SłowikTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Słowik
Słowik
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76,89  61,51 
Słowik
Słowik
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
4,99 
Szczegóły
Audio
Słowik
Audiobook
Czyta Danuta Stenka
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W tym czasie „Pruszków” był już owiany gangsterską legendą, co zapewne nie było bez wpływu na zachowanie słynnego boksera. W końcu burdel to nie ring i nie wiadomo, co mogło go tam jeszcze spotkać. Wówczas tak zwana mafia pruszkowska wydawała się bezkarna. A jej liderzy budzili powszechny strach.

„To dziennikarze i policjanci wykreowali Masę, Pershinga czy Słowika na przywódców tak zwanej mafii” – Andrzej Z. konsekwentnie zaprzecza istnieniu w Polsce jakiejkolwiek mafii. „To wtedy media zaczęły używać słowa mafia dla jakichkolwiek działań przestępczych. Pomimo że mało kto rozumiał znaczenie tego określenia, używali go wszyscy. Dziennikarzom mafia była potrzebna, żeby wiadomościom nadać posmak sensacji i lepiej je sprzedać, policji, żeby uzyskać dodatkowe fundusze na walkę ze zorganizowaną przestępczością. Przeciętny telewidz i czytelnik gazet uwierzył w istnienie mafii. Ludzie zaczęli się bać. Wykreowano mafię pruszkowską, później wołomińską. Pisano o wojnie między tymi mafiami, podkładaniu bomb, morderstwach na zlecenie. Straszono ludzi zwyrodnialcami wyrzucającymi przez okna niemowlęta, robiącymi wiertarką dziury w kolanach torturowanych ofiar. A tak naprawdę w Polsce mafii nigdy nie było (…)” – twierdzi legendarny gangster.

Między innymi o tym, czy istniała mafia pruszkowska i jaką rolę odgrywał w niej „Słowik”, opowiem w dalszej części książki.

Rozdział 3

Nie miałem innej drogi

Rozmowa z Andrzejem Z. „Słowikiem” o tym, jak zostaje się przestępcą wbrew własnej woli, i o tym, jak wygląda resocjalizacja w polskich więzieniach.

– Wstąpił pan na drogę przestępstwa wbrew sobie i z zupełnie błahego powodu. Nie było z niej potem odwrotu?

– Moje wkroczenie na drogę przestępstwa było zupełnie nieświadome, gdyż, jak już wcześniej wspomniałem, samochód nie był przeze mnie ukradziony. Jedynym wykroczeniem było to, że poruszałem się bez wymaganych uprawnień. A, jak wspomniałem, moje towarzystwo było z wyższych sfer i miało wpływowych rodziców, to jedynym kozłem ofiarnym musiałem zostać ja. To wpłynęło na moje dalsze życie. Ja wcześniej nie byłem i nie czułem się przestępcą. To więzienie zrobiło ze mnie przestępcę, tam wyprodukowali mnie takiego, jaki jestem. Dopiero oni zmienili mój światopogląd, nastawienie do świata, do ludzi. Przebudowali mój system wartości. Obowiązująca wówczas machina więzienna, tak zwana resocjalizacja – o ile jakakolwiek była – zostawiła mnie na pastwę losu.

– Wielu młodych ludzi z powodu niekiedy banalnych przewinień czy wybryków trafia za więzienne mury. Tam muszą się odnaleźć w rzeczywistości, o której nie mieli pojęcia. Ktoś im pomaga się w niej odnaleźć?

– Nie znam takich przypadków. Nikt się za mną wówczas nie ujął, nikt się mną nie zainteresował. Nikogo nie interesowało, że byłem normalnym chłopakiem, który chodzi do szkoły, uprawia sport, ma normalne życie, które raptownie jest mu odebrane. Przypominam, że przestępstwo, jakie popełniłem jako młody człowiek, było faktycznie zaledwie wykroczeniem i większość osób, które popełniły podobny czyn, dostawała za to zawiasy. Ja zostałem potraktowany wyjątkowo srogo i na dodatek osadzono mnie w bardzo rygorystycznym więzieniu. W Mielęcinie było co prawda więcej takich chłopaków, którzy do więzienia trafili po raz pierwszy, jednak ja jakimś cudem trafiłem na pawilon, na którym panowała żelazna dyscyplina. Tam 90 procent osadzonych było recydywistami. Niemal wszyscy siedzieli już wcześniej, czy to w więzieniu, czy w zakładach poprawczych. Dla nich taki „obóz” więzienny nie był nowością. Z łatwością się tam odnajdowali. Dla mnie na początku to był szok.

