ZbliżeniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janusz Leon Wiśniewski

© Copyright by Janusz Leon Wiśniewski

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2010

Wydanie pierwsze

Redaktor prowadzący

Dorota Wierzbicka

Redakcja

Marta Dvořak

Korekta

Ewa Kochanowicz, Weronika Kosińska, Małgorzata Wójcik

Projekt okładki

Anna Pol

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2010

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 0 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN 978-83-08-04648-7

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp z o.o.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

KWIATY, KSIĄŻKI I MARZENIA

Tak naprawdę wcale nie chcę sprzedawać samochodów. Nigdy nie chciałam. Gdybym mogła wybrać, to najchętniej sprzedawałabym kwiaty. I książki. Chciałabym otworzyć własną kawiarnię, do której wchodziłoby się przez kwiaciarnię. W kawiarni książki stałyby na regałach z dębowego drewna, pod każdym stolikiem także leżałyby książki. A kelnerki podające kawę miałyby wpięte we włosy białe kwiaty tiare. I na życzenie opowiadałyby o książkach. Moje kelnerki musiałby znać wszystkie książki, które „przewalałyby się” w mojej kawiarnio-kwiaciarni. I gdyby była to poezja, musiałyby znać na pamięć przynajmniej jeden z wierszy w tomiku. I musiałyby umieć go wyrecytować, gdyby moja klientka lub klient sobie tego zażyczyli. Kelnerki mogłyby nie znosić tych wierszy lub tej prozy, mogłyby także je uwielbiać – jest mi to obojętne – ale musiałyby je znać. Nie wiem jeszcze dokładnie, gdzie znalazłabym takie kelnerki i zupełnie nie wiem, skąd brałabym świeżą tiare każdego dnia. Tiare rośnie na wyspach Polinezji Francuskiej. To jest daleko. Moja kawa byłaby także z bardzo daleka i miałaby egzotyczne nazwy, moje kwiaty byłyby z jeszcze bardziej daleka. Tylko ludzie odwiedzający „moje miejsce” byliby mi bardzo bliscy. Znałabym swoich klientów z imienia i nazwiska. Nigdy nie myliłabym ich kochanek z ich żonami. Lub ich kochanków z ich mężami. Gdyby chcieli innych książek, sprowadziłabym je dla nich, gdyby chcieli innych kwiatów, także bym je sprowadziła. Gdy ma się kwiaty z Bora-Bora, to wszystko inne wydaje się bliskie. Przynajmniej dla mnie. Mam po prostu dwadzieścia pięć lat i niesamowite marzenia. Sam pan wie, że od marzeń wszystko się zaczyna. Także każdy biznesplan. Prawda?

Na razie nie sprzedaję ani kwiatów, ani książek. Sprzedaję samochody. Chociaż do pracy dojeżdżam metrem. To wcale nie chodzi o to, że samochody zupełnie mnie nie kręcą. Kręcą. Szczególnie te, które mają duże, wygodne tylne siedzenie, na którym można się położyć. Ale teraz nie chciałabym się tam kłaść dla żadnego mężczyzny, i na dodatek we Frankfurcie samochód jest bardzo uciążliwy. Głównie przez to, że trzeba go gdzieś zaparkować. Samochody, które sprzedaję, pochodzą z Azji. Może na tym skończymy. Dla ułatwienia powiem panu, że nie są z Japonii. Na razie nie mam jeszcze pieniędzy na kwiaciarnię, przez którą przechodziłoby się do kawiarni z książkami. Ale chcę ją otworzyć. Wrócić do Wrocławia i żyć z kwiatów tiare, kawy, książek i z mądrości lub dobrej pamięci moich kelnerek. Chciałabym tutaj jeszcze popracować i zebrać trochę kapitału na „wkład własny”. A gdy pan to opublikuje bardziej szczegółowo, to nie popracuję. W mojej firmie nie mamy żadnych związków zawodowych. To znaczy teoretycznie możemy mieć, ale pierwsza osoba, która wpadnie na taki pomysł, zostanie natychmiast zwolniona. Niezależnie od tego, ile kosztowałby sądowy proces i jak wysoka byłaby suma zasądzonego odszkodowania.

