Kajtuś Czarodziej

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział szesnasty

Powrót do domu – Kajtuś poznał wroga – Katastrofa kolejowa – Spowiedź i śmierć detektywa

Myśl! – Silna, młoda, jasna i gorąca.

Myśl! Własna, hojna, dzika i zuchwała.

Myśl czarodziejska!… Myśl słaba, senna i lękliwa.

Myśl leniwa, bezsilna, bezbronna…

Kajtuś widzi i słyszy, oczy ma otwarte. Ale myśl jego śpi. Nic go nie obchodzi.

Ani się cieszy, ani smuci.

Wszystko mu jedno.

Pokój zabaw Kajtusia – to ogromna sala z dachem szklanym. W sali tej różne pokoje.

W jednym pokoju forteca i żołnierze. Armatki, małe samochody, małe wagony poruszane elektrycznością. Piechota, czołgi, konnica. Ten pokój dwa dni mu się podobał.

Drugi pokój – to chatka krasnoludków. Nie chce się bawić lalkami.

Trzeci pokój – wyspa Robinsona. Są papugi prawdziwe, gadające, i małpki ucieszne. Są drzewa, które jak choinki można z miejsca na miejsce przestawiać. Jest wszystko do budowy namiotu. Skóry różnych zwierząt.

Dwa dni spędził Kajtuś na przyjemnej zabawie.

W czwartym pokoju zabaw jest sadzawka z prawdziwą wodą. Małe łódki, okręty, motorówki, łodzie żaglowe, rybackie. W wodzie ryby żywe, które można łowić na wędkę i w sieci.

Więc co? Puścił fontannę, złapał rybę i wrzucił do wody z powrotem. Rzucił łabędziowi piernik. Nie było tu nic do roboty.

W warsztacie pracował cały tydzień, ale więcej zepsuł, niż zrobił. Wszystko gotowe, już dopasowane; nie skaleczył się ani razu.

W pokoju bibliotecznym za dużo tych książek, że nie wiadomo, co wziąć, co czytać: wszystko wydaje się za mało ciekawe.

Nieciekawi i chłopcy, i dziewczynki – goście, których zapraszał milioner do wspólnej z Kajtusiem zabawy.

Chłopcy udają niby zuchów, a wolą się bawić lalkami niż w wojnę; o bandytach słuchać nawet nie chcą – tacy nastraszeni.

– Co ci jeszcze kupić, kogo jeszcze zaprosić? – pyta się milioner.

– Nikogo nie chcę. Tu wszystko jest; nie kupuj, nie przynoś, nie chcę, dosyć.

Czuje się Kajtuś jak ptak pochwycony w sidła, jak jaskółka przed odlotem w dalekie kraje.

Bo postanowił wrócić do Warszawy.

Już tam pewnie zapomnieli, już go nie szukają. Zatopili wysepkę na Wiśle, pewni, że rozstrzelali Kajtusia.

– Dlaczego nie grasz na skrzypcach?

– Po co?

– Dlaczego nie czytasz?

– Od czytania oczy się psują.

– Dlaczego się nie bawisz?

– Owszem. Później. Jutro.

Wróci Kajtuś do Warszawy, przepędzi sobowtóra, który jego miejsce zajął i pęta się tam bez potrzeby.

Jeśli nawet siłę czarodziejską utracił, wróci zwyczajnie. Zresztą udają mu się dawne, drobne czary, coś się tylko zepsuło.

Trzeba albo odpocząć, albo zacząć od samego początku.

„Chcę mieć pod poduszką torebkę z czekoladkami”.

Raz jest, raz nie.

„Chcę mieć w kieszeni złotówkę”.

Jest. Ucieszył się.

Ucałował mały, srebrny krążek.

Na ulicy.

„Chcę, by panu teczka wypadła spod pachy… Żeby ta pani kichnęła… Żeby pies szczeknął na dziewczynkę”.

Udaje się albo nie – tak właśnie, jak było z początku.

Trzeba jeszcze zaczekać…

Doczekał się.

Milioner wyjechał, bo w dalekiej kopalni robotnicy zagrozili strajkiem.

Kajtusiowi udało się wyjść samemu z parku. Szybko zmieszał się z tłumem ludzi. Wsiadł w tramwaj. A gdy przekonał się, że nikt go nie pilnuje, zmienił twarz i ubranie i podążył do portu.

Na wielkiej białej tablicy wypisane są dnie i godziny, kiedy wyruszają okręty. Kajtuś czyta. Zaczepił go młody pan:

– Te, chłopak. Czego tu szukasz?

– Szukam roboty.

– Daj dolara, to cię zaprowadzę, gdzie trzeba.

Kajtuś wręczył mu pięć dolarów; nie otrzymał reszty.

– No chodźcie, urwisy.

Teraz dopiero zauważył Kajtuś, że było chłopców z dziesięciu; zaprowadził ich pan do biura; brudnego baraku drewnianego.

– Zaczekajcie tu, obdartusy.

Wołają ich po kolei do pokoju, na egzamin.

– Jak się nazywasz, ile masz lat, gdzie mieszkasz, czy chodziłeś do szkoły?

– What is your name?121 – Wie alt bist du?122 – Ou demeures tu?123 – Andato a scuola? 124 – pyta się pan z fajką w zębach.

Kajtuś odpowiada po angielsku, po niemiecku, po włosku. Kłamie w czterech językach. To nic: zapisują do książki biurowej.

– Pokaż ręce. Pokaż zęby. Hm, hm! Przeczytaj to – to.