– Twierdzi pan, że człowiek, który wszedł na drogę przestępstwa, ma niewielką szansę, aby z tej drogi zejść. Dlaczego tak się dzieje?

– W wielu przypadkach tak właśnie jest. Sporadycznie udaje się zejść z tej drogi, gdyż trzeba mieć do tego wiele sprzyjających okoliczności. Chociażby rodzinę, która jest w stanie pomóc w rozpoczęciu normalnego życia, wspierając nas na każdym kroku. Niestety, większość osób opuszczających zakłady karne nie ma takich możliwości, nie ma wsparcia rodziny. Wiele osób po wyjściu z więzienia nie wie, co ma zrobić, nie ma się do kogo zwrócić, za co żyć i gdzie podziać.

– Dlaczego tak się dzieje? Domyślam się, że w wielu przypadkach rodziny odwracają się od osób, które weszły na drogę przestępstwa.

– Winę za taki stan rzeczy ponosi też system, który ograniczał osadzonym kontakt z bliskimi przez cały czas pobytu w zakładzie karnym, a najbardziej na początku pobytu. Następnie po skazaniu wywozili człowieka najdalej, jak tylko mogli od domu, co też stanowczo ograniczało kontakt z bliskimi.

– Czuł się pan opuszczony przez bliskich?

– Zostałem opuszczony przez wszystkich, przez cały wachlarz ludzi, którzy mnie wcześniej otaczali. Rodzina była, ale przecież ja musiałem odpowiadać sam za siebie. Oni rozkładali ręce, bo co oni mogli? Skoro system tak działa, że wychowawca nie zauważa, że ja się nie nadaję do takiego więzienia i tym bardziej na taki pawilon. Sąd nie rozpoznaje, że ja powinienem dostać wyrok w zawieszeniu. Prokurator zgadza się w całości z ustaleniami policji. Potraktowano mnie jak stuprocentowego bandytę, a nie jak człowieka, który po raz pierwszy ma styczność z prawem i jakąkolwiek odpowiedzialnością karną. Po tym wszystkim zdałem sobie sprawę, że muszę sobie radzić sam, bo nikt o mnie nie zadba i zginę w tym więzieniu. Co rodzina może? Przyjechać na widzenie i to wszystko. Na nic nie mieli i nie mogli mieć wpływu. Nie mam o to do nich żalu ani pretensji. Taki był system i otaczająca wszystkich rzeczywistość.

– Twierdzi pan, że to komuna zrobiła z pana przestępcę. I wtedy też powiedział pan sobie: „Chcecie mieć przestępcę, to będziecie go mieli”. Czyli potem wybrał pan tę drogę całkowicie świadomie?

– W pewnym sensie tak było. Lecz tak naprawdę stało się to dopiero wtedy, gdy wyszedłem na wolność i zorientowałem się, że wszyscy moi znajomi w dalszym ciągu się uczą, mają poukładane życie. W szczególności ci, którzy byli wtedy ze mną w czasie tego wypadku. I nagle się okazało, że nie chcą się ze mną zadawać, a nawet znać takiego bandyty. Napiętnowanie mnie przez owych znajomych w dużym stopniu przyczyniło się do tego wszystkiego.

– Czuł się pan zdradzony, opuszczony przez dawnych kolegów?

– Jeżeli przyjeżdżasz do więzienia, jesteś bity, katowany, na izolatki sadzany bez większego powodu, to po wyjściu jesteś zraniony. Jesteś skrzywiony, wykolejony, zbuntowany. Wychodzisz i nie masz co robić. Ludzie, których zostawiłem za murami, zdążyli pokończyć szkoły, a niektórzy pójść na studia. Zaczęli układać sobie dorosłe życie. A ja, co mogłem robić? Bez szkoły, której mi nie dali skończyć, pójść do pracy bez wykształcenia? Życie mi trochę uciekło, było za późno na nadgonienie straconych lat. Jedyne, co miałem, co mi zostało z dawnego życia, to kąt, w którym mogłem się przespać. Świat odwrócił się do mnie plecami. Pracy szukałem, ale bez rezultatu, bo byłem karany. Czułem się osamotniony, naznaczony. Może nie przez najbliższą rodzinę, ale przez dalszą już tak, nie mówiąc o reszcie otoczenia. W zasadzie to nikt nawet nie chciał ze mną poważnie rozmawiać.

