SłowikTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Słowik
Słowik
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76,89  61,51 
Słowik
Słowik
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
4,99 
Szczegóły
Audio
Słowik
Audiobook
Czyta Danuta Stenka
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Grypsowanie – relikt PRL

Przed laty życie w więzieniach i aresztach było poukładane zgodnie z więziennymi zasadami, a osadzeni podzieleni według obowiązującej za kratami hierarchii na gitów, frajerów i cweli. Gdzieniegdzie trafiali się jeszcze tak zwani feści – nieistniejąca już podkultura więzienna współpracująca z administracją więzienną, a walcząca z gitami.

Dziś wydaje się, że popularna w latach 70. i 80. subkultura git ludzi straciła na znaczeniu. Jednak na pewno nie przestała istnieć. Każdy trafiający do aresztu lub zakładu karnego na wstępie deklaruje, czy jest grypsującym, czy też nie.

Grypsowanie gwarantuje spokój i szacunek ze strony współwięźniów oraz brak problemów ze strony administracji więziennej. Niekiedy dochodzi do sytuacji, że grypsującymi są tak zwane sześćdziesiątki – mały świadek koronny – czyli osoby, które poszły na współpracę ze śledczymi. Co jest złamaniem wszelkich reguł grypsery i wskazuje na jej upadek.

O sensie grypsowania we współczesnych więzieniach i aresztach rozmawiam z Andrzejem Z.

– Czy grypsujący w zakładach karnych i aresztach mają jeszcze takie znaczenie, jakie mieli w latach 70. lub 80.? Czy teraz liczą się głównie pieniądze?

– Oczywiście, że grypsujący są istotni, i to bardzo, aczkolwiek nie rozumiem, czemu ogół społeczeństwa myśli, że człowiek grypsujący to potwór i zwyrodnialec. Czy mieć swoje zasady, nie donosić na innych, unikać wszelkiego tałatajstwa typu: zboczeńcy, pedofile i temu podobni to potworność i zwyrodnienie? Tacy właśnie jesteśmy i nie wstydzę się tego. Pieniądze są oczywiście istotne, ale nie do tego stopnia, jak niektórzy sobie wyobrażają.

– Ponoć obecnie w więzieniach mało kto gnębi gwałcicieli i pedofilów? Liczy się bowiem kasa, a za nią spokój może kupić każdy.

– Przede wszystkim te łachudry są izolowane. Ale nie wszystko da się załatwić za kasę.

– Jaki obecnie jest sens grypsowania?

– Sens grypsowania się nie zmienił, ale, niestety, zmieniają się ludzie. Grypsowanie powstało przeciw administracji więziennej. Osadzeni mieli swoje gry, rozmowy, zachowania. Nie wolno było kapować, współpracować z oddziałowym i tak dalej. I to było nawet fajne, bo człowiek miał prosty kręgosłup. Nawet ci z Solidarności, którzy siedzieli w stanie wojennym, często grypsowali. Nadal łatwiej jest być tak zwanym grypsującym. Grypsujący mają zawsze czystą celę, myją się, dbają o higienę i o porządek. U niegrypsujących bardzo różnie bywa z tymi sprawami. Są i tacy, którzy myją się tylko wówczas, gdy ich oddziałowy siłą do łaźni wygoni raz w tygodniu. Kwestia higieny naprawdę bywa problematyczna, zwłaszcza gdy w celi siedzi na przykład czterech dorosłych facetów, jest ciepło, oni ćwiczą, gimnastykują się. Bez codziennej toalety nie sposób byłoby wytrzymać. Poza tym grypsujący pomagają sobie, mogą na siebie liczyć w trudnych sytuacjach.

– Dla pana grypsowanie ma znaczenie?

– Ogólnie kwestia grypsowania to dla mnie trochę głupi temat. Siedziałem nie tylko w Polsce, lecz także w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w Szwecji, półtora roku w Hiszpanii. Tam nikt nie grypsuje. Grypsują głównie w Polsce. To jest relikt komunizmu, który pozostał. To z jednej strony pomaga, a z drugiej – przeszkadza. Wielu deklaruje się jako grypsujący, żeby po prostu mieć święty spokój, żeby nikt ich nie zaczepiał. A 95 procent tak zwanych grypsujących jest grypsującymi tylko na papierze. To naprawdę są unikatowe przypadki, aby ktoś podejmował jakieś działania przeciwko administracji aresztu. To jest takie grypsowanie bardziej bierne niż czynne. Ale co z tego, skoro potem tworzą się z takiego, nawet biernego grypsowania, problemy. Administracja i tak cię wówczas odpowiednio zaszereguje i nie dostaniesz warunkowego przedterminowego zwolnienia, nie dostaniesz lepszej pracy, nie dostaniesz się do lepszego zakładu karnego. Jesteś już naznaczony. Mimo że tak naprawdę nic złego nie robisz.

