Nazwijmy to miłośćTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I. ZWIERZENIA NAJINTYMNIEJSZE

Seks z widokiem na morze

Pomieszanie zmysłów

O czwartej nad ranem…

Nazwijmy to miłość…

Różnobarwność tęczówki

Przyjaciółka macocha

Zagubienia

Kochanka

CZĘŚĆ II. MIŁOŚĆ MOLEKULARNA

Inteligencja z sierocińca

Zemsta strumienia

Miłość molekularna jest…

Botoks. Krótka historia pewnej trucizny

Wirus SIV

Od pierwszego pocałunku…

Wesoła nowina…

Zabawa w Boga?

Sześć stopni oddalenia

Uważność

CZĘŚĆ III. FILOZOFIA POŻEGNAŃ

Atrament

O końcu miłości

Listopadowy deszcz

30 metrów…

Szuflada

CZĘŚĆ IV. BLISCY NIEZNAJOMI

O powodach stawania się nikim

Algorytm rozpaczy

Podwójne dno

30

Jak brat z siostrą

Faza zrozumienia

Przypisy

Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Redakcja: JULITA CISOWSKA

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, BARBARA TURNAU, MAŁGORZATA WÓJCIK

Projekt okładki: PAWEŁ PANCZAKIEWICZ

Zdjęcie na okładce: © Des Panteva / Trevillion Images

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Janusz Leon Wiśniewski

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07174-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

SEKS Z WIDOKIEM NA MORZE

Na początku czerwca Karina skończy trzydzieści osiem lat. Swojego męża, Markusa, zna od dziewięciu. Pobrali się po niecałym roku bardzo burzliwej, pełnej zawirowań znajomości. Oboje na pełnej zakrętów drodze do siebie musieli pokonywać wiele przeszkód, które stawiał im od początku przeciwny tej miłości świat.

Karina rozstała się dla niego po wielu latach związku ze swoim chłopakiem, miłością jeszcze z czasów ogólniaka. Ta relacja i tak już pod koniec umierała, a ona trwała w niej, ponieważ nie potrafiła zdobyć się na odwagę, aby uśmiercić ją ostatecznie. Nie chciała spędzać życia z intelektualnym troglodytą, bez pasji, bez marzeń. I bez namiętności, która wypaliła się gdzieś po drodze. Kiedy w końcu zdecydowała się na ostateczne zakończenie tego związku, natychmiast stała się obiektem niesłychanego emocjonalnego szantażu, włącznie z symulowaniem próby samobójczej przez jej byłego chłopaka.

Markus z kolei, aby być z nią, odszedł od swojej żony, przechodząc po drodze przez prawdziwą przedrozwodową gehennę. Łącznie z pisaniem przez porzuconą żonę oszczerczych anonimów do dyrektora firmy, w której Markus dopiero co rozpoczął pracę. W jednym z nich uprzejmie doniosła, że doktor Markus W. po godzinach pracy regularnie sprowadza do biura prostytutkę, niejaką Karinę M. Pije z nią alkohol, ogląda pornografię na służbowym komputerze oraz uprawia z nią na podłodze wyuzdany seks, o czym najlepiej wie przekupiona przez doktora W. sprzątaczka.

O krawędź prawdy w tym anonimie ocierał się jedynie seks. Wówczas jeszcze wcale nie wyuzdany. Raczej nieśmiały, subtelny, pełen niepewności z jej strony, ale iskrzący swoją tajemniczą świeżością. Daleko od jakiegokolwiek biura, w małym pokoju na poddaszu hoteliku na przedmieściach Frankfurtu, do którego wyprowadził się Markus.