– Czy pobyt w więzieniu jest w stanie zresocjalizować młodego człowieka? Z pana historii wynika, że nie jest to możliwe. Czy za kratami prowadzone są jakiekolwiek działania wychowawcze?

– Tu trzeba byłoby kłamać albo prawdę mówić. Jeśli będę mówił prawdę, to należy mieć na uwadze, że siedzę teraz w więzieniu i mogę mieć z tego tytułu jakieś konsekwencje. Szczerze mówiąc, nie bardzo się tym już przejmuję.

Resocjalizacja, w latach gdy po raz pierwszy trafiłem za kraty, to było moim zdaniem puste słowo. Choćby dlatego, że młodego osadzonego, i to za naprawdę niewielkie wykroczenie, wysyłało się do jednostki, w której wyroki odbywają skazańcy najcięższego kalibru, i szufladkuje się go na jednym poziomie z nimi. To czego oczekuje tak zwany wymiar sprawiedliwości? Że młody skazany wyjdzie stamtąd biskupem? W dzisiejszych czasach jest o wiele lepiej, choć i teraz rzeczywistość rozmija się zdecydowanie z ideałem. Na pewno dzisiaj odsetek powrotów do przestępstwa jest zdecydowanie mniejszy.

– Jednak jakieś doświadczenia z procesem wychowawczym w więzieniach na pewno pan ma?

– Opowiem o najbardziej wyrazistym przykładzie dotyczącym mnie. Przesiedziałem 13 lat na tak zwanych oddziałach N, dla najbardziej niebezpiecznych osadzonych, w tym 10 lat sam w izolatce. Nikt się mną nie interesował, ani psycholog więzienny, ani wychowawca. Nie było nawet jednej pogadanki ze mną na temat resocjalizacji. Nikt się mnie nie zapytał, czy mam kontakt z rodziną, czy rodzina mnie odwiedza, czy ktokolwiek mnie odwiedza. Na „enkach” siedzisz w celi dwa na trzy metry, w której masz dwie kamery. Jedną nad łóżkiem, a drugą w toalecie. Siedzisz jak małpka w klatce, czujesz się jak obiekt doświadczalny na obserwacji. Niczego ci nie wolno. Dopiero dzień przed moim planowanym wyjściem na wolność wezwał mnie wychowawca i zapytał, czy mam się gdzie podziać po opuszczeniu murów więzienia. Ja wyszedłem na wolność prosto z „enek”, mimo że te „enki” zdjęto mi kilka miesięcy wcześniej. To był fenomen.

– Czemu tak się stało?

– Gdy zdjęli mi status niebezpiecznego osadzonego, miałem pięć miesięcy do końca odsiadki. Poszedłem do dyrektora i mówię: „Puści mnie pan do normalnych ludzi, pójdę na spacer, tak jak wszyscy chodzą. Pójdę do kościoła, bo się Święta Wielkanocne zbliżają”. A on mi odpowiada: „Ja pana nigdzie nie puszczę. Pan będzie miał tylko czerwony mundurek zabrany, a dalej pan siedzi na enkach”. Ja ich prosiłem tylko o to, żeby zastosowali się do podjętej już przez sąd decyzji o zdjęciu mi statusu niebezpiecznego. Przez te pięć miesięcy dalej siedziałem sam na tych „enkach”, ze wszystkimi rygorami obowiązującymi w tym miejscu, i stamtąd wyszedłem na wolność. Z dnia na dzień przestałem być tak zwany niebezpieczny.

 

– Jakie ma pan obecnie doświadczenia z resocjalizacją w areszcie?

