Król Maciuś Pierwszy

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Król Maciuś Pierwszy
Król Maciuś Pierwszy
Audiobook
Czyta Robert Michalak
24,99 
Szczegóły
Audio
Król Maciuś Pierwszy
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
27,95 
Szczegóły
Król Maciuś Pierwszy
Król Maciuś Pierwszy
E-book
18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Felek nie mógł być długo, bo miał jakieś ważne interesy na mieście, przyszedł tylko pożyczyć trochę pieniędzy – niewiele: tylko na tramwaj i może na papieros76 i czekoladę.

– Ależ bardzo chętnie. Masz, Felku.

I Maciuś znów został sam.

Mistrz ceremonii jakoś go unikał, guwerner gdzieś się schował, a lokaje przesuwali się cicho, jak cienie.

I nagle Maciusiowi przyszło na myśl, czy oni wszyscy nie uważają go czasem za tyrana.

I strach go ogarnął.

To byłoby przecież okropne. Maciuś był prawnukiem Henryka Porywczego, który ludzi zabijał jak wrony.

Co tu robić, co robić?

Żeby choć Felek znów przyszedł albo kto.

I cicho wszedł do pokoju stary doktór77 Maciusia. Ucieszył się Maciuś szczerze.

– Mam ważny interes – zaczął doktór nieśmiało. – Boję się jednak, że mi wasza królewska mość odmówi.

– A cóż ja tyran jestem, czy co? – zapytał się Maciuś, uważnie patrząc doktorowi w oczy.

– E, skądby znów tyran. Tylko, że przychodzę w trudnej sprawie.

– Jakiej?

– Chciałem prosić o parę drobnych ulg dla uwięzionych.

– Mów śmiało, doktorze. Na wszystko z góry się zgadzam. Ja się na nich wcale nie gniewam, ja ich wypuszczę z więzienia, tylko muszą mi obiecać, że się za bardzo rozporządzać nie będą.

– O, to prawdziwie królewskie słowa – zawołał uradowany doktór. I śmiało zaczął wyliczać prośby uwięzionych. – Prezes ministrów prosi o poduszkę, materac i pierzynę, bo nie może spać na słomie, bo kości go bolą…

– A ja spałem na ziemi – wtrącił Maciuś.

– Minister zdrowia prosi o szczoteczkę i proszek78 do zębów. Minister handlu prosi o biały chleb, bo nie może jeść czarnego więziennego chleba. Minister oświaty prosi o książkę do czytania. Minister spraw wewnętrznych prosi o proszek, bo ze zmartwienia dostał boleści.

– No, a minister sprawiedliwości?

– On o nic nie prosi, bo wyczytał w 745 tomie praw, że uwięzieni ministrowie dopiero po trzech dniach pobytu w więzieniu mają prawo składać prośby do łaski królewskiej, a oni siedzą dopiero trzy godziny.

Maciuś kazał posłać wszystkim ministrom pościel pałacową, polecił wysłać im zaraz królewski obiad i wieczorem kolację z winem. A ministra sprawiedliwości pod strażą kazał sprowadzić do siebie.

Kiedy przyszedł minister sprawiedliwości, Maciuś kazał mu uprzejmie usiąść na krześle i zapytał:

– Czy to będzie zgodne z prawem, jeśli wypuszczę was jutro z kozy?

– Niezupełnie, mości królu, ale dyktatura wojskowa uznaje procedurę przyspieszoną – i jeśli to tak nazwiemy, będzie wszystko formalnie.

– Panie ministrze, a czy jak ja ich wypuszczę, oni mogą mnie wsadzić do kozy?

– Nie mają prawa, choć z drugiej strony tom 949 omawia stronę prawną tak zwanego – zamachu stanu.

– Nie rozumiem – przyznał król Maciuś. – Ile trzeba czasu, aby to wszystko zrozumieć?

– Chyba z pięćdziesiąt lat – odpowiedział minister.

Maciuś westchnął. Korona zawsze zdawała mu się ciężką, ale teraz tak mu ciężyła, jakby była kulą armatnią.

Ministrom zdjęto kajdany, wprowadzono ich do więziennej jadalni – przybyli też z wolności minister sprawiedliwości i wojny – straż z obnażonymi szablami zajęła swoje miejsca – i zaczęła się narada.

Maciuś ułożył w nocy taki plan:

– Wy będziecie się zajmowali dorosłymi, a ja będę królem dzieci. Jak będę miał dwanaście lat, będę rządził dziećmi do lat dwunastu, jak będę miał piętnaście lat, to – do piętnastu. A sam jako król mogę robić, co chcę. A reszta niech będzie po staremu. Ja jestem sam mały i wiem, co jest potrzebne dla malców.

– I my byliśmy mali kiedyś – powiedział prezes ministrów.

– No dobrze, a ile pan ma lat?

– Czterdzieści trzy – powiedział premier.

– A dlaczego pan rządzi tymi, co są starsi od pana? A pan minister kolei jest młody, a kolejami jeżdżą i staruszkowie.

A ministrowie powiedzieli:

– No, prawda.

– Więc cóż pan na to, panie ministrze sprawiedliwości, czy można tak robić?

– W żaden sposób – powiedział minister sprawiedliwości. – Według prawa (tom 1349) dzieci są własnością rodziców. Jest jedna tylko możliwość.