Sprzedaję samochody. W przeszklonym biurowcu. Sprzedaję je na drugim piętrze. Na czwartym ostatnio oddano nam „pokój do odpoczynku”. Czyli jak ujmuje to dosadnie nasza turecka sprzątaczka: „wyśpij się w robocie”. To taki tutaj trend ostatnio. Ponoć przenika powoli także do Polski. Ponad sto metrów kwadratowych zamkniętych eliptyczną szybą od podłogi po sufit. Pośrodku dwa łóżka wypełnione materacami wodnymi, biurko, na którym stoi komputer z bezprzewodowym dostępem do Internetu, dwa telefony i alabastrowa fontanna napełniająca pokój „wonią Azji”. Tak to nazwano. Azjaci, z którymi pracuję, nie czują w tej woni żadnej Azji. Europejczycy z kolei uważają, że pachnie tam „co najwyżej perfumami kochanki prezesa”. Ja nie zwracam uwagi na ten zapach. Nie zajmuję się zapachami do trzynastej czterdzieści pięć. Przychodzę tam dokładnie o trzynastej trzydzieści. Rozbieram się i biorę prysznic w łazience przylegającej do pokoju. Owalna ściana kabiny prysznica jest szklana. Widać przez nią zarysy wieżowców Frankfurtu. Mam wtedy uczucie, że woda spływa nie tylko po moim ciele, ale także po ścianach wszystkich wieżowców miasta. Absolutna dekadencja. Opłacona z pewnością z pensji pracowników. Oraz z oszczędności na tych, których ostatnio „zredukowali”. Oficjalnie z powodu kryzysu.

Nie suszę włosów. On lubi, gdy mam mokre. Kwadrans przed drugą słyszę pukanie do drzwi. Podchodzę owinięta ręcznikiem i otwieram. Zaraz potem wpycham klucz w zamek i przekręcam, aby nikt inny tutaj nie wszedł. Siadamy na kilka minut na jednym z łóżek. Nie mam uczucia, że to tylko „chillout w pracy”, jak to się modnie nazywa. Czuję zupełnie coś innego. Przez chwilę milczymy. Gdy tak milczymy, czasami przychodzi mi do głowy myśl, że to nie jest dobry mężczyzna. Jest tylko wyjątkowo przystojny, momentami wrażliwy i ma przepiękny głos. Jestem pewna, że tak samo myśli o nim wiele kobiet. Może także jego żona. Ale natychmiast zapominam o tym. Teraz jest tylko ze mną. Ja mam swoje pragnienia, a on zna się na literaturze, na kwiatach i ma przepiękne dłonie. I usta także. Nigdy nie wiem, jakimi kwiatami mnie obdaruje, gdy powitam go przy drzwiach, owinięta tylko ręcznikiem. Jest Włochem z Neapolu, mieszka we Frankfurcie od dwudziestu lat. Od dziesięciu lat – wyszkolony i „wydrenowany z fiata”, jak to teraz się nazywa, sprzedaje samochody w mojej firmie. Poza tym, co w tym budynku jest wyjątkiem, czyta książki. Wchodzi do pokoju, całuje mnie i dotyka płatkami kwiatów moich policzków. Potem siada na jednym z łóżek i czyta mi na głos fragment książki, którą wybrał. Kładę się wtedy na tym łóżku, zamykam oczy, słucham jego głosu i po pewnym czasie słyszę nagle jego przyspieszony oddech. Zsuwam z siebie wtedy ręcznik i leżę zupełnie naga. Po chwili on przestaje czytać...

NIECAŁKOWITOŚĆ

Dotykam ich. Najpierw bardzo delikatnie muskam palcami, potem biorę je w obie dłonie i gdy już do końca nacieszę się dotykiem, przyciskam do warg... Nie. To nieprawda! Najpierw je wącham. Dopiero potem dotykam. Czy wie pan, jak pachną wymarzone buty? I niech pan nie będzie teraz banalny i nie mówi mi, że pachną skórą. Obuwie, proszę pana, pachnie skórą. Uprzęże dla koni pachną skórą. Torby myśliwych i niektórych studentów pachną skórą. Ale nie buty! Przynajmniej nie te buty, które ja kolekcjonuję. Moje buty najpierw pachną Mediolanem, Rzymem, Barceloną, Prowansją, a potem moimi marzeniami. Mam – wrodzony, jak twierdzi moja mama – fetyszystyczny stosunek do butów. Moje najdroższe buty to ponad rok cierpliwego oszczędzania ze stypendium, wszystkie miesięczne kieszonkowe od babci i rzadkie alimenty od ojca. Notabene wysyłane z banku w okolicach Barcelony, gdzie od dziesięciu lat mieszka z kobietą, która jest niewiele starsza ode mnie. Tylko raz ojciec zaprosił mnie do Hiszpanii. Bardzo starałam się polubić jego nową żonę. Jeszcze bardziej chciałam, aby ona mnie polubiła. Nie udało się. To jej się nie udało. Ja, mimo wszystko, ją lubię. Chociażby za to, że urodziła mi przyrodnią siostrzyczkę. Zawsze chciałam mieć siostrę. Ale to nieważne...

Agnieszka ma ogromne oczy, długie, opadające na ramiona włosy i młodość dwudziestolatki. Jest śliczna i nieśmiała. Gdy tylko przestaje mówić, natychmiast nerwowo odgarnia kosmyki włosów z czoła. Po chwili, gdy milczenie trwa zbyt długo, kładzie dłonie na udach i przypatruje się im, przygryzając wargi. Stara się nie patrzeć wokół siebie. Jak gdyby wiedziała, że jest obiektem dość jednoznacznego zainteresowania mężczyzn siedzących naprzeciwko, przy barze hotelowej restauracji.