Te podziały są w ogóle niepotrzebne. To nie zdaje egzaminu. To jest relikt, który już dawno powinien zostać wyrzucony do kosza.

– Co pan odpowiada, gdy pytają pana o grypsowanie?

– Mnie nikt nie pyta, czy ja grypsuję, czy nie grypsuję, bo się mnie boją. Gdy ktoś o to zapyta, to odpowiadam: „A co to pana obchodzi? Czy ja się pana pytam, czy pan jest gejem?”. I wtedy widzę, jak się zaczyna denerwować. I mówię: „Po co pan zadaje takie krępujące pytania? Sam pan widzi, że niewygodnie jest na takie pytania odpowiadać. Po co mnie pytasz o takie rzeczy człowieku? Ja sobie żyję po swojemu”. I wtedy mają problem, co w aktach zapisać. Mają kłopot ze mną, bo w tym temacie nie mogą się ze mną dogadać. Wyśmiewam ich z tym pytaniem o grypsowanie.

Rozdział 6

Szkodzi mi legenda

Bohater tej książki jest przekonany, że nigdy nie uwolni się od etykiety mafiosa, a gangsterska legenda będzie się za nim ciągnęła do końca życia.

– W więzieniach radził pan sobie z wyjątkowo niebezpiecznymi osobnikami. Mimo bardzo młodego wieku szybko zdobył pan szacunek. Czy tak jest do dziś? Pewnie teraz nikt nie odważy się wyskoczyć z pięściami do „Słowika”?

– To pytanie jest dla mnie niezrozumiałe, gdyż nie miewam już takich sytuacji. Ale na szacunek trzeba sobie zasłużyć, zapracować. Notabene, mimo 60 lat na karku moja kondycja i wygląd są na najwyższym poziomie. Ogólnie siłowe rozwiązywanie problemów pomiędzy osadzonymi w zakładach karnych niemal ustało. Raczej nikt już sobie w ten sposób nie buduje własnej pozycji. Ze mną nikt w tego rodzaju konflikty nie wchodzi, ja też ich nie prowokuję. Zasugerowałbym stwierdzenie, że do więzienia każdy wchodzi ze swoją pozycją wypracowaną na wolności.

– Udało się panu uciec z więzienia w Czarnem, i to w stanie wojennym. Jak do tego doszło? Dotychczas nie opisał pan szczegółów tej ucieczki.

– Uciekłem sam, nikt mi nie pomagał. Trzeba wiedzieć, że było to jedno z najcięższych więzień. Dla najgorszych recydywistów. Gdy tam przyjechałem, inni osadzeni mieli poodsiadywane już co najmniej po 10 lat. Były wyroki po 10 lat w górę. A ja miałem wówczas zaledwie 21 lat. Najmłodszy recydywista był ze mnie. Za karę mnie tam zawieźli. Ja się tam zupełnie nie nadawałem, mnie by tam zgnietli, zrobili ze mnie miazgę. Musiałem z nimi walczyć, nie miałem innego wyjścia, nie mogłem im się dać. Po tym, co tam zobaczyłem i przeżyłem, stwierdziłem, że nie da się tam żyć, że ja tam nie wytrzymam. Trzeba uciekać, bo tam po prostu umrę. Byłem chłopakiem z dużą wyobraźnią i odwagą. Dostrzegłem, że jeden kogutek [wieżyczki strażnicze – przyp. aut.] od drugiego jest dość daleko, a strażnicy byli wyposażeni w broń typu PM. Wyjątkowo mało skuteczną. Młody człowiek za bardzo nie czuje strachu. Do tego byłem wysportowany. Dla mnie przeskoczyć mur nie było problemem. Po czym biegłem po tym lesie chyba do trzeciej nad ranem i postanowiłem odpocząć. W tym czasie rozwidniło się i cóż ujrzałem? W odległości około 20 metrów przede mną widniał mur więzienia, z którego uciekłem. Ale dzięki temu, że zbłądziłem, nie złapano mnie, bo cały pościg nazbyt się oddalił od jednostki, a ja zrobiłem koło. Jednak uciekłem i złapali mnie dopiero po pół roku. Wówczas był stan wojenny. Na ucieczkę z więzienia, a potem ukrywanie się był to naprawdę trudny czas. Bez dokumentów było bardzo ciężko chodzić po ulicy, bo co chwilę człowieka sprawdzali. Takie warunki były: dokumenty, dokumenty. A jeśli się nie miało dokumentów, to był problem.

