Kajtuś Czarodziej

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokąd pójdzie? Po co wracał?

– Jaki ten świat wielki. Tyle na nim miast i wsi, i ludzi i zwierząt. A każdy ma jakiś dom i schron, i jakieś serce życzliwe.

Nie wróci do Zosi. Wstyd mu. Zresztą sił brak, by rozpocząć wędrówkę od nowa.

Idzie Kajtuś, a sam nie wie, dokąd i po co.

Wspomina starca z wiązką drzewa na plecach, wspomina pastucha i ucznia, który go karmił w wagonie, i dziewczynę, i leśniczego. Wspomina tych, którzy pomogli, i tych, co krzywdzili.

Westchnął.

Zwęszył znajomy zapach. Spojrzał. Ach tak – przywlókł się do swej szkoły.

Usiadł w bramie przeciwległego domu, złożył głowę na łapach i patrzy w okno.

Czeka. Psie życie nauczyło go cierpliwości.

Czeka na dobrą panią.

Czeka. Drzemie. Ten go pogładzi, ten potrąci. Ktoś przemówi łagodnie, cmoknie albo burknie, że psisko miejsce zajmuje i przeszkadza.

Czeka na dobrą panią – aż wyszła.

Kajtuś za nią krok w krok.

Obejrzała się. Przystanął. Idzie dalej. Pani weszła do sklepu. Kajtuś został i czeka.

Zauważyła go naprawdę – dopiero przy drzwiach swojego mieszkania.

Co teraz będzie? Kajtuś przestał oddychać; czuje, jak serce bije; ma gwiazdy przed oczami. Czuje ciepło i zimno na przemian.

– Ty za mną? Ty do mnie? Ano wejdź, kiedyś przyszedł.

Powitała go nie jak psa, a jak ucznia.

Wszedł Kajtuś i rozgląda się po ubogim pokoju.

„Dlaczego myślałem zawsze, że nauczyciele – to bogaci panowie i panie?”

Jakby odgadła myśl jego:

– Biednie tu u mnie. Nie upasiesz się, piesku, na profesorskim chlebie.

Zjedli.

– Tak, psino, inaczej myślałam. Łudziłam się, że dzieci będą mi życzliwe, że znajdę wśród nich pomoc. Cóż, kiedy nie wiedzą. Nie mogę tak tylko, jak ja chcę i one pragną. Nie wolno mi. Bo kierownik pilnuje, a inspektor sprawdza. Mówią, że hałas na moich godzinach i małe postępy. Kto umie karać, tego słuchają, a ja chcę życzliwie i łagodnie.

Kajtuś zauważył różę, którą dał jej wtedy. Tak strasznie dawno. Róża zwiędła, ale zachowana na pamiątkę stoi w wazoniku na półce.

– Tak, psino. Chciałam być z dziećmi i zostać nauczycielką, ale teraz już tylko muszę. Już rada jestem, gdy niedziela czy święto; już nie tęsknię do szkoły. Cóż z tego, że się staram, gdy dzieci nie chcą? Żal mi Kajtusia, bardzo go lubiłam, bardzo mu chciałam pomóc, żeby się poprawił. Ale trudno poprawić człowieka. Tak, psino, byłam dawniej wesoła, a teraz mi smutno.

Bierze Kajtusia pod brodę, psi łeb przytuliła do twarzy. Rozumie Kajtuś, że płacze.

A istnieje stare prawo czarnoksiężników, które głosi:

Gdy człowiek, zaczarowany w zwierzę, wypije człowieczą łzę skargi na ludzi – ma być przywrócony do swej ludzkiej postaci.

Stare prawo z roku 1233 – uczy siedemset lat.

Rozdział dwudziesty

Kajtuś zamienił się w wierzbę – Wśród obcych ludów – Na dnie morza – Na biegunie – Bądź karny

Stare prawo głosi:

Każdy człowiek zaczarowany w zwierzę, gdy wypije łzę człowieczą skargi na ludzi – winien być przywrócony do swej ludzkiej postaci.

Tak. Gdy pani przytuliła do twarzy psi łeb Kajtusia i zapłakała – zgarnął językiem ciepłą i słoną łzę skargi na dzieci.

Tak. I poczuł nagle, że łamią się w nim i wyginają kości, wyciągają się żyły, inaczej bije serce i oddychają płuca – i pęka skóra.

Szarpnął się, skurczył, wyrwał – skoczył do drzwi, pchnął łapami i wybiegł do sieni.

Tak. Zbiegł szybko po schodach i skrył się między parkany.

I dokonała się zmiana.

Tak. Chwieje się Kajtuś, już na ludzkich nogach – a jako człowiek odzyskał moc czarodziejską.

Pierwszym rozkazem zaspokoił głód.

Drugim rozkazem zdobył czapkę niewidkę.

Trzecim rozkazem zapytał się niespokojnie o los towarzyszki-Zosi.

„Chcę, żądam, rozkazuję… ”

– Jestem.

Jest dziwny goniec wróżki.

Jest tajny posłaniec.

Wychylił się spoza parkanu prawdziwy krasnoludek, wspiął się niezgrabnie na deskę – i potrząsając brodą siwą i mrużąc lewe oko, powiedział:

– Zosia, wielki wróżu, czeka na ratunek.

– Dlaczego nazywasz mnie wróżem?

– Nie dla siebie dobra wzywasz.

– Nie rozumiem.

– Zrozumiesz po sądzie.

Tak. