać się z traumą wywo­ły­waną przez czer­wień. Łazienka w obmy­ślo­nym przez nią stylu miała być czymś na kształt pomiesz­cze­nia tera­peu­tycz­nego. Z cza­sem ujrzała w tej har­mo­nii dwóch barw coś naprawdę pięk­nego. Zwłasz­cza że doło­żyła jesz­cze szare dodatki i zadbała o smu­kły kształt kabiny prysz­nicowej, którą z dużą sta­ran­no­ścią wycie­rała po każ­dej kąpieli, by unik­nąć smug ruj­nu­ją­cych cały efekt prze­zro­czy­sto­ści tego kwa­dratu w sto­sun­kowo mrocz­nej prze­strzeni narzu­co­nej przez kolo­ry­stykę ścian. Magda bar­dzo chciała w nowo­cze­sny spo­sób urzą­dzić także pię­tro. Nie do końca wystar­czyło jej kre­atyw­no­ści oraz środ­ków na prze­mianę. Nie spo­dzie­wała się tego, że Dorota i Ste­fan, jej przy­brani rodzice, prze­pi­szą na nią dom przy Gra­bo­wej, w kra­kow­skiej loka­li­za­cji dosko­na­łej dla każ­dego, kto ceni sobie ciszę i święty spo­kój. Stała się szczę­ściarą nie­mu­szącą spła­cać kre­dytu hipo­tecz­nego, który – jak to mówili jej zna­jomi – nie opusz­cza aż do śmierci, w prze­ci­wień­stwie do mężów i żon, któ­rzy takie dekla­ra­cje skła­dają.

Dorota ode­szła pierw­sza po prze­gra­nej walce z nowo­two­rem. Ste­fan zmarł rok po niej w wyniku udaru. Magda do tej pory pamię­tała, jak trudny to był czas dla nich obojga. Porzu­ciła wynaj­mo­wane z Bart­kiem miesz­ka­nie i razem wpro­wa­dzili się do Ste­fana; cały czas obser­wo­wała, jak star­szy męż­czy­zna zapa­dał się w sobie. Pła­kała z nim, choć on ni­gdy w życiu nie pła­kał razem z nią. Był szorst­kim czło­wie­kiem, ale jed­nym z naj­lep­szych, jakich poznała. Bar­dzo bała się rela­cji Bartka ze swoim przy­bra­nym ojcem w jego domu, ale oka­zało się, że jej przy­szły mąż miał w sobie jesz­cze wtedy spory zapas empa­tii. A potem przy­szedł szok, że dostała od nich dom. W tej eufo­rii zapo­mniała skoń­czyć stu­dia z zarzą­dza­nia, które i tak zaczęła z opóź­nie­niem, a póź­niej już sobie o nich nie przy­po­mniała. Tam, gdzie zna­la­zła etat, nikt nie patrzył na dyplom, w MPK zaś przy­jęli ją ze śred­nim wykształ­ce­niem, kiedy zoba­czyli, że ma wszyst­kie kate­go­rie prawa jazdy i manew­ruje prze­gu­bo­wymi sca­niami czy sola­ri­sami lepiej niż nie­je­den facet w fir­mie.

Uwiel­biała stać pod prysz­ni­cem, uwiel­biała też pły­wać. Tylko w wodzie była w sta­nie zdy­stan­so­wać się od zagro­żeń, jakie stwa­rzali inni. Zdy­stan­so­wać się od ludzi w ogóle. Gruby też poszu­ki­wał jakiejś formy ucieczki od tego, co go drę­czyło. Poszedł w zupeł­nie innym kie­runku. Magda wie­działa, że to, co robi Gruby, czym się zaj­muje i jak patrzy na swoją przy­szłość, jest bar­dzo groźne. Ale znała te demony, które naka­zy­wały nie­ustan­nie trzy­mać gardę. Być w goto­wo­ści na naj­gor­sze. Na zada­wa­nie ran w zamian za krzywdy. Bio­rąc prysz­nic, Magda przy­po­mniała sobie o tym, z czym koja­rzył jej się natrysk przed laty. O tym, kto widział jej ciało i naśmie­wał się z tego, że jest pła­ska jak deska, a jej tyłek przy­po­mina czer­stwy chleb. Prze­łknęła pamięć o upo­ko­rze­niach i po wytar­ciu się wyszła z łazienki. Ubrała się w uni­form kie­rowcy, któ­rego poprzed­niego wie­czoru nie zdą­żyła porząd­nie wypra­so­wać.