Karina pamięta ten hotel podobnie jak wszystkie inne, w których bywali razem w ciągu ostatnich dziewięciu lat. Że pamięta ten pierwszy, to oczywiste, ale że pozostałe już raczej mniej? Ostatnio coraz częściej o tym myśli. O nudzie w ich domowej sypialni, o swoich niezaspokojonych pragnieniach i o powtórkach kilkunastu minut tego samego ceremoniału, który odbył się tydzień, dwa tygodnie temu. A może to były trzy tygodnie?… Dokładnie według tego samego scenariusza. Krótko, rutynowo, jak gdyby z obowiązku. On rozładowuje swoje napięcie i chwilę potem zasypia, podczas gdy ona dopiero zaczyna swoje napięcie odczuwać. Rozumie wprawdzie, iż to już ponad osiem lat ich małżeństwa, nie oczekuje, że każdej nocy będzie miała w łóżku płomienie, ale nie tak sobie to wyobrażała. Zupełnie nie tak. Bo to przecież dopiero osiem lat, a ona go kocha i pragnie. Teraz, kiedy jej seksualność dojrzała, o wiele bardziej.

Markus, pełen wyobraźni, zmysłowy, wyrafinowany kochanek, jakiego pamiętała z początków ich małżeństwa, zaczął bywać takim incydentalnie. Zauważyła, że wyłącznie w hotelach. Niekoniecznie tych z ogromnymi łożami przykrytymi wymyślnie grubo tkanymi, drapiącymi pośladki lub twarz narzutami. Markus kochał się z nią w hotelach chętniej. Po pierwsze i najważniejsze – tego chciał, po drugie – pożądliwiej, dłużej, żarliwiej, inaczej, o każdej porze dnia. Zdarzało się nawet, że spełniał jej fantazje. Jak na przykład tę, kiedy stoi rozdygotana od pożądania, naga, odwrócona plecami do niego, oparta o ścianę, przykuta do niej jego dłońmi. W hotelu na Maderze podczas ich kilkudniowego wiosennego urlopu ta ściana była z grubego szkła. Od podłogi do sufitu. Kiedy rytmicznie przygniatana do tej szyby unosiła głowę i otwierała oczy, przez krótką chwilę widziała pieniący się od fal ocean…

O tym, że w hotelach ludzie kochają się inaczej, wie nie tylko Karina. Pobyt w hotelu to naturalne oderwanie się od powtarzalnej codzienności. Obce miejsce, inna łazienka, więcej czasu, inny widok za oknem, nowe zapachy, a także to, co w każdym hotelowym pokoju naczelne i trudne do przeoczenia: łóżko. Nie kanapa przed telewizorem, nie blat kuchni, nie biurko z komputerem. Łóżko. Wszystko to w jakiś tajemniczy sposób podnieca. Zachęca do przygód. Także seksualnych.

Internetowa platforma Hotel Tonight zajmująca się rezerwacją pobytów w hotelach całego świata przeprowadziła ostatnio (2016) interesującą ankietę. Zapytała w niej swoich użytkowników między innymi, czy w hotelach są „bardziej skłonni do przygód”, czy „ich seks w hotelu trwa dłużej”, czy w hotelach „ich seks jest częstszy” oraz „czy w hotelu są lepszymi kochankami”. Odpowiedzi różniły się zależnie od narodowości pytanych. Niemcy przyznali, że ich seks w hotelu trwa dłużej (34 procent mężczyzn) niż w domowej sypialni. Niemieckie kobiety były – w kontekście owej długości – bardziej realistyczne. Potwierdziło to jedynie 19 procent ankietowanych. Jeśli chodzi o częstotliwość aktów seksualnych, zarówno kobiety, jak i mężczyźni byli zgodni. W hotelach Niemcy mają 2,1 razy częściej seks (w przeliczeniu na 24 godziny) niż w domu. Ponadto 2/3 niemieckich mężczyzn i kobiet (jednogłośnie!) uznało, że w hotelach są lepszymi kochankami.