Na brudnej, zatłuszczonej kartce dwa zdania: „Nie kraść. Słuchać się”.

– Zrozumiałeś?

– Tak.

Młody szepnął coś do ucha panu z fajką. Ten wziął w lewą rękę kij i uderzając Kajtusia wskazującym palcem po nosie, groźnie w czterech językach powtórzył:

– Be obedient! – Gehorsam sein! – Sois obeissant! Sii ubbidiente!125 – Zrozumiałeś?

– Tak.

– Podpisz imię i nazwisko. Tylko nie pomyl się. Musisz napisać to samo, co w twojej fałszowanej metryce.

– Papiery moje nie są wcale fałszowane.

– Milczeć! Dobry jesteś kwiatek.

Tak dostał się Kajtuś na okręt.

Na ten sam, którym przyjechał do Ameryki, ale teraz nie jako gwiazda filmowa, nie w towarzystwie sekretarza, lekarza, nauczyciela, nie jako pasażer pierwszej klasy; nie pieszczoch i kapryśny panicz, ulubieniec pięknych pań i eleganckich panów wraca do domu.

Niechętnie przyjęli go chłopcy-koledzy.

– Masz jakie rzeczy?

– Nie mam. Nie zdążyłem zabrać.

– Ile łapówki dałeś?

– Żadnej łapówki nie dałem – mówi Kajtuś.

– Głupiemu gadaj, ale nie nam. Bez ciebie by się tu obyło. Cztery języki zna, a buty dziurawe. Rączki jak u panienki, a we łbie pewnie wszy.

Kajuta ciasna, ciemna. Kajtuś usiadł na skrzynce, bo krzesła nie było.

– Kto ci się pozwolił rozsiadać na moim kuferku? Stój i czekaj, dopóki miejsca nie znajdziemy. Gdzie on będzie spał? W naszej kajucie i tak duszno; wy go weźcie do siebie.

– A nas też jest pięciu.

– Takiś mądry?

– No. Przyjęli go na miejsce Michała, to i spać będzie tam, gdzie spał Michał. Ty właśnie jesteś za cwany.

– Stul pysk. Dwa miesiące służy, a jaki ma rezon126. Popływaj rok jak ja, będziesz miał prawo gadać. Ja tu rządzę.

– Świat się dziwi! Rok pływa. Jaki wielki weteran. Mój ojciec dwadzieścia lat jest marynarzem – jeszcze za nieboszczyka kapitana, na „Posejdonie”. Ma dwa medale za ratowanie tonących.

Już mieli się wziąć za czuby, gdy do pokoju wszedł „rudy”, starszy lokaj z kredensu. Jemu powierzona była opieka nad chłopcami.

I on źle przyjął Kajtusia. Trochę pijany przed podróżą, zły, że ktoś bez niego wkręcił na okręt chłopaka.

– Gdzie ten nowy? Równiej stój, pokrako. Laluś! Zaraz pewnie dostanie morskiej choroby.

– No właśnie. Nieporządku narobi w kajucie. Niech w sionce śpi.

– Milczeć! Tam będzie spał, gdzie ja każę. Pokaż zęby, czy myte? Pokaż ręce. No, no. Stań przy drzwiach. Nogi razem. Ukłoń się.

Kajtuś się ukłonił.

– Jeszcze raz. Kto cię tak nauczył? Równemu się kłaniasz? Łeb w dół, gęby nie podnosić. Niżej, jeszcze niżej.

Chwycił Kajtusia za ramię i gniecie, i trzęsie, i pcha.

– Podaj szklankę wody. Żywo ruszaj się. Nie tak. Nie z tej strony. Uśmiechnij się, karawaniarzu127. Źle. Jeszcze raz. Masz zapałki. Weź pudełko do kieszeni.

 

Rudy usiadł, włożył do ust papierosa, zawołał:

– Chłopiec, ognia!

Kajtuś stoi.

– Ognia, rozumiesz, durniu? Podaj zapaloną zapałkę.

A Kajtusiowi ręce drżą. Chłopcy się śmieją. Zapałki sypią się na ziemię.

Kajtuś zbiera zapałki, a z oczu płyną łzy.

– No dosyć, kaleko. Na oczy mi się nie pokazuj, dopóki cię nie wytresują.

Zaczęli Kajtusia tresować. Dali zielony fraczek ze złotymi guzikami. Zaczęła się służba.

Próbują, czy Kajtuś posłuszny, czy pracowity, czy nie ma długiego języka, czy nie będzie donosił.

– Te, karawaniarz! Zastąp w kuchni, bo mnie głowa boli.

– Te, idź do czytelni gazet, a ja będę w klubie.

– Dobrze – zgadza się Kajtuś.

W kajucie klubowej pasażerowie w karty grają: tam o napiwek łatwiej i weselej i można znaleźć pieniądz na podłodze, i nawet bardzo ostrożnie, przy podawaniu, strącić palcem ze stołu na podłogę papierek.

Nie wolno powiedzieć, że go prosili o zmianę.

– Dlaczego ty jesteś w czytelni?

– Omyliłem się. Nie dosłyszałem rozkazu.

– Dyżur karny, całą noc przy ustępie.

Dobry kolega! Dziwny jakiś: smutny, na wszystko się zgadza. Ani zażartuje, ani się pośmieje. Nie wiedzą chłopcy, jaki Kajtuś dawniej był wesoły: aż nawet zanadto!

Jak oni zwąchają od razu, gdy Kajtuś dostanie napiwek. Zaraz:

– Zagrasz w karty?

– Dobrze.

Wie, że mają karty znaczone. Prędko przegrywa dolara i idzie spać do sionki. Wie, że trzy razy uderzą go drzwiami, gdy nocni wracać będą do kajuty pikolów128.

Wszystko jedno: niedługo.

Byle okręt zawinął do portu.

Wyszedł Kajtuś po służbie na pokład, patrzy na morze i myśli:

„Biedny Michał. Leży teraz w szpitalu, może już nie żyje. Już wtedy był chory”.

Kajtuś zastępuje właśnie miejsce Michała. Pamięta bladego chłopca, który tak się smutnie uśmiechał. Bo Kajtuś zna ich wszystkich, tych swoich kolegów, z którymi doktór wtedy nie pozwalał się bawić. Dał im wszystkim po dziesięć dolarów, gdy stali pochyleni w niskim ukłonie – gdy Kajtuś „król wód” i zwycięzca Murzyna – gdy gwiazdą filmową wysiadał129 z okrętu.

Raz Michał miał dyżur w pływalni. Podawał właśnie ręcznik Kajtusiowi – gdy się zakasłał130. Taki się zrobił czerwony, widać było, że całą siłą pragnie zatrzymać kaszel. Zaraz nauczyciel gimnastyki wyrwał Michałowi ręcznik i potem już tylko raz widział go Kajtuś, gdy rękę wyciągnął po napiwek i cicho szepnął:

– Dziękuję.

Patrzy Kajtuś na morze i myśli:

„Czy ci chłopcy są źli, czy dobrzy, czy naprawdę źli, czy tylko zepsuci?”.

Dziś słyszał taką ich kłótnię:

– Poczekaj, złodzieju. Jak mi nie oddasz tych dwudziestu centów, powiem rudemu, skąd masz ten ołówek. Myślisz, że nie widziałem? Nie bój się; ja po ciemku także dobrze widzę. W sali kinowej ten szczeniak filmowy zapisał coś i położył na stole. A ty podałeś lemoniadę i zgoliłeś.

– Dobrze, powiedz, a ja powiem o twojej butelce wina z kredensu. Ja ołówek darowałem rudemu, a wino ty sam wychlałeś.

Dopiero zrozumiał Kajtuś, dlaczego nie mógł wtedy znaleźć ołówka w srebrnej oprawie. I dziwi się, że można kraść i uśmiechać się mile, kłaniać się do pasa i nazywać: szczeniak.

I tam, i tu, i wtedy, i teraz. Dlaczego wreszcie są biedni i bogaci, dlaczego się tak nie lubią?

Przecież słońce dla wszystkich jednakowo świeci.

Patrzy Kajtuś na morze i na niebo, i zachodzące słońce. Słucha, jak śpiewa po włosku pasażer pierwszej klasy, ten dyplomata włoski, dla którego mu kazał rudy być szczególnie grzecznym.

– Umiesz „parlare italiano131, więc gadaj. I sam zarobisz, i okrętowi reklamę przyczynisz.

Ale Włoch tylko z daleka uważnie się Kajtusiowi przygląda, ani razu go nie zaczepił.

Za to drugi pasażer często zagadywał i uśmiechał się do Kajtusia.

Chłopcy nazywali go dziadem, bo był niedbale ubrany, albo „ślepy”, bo nosił ciemne okulary.

I teraz też w okularach.

– Aa, pikolo, nie śpisz?

– Nie śpię, jaśnie panie.

– I patrzysz na morze?

– Patrzę, jaśnie panie.

– I tak sobie myślisz?

– Myślę, jaśnie panie.

– I pewnie ci smutno, tęsknisz? Napij się odrobinę, kochanie.

Kajtuś wyciąga rękę, ale czuje ten sam zapach wina: wtedy na cmentarzu i wtedy w cyrku w Paryżu.

– No pij, będziesz dobrze spał.

Kajtuś nagłym ruchem wytrąca kieliszek z ręki – i:

– Zgiń, maro przeklęta.

Dziad chwycił za poręcz, jęknął przeciągle, jakby zawył, i znikł nagle, jak nagle był się zjawił.

Kajtuś rozejrzał się niespokojnie, ale na pokładzie nie było nikogo. Z dala Włoch, odwrócony tyłem – śpiewał dalej: nie widział.

Wrócił Kajtuś do kajuty.

– Dziś z nami możesz spać. Przekonaliśmy się, że jesteś dobry kolega. A w sionce niewygodnie; budzą cię.

– Dziękuję.

Tu nikt nie budzi Kajtusia, ale i tak nie śpi.

Więc zna już swego wroga. Znów chciał go spoić i może utopić albo nowe wywołać brewerie132. Nie, nie będę wariował. Nie na to zostałem czarodziejem. To pierwszy lepszy błazen szkolny potrafi i nawet bez wina ze srebrnego kubka. Pewnie będzie się mścił. Nie szkodzi. Przekonałem się teraz, że jestem silniejszy od niego. Co będzie jutro, gdy zobaczą, że nie ma dziada? Czy przyznać się, że go widział ostatni i że z nim rozmawiał?

Ale stary w ciemnych szkłach przyszedł na śniadanie. Jakby nigdy nic, jakby nie on wcale.

– Dlaczego chcesz mnie zgubić? – groźnie zagadnął go Kajtuś.

– Zdawało ci się, kochanie. Nic nie wiem, nie pamiętam.

Uśmiecha się, ale nie oszuka Kajtusia.

– Pilnuj się. Nie wchodź mi w drogę, bo pożałujesz – szepce Kajtuś.