– Jaka? – zapytali wszyscy ciekawie.

– Król Maciuś musi się nazwać: król Maciuś Pierwszy-Reformator (tom 1764, str. 377).

– Co to znaczy?

– To znaczy, że jest królem, który zmienia prawa. Jak król powie: „chcę wydać prawo takie i takie”, to powiem: „nie wolno, bo już jest inne prawo”. A jak król powie: „chcę wprowadzić taką a taką reformę”, powiem: „dobrze”.

Zgodzili się wszyscy. Ale najtrudniej było z Felkiem.

– Nie może być faworytem.

– Dlaczego?

– Bo na to nie pozwala etykieta.

Nie było na posiedzeniu mistrza ceremonii, więc nie mogli dobrze ministrowie wytłomaczyć, co to jest dworska etykieta. Jedno wiedzieli tylko na pewno: że królowie mogą mieć faworytów, ale dopiero po śmierci. Nie znaczy to, żeby król Maciuś miał, Boże broń, umierać, ale ten papier musi być od Felka odebrany za wszelką cenę.

– Tak, to nie jest prawny papier – potwierdził minister sprawiedliwości. – Felek może przychodzić do króla, może być jego serdecznym przyjacielem – tak – ale nie może to być napisane i w dodatku z pieczęcią.

– No dobrze – powiedział Maciuś, żeby ich wyprobować79 – a jeżeli nie ustąpię i zostawię was dalej w więzieniu?

– To zupełnie rzecz inna – uśmiechał się minister sprawiedliwości. – Król wszystko może.

Zdziwił się Maciuś, że o jakieś głupstwo, o jakiś papierek tylu ludzi chce siedzieć w kozie80.

– Mości królu – powiedział minister sprawiedliwości – niech się król nie obrazi – prawo i to przewiduje; jest i o tym wzmianka w 235 tomie. Król może i za życia mianować faworytów, ale musi się nazwać nie reformatorem…

– A jak? – zapytał Maciuś niespokojnie, bo już się trochę zaczął domyślać.

– Musi być królem Tyranem.

Maciuś wstał, straż więzienna niespokojnie podniosła uzbrojone w więzienne szable ręce, nastała wielka cisza. Wszyscy aż zbledli ze strachu, co też król Maciuś powie. Nawet więzienne muchy przestały brzęczeć.

A Maciuś głośno i powoli powiedział:

– Od dziś nazywam się królem Maciusiem Reformatorem. Jesteście panowie wolni.

Stróż więzienny wyniósł zaraz kajdany do komórki, bo nie były potrzebne, straż więzienna schowała szable, a klucznik otworzył ciężkie żelazne drzwi. Ministrowie wesoło zacierali ręce.

– Zaraz, moi panowie. Muszę zrobić jakąś reformę: niech jutro każdy uczeń dostanie w szkole funt81 czekolady.

– Za dużo – powiedział minister zdrowia. – Najwyżej ćwierć funta.

– To niech będzie ćwierć funta.

– W państwie całym mamy pięć milionów uczniów – powiedział minister oświaty. – Jeżeli mają dostać czekoladę łobuzy i leniuchy…

– Wszyscy! – zawołał Maciuś – wszyscy bez wyjątku.

– Taką ilość czekolady mogą przygotować nasze fabryki dopiero w dziewięć dni.

– A koleje mogą ją rozwieźć po całym państwie w tydzień.

– Jak widzi wasza królewska mość, rozkaz może być spełniony dopiero za trzy tygodnie.

– No, trudno – powiedział Maciuś, a w duszy pomyślał sobie: jak to dobrze, że mam doświadczonych pomocników. Bez nich nie wiedziałbym nawet, ile potrzeba czekolady, bez nich nie wiedziałbym, kto ma ją zrobić. Nie przyszło mi do głowy, że trzeba ją przecież porozwozić po całym państwie.

 

Ale głośno Maciuś tego nie mówił. Udawał nawet, że jest trochę niezadowolony. Więc dodał:

– Więc proszę, żeby jutro ogłoszono o tym w gazetach.

– Przepraszam bardzo – powiedział minister sprawiedliwości. – Wszystko to bardzo piękne, ale to nie jest reforma. To jest tylko – królewski dar dla dzieci szkolnych. Gdyby król Maciuś wydał prawo, że każdy uczeń dostawać będzie codziennie na koszt skarbu czekoladę, to co innego. To by było już prawo. A tak – to jest funda82, prezent, niespodzianka.

– No niech będzie funda – zgodził się Maciuś, bo był już zmęczony i bał się, że jeszcze będą gadali.

– Posiedzenie zamknięte. Żegnam panów.

Maciuś pojechał królewskim samochodem do swego pałacu, wpadł prędko do ogrodu, gwizdnął na Felka.

– Widzisz, Felek, teraz jestem już prawdziwym królem. Już wszystko dobrze.

– Waszej królewskiej mości, ale mnie nie bardzo.

– Dlaczego? – zapytał zdziwiony Maciuś.

– Bo mnie ojciec tak sprał za ten papier, że mi szrapnele przed oczami latały.

– Sprał cię, powiadasz? – zdumiał się Maciuś.

– A tak. „Prawo królewskie – powiada – dawać ci fawory, a moje ojcowskie prawo, kundlu jeden, kości ci porachować. W pałacu ty królewski, a w domu ty plutonowski. A ojcowska ręka pewniejsza od królewskiej łaski”.