– Teraz siedzę w areszcie ponad dwa lata. Pewnego razu idę do wychowawcy i mówię mu: „Bardzo pana przepraszam, mam dziecko w wieku szkolnym, nastolatka. Spodziewam się, że mój syn przyjdzie na widzenie. Czy mógłby pan udzielić mi o pół godziny dłuższego widzenia, żebym mógł dłużej z nim porozmawiać. Wiem, że w pana kompetencjach leży rozpatrzenie takiej prośby, dlatego bardzo pana o to proszę”. A on mi mówi: „Ale za co ja mam panu dać dłuższe widzenie?”. Odpowiadam mu, że siedzę w areszcie śledczym, więc nie mam możliwości pracować, nie mam jakichkolwiek możliwości zasłużyć sobie na to, poza swoim nienagannym zachowaniem. Dostałem odpowiedź: „Nie widzę podstaw”.

Ten system nie działa. To jest kołchoz. Nikt do ciebie nie podchodzi indywidualnie. Jak jesteś tymczasowo aresztowany, to więzienie teoretycznie oferuje ci wszystko, a w praktyce nic. Wychowawca jak chce, to może ci napisać, że chodzisz na świetlicę, że udzielasz się kulturalnie. A udzielać się można kulturalnie tylko tak, że czytasz książki z biblioteki więziennej, w których co druga kartka jest wyrwana, bo co biedniejsi osadzeni robią sobie z nich skręty z resztek tytoniu zmieszanych z herbatą. Nie ma rozmów, nie ma pogadanek, nikt cię o nic nie pyta, nikt nic nie tłumaczy.

Nawet gdy nie jesteś już tymczasowo aresztowany i odbywasz karę, na przykład w systemie programowego oddziaływania, to polega to na tym, że administracja więzienia tylko obserwuje twoje zachowanie i wystawia ci oceny. Jak masz dłuższy wyrok, to możesz choćby chodzić do szkoły. No, to już jest jakaś tam resocjalizacja. Ale kiedyś, za komuny, gdy chodziłeś do jakiejś szkoły w więzieniu, to po wyjściu miałeś zawód i mogłeś z niego korzystać, pracować w tym zawodzie. Teraz chodzisz do szkoły, bo chodzisz. To się w życiu za murami nie przydaje. System resocjalizacji jest naprawdę bardzo skąpy, a w zasadzie go nie ma.

Z jakąkolwiek prośbą byś poszedł do wychowawcy, to zawsze jest wielki, gigantyczny problem. Nawet jeśli to ma służyć resocjalizacji. Zwykła spychologia.

– Jak można by to zmienić, poprawić resocjalizację osadzonych? Jest na to jakiś sposób?

– W mojej ocenie podstawą powinien być kontakt z rodziną. Prawidłowe funkcjonowanie w rodzinie to jest fundament egzystencji dla każdego człowieka. Niestety, nikt nie pomaga w tym, aby mieć dłuższe lub dodatkowe widzenie. Tu nikt nie myśli w ten sposób, że kontakt z rodziną, zwłaszcza z dziećmi, jest bardzo istotny, że może wpływać na poprawną resocjalizację. Normalną prośbą nic nie wskórasz w tym temacie. Zadziałać może tylko cwaniactwo, jak za dawnego systemu. Możesz to sobie załatwić przez kogoś. Na przykład przez współwięźnia, którego wychowawca bardziej lubi, lub za pieniądze. Musisz działać podstępem lub stosować manipulację. Legalnie niewiele osiągniesz.

Rozdział 4

W hiszpańskim więzieniu

Jak mówi Andrzej Z., zupełnie inaczej są traktowane osoby przebywające w więzieniach zachodnioeuropejskich. Odwiedził ich kilka w różnych krajach. W tym rozdziale opowiada o swoim pobycie w hiszpańskim więzieniu i o różnicach w stosunku do polskiego systemu penitencjarnego.

– Czym różni się pobyt w hiszpańskim więzieniu od odsiadki w Polsce?

– Tam człowiek jest pozbawiony jedynie wolności. Reszta – o ile to możliwe – pozostaje taka jak na zewnątrz murów. Tam jest inaczej, to znaczy lepiej niemal w każdej kwestii. Pod względem socjalnym, kulturalnym, opieki zdrowotnej i w ogóle codziennego bytowania. Tam stawiają nacisk na autentyczną resocjalizację i rozwój człowieka. Gdy osadzony wymyśli sobie, że chce zrobić jakiś kurs, na przykład szybkiego pisania bądź garncarstwa, i widać, że ma autentyczne chęci się tego nauczyć, to administracja czyni wszystko, aby mu to umożliwić.