Miała jesz­cze godzinę. Jazda moto­cy­klem po Kra­ko­wie spra­wiała, że nie musiała liczyć się z kor­kami i mogła zapla­no­wać sobie podróż pra­wie co do minuty. Pra­wie, bo gdy robiło się za cia­sno przy skrzy­żo­wa­niach, jej daelim musiał wlec się z pręd­ko­ścią roweru. Z racji swo­jego zawodu Magda oswo­iła się z zablo­ko­wa­nymi uli­cami i jako kie­rowca róż­nie sobie z tym pro­ble­mem radziła. Cza­sem szar­żo­wała, cza­sami wyłą­czała się przy ulu­bio­nym Chil­li­zet i miała w dupie, czy pasa­że­rom się spie­szy, kto na to wszystko uty­skuje i że w auto­bu­sie zaczyna być duszno, bo nie włą­czyła klimy. Usia­dła przed lap­to­pem, spraw­dziła pocztę, zaj­rzała na Face­bo­oka i Insta­grama. Konto na tym dru­gim zało­żyła tylko po to, by pod­glą­dać zdję­cia mecha­nicz­nych pięk­no­ści – ludzie wsta­wiali wspa­niałe foty moto­cy­kli i cię­ża­ró­wek. Magda zawsze miała ciarki na ple­cach, gdy sta­wała obok jed­nego lub dru­giego. Tak jak wtedy, gdy ruszyła w pierw­szy kurs po uli­cach Kra­kowa. Wbrew regu­la­mi­nowi dali jej wyjąt­kowo oporny auto­bus prze­gu­bowy z awa­rią środ­ko­wych drzwi, która wyszła na jaw kwa­drans po roz­po­czę­ciu trasy.

Dziś było w jej pracy za dużo rutyny. Magda nie spie­szyła się, lubiła sta­wiać się w dys­po­zy­torni dosłow­nie w ostat­niej minu­cie. Pew­nie dla­tego, że nie zno­siła tego miej­sca. Od wej­ścia rzu­cała się w oczy paskudna żółta lam­pe­ria. Na ścia­nie wisiały dwie ważne tablice – na jed­nej lista dys­po­zy­cji na dany dzień dla każ­dego szo­fera, na dru­giej gra­fik zmian z zazna­czo­nymi na czer­wono mody­fi­ka­cjami, które zda­rzały się bar­dzo czę­sto. W dodatku w dys­po­zy­torni czę­sto pano­wał zaduch cha­rak­te­ry­styczny dla miej­sca, w któ­rym zbiera się wielu dyszą­cych sobie w twarz face­tów. Tak więc bywała tam tylko przez te nie­zbędne kilka minut. Lubiła sobie wyobra­żać, że kie­row­nik już pew­nie chce kląć, że się spóź­nia, a wtedy w tym obskur­nym pomiesz­cze­niu poja­wiała się ona. Rado­sna, uśmiech­nięta i gotowa do tego, żeby przez dzie­sięć godzin prze­mie­rzać cia­sne ulice Kra­kowa od pętli do pętli.

 

Kiedy jej komórka nie­ocze­ki­wa­nie zaszcze­kała, wyry­wa­jąc ją z zamy­śle­nia, wie­działa, kto to. Był to dzwo­nek dla tej jed­nej wyjąt­ko­wej osoby.

– Cześć. – Kie­row­nik brzmiał, jakby poprzed­niego wie­czoru pił coś bar­dzo nie­zdro­wego. – Dzi­siaj pojeź­dzisz do dwu­dzie­stej trze­ciej linią dwie­ście cztery, bo Marian zgło­sił, że rzyga, coś mu jest, nie przy­je­dzie.

– Nie może tego wziąć Monika? – Magda nie zno­siła nagłych zmian. – Nie za bar­dzo lubię linie aglo­me­ra­cyjne, wolę się gnieść w naszym Kra­kówku.

– Nie inte­re­suje mnie, co lubisz, a czego nie lubisz. – Ocze­ki­wała od niego takiej ripo­sty. – Weź­miesz dwie­ście cztery i pojeź­dzisz sobie dzi­siaj krót­kim.

Magda w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści kobiet w MPK wolała pro­wa­dzić dłuż­sze auto­busy. Chciała tym dać do zro­zu­mie­nia swoim kole­żan­kom z firmy, że jest lep­sza od nich, nie ma lęków i uprze­dzeń, a naj­więk­sze maszyny to coś dla niej. Kie­row­nik dosko­nale o tym wie­dział, choć nie rozu­miał, dla­czego tak jest. Zorien­to­wała się, że nie miał dzi­siaj naj­lep­szego dnia. Brzmiał zasad­ni­czo i nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że Magda jed­nak pojeź­dzi inną trasą, niż miała to zapla­no­wane.

– Dupek! – krzyk­nęła już po roz­łą­cze­niu się.

Wie­działa, że czas się zbie­rać. Zanim utknie w aglo­me­ra­cyj­niaku, czeka ją dwa­dzie­ścia kilka minut dzi­kiej przy­jem­no­ści na uko­cha­nym moto­rze. Kiedy kupo­wała go za nie­całe cztery tysiące na OLX-ie, bała się, że inwe­stuje w uży­waną maszynę, która szybko się podda. Tym­cza­sem jego pię­cio­bie­gowa skrzynka pra­co­wała jak nówka sztuka. Poko­chała go od pierw­szego momentu, kiedy go ujrzała, jesz­cze zanim zdą­żyła na niego wsiąść.

Zdała sobie sprawę, że teraz na krótką chwilę może zapo­mnieć o obo­wiąz­kach i oddać się naj­więk­szej życio­wej przy­jem­no­ści. Chop­per zagrze­cho­tał i odpa­lił gładko, kiedy tylko Magda dotknęła go z czu­ło­ścią kochanki. Popra­wiła swój uni­form i ruszyła w drogę do pracy.