Maciuś był ostrożny. Już wiedział, że tak od razu nic nie należy robić. W życiu tak, jak na wojnie: jeżeli chcesz zwyciężyć, musisz dobrze się przygotować do ataku. Pospieszył się z tym papierem – i głupstwo palnął. Sobie kłopotu narobił i Felkowi bólu. A teraz wstyd i ujma dla jego królewskiego honoru. Bo jakże: on, król, daje papier, a jakiś plutonowy bije za jego papier królewski.

– Słuchaj Felek, troszkę pospieszyliśmy się. Pamiętasz: ja nawet chciałem trochę zaczekać. Ja ci muszę jedną rzecz wytłomaczyć83.

I opowiedział Maciuś, jak było z tą czekoladą.

– Królowie nie mogą robić wszystkiego, co chcą.

– No tak. Wasza królewska mość…

– Słuchaj, Felek, mów mi dalej po imieniu. Przecież razem wojowaliśmy, przez ciebie z niewoli się wyrwałem.

Rada w radę, postanowili, że na odosobnieniu będą mówili sobie po dawnemu.

– Sztaba84, Waligóra.

– Sztaba, Wyrwidębie.

Teraz lżej już było Maciusiowi odebrać nieszczęsny papier.

– Dam ci za ten papier łyżwy, dwie lanki85, album z markami86, palące szkło87 i magnes.

– A stary znów mnie zbije.

– Prawda, mój Felku, bądź cierpliwy, sam widzisz, że królowie nie mogą też tak od razu. Królowie muszą słuchać się prawa.

– A co to jest?

– Sam jeszcze nie wiem dobrze. To są jakieś książki, czy coś.

– No tak – powiedział smutnie Felek – jak ty jesteś ciągle na posiedzeniach, to się po trochu uczysz wszystkiego, a ja co…

– Nie martw się, mój złoty Felku, zobaczysz, że będzie dobrze. Jeżeli mogę rozdać pięciu milionom dzieci czekoladę, to przecież mogę i dla ciebie dużo dobrego zrobić. Tylko to musi być prawnie zrobione. Ty wcale nie wiesz, jak ja teraz długo wieczorem nie mogę zasnąć w łóżku. Leżę i leżę – i myślę, i myślę. I męczę się, żeby coś takiego zrobić, żeby wszystkim było dobrze. Teraz będzie już łatwiej, bo co ja mogłem wymyślić dla dorosłych? Papierosy im dam – mają pieniądze, to sobie sami kupią. Wódkę dam – no to się popiją – i co będą mieli.

– Ja nie wiem – mówi Felek – ty tak zaraz myślisz o wszystkich. Ja bym sobie tu kazał w parku zrobić huśtawkę, karuzelę z muzyką…

– Widzisz Felek, ty nie jesteś królem, więc tego nie rozumiesz. Dobrze, niech będzie karuzela, ale nie jedna. Zaraz na przyszłym posiedzeniu powiem, żeby we wszystkich szkołach urządzić huśtawki i karuzele z muzyką.

– I kręgielnie. I strzelnice.

– No widzisz…

Jak tylko ministrowie wyszli z więzienia, zaraz poszli do cukierni na kawę ze śmietanką i ciastka z kremem. Chociaż odzyskali wolność, nie było im wesoło. Widzieli, że z Maciusiem nie będzie łatwo.

– Przede wszystkim trzeba będzie pożyczyć pieniędzy.

– Czy nie można wydrukować nowych pieniędzy?

– Teraz nie można, bo już za dużo wydrukowaliśmy podczas wojny. Trzeba trochę poczekać.

– Ba, czekaj tu, kiedy trzeba tyle płacić.

– Więc też mówię, że musimy pożyczyć od zagranicznych królów.

Zjedli po cztery ciastka z kremem, wypili kawę ze śmietanką i poszli do domu.

A na drugi dzień prezes ministrów poszedł do króla na audiencję i powiedział, że trzeba pożyczyć dużo pieniędzy od bogatszych królów. To jest bardzo trudne przedsięwzięcie, bo muszą bardzo mądrze napisać papier do zagranicznych królów, i dlatego co dzień odbywać się będą po dwie narady.

– Dobrze – powiedział Maciuś – wy się naradzajcie, a ja od dziś zaczynam lekcje u swojego kapitana.

Przyjechał minister wojny z kapitanem. Maciuś serdecznie się z nim przywitał, zapytał się nawet, czy nie można mianować go majorem, ale nie można, bo kapitan był niedawno jeszcze porucznikiem, więc był za młody.

– Pan mnie będzie uczył wszystkiego, a zagraniczny guwerner tylko obcych języków.

I zaczął się Maciuś uczyć z taką ochotą, że zapomniał nawet o zabawach. Kapitan mieszkał daleko, więc Maciuś zaproponował, żeby zamieszkał w pałacu razem z rodziną. Kapitan miał syna Stasia i córeczkę Helenkę. Więc uczyli się razem i trochę razem bawili. Przychodził i Felek na lekcje, ale dużo przepuszczał, bo się nie bardzo lubił uczyć.

Maciuś bardzo rzadko chodził teraz na narady:

– Szkoda czasu – mówił – nudzi się i niewiele z nich rozumiem.