– Ile lat spędził pan za kratami?

– Na dzień obecny ponad 20 lat, w tym, jak już mówiłem, 13 lat na tak zwanych N, czyli oddziałach dla niebezpiecznych osadzonych. W ciągu 10 lat nawet przez rok nie byłem na wolności. Raz byłem 58 dni, potem 59 dni i raz pół roku. Od momentu gdy pierwszy raz poszedłem do więzienia do ukończenia przeze mnie około 30. roku życia łącznie byłem niecały rok na wolności. A tak, to non stop siedziałem. Najdłuższa przerwa była w latach 90. Byłem wtedy na wolności 10 lat.

– Zapewne po tylu latach spędzonych w aresztach i więzieniach czuje się pan tam jak w domu.

– Nie traktuję więzienia jako miejsca do życia. Każdy mój pobyt tam – nawet najdłuższy – jest jedynie przerywnikiem, przecinkiem w zdaniu, jakim jest życie. Ja się w więzieniu nie aklimatyzuję, nie usiłuję się tu odnaleźć, bo to nie jest miejsce do prawdziwego życia. Staram się to przetrwać w oczekiwaniu na wolność.

– Czy polskie zakłady karne zmieniły się na przestrzeni lat? Odnoszę wrażenie, że raczej niewiele.

– Więzienia i areszty jednak się zmieniły, i to diametralnie, porównując je ze stanem z czasów komuny. Jednak po 1989 roku zmiany w więziennictwie zaszły w niewielkim stopniu. Chociaż rozwój technologii, który ma miejsce na świecie, powoduje zmiany również w więzieniach, w standardzie zakładów karnych. Teraz w każdej celi jest toaleta, jest woda bieżąca ciepła i zimna. Kąciki sanitarne są ogrodzone. Kiedyś tego nie było. Więzienia często nawet kanalizacji nie miały, nie mówiąc o bieżącej wodzie w celi. Postęp technologiczny i kulturalny sam spowodował te zmiany.

– Trafił pan ponownie za kraty za udział w zorganizowanej grupie przestępczej wraz z Leszkiem D. ps. „Wańka” oraz Januszem P. „Parasolem”. Wyłudziliście ponoć kilkadziesiąt milionów VAT, przypisano wam też inne przestępcze czyny. Niebawem rozpocznie się proces w tej sprawie. Wyjdzie pan z niego obronną ręką?

– Jeszcze nie jest to czas odpowiedni, aby skomentować to pytanie.

– Nie ma pan wrażenia, że niekiedy zamykano i oskarżano pana tylko dlatego, że jest pan „Słowikiem”?

– Niestety, to się zdarzało aż za często.

– Nie da się ukryć, że jest pan bodaj największą żyjącą legendą polskiego świata przestępczego. Czy uda się panu kiedykolwiek uwolnić od etykiety gangstera?

 

– Nie, nigdy nie uda mi się od tego uciec, bo jestem już tak naznaczony, mam takie stygmaty, które już się nie zagoją. Kartotekę mam taką, a nie inną, i tego się nie da ukryć ani wymazać.

– Czy z tego względu nie obawia się pan wychodzić na ulice?

– Absolutnie. Muszę przyznać, co pewnie niejednego Czytelnika zaskoczy, że społeczny odbiór mojej osoby jest bardzo pozytywny. Ludzie na ulicach bardzo często mnie rozpoznawali. Z uwagi na ogrom tej rozpoznawalności czasem bywało to kłopotliwe dla moich współtowarzyszy lub współtowarzyszek. Nigdy nie spotkałem się jednak z negatywnym odbiorem czy z jakąś nieprzychylną mi reakcją. Nikt nigdy nie krzyknął: ty taki, nie taki, ty skurwysynie, bandyto… Ludzie podchodzili, zagadywali, pytali, czy mogą sobie ze mną zdjęcie zrobić. Mówili czasem, że czytali moją książkę, że śledzili doniesienia w mediach o mnie, że są zbulwersowani śledztwem w sprawie Papały i temu podobne. Paradoksem jest to, że moja obecna partnerka, gdy mnie poznała, nawet nie wiedziała, kim jestem. Dowiedziała się dopiero wtedy, gdy w zasadzie już byliśmy parą. Gdy się zorientowała, to nawet jej to trochę imponowało. Nie fascynował jej „Słowik”, ale bardziej to, że ja jestem zupełnie inny, aniżeli mówią o mnie ludzie lub piszą media.