Karina nie rezerwuje hoteli na tej platformie. Nigdy o niej nie słyszała. To Markus wybiera ich hotele. Zna się na tym. Prawie co drugi weekend mieszka w jakimś. Ostatnio zastanawiała się nad tym, czy nocuje w nich sam…

POMIESZANIE ZMYSŁÓW

Siedzi zgarbiony, opierając łokcie na blacie kawiarnianego stolika. Kiedy tylko przerywa swoją opowieść, natychmiast opuszcza głowę i splata dłonie jak do modlitwy. Długo milczy, nerwowo zagryzając spierzchnięte wargi i podejrzliwie rozglądając się wokół.

Ma na imię Krystian. Niski, krępy, o dużych niebieskich oczach, które cały czas wydają się załzawione i błyszczą. Ma około czterdziestu lat. W roboczej flanelowej, kraciastej koszuli i drelichowych spodniach nie pasuje do luksusowego wystroju wnętrza kawiarni. W pewnej chwili sięga po filiżankę z kawą i mówi przyciszonym głosem:

 

To nie tak, jak gadają, że u nas zawsze piekło. Momentami jest taka, jaką ją znałem. Przedwczoraj w nocy siedzieliśmy przy stole w kuchni. Dzieciaki spały. Wracając z pracy, kupiłem w Lidlu wino. Ja się na winach nie znam, więc dla pewności kupiłem najdroższe. Chciałem, żeby była zadowolona, bo ona lubi wino. Obok niej siedziałem. Bardzo blisko, prawie przytulony. Jak kiedyś, jeszcze w narzeczeństwie. I wspominaliśmy. Ona ryczała, ja ryczałem, i kiedy patrzyłem na naszego wilczura leżącego na podłodze przy lodówce, to wydawało mi się, że i on płacze. Kiedy tylko nie rozmawiamy o tym, co dzisiaj, to jakby to dzisiaj nigdy nie istniało. Ale przecież ono jest.

Rano zostawiła dzieciaki bez śniadania, znikła na cały dzień i do wieczora nie odbierała telefonów. Każdego dnia to „dzisiaj” jest gorsze. A może wcale nie? Może tylko ja nie potrafię tego ogarnąć? Niech mi pan to, do jasnej cholery, wyjaśni. Gadają, że pan się na tym zna. Nie wiem, jak mam to pojąć i nie dostać pomieszania zmysłów.

Milknie na chwilę, duszkiem wypija kawę z filiżanki i sięga do kieszeni po brzęczący telefon. Wychodzi z kawiarni. Kiedy wraca, starając się ukryć zdenerwowanie, mówi:

To nieprawda, że nie chcę o nią walczyć. Chcę! Tylko nie wiem jak. Gdyby odbierał mi ją jakiś facet, to wiedziałbym, co robić. Mordę bym sprał albo podkuliłbym pod siebie ogon i dałbym jej rozwód, a potem krzyżyk na drogę. Obojętnie, jak bardzo by to bolało. Ale jak walczyć z jakąś lesbą?! Mówi pan, że widocznie przeoczyłem ważny moment, nie zauważyłem sygnału. Dzisiaj wiem, że niejeden przegapiłem, ale wtedy nie mieściło mi się to w pale. Myślałem, że o takich rzeczach to tylko na Facebooku piszą albo wymyślili je do jakiegoś głupkowatego serialu, albo dzieją się u najaranych zboczuchów w Warszawce. A tymczasem to się wydarzało w mojej małej mieścinie, kilkaset metrów od kościoła, w którym braliśmy ślub i chrzciliśmy nasze dzieciaki. Dwa lata temu chyba najbardziej się zagapiłem. Zaprosiła do nas swoją przyjaciółkę Marlenę. Bo niby ją z mieszkania eksmitowali. Miała u nas przeczekać nie dłużej niż tydzień, nim coś sobie znajdzie. Ja tam generalnie ludziom pomagam, ale kiedy z tygodnia zrobiły się dwa miesiące, a ona rozgościła się jak u siebie, to zaczęło mnie to powoli uwierać. Pewnego dnia rano zawróciłem z drogi do pracy, bo telefonu zapomniałem. Kiedy wszedłem do sypialni, zastałem je w naszym łóżku. Obie nagie. Wieczorem dowiedziałem się, że Marlenie na kanapie w salonie było zimno, więc przyszła się do niej ogrzać. Uwierzyłem, chociaż dwa lata temu, może pan pamięta, był wyjątkowo upalny sierpień. Nie potrafiłem wtedy uwierzyć w nic innego. Ale teraz jest o dwa lata później. Kiedy zaczęła zaniedbywać dzieci i znikać, wierzyłem, że potrzebuje czasu dla siebie i swoich przyjaciółek. Tak mi opowiadała, kiedy robiłem jej awantury. Dwa tygodnie temu dostałem od kogoś życzliwego esemesa, że dzieciaki są w domu same, a ona jest z jedną z tych przyjaciółek w hotelu w miasteczku obok. Życzliwy, albo raczej życzliwa, wiedziała nawet, w którym pokoju. Nie zamknęły zresztą drzwi…