Jak się z tym żyje, pyta pan? Prawie normalnie, chociaż moja mama twierdzi, że żyję zupełnie „nienormalnie”. Według niej jak uczestnik zawodów w sportach ekstremalnych. Tyle że ja mam te zawody każdego dnia. Ale to nieprawda. Robię prawie to samo co wszyscy w moim wieku. Studiuję, zarabiam, aby studiować, podróżuję, chcę się zakochać. Są rzeczy, których nie mogę robić. Trudno wędrować po górach, gdy potrzebuje się pomocy, aby przedostać się na górę w warszawskich przejściach podziemnych. Nie mogę na przykład zarabiać na studia jako kelnerka, nie mogę tańczyć. To znaczy mogę, ale się wstydzę. Powiedzmy tak: jestem „niecałkowita”. Oficjalnie, zgodnie z diagnozą, mam spastyczność mięśni nóg. Ale to prawie zawsze przekłada się na spastyczność duszy. Bardziej boli mnie to psychicznie niż fizycznie. Jeśli boli fizycznie, to faszeruję się tramalem, zaldiarem, myolastanem i na jakiś czas przechodzi. Dzisiaj nic mnie nie boli, dlatego nie jestem na żadnych prochach i mogę spokojnie napić się z panem wina. Bardzo chciałam, aby dzisiaj mnie nic nie bolało. Aby zlikwidować ten psychiczny ból, musiałabym przestać myśleć i przestać wsłuchiwać się w siebie. A sam pan wie, że to jest niemożliwe. Nie można wyłączyć myślenia. W moim przypadku byłoby to także niebezpieczne. Bo wie pan, ja bardzo lubię żyć. I mieć dużo wrażeń. Jak najwięcej. W pana książkach przeżycia są najważniejsze. Ale nie tylko dlatego je czytam. I nie dlatego przyjechałam do Warszawy, aby to panu powiedzieć. Przyjechałam tutaj, aby panu powiedzieć, że swoimi książkami utwierdził mnie pan w bardzo ważnym przekonaniu. Dla mnie bardzo ważnym. Odkąd przeczytałam pana książki, jestem pewna, że nie muszę się godzić na „byle jakiego mężczyznę” w moim życiu. To, że nie jestem „całkowita”, wcale nie znaczy, że jestem gorsza. W pana książkach opisuje pan przepiękne miłości ludzi nawet bardziej „niecałkowitych” niż ja. Mam tylko trochę inne nogi. I przez to nie mogę chodzić, tak jak chodzą inne kobiety. Nawet nie wiem, dlaczego skrywam nogi pod długimi sukniami i spódnicami. Są tak samo ładne jak nogi zdrowych kobiet. Może nawet ładniejsze. Dbam o nie, od stóp do pachwin, jak matka dba o swoje nowo narodzone niemowlę. Są po prostu tylko nie całkiem sprawne. Gdy na nich staję, to muszę się w nie przez chwilę wsłuchać. Ale pan także nieustannie wsłuchuje się w swoje serce, prawda? Pana serce także nie jest całkiem sprawne? Pana serce także kuleje? Tak jak moje nogi. Mamy tylko inne diagnozy. Pan ma arytmię, a ja spastyczność. Serce jest ważniejsze niż nogi, ale kulejące nogi niestety widać. Szczególnie gdy należą do kobiety. Zauważył pan tych facetów przy barze? Wpatrują się łapczywie i nieustannie w mój biust. Pewnie usilnie próbują teraz odgadnąć, do jakich nóg ten biust należy. Dla wielu z nich kobieta składa się tylko z piersi, nóg kończących się waginą i ust. Za chwilę wstanę od stolika, przejdę do toalety i przestaną się gapić. Gwarantuję panu. Założymy się?! Podczas gdy ja, wsłuchana w moje nogi, będę docierała powoli do toalety, usłyszy pan wyraźny odgłos tąpnięcia. To tąpnie im poziom testosteronu, zamieniając się u większości z nich w hormon współczucia. Pan nawet pewnie zna jego nazwę lub strukturę, prawda? I właśnie tacy mężczyźni mnie zupełnie nie interesują. To nie dla takich jak oni będę nosić szminkę w kieszeni. I nie dla nich kupuję swoje buty. Wie pan, co ostatnio dostałam na imieniny? Od chłopaka z roku? Podarował mi kiczowate, zupełnie niepachnące marzeniami jarmarczne szpilki. I wie pan, co ten arogant mi powiedział? „Ja wiem, że nie będziesz w nich mogła chodzić, ale bardzo bym chciał, abyś założyła je, gdy będziesz ze mną w łóżku”. Wyrzuciłam je do kosza. Dla mojego mężczyzny mam już szpilki. Zielony, najdelikatniejszy zamsz. Czasami ich dotykam i przyciskam do warg...

 

O SMUTKU

Szeroka asfaltowa aleja upstrzona zamarzającymi kałużami prowadzi do bramy cmentarza. Jednego z pięćdziesięciu w Moskwie. Płatki śniegu przykryły przezroczystą bielą monumentalnie wielką czerwoną gwiazdę przyspawaną do pordzewiałej, stalowej konstrukcji z rur tworzących zwieńczenie bramy. Po obu stronach radzieckiej gwiazdy wielkie tablice reklamują najnowsze modele telefonów komórkowych. Krzykliwe przekupki w walonkach z haftowanymi, kwiecistymi chustami na głowach co krok zachęcają do kupna kiczowatych bukietów z plastikowych kwiatów. W oddali, przy pomazanym graffiti, betonowym filarze bramy dostrzegam filigranową kobietę. Zbyt duży, wiszący na niej czarny płaszcz, siwe – nieomal białe – włosy spięte w kok. Co chwila najpierw spogląda na trzymaną w dłoniach fotografię, a zaraz potem na twarze mijających ją przechodniów. Pospiesznie podchodzę do kobiety, wyciągam nieśmiało rękę na powitanie. Kobieta mocno ściska moją dłoń i długo wpatruje mi się w oczy. Po chwili się uśmiecha. Bez słowa wchodzimy przez bramę na cmentarz.