– Napisał pan w „Skarżąc się grobowi”: „Celem mojej książki jest to, żeby wszyscy zrozumieli, że przeszłość to nie teraźniejszość”. Pana przeszłość wydaje się obecnie nie różnić od teraźniejszości. Jak pan widzi swoją przyszłość?

– Nostradamus nie żyje, a to był ostatni z proroków, który znał przyszłość.

– Były policjant Jan Fabiańczyk „Majami” powiedział mi o panu coś takiego: „Słowik mógłby być taką szarą eminencją, do której inni zgłaszają się o rozstrzygnięcie jakichś spornych kwestii: panie Andrzeju, jest taki problem, może pan by go rozsądził. Słowik mógłby dawkować swoje opowieści, siedząc w fotelu i paląc cygaro. Taki Don Słowiko, który gdzieś tam sobie siedzi i doradza innym, rozwiązuje jakieś kwestie”. Co pan sądzi o takim scenariuszu dla siebie?

– „Majami” ma bujną wyobraźnię, chociaż z drugiej strony… Wspomniany „Majami” akurat najmniej wiedział na mój temat. Ja go nie znałem, nigdy nawet o nim nie słyszałem. W ogóle było dwóch policjantów o takiej ksywce. Jeden z Trójmiasta i on podobno zbliżył się do środowiska „Nikosia”. Coś tam mógł wiedzieć, ale czy wiedział, to ja z kolei tego nie wiem. Ten „Majami”, o którym mowa, podobno gdzieś tam pracował przy tak zwanej grupie mokotowskiej. To wszystko, co powstało z udziałem tej osoby, to jego własna interpretacja zdarzeń, a nie fakty.

Rozdział 7

Na początku był spirytus

„Słowik” pierwsze większe pieniądze zarobił na handlu spirytusem. Jak sam mówi, był to wspaniały czas w jego życiu, chociaż znaczną jego część spędził w więzieniach i aresztach:

– Lata 90. to był dla mnie złoty okres. Przebywałem wówczas na wolności 10 lat i obracałem ogromnymi, jak dla mnie, pieniędzmi. Zapewne wszyscy Czytelnicy są ciekawi, skąd mieliśmy, jak na tamte czasy, tak znaczną kasę. Zatem spieszę z wyjaśnieniami. Na początku lat 90. spotkało się kilku znajomych z więzienia i wtedy szukaliśmy pomysłu na godny zarobek. Po długich rozmowach doszliśmy do wniosku, że najprościej będzie dorobić się na przemycie spirytusu. Na zachodniej granicy toczył się taki proceder na dużą skalę. Jak nietrudno się domyślić, postanowiliśmy wejść w ten biznes, nie inwestując zbyt wiele. Chcieliśmy natomiast dużo zarabiać. Po prostu zdecydowaliśmy się okradać przemytników. I tak też zrobiliśmy.

– Potrzebne były jakieś inwestycje?

– Niewielkie. Na początku zakupiliśmy na podstawioną osobę (słupa) poloneza caro, a do kompletu na stacji benzynowej nabyliśmy niebieskiego koguta na magnes oraz lizaka policyjnego do zatrzymywania samochodów. Już wtedy mieliśmy znajomości u pograniczników, którzy wystawiali nam transporty, które przekraczały niemiecko-polską granicę. Co się potem działo, chyba łatwo się domyślić.

– Domyślam się, że zaczął się rabunek.

– Gdy mieliśmy cynk z granicy, natychmiast podjeżdżaliśmy obok wskazanego nam tira z włączonym kogutem, a lizakiem pokazywaliśmy, aby się zatrzymał. Po czym wyjmowało się kierowcę z szoferki i zapraszało do poloneza. Nigdy nie musieliśmy używać broni. Zawsze dochodziliśmy do porozumienia. Tymczasem nasz kierowca jechał do naszej ciężarówki, aby tam przeładować skradzione beczki. Po przeładowaniu oddawało się ciężarówkę kierowcy i jechał sobie dalej. Cały i zdrowy. Niektórzy z napadniętych kierowców okazywali niesamowite zdziwienie, gdy dowiadywali się, co naprawdę przewożą, gdyż w papierach były zwykle wpisane całkowicie inne towary.