Ostatniego na okręcie wieczora radio obwieściło, że najnowszy przebój, arcydzieło tajemniczej gwiazdy – Dziecko garnizonu – jest już w Europie i wyświetlony będzie we wszystkich kinach miast.

„Jeśli został porwany, odnajdziemy go – głosił komunikat – by wziął udział w nowym obrazie. Jeśli pochłonęło go morze, Dziecko garnizonu będzie jedynym, ale tym cenniejszym pomnikiem jego gry”.

– Te, karawaniarz. Zafundujemy ci kino, żebyś źle o nas nie myślał. Wiemy, że ty nie masz forsy, bo wszystko w karty przegrałeś.

Uśmiechnął się Kajtuś. Pożegnał się i poszedł.

Zmienił twarz i ubranie.

Pociąg odchodzi za cztery godziny. Więc co robić? Poszedł do kina.

Myślał, że może przyjemnie mu będzie widzieć na obrazie siebie. Ani trochę. Naiwny był w swych marzeniach o sławie. Kwiaty więdną, oklaski cichną, światła gasną. Wraca człowiek do domu zmęczony, smutny i jeszcze bardziej samotny. Jedno w sławie jest piękne: że bawi ludzi i wzrusza, że pociąga, porywa, że przynosi ludziom pożytek. Ale to jest dobro, które może być ciche i bliskie, dla swoich i tych, z którymi się sam człowiek, a nie obraz jego czy nazwisko spotyka.

W scenach zbiorowych poznaje Kajtuś zbiedzonych, poniewieranych aktorów okrutnego miasta. I nie obrazy ekranu ogląda Kajtuś, ale swoje wspomnienia.

Dosyć.

Spojrzał na zegar, nie czekał do końca. Chodzi po bogatych ulicach, a potem po biednych.

– Wszędzie tak samo. Już lepiej na dworcu.

Kupił gazetę i szuka wiadomości z Warszawy; już jutro ją zobaczy.

Serce mocniej zabiło, gdy pociąg ruszył.

Może po drodze wstąpić do Zacisza?

Pewnie, że przyjmą go radośnie.

Do domu – do swoich – do siebie!

Jeden tylko w przedziale siedzi pan z długą czarną brodą. Miejsca dosyć: można się wyciągnąć na ławce po wielu nocach spędzonych w niewygodnej sionce okrętu.

– Spać, spać.

Wyjął z walizki gumową poduszkę, nadmuchał, nakręcił, żeby powietrze nie wyszło – położył pod głowę.

Wagon kołysze się, koła uderzają o połączenia szyn. Przyjemna melodia, kołysanka podróży.

Nagle rozległ się ogłuszający trzask. Wagon skoczył w górę, zatrzymał, pochylił się w bok, raz jeszcze posunął się gwałtownie. Przewrócił się.

Światła zgasły. Rozległy się krzyki i jęki w ciemności.

Kajtuś rzucony ze swej ławki.

„Żyję, jestem zdrów i cały”.

Jak się wydostać? Część wagonu, gdzie były drzwi, połamana.

Kajtuś wspina się ku oknu, które teraz jest jakby w suficie.

Jęki i wołania o pomoc coraz głośniejsze. Aż stało się to najgorsze: pożar.

Byłby spłonął żywcem, ale wagon oderwał się i spadł z nasypu, w ścianie utworzył się wyłom.

Już ma Kajtuś opuścić nieszczęśliwy pociąg, gdy nagle usłyszał błaganie:

– Antoś, ratuj!

Kto go tu zna, kto wołał po imieniu?

– Ratuj! Powiem ci wszystko.

Jego towarzysz jęczy, zgnieciony przez dwie deski wagonu.

Światło pożaru pada na twarz śmiertelnie bladą. Kajtuś przygląda się zdumiony: broda się odkleiła; ranny to Włoch z okrętu.

– Pomóż, przecież ci łatwo, bo jesteś czarodziejem.

Ach, prawda.

Po chwili nieznajomy leżał z dala od płonącego pociągu na trawie.

– Dziękuję ci. Słuchaj. Jestem detektyw Filips. Należy ci się nagroda. Wiem wszystko. Wysłałem do Warszawy depeszę, żeby cię aresztować na stacji. Chciałem się porozumieć z tobą, ale on przeszkodził. Ten „ślepy” z okrętu; widziałem wszystko w lustrze; zawsze mam je przy sobie. Strzeż się go: jedzie tym samym pociągiem. Śledziłem cię krok w krok. Wyspę sam zatopiłeś, a nie kule armatnie. Kasjer mówił, że chłopiec chciał kupić bilet do Paryża. Gdzieś w drodze musiałeś się zatrzymać. Walki z bokserem nie widziałem, a potem – popis pływacki i w Hollywood. W czapce niewidce rozdawałeś bezrobotnym złote monety… oni je gubili. Jedną ręką wyciągnąłeś z błota samochód. Znikłeś mi. Koncert Greya… Pilnowali cię detektywi i ja… Tamtym uciekłeś… Ja z tobą na okręcie… Twój pomocnik… On wszystko złe… On… Jedzie… Wróg… Wykoleił… Boli. Nie ja… Nie gniewaj się… – Piękna śmierć… Nawet czarodzieja… Tak… Raport… Ty… Raport… Filips nie żyje.

Kajtuś odkleił do reszty zwisającą brodę przyklejoną i zaniknął Filipsowi oczy. Ręce skrzyżował mu na piersiach.