Masza nie lubi, gdy płaczę – mówi cicho i powoli, gdy stajemy przy granitowej bryle nagrobka. Z owalnej fotografii wtopionej w brązowy granit uśmiecha się młoda kobieta. Dlatego nigdy tutaj nie płaczę – dodaje. W czasie pogrzebu także nie płakałam. Byłoby jej smutno. Bo widzi pan, Maszeńka nie była prawdziwą Rosjanką, ona nie okazywała smutku. Chociaż tyle go w sobie miała. Tak jak jej babcia, jak jej ojciec i tak jak ja...

Spotkałem Marię ponad rok temu. Radosna, uśmiechnięta kobieta. Gdyby nie umarła, miałaby teraz dwadzieścia sześć lat. We wrześniu 2007 roku przyleciałem do Moskwy opowiadać o moich książkach. Nigdy przedtem tutaj nie byłem. Sądziłem, że do sowieckiej Rosji zawsze kiedyś zdążę pojechać, ponieważ będzie wieczna, a do tej nowej Rosji z oligarchami, dla których Ermitaż to tylko „czyste i skromne” miejsce, niespecjalnie mnie ciągnęło.

Maria, oddelegowana przez moje wydawnictwo z Sankt Petersburga, organizowała spotkania z rosyjskimi czytelnikami. Absolwentka dwóch fakultetów moskiewskiego uniwersytetu, specjalistka od promocji. Mówiła trzema językami. Przed moim przyjazdem czytała polskie książki, uczyła się polskiej historii. Pozornie nigdy nie przekroczyliśmy granic oficjalności, nie zaczęliśmy nawet mówić sobie po imieniu. Nigdy także, zwracając się do niej, nie użyłem zdrobnienia Masza. Pomimo to wróciłem wtedy z Rosji ze wspomnieniem kogoś bardzo bliskiego, ciepłego, opiekuńczego i nadzwyczajnie wrażliwego. Wielu ludzi wkracza w nasze życie zupełnie przypadkowo. Niektórzy pojawiają się na kilka dni, inni niekiedy nawet tylko na kilka godzin. Nieliczni pozostają z nami na zawsze. To nie zdarza się często, ale się zdarza. I wtedy zaczynamy myśleć, że to nie mógł być przypadek, że takich ludzi zesłało nam Przeznaczenie. To przez duże P. Maria była takim człowiekiem. Starała się wytłumaczyć mi Rosję. Tę dzisiejszą, schizofreniczną, rozrywaną pomiędzy skrajnościami zepsutej, zgniłej moskiewskiej i petersburskiej dekadencji a biedą podmoskiewskich wsi, gdzie ludzie trują się płynem hamulcowym lub preparatem do mycia wanien. Przekonywała mnie, że dzisiejszą Rosję lepiej opisuje psychodeliczny Dostojewski ze swoim Idiotą niż epicki Tołstoj. Obydwaj piszą o rosyjskim podlewanym wódką smutku, ale piszą o nim zupełnie inaczej. Uważała, że Dostojewski popełniałby dzisiaj samobójstwo każdego dnia, a Tołstoja, gdyby był współczesnym pisarzem, nikt by nie czytał.

W grudniu 2008 roku przyleciałem do Moskwy kolejny raz. Wypatrywałem Marii na lotnisku. Nie czekała na mnie. Nie mogła. W maju, jadąc ulicami Moskwy nadmiernie rozpędzonym motocyklem z mężczyzną, którego nie kochała, ale od którego nie mogła się uwolnić, aby go nie zranić, zginęła w wypadku.

Wie pan, że Masza pisała wiersze? O panu także pisała. I przechowywała pana fotografie – wyrwała mnie z zamyślenia kobieta. Ona pisała bardzo smutne wiersze. Masza bardzo współczuła. Wszystkim i wszystkiemu. Nawet rybom. Pamiętam, że gdy mieszkaliśmy we Władywostoku, mój mąż często zabierał ją na ryby. Gdy ojciec nie widział, Maszeńka wybierała mu złowione ryby z wiadra i wpuszczała do przerębla. Jej ojciec nigdy nie był na tym cmentarzu. To słaby człowiek. Wydaje mu się, że jak nie zobaczy grobu, to może Masza zadzwoni kiedyś do drzwi. Nie rozmawiam z nim o Maszy. Nie wolno mi. Zostawił mnie z tym bólem zupełnie samą. On uważa, że rodzicom nie wolno żyć dłużej niż dzieciom. On sam nigdy nie mówi o Maszy w czasie przeszłym. Mój mąż to głupi człowiek, chociaż jest profesorem uniwersytetu. Pan tak dużo pisze o śmierci. Czy pan ma jakieś rosyjskie korzenie? Tak dużo. Za dużo. I o Bogu. I pisze pan o tym, że Bóg uparcie milczy. Myśli pan, że Bóg ma jakiś powód, aby milczeć? Masza przecież nic złego mu nie zrobiła. Nic złego. Ja przestałam chodzić do cerkwi. Nie mogę mu tego wybaczyć. Jeszcze nie teraz. Wie pan, że Maszeńka uczyła się dla pana polskiego? Nie chciała pana zapomnieć. Nie trzeba płakać, pan Janusz, nie trzeba...

NIEODPARTE PRAGNIENIE BLISKOŚCI

Gdy mnie pytają, odpowiadam, że pomagam ludziom się zakochać. Chyba tak najlepiej nazywa się to, co robię. Chociaż ostatnio nie jestem już tego taka pewna. Z zawodu jestem tłumaczką. Po studiach na uniwersytecie w Sankt Petersburgu i doktoracie z anglistyki w Jekaterynburgu. Pracuję w biurze matrymonialnym w Nowogrodzie Wielkim. To nieduże miasto, bardzo niedaleko Petersburga, tylko niespełna dwieście kilometrów autostradą...

Moja praca polega na tłumaczeniu listów z rosyjskiego na angielski lub odwrotnie. Bardzo często takich z najbardziej intymnymi szczegółami. Ostatnio jednak nie tłumaczę żadnych listów. Tworzę je sama od początku do końca, bo kobiety, które do nas przychodzą, wcale nie są zainteresowane uczuciami. Chcą tylko jednego: wyjść za mąż i wyjechać stąd jak najdalej się da. Ale tego nie można przecież napisać wprost. Sam pan rozumie. Musi być przynajmniej jakieś małe, sentymentalne kłamstwo, na przykład o „nieodpartym pragnieniu bliskości i wszechobecnej samotności”. Mówię i o tym. Wtedy one opowiadają mi swoje historie, a potem ja sama muszę czuć zamiast nich. I odpowiednio, włączając zgrabnie to kłamstwo, opisać. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, abym nie czuła tego, co te kobiety. Pisząc pierwszy list w imieniu takich kobiet, zaczynam żyć ich życiem. Mój szef twierdzi, że mam zbyt „piękne serce”, za które daje mi najwyższe premie. Ale ja, proszę mi wierzyć, nie robię tego wcale dla premii. Nie dla premii przybieram ich imiona, wplatam się w ich pokręcone biografie, jestem córką ich rodziców, siostrą ich braci, a także właścicielką ich półnagich piersi lub odsłoniętych nóg z fotografii, załączonych do listów. Niekiedy jestem również matką dziecka, które im się „przydarzyło”. Albo w małżeństwie, które mają „szczęśliwie poza sobą”, albo ot tak, „po drodze, z nie uwagi”. Dziecka nigdy nie przemilczają. To jest reguła. Głównie jednak opowiadam o ich wyimaginowanych pragnieniach, których one nie mają, albo jeśli mają, to nie chcą lub nie potrafią mi o nich opowiedzieć. Niektóre z nich wcale nie chcą czytać tego, co w ich imieniu napisałam. Chcą jedynie przyjść któregoś dnia do mojego biura i dowiedzieć się, że „on się w końcu zdecydował i przylatuje do Sankt Petersburga lub Moskwy”. Wtedy wybiegają z mojego biura, przerażone swoim szczęściem, zaczynają drastyczne głodówki, aby schudnąć w ciągu kilku dni lub tygodni, które pozostały do spotkania, kupują w księgarniach rozmówki lub podręczniki do angielskiego, zaczynają oszczędzać pieniądze na fryzjera, kosmetyczkę, a ostatnio także na operacje plastyczne.