– Uchodziło wam to bezkarnie?

– Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek właściciel zagarniętego przez nas towaru zgłosił policji taką kradzież. Podobnych interesów mieliśmy naprawdę wiele, wręcz bardzo wiele.

– Co robiliście dalej z tym kradzionym spirytusem?

– To proste. Sprzedawaliśmy go paserowi, a najlepszym paserem był Henryk N. ps. „Dziad”. Zawsze płacił na czas i brał każdą ilość. Trzeba uczciwie przyznać, że wówczas był najlepszy ze wszystkich. Niestety, później staliśmy się wrogami. Stało się to przez Wieśka „Wariata”, brata „Dziada” – twierdzi „Słowik”. Jednak powód konfliktu był prawdopodobnie inny. Wrócę jeszcze do tego tematu w tym rozdziale.

– To jak sobie radziliście bez pomocy „Dziada” – dociekam.

– Potem musieliśmy kombinować w inny sposób. Choćby poprzez pozostawianie mojej skromnej osoby pod zastaw u potencjalnych sprzedawców tego płynu. Ale to opiszę innym razem – deklaruje „Słowik”. – Najwięcej informacji na temat transportów otrzymywaliśmy od znanego powszechnie wszystkim handlarza spirytusem Ludwika A. „Lutka” [jeden z bossów „Wołomina – przyp. red.] oraz od samego „Dziada”, którzy w ten sposób wykańczali finansowo konkurencję.

Spirytusowe interesy „Dziada” ze „Słowikiem” chyba nie do końca wyglądały tak, jak je opisuje Andrzej Z. Inną wersję i rolę „Słowika” w tych interesach przedstawiają mi dawni wspólnicy Henryka N. „Dziada”.

– Na początku było tak, że „Słowik” często spotykał się z „Dziadem”. Robili sobie z Heńkiem wspólne grille, wódeczkę pili, zarabiali razem pieniądze. Głównie na spirytusie, który sprowadzał Heniek – objaśnia Zygmunt, były współpracownik Henryka N. znanego bardziej jako „Dziad”. – „Słowik” przyjeżdżał często do Heńka ze swoimi kolegami z „Pruszkowa”, wszyscy niby się wtedy kolegowali. Ale nikt nie wiedział, że „Słowik” jest w tak dobrych relacjach z „Dziadem”, że wspólnie biesiadują. A Andrzej się tym nie chwalił swoim kumplom z „Pruszkowa”.

– A mnie się wydaje, że dobrze o tym wiedzieli, a „Słowik” wkradł się w łaski Henryka N., aby rozpracować jego biznesy od środka – zauważam.

– Mogło tak być, bo gdy Andrzej przyjeżdżał do Ząbek, to zawsze się przymilał „Dziadowi”: „Heniu to, Heniu tamto…” – zagadywał i urabiał „Dziada”.

– I ty myślisz, że robił to bezinteresownie? Pewnie podchodził „Dziada” tak jak „Pershinga”, aby rozeznać się w jego interesach?

– Jest to prawdopodobne, bo „Słowik” jest taki jak żmijka, która chce się wszędzie wkręcić, wślizgnąć i być mądrzejszy od tych swoich kumpli. Rzeczywiście podszedł „Dziada”, który zwierzył mu się, gdzie i od kogo kupuje ten swój spirytus.

Gdy Andrzej Z. poznał źródło dostaw, wypadki potoczyły się błyskawicznie, bo pojechał z tą wiedzą do pruszkowskich kumpli. Szybko uradzili, że tym razem kupią spirytus bez udziału „Dziada”. Mimo że wcześniej zawsze brali od niego.

To według moich rozmówców był punkt zwrotny w ich wzajemnych stosunkach.

– Od tego czasu zaczęły się problemy. Na początku to była jedna ekipa i nie było między nami żadnych podziałów czy wojny. Robiliśmy wspólnie interesy – zauważa Damian z grupy „Dziada”. – To się zaczęło wtedy, gdy się okazało, że „Dziad” z „Wariatem” zarabiają większe pieniądze niż cały „Pruszków”.