Wieczorem powiedziała mi, że ona ją kocha. Walnęło mi mocno po mózgu, godności i męskim honorze. Nawet nie pamiętam, kiedy ją popchnąłem. To musiało być wtedy, kiedy zaczęła mnie gryźć. Zadzwoniła po policję, przywołała swoją matkę, zwołała sąsiadki. Cała wieś miała swój odcinek serialu na żywo. Najgorsze, że dzieciaki to wszystko widziały i słyszały. Na dodatek za kilka dni, we wrześniu rozpocznie się szkoła i dam sobie rękę uciąć, iż usłyszą, że ich mama to lesba, a ojciec chciał ją zamordować. Już teraz cała wieś nas grilluje ze wszystkich stron.

Te pana mądrości o tym, że kobiety mają często jakieś epizody z innymi kobietami, wcale mnie nie pocieszają. Niech sobie mają. Moim zdaniem może być to nawet więcej niż sześćdziesiąt procent. Moja żona też miała. Bo co to było z tą Marleną dwa lata temu? Ale tym razem to nie jest przecież żaden epizod. Ona chce tę swoją miłość do lesby oprawić w ramki i powiesić na moim życiorysie. Mamy sobie mieszkać w domu, który ja zbudowałem. Mam harować od rana do nocy, aby spłacać kredyt. Mam zasilać konto, aby rachunki nie wisiały i aby bankomat nie odmawiał wypłat. Mamy razem w niedzielę rano do kościoła chodzić. Ma być, jak było, a ona tymczasem się postara odnaleźć to, co nas kiedyś połączyło. Dokładnie tak to nazwała. A jeśli chodzi o dzieciaki, na razie i tak się nie połapią, bo to będzie dla nich tylko jakaś ciocia Joasia, którą mama lubi.

Ta pana rada, aby to przeczekać, to bzdura.

O CZWARTEJ NAD RANEM…

Wiem, że pan lubi takie historie – mówi w pewnej chwili i sięga po papierosa. – Chodzą słuchy, że je pan kolekcjonuje. Wcale nie wiem, czy moja będzie inna niż dziesiątki tych, których już pan wysłuchał. To, co mi się ostatnio przydarza, zaczyna stawać się normą. Mimo to opowiem ją panu…

Ma na imię Marlena. Zielone oczy, burza kręconych rudych włosów opadających na ramiona. Lekko opalona po lecie twarz, nakrapiana piegami, szczególnie na małym, lekko zadartym nosie. Atrakcyjna trzydziestokilkulatka. Do Frankfurtu na studia przyjechała z Luksemburga. I została. Siedzimy na tarasie restauracji w centrum miasta. Marlena sięga po kieliszek z winem.