Nie dociera do nich, chociaż staram się im to wytłumaczyć, że takie pierwsze spotkanie to wcale nie jest nawet zapowiedź obietnicy. Często ci mężczyźni, szczególnie starsi, tacy w pana wieku, przylatują tylko po to, aby spędzić w Moskwie lub Sankt Petersburgu weekend, urozmaicony prawie pewnym seksem z młodą dziewczyną. Potem zostawiają jej ogromną nadzieję, jakiś drobny prezent i odlatują. Na zawsze. Najczęściej robią tak Hiszpanie, Włosi i Niemcy. Wiem o tym, ponieważ najczęściej to od nich nie nadchodzą już kolejne listy do tłumaczenia. Za to listy po takich spotkaniach najczęściej przychodzą od Japończyków, Szwajcarów i... Polaków. Od Japończyków najczęściej.

Ma pan rację. To prawda, że te kobiety są bardzo naiwne. Ale one są naiwne z desperacji. Pan jak dotychczas nie widział prawdziwej Rosji. Ona zaczyna się mniej więcej dwadzieścia kilometrów za linią, gdzie mieszkańcy Sankt Petersburga lub Moskwy postawili swoje dacze. Tam pan nigdy nie był, prawda? W prawdziwej Rosji jest mało nadziei na miłość i życie, które pan opisuje w swoich książkach. Jest za to dużo wódki, dni bliźniaczo podobnych do siebie, braku sensu i perspektywy na jakąkolwiek zmianę. Te kobiety mają tylko swoją młodość, swoją urodę i swoje marzenia zapożyczone od bohaterek seriali w telewizji. Nie. Wycofuję to. One wcale nie są naiwne. One liczą na zrządzenie losu i są zdeterminowane. Jeśli mężczyzna na zdjęciu załączonym do listu ma dwie nogi i dwie ręce, to co więcej trzeba? Widział pan kiedyś zezowatego Japończyka powyżej sześćdziesiątki? Ja widziałam...

Chciałabym umieć pisać książki. Tak jak pan. Aby podzielić się ze światem tymi wszystkimi opowieściami, które kłębią się w mojej głowie. Wie pan, ludzka pamięć jest dziwacznym zjawiskiem. Uparcie przechowuje na zawsze rzeczy, o których chciałoby się natychmiast zapomnieć. Ale ja nie potrafię niczego zapomnieć. I na dodatek mam to zbyt „piękne serce”. Wyrzuciłabym wtedy z siebie na przykład historię Larysy, która jest teraz prostytutką w Moskwie. Pojechała tam na spotkanie z pewnym Włochem, który oprócz listów przysyłał jej także regularnie bukiety kwiatów przez światową sieć kwiaciarni Fleurop. To był dla niego wydatek rzędu kilkudziesięciu euro. Tyle co nic. Gdy samochód ze świeżymi kwiatami, także zimą, pojawiał się pod blokiem Larysy, sąsiedzi opowiadali o tym przez dwa tygodnie. Do następnej dostawy. Potem znowu opowiadali. W Moskwie podczas pierwszego spotkania z Włochem zaszła w ciążę. Larysa jest prześliczną Ormianką. Mieszkała z dziadkami, rodzicami i czterema braćmi, z których dwóch ma żony, w mieszkaniu z dwoma pokojami i kuchnią. Gdy brzuch Larysy się zaokrąglił, a samochody z kwiatami przestały przyjeżdżać, bracia ogłosili w bloku, że Larysa już nie jest ich siostrą. W ich przekonaniu i z punktu widzenia ich religii nie mieli innego wyboru.

 

Czasami Larysa dzwoni do mnie z Moskwy. Pyta nieśmiało o Włocha. Staram się wtedy kłamać, że „może on potrzebuje czasu i może wkrótce napisze”. Chociaż wiem, że nie napisze. Wszystkie wysyłane do niego listy wracają z adnotacją „adresat nieznany”. Nie chcę zabijać jej nadziei. Nie mam do tego prawa. Może jednak napisze...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?