– Zatem resocjalizacja nie jest tam pustym frazesem?

– W Hiszpanii odsetek powracających do przestępstwa jest znacznie niższy aniżeli w Polsce. Jeśli już ktoś powraca, to na pewno z dużo mniejszym natężeniem niż w naszym kraju. Gdy tam ktoś stara się o warunkowe przedterminowe zwolnienie, to do osadzonego przychodzą tak zwani kuratorzy wolnościowi, którzy z więziennictwem nie mają za wiele wspólnego. To są osoby, które na wolności mają odgrywać rolę opiekuna osoby zwolnionej warunkowo. Taki kurator, przychodząc do osadzonego, wypytuje, jakie dana osoba ma zainteresowania, co chce robić po wyjściu na wolność, jakiej pomocy potrzebuje i temu podobne. Oni są po to, aby ułatwić byłym więźniom odnaleźć się na wolności. Pomagają znaleźć mieszkanie, odnowić kontakt z rodziną, z dziećmi, jeżeli został zerwany. I to wygląda tak, że taki kurator pracuje z osadzonym niejednokrotnie nawet przez kilka lat, zanim tamten stanie na tak zwaną wokandę.

Wreszcie, gdy dana osoba stara się o warunkowe przedterminowe zwolnienie, administracja aresztu musi mocno się dwoić i troić, aby udowodnić, że dany osobnik na nie zasługuje. W posiedzeniu sądu w tym zakresie zawsze uczestniczy kurator prowadzący. Jeżeli przedstawiciel administracji nagle stwierdza, że jakiś osadzony nie zasługuje na wcześniejsze wyjście, to staje w ogniu pytań ze strony kuratora: a co się stało, a dlaczego, czemu wcześniej nie zgłaszano wobec tej osoby żadnych zastrzeżeń i temu podobne. Sąd rzadko postępuje wbrew stanowisku takiego kuratora. To jest naprawdę zdrowy system i prawidłowe podejście do sprawy.

– A jak wygląda to w Polsce?

– W Polsce jest zupełnie inaczej. Przed posiedzeniem o warunkowe zwolnienie przychodzi do osadzonego przedstawiciel administracji aresztu na pięciominutową rozmowę, po czym pisze opinię na pół strony A4. Stosuje przy tym formułkę, tak zwany szablon, w zasadzie nie odnosząc się do indywidualnego przypadku danego człowieka. W takiej opinii napisane jest, ile razy dany osobnik był nagradzany lub karany regulaminowo. Oczywiście nie jest określone, za co był nagradzany bądź karany. Odnotowuje się za to, jak osadzony spędza czas wolny. A tu nie ma zbyt wielkiego wyboru: oglądanie telewizji, czytanie książek, rozmowy ze współosadzonymi i praca. Znajduje się też informacja, ile ma pieniędzy na koncie więziennym, czy grypsuje oraz jaki ma stosunek do popełnionych przestępstw. O tę ostatnią kwestię nikt nawet osadzonego nie pyta. W najlepszym przypadku – z automatu – wpisuje się, że umiarkowanie krytyczny.

– Z tego wynika, że osadzony ma nikłą szansę na obiektywną ocenę.

– Na posiedzeniu sądu obecny jest jeszcze inny przedstawiciel administracji aniżeli ten, który sporządzał opinię, i wypowiada się zwykle w czterech słowach: „wnoszę o nieuwzględnienie wniosku”. I to bez podawania jakiegokolwiek uzasadnienia. Jedyna pozytywna argumentacja, na jaką może liczyć osadzony, to własna oraz jego obrońcy. Po wszystkim sąd udaje się na pięcio-, dziesięciominutową naradę, po czym wraca z wydrukowanym postanowieniem oraz jego uzasadnieniem liczącym niejednokrotnie nawet pięć–sześć stron, które pracownik administracji więziennej odczytuje i poucza o prawie wniesienia odwołania. Niezła farsa, prawda?

– Fakt, nie wygląda to najlepiej.