Rozdział siedemnasty

Kajtuś dwa razy aresztowany – Trzy razy uniknął śmierci – Ulepszona czapka niewidka – Wichrem porwany

Sławny detektyw Filips zginął w katastrofie kolejowej.

– To źle, to bardzo źle. To smutne, to bardzo smutne – powiedział naczelnik policji kryminalnej. – Straciliśmy najzdolniejszego pracownika. Nikt nam go nie zastąpi.

– To dobrze, to bardzo dobrze. To wesołe, to bardzo wesołe – mówili międzynarodowi złodzieje, oszuści i włamywacze. – Nikt jego nie zastąpi.

Filips przez lat dwadzieścia niezmordowanie ścigał i tropił przestępców. Brał sprawy najtrudniejsze. Pracował sam. Pociągiem i samolotem, jachtem i motocyklem, z miasta do miasta, z hotelu do hotelu – zawsze w podróży. Często całymi tygodniami nie wiedział nikt, gdzie się podziewa. Dopiero kiedy poznał całą bandę i herszta – dawał znać o sobie.

 

Gdy sprawa była trudna, a zazdrośni koledzy mówili:

– Filips nie pokazuje się, bo się wstydzi. Tym razem mu się nie uda.

Nagle przychodziła depesza.

Zamawiam pięć metrów płótna i dziesięć metrów sukna pod adresem takim i takim.

Znaczyło to, że ma być pięciu policjantów i dziesięciu agentów tajnych.

Podczas aresztu133 stał zawsze z daleka, przebrany za damę w sukni. Stał z rewolwerem gotowym do strzału. Ale nie strzelał.

Mówił zawsze:

– Wasze zadanie to prędko i mocno pochwycić, kogo należy, moje zadanie: pilnować, żeby kto z gapiów nie dostał kulą.

Gapie – to ci przechodnie ciekawi, którzy zbierają się tłumnie, gdy jest awantura; oni najwięcej przeszkadzają.

– Jak złapać wilka, gdy w lesie drzewa go zasłaniają?

Dumny był, że nikt nigdy nie był ranny podczas aresztowania.

– Zdrowa policja powinna wyławiać zdrowych złoczyńców spośród zdrowych gapiów. Aresztuję ludzi, a nie siekane kotlety.

Nie podobało się kolegom, że za długo zwleka. Już wie, już zna bandytę, chodzi za nim krok w krok, a nie pozwala wsadzić do więzienia.

– Ich pośpiech pomaga nam pochwycić, a nasza poważna robota przeszkadza im się ukryć. Śpieszyć się, to złapać mniej winnego, a zostawić na wolności tego, kto winien najbardziej. Trzeba wrzód rozciąć szeroko, żeby się cała ropa wylała.

Kiedy policja szukała dwóch bandytów w Berlinie, Filips przyłapał nie dwóch, a dziewięciu, i nie w Berlinie, ale w Wiedniu. I tak zawsze; więcej, niż sądzili, i nie tam, gdzie myśleli.

Niebezpieczny był „modniś z walizką”. Był to herszt oszustów; nosił zawsze małą walizkę z bombą o wielkiej sile wybuchowej.

– Drogo sprzedam wolność – odgrażał się.

Dwa miesiące chodził i jeździł za nim Filips. Wreszcie z jednym tylko mundurowym policjantem, w teatrze, podczas przedstawienia.

– O, temu proszę nałożyć kajdanki.

– Mnie kajdanki? – i modniś pokazał walizkę.

– Nie szkodzi. Zamieniłem walizkę. Pana bomba jest u mnie, a moja bomba nikomu szkody nie przyniesie.

– Kłamiesz pan.

– Możesz pan sprawdzić. Nie jestem oszustem. Włożyłem tam nawet kartkę wizytową.

Modniś zbladł.

– Proszę nie rozmawiać, bo to przeszkadza – rozgniewał się sąsiad Filipsa.

– Przepraszam bardzo – skromnie odpowiedział Filips.

I już siedzą cicho do końca przedstawienia. Modniś w kajdankach też wysłuchał do końca, tylko już klaskać nie mógł.

Filips wysłał do Warszawy depeszę tej treści:

Wtorek. Sprzedać źrebaka. Sto metrów atłasu134, sto pluszu i sto jedwabiu.

Znaczyło to:

– Aresztować młodego chłopca. Na dworcu ma oczekiwać stu policjantów, stu towarzyszyć ma w drodze do więzienia i stu pilnować w więzieniu.

– Chyba jakaś omyłka.

– Poczekajmy na drugą depeszę.

Myśleli, że otrzymają dokładne wskazówki, bo Filips zawsze kilka depesz wysyłał: jeżeli jedną ktoś zdradzi, też mu niewiele pomoże.

Ale nie. Już jest wtorek. Ludzie się dziwią, że tyle policji na dworcu. Pociąg nadchodzi. Czekają, szukają między pasażerami, którzy wysiadają z wagonów.

Filipsa nie ma, a z wagonu pierwszej klasy z bandażem na czole wysiada Kajtuś.

– Stój. Kto cię zranił?

– Nikt. Podrapałem się. Pociąg się wykoleił.

– A gdzie są ojciec i matka?

– Ten pociąg nie miał ojca ani matki.

– Nie udawaj głupca. Z kim jechałeś?

– Z panem Filipsem. Ledwo mi się zdążył przedstawić.

– Dlaczego?

– Bo kitę odwalił135.

– Założyć chłopakowi kajdanki.

– Bardzo mi przyjemnie.

Starszy konwoju136 jest wściekły.