Trzy wieczory temu – mówi niskim, trochę ochrypłym głosem – za pół godziny miał przyjść Patryk. To mój przyjaciel. Znamy się od trzech lat. Za pół godziny, a ja ciągle nie wiem, czy powinnam zacząć golić nogi, czy naprawiać trzeszczące łóżko. I jedno, i drugie mogło być ważne tego wieczoru. Umówiliśmy się na kilka drinków. To przyjaciel. Czasami z tych drinków zrobi się coś więcej, bez żadnego planu, bez uzgodnienia. I tylko niekiedy, nie zawsze. Amerykanie nazywają to „friends with benefits”, ja jako „przyjaźń z bonusem”. Właśnie – z niepewnym bonusem. Bez skonkretyzowanych wymagań, tego w kontrakcie nie ma. I to jest w tym chyba najbardziej podniecające. Nigdy się nie wie, czym takie spotkanie się skończy. Zupełnie inaczej, niż gdy na Tinderze umawiasz się na randkę. Czy będzie podczas tego wieczoru rutynowe „przytulanie”, czy skończy się ona wspólną nocą. Obie opcje mają swój specyficzny urok. Ale powiem panu, że i tak najbardziej kręci ta niepewność. Zdecydowałam się jednak sięgnąć po śrubokręt. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek kilka zbyt długich włosków na nogach pozbawiło mnie orgazmu. A przy trzeszczącym łóżku to się, owszem, zdarzało…

Po półgodzinie materac leży na łóżku, po którym skaczę, aby upewnić się, że nie trzeszczy, na stole stoją drewniane deski z zamówionym sushi, a obok ogromna miska sałatki z rukoli pokropionej mieszanką oliwy z oliwek i octu winnego. Patryk pojawia się przy drzwiach. To Niemiec. On jest niestety punktualny. Mieliśmy w zasadzie pójść do baru na te drinki. Pijemy jednak u mnie. Słuchamy winylowych płyt. Bowie, Elvis, Grönemayer. Dwa drinki później Patryk kładzie na płycie gramofonu Sinatrę. I kładzie się obok mnie na sofie. Robi się romantycznie. Czuję w tym momencie, że robi się także zbyt intymnie, a ja zaczynam tęsknić za bezpieczeństwem, którego pragnę, ale nie mam. Uważaj, mała, myślę sobie, uważaj. Dokładnie wiem, że on przecież znowu odejdzie. Jeszcze tej nocy. Tak około czwartej nad ranem, jak go znam. Bo odejść musi. Ma przecież jeszcze jedno, inne życie. Z inną kobietą. O niej prawie nigdy nie rozmawiamy. I to także jest normalne. Często kobiety i mężczyźni, tak od około trzydziedziestu pięciu plus, mają jeszcze jedno życie. I mają zawsze na to jakieś zgrabne wytłumaczenie. Trwają w tym drugim życiu, bo dzieci, obietnice, hipoteki. Sama takie miałam, ale któregoś ranka w łazience spojrzałam na siebie w lustrze i odechciało mi się dalej znajdować na to wytłumaczenia. W moim życiu singielki czuję się wolna. To piękne uczucie, ale zarazem niekiedy dociera do mnie, że ta wolność niszczy mi nadzieję na nieskomplikowane, wspólne życie z mężczyznami. Z tymi, co ciągle mają to swoje „ale”. Tak jednak wolę. Niech pan sobie wyobrazi, że nie mam przy tym wyrzutów sumienia. Naturalnie myślę czasami o tych zdradzanych kobietach. Ale to nie ja zdradzam. I to bardzo mnie uspokaja. Co wcale nie znaczy, że w oczach tych kobiet usprawiedliwia. Poszukuję swojego szczęścia. Mam do tego prawo. Tamtego wieczoru z Patrykiem, na tym naprawionym łóżku, było to proste. Gramofon ucichł. Kładę laptop pomiędzy nami, słuchamy Bon Jovi na YouTubie, tego kawałka, przy którym kiedyś tańczyliśmy. On patrzy mi w oczy, ja odstawiam na nocny stolik kieliszek z winem, on odsuwa laptop na skraj łóżka i mnie całuje.