– To prawda – dodaje Zygmunt. – Heniek i Wiesiek byli obrotni, mieli układy i możliwości załatwienia wielu tematów. Pruszkowscy się od nich uczyli. A jak już zobaczyli, że „Dziad” z „Wariatem” potrafią zarobić pieniądze, że ściągają towar, zaczęli się pod to podłączać. Na początku nie mieli zielonego pojęcia, jak zarabiać pieniądze. „Pruszków” to nie była żadna mafia, to „Masa” z nich zrobił mafię. Ale oni przy „Wariacie” i „Dziadzie” byli na początku niczym ubodzy krewni. Najpierw wszystkim kręcił Wiesiek, bo miał układy, potem dopiero Heniek przejął te wszystkie interesy. Po śmierci Wieśka jego żona przyszła do Heńka i opowiedziała o wszystkim, co robił. Mówiła co, gdzie i z kim, bo poznała te wszystkie tematy. A Heniek rozkręcał to dalej.

Wróćmy jednak do zdarzenia, które poróżniło na dobre „Dziada” z pruszkowiakami. Był to moment, w którym „Słowik” wyciągnął od Henryka N. informację, gdzie ząbkowski boss zaopatruje się w spirytus. Wówczas „Pruszków” postanowił uniezależnić się od dostaw „Dziada” i skorzystać z jego źródła zaopatrzenia w spirytus, po który wyruszyły do Niemiec dwa tiry.

– Jesteśmy od Heńka – podszyli się pod „Dziada” kierowcy z „Pruszkowa”. To wystarczyło, aby ich naczepy zapełniły się spirytusem. Zapłacili i ruszyli w kierunku Polski, informując swoich bossów o szczęśliwie zakończonej transakcji.

W tym czasie „Dziad” odebrał telefon:

– Heniu, byli tu od ciebie jacyś nowi i wzięli dwa tiry towaru.

– Nikogo nie wysyłałem po towar! – Henryk N. nie krył zdenerwowania. – Jeśli jeszcze kiedyś przyjadą, to daj mi natychmiast znać.

Minęło kilka tygodni, gdy ciężarówki z „Pruszkowa” ponownie przyjechały po spirytus. „Dziad” już był o tym powiadomiony i przygotował ekipę, która miała zająć się spirytusem zakupionym przez pruszkowskich.

– Wiedzieliśmy, gdzie będą czekać na bezpieczny przejazd przez granicę, gdzie zaparkują tiry i gdzie pójdą na dziwki – objaśnia Zygmunt. – Gdy tylko kierowcy poszli do burdelu, nasi chłopcy wsiedli do ich ciężarówek i odjechali w kierunku Warszawy. A potem zajechali na podwórko, gdzie Heniek miał dziuplę.

Jeszcze ząbkowska ekipa nie zdążyła opróżnić ładunku, a już dzwonią pruszkowscy:

– Heniu, zginęły nam dwa tiry…

– Jakie znowu tiry?

– No ze spirytusem.

– Ja nic o tym nie wiem, nie zamawiałem teraz spirytusu. A wy przecież ode mnie go bierzecie.

– No wiesz, myśmy mieli teraz jakiś inny układ. Nie wiesz może, czy ktoś chce sprzedać ten spirytus? Może tobie?

– Chłopaki, w życiu bym nie wziął żadnego waszego tira ze spirytusem. Ja nie chcę z wami wojny – zapewniał „Dziad”, a w tym czasie stał w naczepie z tym spirytusem. Śmiał się i spychał z tira nogą beczki, za które zapłacił „Pruszków”. – I tak pruszkowscy zafundowali „Dziadowi” dwa tiry spirytusu. Tylko dlatego, że chcieli być od niego mądrzejsi i go wykołować – zauważa Zygmunt i dodaje: – No i potem musieli sobie szukać innego dostawcy, bo już nie mieli możliwości brać towaru od Heńka ani też kupować go za jego plecami z tego źródła. A ten, który brali gdzie indziej, był znacznie gorszej jakości. To był słabszy spirytus i mniej było na niego chętnych.

Na temat spirytusu, którym handlował „Dziad”, krążyły legendy. Ponoć nie było wówczas w Polsce lepszego. Było natomiast wielu chętnych, którzy chcieli nim handlować, bo schodził na pniu. Również ja otrzymałem propozycję, aby zająć się jego obrotem. W pewien majowy piątek 1994 roku zadzwonił do mnie jeden z ludzi „Dziada” i zaprosił na spotkanie do domu Henryka N. w Ząbkach. Wówczas wojna z „Pruszkowem” trwała na całego: wybuchały bomby, padały strzały, ginęli ludzie. Zanim „Dziad” opowiedział mi o swoich problemach z „Pruszkowem” i policją, rzucił propozycję biznesową, abym zajął się sprzedażą jego spirytusu.

Do dziś nie wiem, czy żartował.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?