– Co to wszystko znaczy? Prawda, że źrebak cwany i zuchwały; ale po co stu ludzi dla jednego malca?

Odesłał ludzi do koszar i sam wsiadł z Kajtusiem do więziennej karetki137.

Ruszyli.

– Usiądź, czego stoisz?

– Muszę patrzeć przez kratkę, żeby mnie za daleko nie zawieźli – mówi Kajtuś.

– A ty gdzie chcesz?

– Nie do ula138: do domu. Zanadto pan ciekawy.

Kajtuś niby żartuje, ale jest niespokojny i rozdrażniony.

– Takie przywitanie, jakie było pożegnanie z miastem rodzinnym.

Uśmiechnął się boleśnie.

– No dosyć.

Westchnął głęboko, spojrzał na swoje ręce, na ręce dozorcy. Zmarszczył brwi. Wydał rozkaz.

– Czego się na mnie gapisz?

– Zaraz się pan dowie.

Westchnął. Powtórzył żądanie.

– Przyjemnej drogi panu naczelnikowi – mówi Kajtuś uprzejmie i otwiera drzwi więziennej karetki.

Starszy konwoju z kajdankami na rękach i kneblem w ustach jedzie kłusem do więzienia, a źrebak wysiada.

Zrozumiał teraz zarozumialec, że Filips miał słuszność.

A Kajtuś rozgląda się ciekawie po mieście.

Nic się tu nie zmieniło. Te same sklepy i kina; tak samo ogłoszenia na słupach; tacy sami przechodnie.

Nic się nie zmieniło, tylko Kajtuś już inny.

Przechodzi obok swojej szkoły. Przystanął przed bramą i słucha, jak brzęczą głosy.

Ubrał czapkę niewidkę na głowę i wchodzi na podwórko.

Poznaje kolegów, urośli. Ot, dzieciarnia, co oni wiedzą? Bawią się, gonią, popychają – śmieją się bez troski.

– Nieprawda! Mają swoje dziecinne smutki i obawy, i obowiązki.

Skrzywił się Kajtuś, zobaczył sobowtóra, jak gra w klasy. Jakim życiem żyje ta dziwna mara wywołana przez niego. Czemu drażni go i niepokoi? Przecież sam tak chciał.

– Pójdę. Nie mam tu co robić.

Otworzył furtkę szkolnego podwórka.

– Hej, kto tam wychodzi? – zawołał woźny.

Wyszedł niewidzialny Kajtuś, a woźny za nim.

A przez ulicę właśnie przechodzi chłopak.

– Czego się tu kręcisz? Dlaczego bramę otwierasz?

– Co? Ja bramę? Czego pan chce ode mnie?

– Wiesz, łobuzie, czego chcę.

– Nie wiem.

– Nie odgaduj, bo oberwiesz. Marsz stąd!

– Właśnie idę.

Widzi Kajtuś rumieniec gniewu i iskry buntu w oczach chłopaka. Pamięta, ile razy niesprawiedliwie jego posądzali.

Co robić, żeby człowiek ufał człowiekowi? Niesłuszne podejrzenia budzą mściwość, a nieufność zabija prawdę w człowieku.

Gdyby można było wszystko wszystkim mówić!

Aż się łzy zakręciły w oczach.

Szybko przeskoczył mur, wrócił na podwórko szkolne. Akurat dzwonek. W zamieszaniu łatwo mu było zatrzymać i zniszczyć sobowtóra. Wrócił do dawnej postaci. Precz odrzucił czapkę niewidkę.

– Ja – to znów ja. Jestem znów dawny Antoś.

Gwizdnął i biegnie do swojej klasy. Gładzi ręką ławkę jak wiernego konia. Wstaje, gdy wszedł nauczyciel. Wyjął z teczki książkę i zeszyt. Słucha uważnie. Jakby zapomniał zupełnie o tym, co było. Niezbyt ciekawa godzina rachunków upłynęła szybko.

Koniec dnia szkolnego. Biegnie do szatni, w korytarzu spotyka panią.

– Antoś, dlaczego czoło masz skaleczone?

– Nic. Głupstwo.

Już na ulicy i na schodach, i już widzi mamę. Rzucił się matce na szyję i mocno przycisnął.

– Mamo – nic więcej powiedzieć nie może.

– A tobie co się stało? Co to? Dlaczego głowę masz skaleczoną?

– To nic. Głupstwo.

Ale mama żąda odpowiedzi.

– Ach, mówię przecież. Skaleczyłem się. Uderzyłem.

– Powiedz, Antoś, prawdę.

– No, pociąg się wykoleił. Nie czytała mama w gazecie?

– Jaki pociąg? Co ty wygadujesz?

– Nie warto o tym mówić. O której ojciec wróci? Znów będziemy razem. Tak przykro, gdy was nie widzę.

– Myślałby kto… Któż cię goni, że w domu chwili nie usiedzisz?

– Co słychać nowego?

– Tyle się tylko zmieniło, że rano gotowałam kawę, a teraz zupę.

Bo mama ani wie, że rano wyszedł do szkoły sobowtór, a teraz wrócił do domu Kajtuś prawdziwy.

– A ty byś, mamo, nie chciała odbywać dalekich podróży okrętem?

– Kto by ci cerował pończochy, gdybym podróżowała? Patrz, jaką wywierciłeś dziurę.

– To nie ja wcale.

– Wiem, że nie ty, tylko twoje nogi. Oj, chłopcze, kiedy się uspokoisz?

– Od dziś… od zaraz.

– Powiedziałabym, że to chyba czary.

Mama ceruje, coś na kominie przestawi, zamiesza: a Kajtuś siedzi na niskim stołku i tak mu dziwnie i dobrze, jak dawno nie było.

– Tak, Antosiu. Ty wychodzisz do szkoły albo z kolegami, a ojciec do pracy; a ja sama ze swymi myślami. Od śmierci babci ani z kim porozmawiać, ani się poradzić, ani użalić. Ciągle w niepokoju o was.

Kajtuś przycisnął do ust rękę matki.

– Powiedz, kto cię tak podrapał?

– Ty powiedz lepiej, co było, jak byłaś mała, opowiedz o ojcu i o babci, o mnie i o Helence.

– Helenka spokojniejsza była od ciebie. Może, bo dziewczynka, a może – bo mała. Choć ty zawsze urwis byłeś, już w kołysce samego nie można było zostawić: rozkopie się i chce wstać, a od świtu gada.

Mama mówi, czas szybko upływa. Wrócił ojciec.

– Oto masz swego gagatka. Patrz, cały podrapany, katastrofa kolejowa go spotkała. Czyta głupie kuriery139, a potem myśli o tym i bajdurzy. Oj, dałeś mi syna.

– Ty mi dałaś nicponia. Pokaż no się, Antek. Wiesz, stary dostał obstalunek140. A już źle było, nie chciałem ci tylko mówić. Teraz znów będzie robota na parę miesięcy. Ale wiesz, Antoś, dziwne te twoje rany: wyglądają jak nie dzisiejsze, a jakieś stare.

– No właśnie. Onegdaj141 była katastrofa.

– Och, chłopcze, muszę ja ciebie ukarać.

– Jak ojciec straci cierpliwość?

– Ano stracę… stracę.

– Jemu się – mówi mama – żarty w głowie trzymają, a ja aż drżę, jak narwaniec z domu wychodzi.

Jedzą. Rozmawiają o obstalunku, o pracy. A Kajtuś myśli:

„Powiedziałem prawdę. Sami winni, że nie uwierzyli. Ale teraz będzie inaczej. Nie będzie się ojciec martwił, że straci robotę, i mama nie będzie się bała. Teraz życie spokojne – i dobre serce. Od jutra. Nie, od dziś”.

Pomógł mamie zmywać i zasiadł do lekcji. Nie wie, biedak, co jeszcze go czeka.

Umarł znany pisarz. Będzie uroczysty pogrzeb z muzyką.

Duże miasta lubią ładne pogrzeby. Bo jeżeli pogoda, czemu nie iść popatrzeć, nie spotkać się ze znajomym, nie porozmawiać? Nad grobem są różne mowy; czemu nie posłuchać?

Wybierają się wszyscy na pogrzeb, wybrał się i Kajtuś. Ale że mały, więc rady dać nie może.

Na takie tłumne pogrzeby idą chętnie także złodzieje, bo w tłoku łatwiej dostać się do kieszeni z sakiewką albo z zegarkiem. Wie o tym policja i posyła tajnych agentów.

Kajtuś o tym nie wiedział; więc kiedy go ze wszystkich stron ścisnęli, włożył czapkę niewidkę i na niewidzianego łokciami i kolanami drogę sobie toruje.

I był już nawet blisko karawanu. Bo łatwiej tak. Nadepnie komu na nogę albo pięścią w bok poczęstuje; ten się odwrócić nawet nie może; zaraz kłótnia, że to niegrzecznie i ordynarnie; a tymczasem Kajtuś już dalej i dalej robi zamieszanie i w zamieszaniu korzysta.

Zwyczajni gapie nie zwrócili uwagi, ale agent czuwa. Od razu poczuł, że go ktoś dotyka, przyczaił się i – łap Kajtusia za rękę, nie patrząc nawet wcale.

– Puść pan.

– Nie puszczę. Zdejm czapkę. Jesteś czarodziej.

Ano, wpadł. Trudno. Niedobrze się stało. Zrzucił czapkę niewidkę i idzie pokornie.

Prowadzi go łapacz i rozmyśla, co robić dalej. Czarodziej to zdobycz nie lada. Największym detektywom się nie udawało. Naczelnika konwoju wyprowadził w pole. Filips zginął przez tego źrebaka.

„Jeżeli go oddam w policji, dostanę nagrodę. Lepiej zrobić się jego wspólnikiem”.

Kajtuś zmienił twarz, bo go może zechcą fotografować. Nie boi się: jest w formie, jak mówią sportowcy. Wymknie się z więzienia.

Łapacz jakby się domyślił, bo mówi łagodnie, prawie prosi:

– Tylko nie uciekaj. Nic ci złego nie zrobię.

Zaprowadził Kajtusia do zwyczajnego aresztu.

– Co to za chłopak? – pyta się dyżurny przodownik. – Z pogrzebu pewnie?

– A tak, z pogrzebu.

– Jak ci nie wstyd? Dobry ty jesteś numerek. Pokaż, co ukradłeś?

– Nie – mówi agent. – Może chciał, tylko nie zdążył. A może mi się zdawało.

Czeka, aż zostaną we dwóch.

– Słuchaj, chłopcze. Jesteś w moich rękach.

– No bo co? Jestem.

– Wiesz, że za twoją głowę wyznaczona nagroda?

– Wiem. Czytałem.

– Ale mi ciebie żal. Jeżeli się zgodzisz, będzie nam obu dobrze. Sam widzisz: głupstwoś palnął. Bo nie? Kto mądry w tłumie ubiera czapkę niewidkę? Za mały jesteś. Nie umiesz sam. Więc naucz mnie czarów; będziemy sobie pomagali. No co? Jak ci się ta myśl podoba?

– Owszem. Bardzo dobra.

– Więc zgadzasz się?

– Nie zgadzam się.

– Wolisz zginąć w kryminale albo dyndać na sznurku?

– Na jakim znów sznurku?

– A tak, powieszą cię. Mnie, uważasz, na twoich czarach tak znów nie zależy; ale podobasz mi się.

– I pan mi się podoba; ale muszę już iść do domu, bo mama będzie niespokojna.

– Głupi jesteś.

– Zobaczymy, kto głupi.

Już go nie ma.

Agent maca rękami, szuka, biega jak wariat po pokoju – jakby się w ślepą babkę bawił. A Kajtuś zamienił się w muszkę i fruwa.

Ale sprawdziło się to, o czym mówił Filips: ma Kajtuś silniejszego niż policja wroga.

Chciał usiąść na ścianie i wpada w sieć pajęczą. Brzęczy żałośnie, a pająk na krzywych nogach już wisi nad Kajtusiem, już mu pierwszą nitkę zarzucił na skrzydła.

„Chcę, żądam: chcę być myszką”. Zamienił się w mysz.

Skoczył na podwórze przez okno. Zaszumiało szarej myszce w głowie. Nie wróciła jeszcze przytomność, a tu czarne kocisko rzuca się na Kajtusia.

Już myśli, że wybiła ostatnia godzina.

„Chcę, żądam. Żądam, rozkazuję”.

Zdążył. Spod łapy czarnego kota wyfrunął gołębiem.

Usiadł na dachu, ale mu ciasno, że ledwie oddycha. Frunął, ale szuka miejsca, by wrócić bezpiecznie na ziemię. Bo czuje, że długo nie wytrzyma.

I oto trzeci zamach na życie Kajtusia. Po raz trzeci w oczy śmierć mu zajrzała.

Jak kamień rzucił się na niego jastrząb. Już dotykały piór pazury jastrzębia, gdy w szalonym wysiłku wymknął się gołąb i ciężko padł między drzewa Ogrodu Saskiego.

„W człowieka, w człowieka. Chcę, żądam”.

Siedzi teraz Kajtuś na ławce, ważną sprawę rozważa.

– Czapka niewidka nie zapewnia mi bezpieczeństwa. Cóż z tego, że nie widzą, gdy nie widząc nawet, mogą pochwycić i postrzelić? Trzeba inaczej to zrobić. Chcę mieć zegar. Niech na tarczy zegara będą cztery litery. I niech będzie sprężyna. Jeżeli raz nacisnę sprężynę, wskazówka stanie na literze A; wtedy do połowy zamieniam się w powietrze. Jeżeli dwa razy nacisnę sprężynę, strzałka staje na literze B – to jest, gdzie w zwyczajnym zegarze jest szósta godzina. Wtedy dotykalna będzie tylko głowa i ręka. Gdy grozić mi będzie wielkie niebezpieczeństwo, trzy razy naciskam sprężynę. Wskazówka stanie na literze C, to jest tam, gdzie teraz jest dziewiąta. Cały zamieniam się wtedy w powietrze; zostaje tylko zegar i palec, i tym jednym palcem mogę nacisnąć sprężynę, by powrócić do cielesnej postaci.

124Andato a scuola? (wł.) – Czy chodziłeś do szkoły? [przypis edytorski]
121What is your name? (ang.) – Jak się nazywasz? [przypis edytorski]
122Wie alt bist du? (niem.) – Ile masz lat? [przypis edytorski]
123Ou demeures tu? (fr.) – Gdzie mieszkasz? [przypis edytorski]
125Be obedient! Gehorsam sein! Sois obeissant! Sii ubbidiente! (ang., niem., fr., wł.) – Bądź posłuszny! [przypis edytorski]
126rezon (z fr. raison) – pewność siebie, śmiałość, rezolutność. [przypis edytorski]
127karawaniarz – człowiek kierujący karawanem, pojazdem przewożącym ciało zmarłego w orszaku pogrzebowym. [przypis edytorski]
128pikolo (z wł. piccolo: mały) – tu: chłopiec usługujący w hotelu, restauracji itp. [przypis edytorski]
129gwiazdą filmową wysiadał – dziś: wysiadał jako gwiazda filmowa, będąc gwiazdą. [przypis edytorski]
130zakasłać się – zanieść się kaszlem. [przypis edytorski]
131parlare italiano (wł.) – mówić po włosku. [przypis edytorski]
132brewerie – awantury, kłótnie. [przypis edytorski]
133podczas aresztu – dziś popr.: podczas aresztowania. [przypis edytorski]
134atłas – miękka tkanina, która ma jedną stronę błyszczącą, a drugą matową. [przypis edytorski]
135odwalić kitę (wulg.) – umrzeć. [przypis edytorski]
136konwój – tu: grupa strażników wyznaczonych do pilnowania więźnia podczas transportu; starszy konwoju: dowódca takiej grupy. [przypis edytorski]
137karetka więzienna – pojazd przeznaczony do przewozu aresztowanych i więźniów. [przypis edytorski]
138ul (pot.) – więzienie, areszt. [przypis edytorski]
139kurier (tu daw.) – gazeta. [przypis edytorski]
140obstalunek – zamówienie, zlecenie wykonania czegoś. [przypis edytorski]
141onegdaj (daw.) – przedwczoraj; także: kiedyś. [przypis edytorski]