– Te całe posiedzenia to jest zwykły teatrzyk zorganizowany po to, aby zachować pozory dotrzymywania standardów proceduralnych i żeby od strony formalnej było to zgodne z przepisami prawa. Tak naprawdę sąd ma wcześniej przygotowane zarówno postanowienie, jak i jego uzasadnienie, a po posiedzeniu jedynie je odczytuje. System udzielania w Polsce przerw w karze oraz warunkowych przedterminowych zwolnień faktycznie nie działa. Nie działa cały ten system od podstaw. Brak jest odpowiednich struktur, które w tym zakresie powinny funkcjonować.

– Jak wyglądają widzenia z bliskimi w hiszpańskich aresztach?

– Widzenia z rodziną również odbywają się inaczej. Zazwyczaj spotkanie ma miejsce w wydzielonym pomieszczeniu, niewielkim pokoju z łazienką, gdzie można spokojnie porozmawiać przez godzinę lub dwie. W Polsce widzenia odbywają się w ogólnej sali, gdzie stolik w stolik siedzi kilkudziesięciu osadzonych z osobami odwiedzającymi. Jest ogólny gwar i harmider. Inaczej jest również z tak zwanymi widzeniami intymnymi. W Hiszpanii nie są formą nagrody, ale czymś, co z automatu jest należne osadzonemu. Jedynie w przypadku przejawiania zachowań negatywnych, złej postawy osadzonego, mogą zostać mu odebrane. Odbywają się w warunkach nieurągających jakimkolwiek standardom i oczywiście bez nadzoru administracji. Na takie widzenie osoba odwiedzająca może udać się z poczęstunkiem, czasem nawet z alkoholem. Na widzeniu tego rodzaju miałem winko, cygaro, radio i trwało ono co najmniej dwie godziny. Za 100 euro można było sobie ten czas wydłużyć nawet do sześciu–siedmiu godzin. Normalne, cywilizowane warunki.

– Warunki socjalne zapewne też różnią się diametralnie?

– Siedziałem w więzieniu, w którym osadzeni mieli do dyspozycji nawet basen. I to pomaga, a nie przeszkadza w resocjalizacji. Przemoc i uciemiężenie rodzą frustrację i doprowadzają wyłącznie do negatywnych zachowań. Nawet posiłki w tamtejszych aresztach i więzieniach spożywa się inaczej niż u nas. Wszyscy udają się razem na stołówkę, gdzie wspólnie jedzą i rozmawiają. Tymczasem w Polsce posiłki rozdawane są do cel. W sytuacji konfliktowej, kiedy na przykład w stołówce dochodzi do jakiejkolwiek ostrzejszej wymiany zdań pomiędzy osadzonymi, i trwa to krócej niż minutę, administracja się nie wtrąca, nie interweniuje. Jeżeli wydarzenia nabierają tempa i akcja jest rozwojowa, następuje bardzo ostra reakcja ze strony administracji – niejednokrotnie dużo ostrzejsza niż w polskim więzieniu.

– Co wtedy się dzieje?

– Osobnik, który zawinił, umieszczany jest w izolatce, która jest pomieszczeniem bez łóżka i bez toalety, i pozostaje tam tak długo, aż administracja uzna to za wystarczające. To jest dużo bardziej uciążliwe aniżeli polska izolatka. Kiedy człowiek czegoś takiego doświadczy, to wówczas docenia warunki, jakie miał, i co utracił przez swoje negatywne zachowanie. Niewielu jest takich, którzy nagminnie trafiają do izolatki, gdyż to się po prostu nie opłaca. Tamtejszy system penitencjarny co do zasady funkcjonuje tak, że nikogo nie trzeba zmuszać do poprawności i przestrzegania obowiązujących zasad i regulaminu. Tam większość osadzonych sama z siebie funkcjonuje wzorowo.

– Personel więzienny przypomina ten w Polsce?

– Zatrudnieni w tamtejszych aresztach funkcjonariusze nie tłamszą osadzonych, nie pokazują swojej wyższości nad nimi. Przychodzą tam do pracy, a nie na służbę, jak to dzieje się w Polsce. Tam na kilkudziesięciu bądź nawet kilkuset osadzonych w jednym pawilonie przypada często jeden klawisz i wszystko funkcjonuje poprawnie.