Do królewskiego ogrodu przychodziły chętnie dzieci. Ojciec Felka, który przed wstąpieniem do wojska był cieślą – zrobił im huśtawkę. Więc się huśtali, bawili się w berka, w piłkę, straż ogniową, wiosłowali na królewskiej sadzawce, łowili ryby. Troszkę gniewał się na te porządki królewski ogrodnik i chodził na skargę do pałacowego zarządu. Już nawet parę szyb przez nieostrożność stłuczono. Ale nikt nic nie mógł mówić, bo Maciuś był teraz królem-reformatorem i sam wprowadzał własne porządki.

Już był zamówiony na jesień zdun88, żeby w sali tronowej postawił piec, bo Maciuś zapowiedział, że nie myśli marznąć podczas audiencji.

Jak był deszcz, bawili się w pokojach. Lokaje byli trochę źli, że im dzieciaki depcą89 pokoje – i muszą potem sprzątać i froterować. Ale że mniej teraz zwracali uwagi, czy mają wszystkie guziki zapięte, więc czasu było więcej. A zresztą i im było smutno, jak w pałacu tak cicho było dawniej, jak w grobie. Teraz za to śmiech, bieganina, krzyki, w których brał często udział i wesoły kapitan, a niekiedy i stary doktór90 się rozruszał i zaczynał z nimi razem tańczyć albo skakać przez sznur. Wtedy to już naprawdę było śmiesznie.

Ojciec Felka po huśtawce zmajstrował im wózek, ale że były tylko trzy koła, więc wózek często się przewracał. Nie szkodzi. Tak nawet było weselej.

Rozdanie czekolady dzieciom w stolicy tak się odbyło, że dzieci ze wszystkich szkół ustawione były w dwa rzędy na ulicach; jechały ciężarowe samochody – i żołnierze czekoladę rozdawali. A jak skończyli, Maciuś przejechał przez wszystkie ulice – i dzieci jadły i śmiały się, i krzyczały:

– Niech żyje król Maciuś.

A Maciuś raz wraz wstawał, posyłał im ręką pocałunki, wywijał kapeluszem, powiewał chusteczką i naumyślnie wiercił się, uśmiechał, ruszał rękami i głową, żeby nie pomyśleli, że znów oszukują i obwożą porcelanową lalkę.

Ależ skąd. Wszyscy widzieli na pewno, że to jest prawdziwy Maciuś. Prócz dzieci, byli na ulicach i ojcowie, i matki, też ucieszeni, bo dzieci teraz lepiej się uczyły, bo wiedziały, że król je lubi i o nich pamięta.

Do tej uroczystości minister oświaty dodał jeszcze od siebie niespodziankę dla spokojnych i pilnych uczniów, żeby wieczorem byli w teatrze. Więc wieczorem Maciuś, kapitan, Felek, Helcia i Stasio zajmowali królewską lożę, a cały teatr pełen był dzieci.

Kiedy Maciuś wszedł do loży, orkiestra zagrała hymn narodowy. Wszyscy wstali i Maciuś przez cały czas stał na baczność, bo tak każe etykieta. Dzieci teraz przez cały wieczór widziały swojego króla, trochę tylko były zmartwione, że chociaż w wojskowym ubraniu, ale bez korony.

Ministrowie na przedstawieniu nie byli, bo kończyli akurat papier o zagraniczną pożyczkę, więc czasu nie mieli. Tylko minister oświaty wpadł na parę minut i powiedział zadowolony:

– To przynajmniej rozumiem. Teraz mają nagrodę ci, którzy na nią naprawdę zasłużyli.

Maciuś grzecznie mu podziękował i dzień skończył się bardzo przyjemnie.

Za to na drugi dzień ciężkie miał Maciuś spełnić obowiązki.

Przyjechali wszyscy ministrowie i posłowie91 zagranicznych państw – i miał im być uroczyście wręczony papier o zagraniczną pożyczkę.

 

Maciuś musiał siedzieć spokojnie i słuchać, co oni pisali całe trzy miesiące. Tym trudniej było Maciusiowi teraz, kiedy się już odzwyczaił od posiedzeń i akurat nazajutrz po tak mile spędzonym dniu.

Akt dzielił się na cztery części.

W pierwszej części pisali ministrowie w imieniu Maciusia, jak często wielcy przodkowie Maciusia im pomagali i też pożyczali pieniądze, kiedy tamci nie mieli. To była część historyczna aktu o pożyczce.

Potem była bardzo długa część geograficzna. Tu się wyliczało, ile ziemi należy do Maciusia, ile ma miast, ile lasów, ile kopalni węgla, soli i nafty, ilu ludzi mieszka, ile jest różnych fabryk, ile zboża i kartofli, i cukru rocznie wyrasta w państwie Maciusia. To była część geograficzna.

Trzecia część aktu była ekonomiczna. Tu chwalili się ministrowie, że kraj Maciusia jest bogaty, że pieniędzy jest dużo, co rok duże wpływają do skarbu podatki, że pożyczkę będzie mógł na pewno zapłacić, więc niech się wcale nie boją.

Jeżeli Maciuś chce pożyczyć, to tylko dlatego, żeby jeszcze lepiej gospodarować, żeby mieć jeszcze więcej pieniędzy. W tej części czwartej pisało się, jakie nowe koleje i nowe miasta będą w państwie Maciusia, ile zbudują nowych domów i nowych fabryk.

I czytanie byłoby nawet ciekawe, ale tyle w nim było różnych cyfr – milionów i dziesiątków milionów, że posłowie patrzyli coraz na zegarki, która już godzina, a Maciuś zaczął ziewać.

Kiedy nareszcie papier przeczytano, posłowie powiedzieli:

– Poślemy to pismo do naszych rządów; nasi królowie bardzo chcą teraz żyć w przyjaźni z Maciusiem i na pewno zgodzą się mu pieniądze pożyczyć.

Teraz dali Maciusiowi złote pióro, wysadzane drogimi kamieniami, i Maciuś dopisał:

„Wasze królewskie Mości. Ja was pobiłem i nie wziąłem żadnej kontrybucji, a teraz proszę, żebyście mi pożyczyli pieniądze. Więc nie bądźcie świniami i pożyczcie”.

Król Maciuś Pierwszy
Reformator

Maciuś został zaproszony w goście92 do zagranicznych królów. Pisali, że proszą bardzo króla Maciusia, kapitana, doktora, Stasia i Helcię.

„Król Maciuś może być pewien, że nie pożałuje. Zrobimy wszystko, co będzie w naszej mocy, żeby się dobrze bawił i żeby otrzymał wszystko, co zechce”.

Strasznie się Maciuś ucieszył. Maciuś znał tylko jedno zagraniczne miasto z wojny, a teraz miał poznać trzy stolice, trzy zagraniczne pałace i królewskie ogrody – a bardzo był ciekawy, czy tam jest inaczej. W jednej stolicy był podobno śliczny ogród zoologiczny, gdzie były zwierzęta z całego świata. W drugiej znów był podobno taki wysoki dom, że jak mówił Felek, już prawie sięgał do nieba. A w trzeciej były sklepy z takimi ładnymi wystawami, że można patrzeć cały rok – i nawet się nie znudzi.

Ministrowie bardzo byli źli, że ich nie zaproszono, ale nic nie mogli zrobić. Tylko minister finansów zaklinał Maciusia, żeby pieniędzy nie brał i nic nie podpisywał, bo go oszukają.

– Już niech się pan nie boi – powiedział Maciuś. – Młodszy byłem, a oszukać się od nich nie dałem, więc i teraz się nie dam.

– Mości królu, oni teraz będą udawali przyjaciół, niby że już po wojnie, ale będą się zawsze starali wszystko na swoją stronę.

– Niby to ja nie wiem – powiedział Maciuś, ale w duszy rad był, że go ostrzeżono i postanowił sam żadnych papierów tam nie podpisywać. Bo rzeczywiście, dziwne mu było, dlaczego nikogo z ministrów nie zaprosili.

– Będę się pilnował – dodał Maciuś.

Wszyscy zazdrościli Maciusiowi, że jedzie tak daleko. Pakowali kufry, krawcy przynosili nowe ubrania, szewcy nowe buty. Mistrz ceremonii biegał po całym pałacu, żeby czego nie zapomnieć. Helcia i Stasio aż skakali z radości.

Wreszcie zajechały dwa samochody, do jednego wsiadł król Maciuś i kapitan, do drugiego – doktór93, Helcia i Stasio – wśród wiwatów przejechali miasto; na dworcu oczekiwał ich królewski pociąg i wszyscy ministrowie.

Maciuś jechał już raz z wojny królewskim pociągiem, ale był bardzo zmęczony, więc nie mógł się tak dobrze przyjrzeć wszystkiemu. Teraz było zupełnie co innego. Jechał sobie dla przyjemności, więc mógł o niczym nie myśleć. Należał mu się przecież wypoczynek po takiej ciężkiej wojnie i po takiej pracy.

Z radością i ze śmiechem opowiadał, jak ukryty pod derką chował się przed porucznikiem, a teraz swym nauczycielem. Mówił o zupie, o pchłach, które go gryzły, o spotkaniu z ministrem wojny, kiedy z drabinki nad obórką patrzał na pociąg, którym teraz jedzie.

– O, tu staliśmy cały dzień. O, z tej stacji cofnęli nas z powrotem.

Pociąg królewski składał się z sześciu wagonów. Jeden – to była sypialnia. Każdy miał swój pokój z wygodnym łóżkiem, umywalką, stolikiem i krzesełkiem. Drugi wagon – stołowy – pośrodku stał stół, naokoło krzesła – na podłodze piękny dywan – wszędzie kwiaty. Trzeci wagon – był biblioteką, a teraz prócz książek były tam najładniejsze zabawki króla. W czwartym była kuchnia, w piątym wagonie jechała służba pałacowa: kucharz i lokaje, a w szóstym były kufry, pełne rzeczy.

Dzieci na przemian wyglądały przez okno i bawiły się. Zatrzymywali się na dużych stacjach, kiedy trzeba było dolać wody do parowozu94. Wagony szły tak leciutko, że ani hałasu nie było, ani żadnego trzęsienia.

Wieczorem położyli się jak zwykle, a rano obudzili się już wszyscy za granicą.

Jak tylko Maciuś umył się i ubrał, zjawił się poseł króla zagranicznego z pozdrowieniem. Wsiadł do pociągu w nocy, nie chciał niepokoić króla Maciusia, ale czuwa od samej granicy, bo teraz Maciuś jest pod jego opieką.

– Kiedy będę w stolicy waszego króla?

– Za dwie godziny.

Maciusiowi bardzo przyjemnie było, że królewski poseł nie mówił w zagranicznym języku, bo chociaż rozumiał i mówił już Maciuś w paru obcych językach, ale zawsze przyjemniej mówić po swojemu.

Jakie przyjęcie zgotowano Maciusiowi, trudno powiedzieć. Wjeżdżał do stolicy obcego państwa nie jak zwycięzca miasta, jego fortecy i murów, ale jak zwycięzca serc całej ludności. Stary siwy król tego państwa ze swymi dorosłymi dziećmi i z wnukami oczekiwał go na stacji. Na dworcu tyle było zieleni i kwiatów, jakby to był najpiękniejszy ogród, a nie dworzec kolejowy. Z gałązek i kwiatów upleciono napis: „Witaj, gorąco oczekiwany młody przyjacielu”. Wygłoszono cztery długie mowy powitalne, w których Maciusia nazywano dobrym, mądrym i walecznym królem. Przepowiadano, że panować będzie tak długo, jak żaden król jeszcze. Ofiarowano mu chleb i sól na srebrnej tacy. Zawieszono mu na piersi najwyższy order „Lwa” z ogromnym brylantem. Stary król ucałował go tak serdecznie, że się Maciusiowi przypomnieli jego zmarli rodzice i łzy napłynęły mu do oczów95. Orkiestra, sztandary, bramy tryumfalne. Na balkonach dywany i flagi.

Na rękach wyniesiono go do samochodu. Na ulicach tyle było ludzi, jakby się z całego świata zjechali. Ponieważ zwolniono ze szkół uczniów na trzy dni, wszystkie dzieci były na ulicy.

Tak Maciusia nigdy jeszcze nie witała jego własna stolica.

Kiedy już zajechali do pałacu, na placu zebrał się tłum ludzi – nie chcieli się rozejść, dopóki Maciuś nie wyjdzie na balkon.

– Niech nam coś powie – krzyczeli.

Już prawie był wieczór, kiedy im się wreszcie Maciuś pokazał na królewskim balkonie.

– Jestem waszym przyjacielem! – krzyknął Maciuś.

Huknęły na wiwat armaty. Zapalono fajerwerki i ognie bengalskie. Z rakiet na niebie sypały się gwiazdy czerwone, niebieskie i zielone. Było ślicznie.

I zaczęły się bale, teatry, w dzień wycieczki za miasto, gdzie były śliczne wysokie góry, zamki w lasach starych, potem polowanie, potem przegląd wojska, znów obiad galowy, znów teatr.

Wnuki i wnuczki starego króla chciały oddać Maciusiowi wszystkie swoje zabawki. Dostał dwa prześliczne konie, małą armatę z prawdziwego srebra, na własność dostał nowy kinematograf96 z najładniejszymi obrazami.

Aż przyszło najpiękniejsze: cały dwór pojechał samochodami do morza, gdzie się odbyła na niby bitwa morska. Maciuś pierwszy raz w życiu jechał admiralskim okrętem97, który nazwano imieniem Maciusia.

Tak całych dziesięć dni goszczono Maciusia, który chętnie byłby został dłużej, ale musiał jechać do drugiego króla.

Był to właśnie król, którego Maciuś uwolnił z niewoli. Ten król był biedniejszy, więc skromniej przyjął Maciusia, ale jeszcze serdeczniej. Ten król miał dużo przyjaciół między dzikimi królami i zaprosił ich razem z Maciusiem. Tu Maciuś miał bardzo ciekawe bale, gdzie byli Murzyni, Chińczycy i Australczycy98. Jedni byli żółci i mieli warkocze, inni znów czarni, i w nosie i w uszach nosili ozdoby z muszel i kości słoniowej. Maciuś się bardzo zaprzyjaźnił z tymi dzikusami, od jednego dostał cztery śliczne papugi, które mówiły, jak ludzie, od drugiego dostał krokodyla i węża boa w szklanej ogromnej klatce, a od trzeciego dwie nadzwyczaj ucieszne małpki tresowane, które umiały takie śmieszne sztuki, że Maciuś śmiał się, ile razy na nie spojrzał.

Tu właśnie widział Maciuś ten największy na świecie ogród zoologiczny, gdzie były ptaki-pingwiny, podobne do ludzi, białe niedźwiedzie, żubry, wielkie indyjskie słonie, lwy, tygrysy, wilki, lisy aż do najmniejszych stworzonek lądowych i morskich. Co ryb rozmaitych, co ptaków różnokolorowych. A małp samych było z pięćdziesiąt gatunków.

– To wszystko podarunki moich afrykańskich przyjaciół – mówił król.

I Maciuś postanowił koniecznie zaprosić ich do swojej stolicy, żeby mieć też taki ogród. Bo jeżeli jemu się tak podobają zwierzęta, więc pewnie i wszystkim dzieciom.

– Ano, trzeba jechać. A szkoda. Co też ten trzeci król mi pokaże? W jego stolicy jest właśnie ogromny dom, o którym Felek wspominał.

U trzeciego króla przyjęto Maciusia bardzo skromnie, chociaż równie życzliwie. Maciusia to trochę nawet zdziwiło i troszkę mu było jakby nieprzyjemnie.

– Skąpy, czy co? – pomyślał Maciuś. Pałac nawet nie bardzo wyglądał na zamek królewski, prawie się nie różnił od ładniejszych domów miasta.