Jest w tym momencie pierwszego takiego pocałunku mnóstwo absurdu. Przyjaźń zostaje na chwilę odsunięta na bok. Z przyjaciela ktoś staje się kochankiem. Czuję wszystko inaczej. Jak gdyby to on stał się mężczyzną mojego życia, jak gdybym znowu była pierwszy raz zakochana. A potem, po kilkunastu minutach to mija. Leżymy obok siebie w milczeniu. Patryk nachyla się nad laptopem i włącza muzykę. I słuchamy, pewnie nic nie słysząc. A ja wtedy wiem, że on za chwilę wstanie i cicho wyszepcze: „Muszę iść, Marli”. Zawsze tak mówi. Ja wtedy ściskam jego dłoń i dodaję mu tym chyba otuchy. Bo wcale nie wiem, czy on naprawdę chce, czy musi iść. A potem on szuka swoich okularów na podłodze, ubiera się i z kochanków znowu stajemy się przyjaciółmi. Palimy papierosa na balkonie i odprowadzam go do drzwi.

Tylko przez kilka minut czuję się jak sponiewierana samica. Potem to mija. Nie potrafię sobie wyobrazić, że Patryk każdej nocy mógłby spać w moim łóżku. Dlatego wcale nie jest mi smutno, że rano nie mam od niego żadnego esemesa. Wiem, że napisze za dwa tygodnie. Może za dwa miesiące. I wtedy znowu posłuchamy kilku płyt…

NAZWIJMY TO MIŁOŚĆ…

Jak pan myśli, co można z tą wiedzą zrobić?! – pyta nagle wzburzonym głosem i nie czekając na odpowiedź, wyrzuca z siebie: – Ano nic, proszę pana. Zupełnie nic. Pytałem prawnika. Jednego, drugiego, a potem dla pewności i trzeciego. Wszyscy trzej byli zgodni w swojej ocenie. Nie ma dowodów, a na dodatek łatwo przy okazji zdyskredytować dorosłą, ubezwłasnowolnioną osobę. Niepełnosprawną i do tego niekomunikującą się w sposób tradycyjny. Nawet jeśli, dajmy na to, dojdzie do procesu i mu jakiś sędzia uwierzy, to i tak nie uwzględni tej swojej wiary jako argumentu. Doskonale przecież wie, że nawet początkujący adwokat strąci to jak pyłek ze swojej marynarki. Ponieważ w tym wypadku domniemana ofiara przestępstwa, cokolwiek zezna, jest niewiarygodna z definicji. Bo nasz Filip to wprawdzie dorosły mężczyzna, tyle że o umyśle sześciolatka i na dodatek z wadami wymowy.

Milknie i sięga po szklankę z wodą. Mocne kościste dłonie, muskularne ręce. Niewyglądający na swój wiek sześćdziesięciolatek. Z zawodu jest psychologiem. Pracuje jako psychoterapeuta w małym miasteczku niedaleko Rzeszowa. W wolnym czasie, z wieloma innymi „nawiedzonymi”, jak to nazywa, „pomaga tym, którym od początku, nie z ich winy, się w życiu nie udało”. Po chwili kontynuuje:

Filip jest osobą niepełnosprawną. Wszyscy go dobrze znamy. Opiekujemy się nim, wspieramy, czasami ganimy. Jest „dzielny w swym wysiłku”. Karcony i ganiony, jak mantrę wypowiada wyuczone słowa przysięgi sportowca niepełnosprawnego: „Pragnę zwyciężyć, lecz jeśli nie będę mógł zwyciężyć, niech będę dzielny w swym wysiłku”. Trudno wtedy, przyzna pan, się na niego gniewać.

Filip jest osobą homoseksualną. Byłem kiedyś świadkiem jego homoseksualnego seksu, w którym był stroną pasywną. Zareagowałem typowo. Jako opiekun-wychowawca nie miałem satysfakcji, gdy wyrażali skruchę wraz ze swoim partnerem. Jak zbite psiaki, które coś tam zbroiły. Filip jest również osobą bogobojną. Nawet służy do mszy i chętnie bierze udział w obrządkach kościelnych. Jak każdy z nas potrzebuje bliskości. To śmieszne, ale aby uniknąć kłopotów, będąc z nim na wyjazdach poza domem, zakładamy mu pampersa, bynajmniej nie dlatego, że się moczy. Już nie pamiętam, czyj to był pomysł. Mamy Filipa czy nasz, opiekunów. Niestety niekiedy jest krzywdzony przez chłopaków gdzieś w parku, wykorzystywany, bo gej i do tego wariat.

Filip niekiedy znika. Chociaż wiemy, po co znika, jego mama wtedy rozpacza, a my się martwimy. Ostatnio wraca niepobity, zadowolony. Mama dzwoni i pyta, czy nie widzieliśmy go gdzieś na mieście, bo nie ma go w domu już od dobrych kilku godzin. Wrócił około północy. Oddzwania, że wszystko w porządku, że go obejrzała i że go nie skrzywdzono. Mówię znajomej: wsadźmy go do auta i niech ci pokaże, gdzie był.

Filip prowadzi zdecydowanie i pewnie. Do miejsca schadzki. Mamy jego zaufanie. Od czasu do czasu kładzie wskazujący palec na ustach, aby się upewnić, że go nie wydamy. Potwierdza moje podejrzenia. Wskazuje plebanię. Pokazujemy mu zdjęcia z naszych spotkań z duszpasterzami. Zdecydowanie pokazuje jednego. Jest przy tym uśmiechnięty i zadowolony. Ponieważ nie mówi, uważnie oglądamy jego opowieść dłońmi. Pokazuje, gdzie był całowany. Na końcu swojej opowieści zwija palce w kształt pięciu złotych. Tyle dostał. Znamy wszystkie szczegóły tego spotkania.

 

Odświeżam w pamięci wizytę tego księdza w naszej placówce parę lat wstecz. Jest lubiany w środowisku niepełnosprawnych. Razem ze swoim kolegą zakonnikiem organizują wyjazdy. Często bardzo popularne. Głównie dlatego, że są bardzo tanie, dotowane przez jakieś parafie. Ponieważ Filip ma być uczestnikiem jednego z takich wyjazdów, koleżanka ostrzega lojalnie księdza, że Filip „lubi chłopców”. Sami mu go wystawiliśmy! Jest idealnym kochankiem, lubi seks z chłopakami, ma zgrabny tyłek, nie powie, bo nie mówi. My jednak znamy jego mowę. Ufamy mu i on ufa nam. Co zrobić z tą wiedzą? Sąd nie pomoże. To już przecież wiemy. Czyli sprawa obyczajowa. TVN pewnie kupiłby ten materiał. Tym się jednak za bardzo brzydzę.

Trochę to naiwne i głupie, ale mam też inne przemyślenia. Wyobraźcie sobie, moi bliźni katolicy, że historia dzieje się w waszym mieście, w waszej parafii. Dotyczy księdza, któremu wyjawiacie swoje najintymniejsze tajemnice. Swoimi dłońmi, tymi samymi dłońmi, podaje wam komunijny opłatek. Kiedy zrobię raban, on się spłoszy. Może go przeniosą. Może później zainteresuje się waszymi synami, których wysyłacie „w ministranty”. Tymczasem Filipa znowu pobiją w parku i na pewno nie dadzą mu ani odrobiny czułości, ani pięciu złotych. Tych pięciu złotych, które wrzuciliście na niedzielnej mszy z „Bóg zapłać” w podzięce.

Pomimo że mam z racji wychowania szacunek dla sutanny, wyobrażam sobie taki finał tej sprawy. Spotykam faceta gdziekolwiek, biorę go „na stronę” i mówię mu prosto w twarz: „Dbaj o niego. Jeśli go skrzywdzisz, będzie mu smutno lub będzie niezadowolony, my powiemy całemu światu o waszej, nazwijmy to, miłości…”.