Jeden lokaj miał nawet trochę przybrudzone rękawiczki, a na obrusie była mała wprawdzie, ale – jednak – dziurka, zręcznie zaszyta jedwabiem.

Zdziwił się Maciuś tym więcej, gdy go ten król zaprowadził do swojego skarbca. Tyle było w skarbcu złota, srebra i drogich kamieni, że Maciuś aż oczy zmrużył.

– Wasza królewska mość strasznie jest bogaty.

– O nie – powiedział król – gdybym to chciał rozdać między wszystkich obywateli mego państwa, na każdego przypadłby jeden zaledwie pieniążek.

I tak to jakoś przyjemnie powiedział, że Maciusiowi aż serce drgnęło.

Ten król był najmłodszy ze wszystkich trzech, ale jakiś smutny.

Jeśli wieczorem nie byli w teatrze, król grał na skrzypcach, ale jakoś smutnie, że trzeba było westchnąć.

– Jacy rozmaici są królowie – pomyślał Maciuś.

I powiedział:

– Podobno wasza królewska mość ma ogromny dom, ale to bardzo-bardzo wielki.

– Ach, tak. Nie pokazywałem go waszej królewskiej mości, bo to gmach parlamentu. Ponieważ w waszym państwie nie ma ludowładztwa99, sądziłem, że nie będzie ciekawe.

– A ja bym bardzo chciał ten… ten… parlament zobaczyć.

Maciuś nie zrozumiał, o czym król mówił i pomyślał znów:

– To dziwne: co robili królowie sto, dwieście i tysiąc lat temu, tyle mnie uczyli, a nie uczą jakoś, co robią królowie i jacy są teraz. Gdybym ich znał dawniej, może nie doszłoby wcale do wojny.

Król znów zaczął grać na skrzypcach, a Maciuś, Helcia i Stasio słuchali.

– Dlaczego wasza królewska mość gra tak smutnie?

– Bo życie jest niewesołe, mój przyjacielu. A już chyba najsmutniejsze jest życie króla.

– Króóóla – zdziwił się Maciuś – a tamci tacy weseli.

– I oni są smutni, kochany Maciusiu, tylko przy gościach udają, bo taki jest zwyczaj, bo tak każe etykieta. Jakże mogą być weseli królowie, którzy przegrali dopiero co wojnę.

– Ach, to dlatego się martwi wasza królewska mość.

– Ja najmniej z nas trzech. Ja nawet jestem zadowolony.

– Zadowolony? – jeszcze bardziej zdumiał się Maciuś.

– Tak, bo nie chciałem tej wojny.

– Więc po co było wojować?

– Musiałem – nie mogłem inaczej.

„Dziwny jakiś król – pomyślał Maciuś – nie chce wojować, a wypowiada wojnę, i cieszy się, że przegrywa; zupełnie dziwny król?”

– Wygrana wojna – to wielkie niebezpieczeństwo – mówił król jakby do siebie. Najłatwiej zapomnieć wtedy, po co się jest królem.

– A po co się jest królem? – naiwnie zapytał się Maciuś.

– Przecież nie po to, żeby nosić koronę, a – żeby dać szczęście ludności swojego państwa. A jak dać szczęście? Wprowadza się różne reformy.

„Oho – to ciekawe” – pomyślał Maciuś.

– A reformy – to najtrudniejsze – tak, to najtrudniejsze.

I tym razem tak smutnie zagrały skrzypce, jakby płakały, jakby się stało nieszczęście.

Długo w noc rozmyślał Maciuś. Przewracał się z boku na bok, a w uszach śpiewała mu smutna pieśń skrzypiec.

– Jego się zapytam. On mi poradzi. To musi być dobry człowiek. Jestem królem-reformatorem, a nie wiem, co to są reformy. A on mówi, że to takie trudne.

To znów myślał:

– Może on kłamie. Może oni się umówili między sobą, żeby właśnie ten trzeci dał mi do podpisania jakiś akt.

Bo nieraz już dziwiło Maciusia, dlaczego nic nie mówią z nim ani o pożyczce, ani o niczym. Przecież królowie zjeżdżają się, żeby mówić o polityce, o różnych ważnych rzeczach. A oni nic. Myślał, że nie chcą z nim mówić, bo mały. Więc dlaczego znów ten trzeci rozmawia z nim, jak z dorosłym.

Maciuś polubił smutnego króla, ale mu nie ufał. Bo królowie wcześnie uczą się być nieufni.

Chcąc prędzej usnąć, zaczął sobie Maciuś nucić półgłosem najsmutniejszą piosenkę, gdy nagle usłyszał kroki w sąsiednim pokoju.

– Może mnie chcą zabić? – przemknęło mu przez głowę, bo słyszał i o takich wypadkach, gdy królów wciągano w zasadzki, żeby ich skrytobójczo zgładzić. Może by mu to nie przyszło do głowy, gdyby długie rozmyślania i ta żałobna pieśń nie rozdrażniły go bardzo.

I Maciuś szybko nacisnął guzik elektrycznej lampy. Po czym rękę wsunął pod poduszkę, gdzie miał rewolwer.

– Nie śpisz, Maciusiu?

To był król.

– Nie mogę zasnąć.

– Więc i małym królom ciemne myśli spędzają sen z powiek? – z uśmiechem powiedział król, siadając przy łóżku.

I nic nie mówił więcej, tylko patrzał. I Maciuś przypomniał sobie, że tak patrzał na niego często jego ojciec. Maciuś nie lubiał100 wtedy, gdy ojciec tak patrzał. A teraz było mu przyjemnie.

– Tak, tak, Maciusiu, bardzo się zdziwiłeś, kiedy ci powiedziałem, że nie chciałem z tobą wojować, a wojowałem. Bo ty myślisz jeszcze, że królowie mogą robić, co chcą.

– Wcale tak nie myślę. Wiem, że nam wiele rzeczy każe robić etykieta, a wiele – prawo.

– Ach, więc wiesz. Tak, my sami wydajemy złe prawa, a potem musimy się do nich stosować.

– A czy nie można dobrych praw wydawać?

– Można, trzeba. Młody jesteś, Maciusiu. Ucz się i wydawaj dobre, mądre prawa.

I król wziął rękę Maciusia, położył na swojej ręce, tak jakby porównywał swoją dużą z Maciusiną małą – potem pogłaskał ją jakoś bardzo czule, nachylił się – i pocałował rękę Maciusia.

Maciuś się strasznie zawstydził, a król zaczął mówić prędko i cicho:

– Słuchaj, Maciusiu. Mój dziadek dał ludowi wolność, ale nie było dobrze. Jego zamordowali, a lud dalej nie był szczęśliwy. Mój ojciec wzniósł wielki pomnik wolności. Zobaczysz go jutro: jest ładny, ale cóż z tego, kiedy dalej są wojny, są biedni, są nieszczęśliwi. Ja zbudować kazałem ten wielki gmach parlamentu. I cóż, nic. Dalej jest to samo.

76na papieros – dziś popr. forma B. lp: na papierosa. W czasach, kiedy powstawała niniejsza książka, nie było jeszcze wiadomo, jak szkodliwe jest palenie papierosów, i chłopcy uważali palenie za oznakę swojej dorosłości. [przypis edytorski]
77doktór – dziś popr.: doktor. [przypis edytorski]
78proszek do zębów – dawniej do mycia zębów używano albo pasty, albo proszku, który mógł być zrobiony z kredy, soli lub sproszkowanych cegieł. [przypis edytorski]
79wyprobować – dziś popr. forma: wypróbować. [przypis edytorski]
80siedzieć w kozie (pot.) – być aresztowanym, przebywać w areszcie. [przypis edytorski]
81funt – daw. jednostka masy, licząca w różnych miejscach i czasach od 0,3kg do 1 kg; tu prawdopodobnie funt warszawski, równy ok. 405 g. Dziś tabliczka czekolady waży zwykle 100 g, zatem dzieci miały dostać tyle czekolady, ile dziś mieści się w czterech tabliczkach. [przypis edytorski]
82funda – coś zafundowanego, kupionego jako prezent lub poczęstunek. [przypis edytorski]
83wytłomaczyć – dziś popr.: wytłumaczyć. [przypis edytorski]
84sztaba (daw. pot.) – wyraz oznaczający pozdrowienie, o znaczeniu zbliżonym do: cześć, witaj, trzymaj się. [przypis edytorski]
85lanka – piłka odlana z kauczuku, nie nadmuchiwana; takie piłki chłopcy robili kiedyś z rozpuszczonych na wolnym ogniu starych kaloszy. [przypis edytorski]
86marka (tu daw.) – znaczek pocztowy. [przypis edytorski]
87palące szkło – najprawdopodobniej: soczewka, czyli krążek szkła o odpowiednim kształcie, który ogniskuje promienie słoneczne tak, że stają się bardzo gorące i mogą rozżarzyć łatwopalny materiał. [przypis edytorski]
88zdun – rzemieślnik budujący piece. [przypis edytorski]
89depcą – dziś częściej: depczą. [przypis edytorski]
90doktór – dziś popr.: doktor. [przypis edytorski]
91posłowie zagranicznych państw – dziś częściej: ambasadorowie. [przypis edytorski]
92w goście – dziś popr.: w gości. [przypis edytorski]
93doktór – dziś popr.: doktor. [przypis edytorski]
94dolać wody do parowozu – w piecu wewnątrz lokomotywy parowej palił się węgiel, podgrzewał wielki kocioł wody, a woda pod postacią pary wylatywała na zewnątrz, poruszając koła lokomotywy. Zapasy wody uzupełniano podczas postojów, dlatego na niektórych stacjach kolejowych do dziś stoją wieże wodne, z których dzięki różnicy wysokości przelewano wodę do zbiornika lokomotywy za pomocą wielkiego kranu zwanego żurawiem wodnym. [przypis edytorski]
95oczów – dziś popr. forma D. lm: oczu. [przypis edytorski]
96kinematograf (daw.) – kino; tu: maszyna do wyświetlania filmów (nazywanych w tym zdaniu obrazami). [przypis edytorski]
97jechać (…) okrętem – dziś popr.: płynąć okrętem. [przypis edytorski]
98Australczyk (daw.) – dziś popr.: Australijczyk. [przypis edytorski]
99ludowładztwo – demokracja; wyraz utworzony jako kalka z gr. słowa demokracja (z gr. demos: lud, naród i kratia: władza). [przypis edytorski]
100lubiać – dziś popr. forma: lubić. [przypis edytorski]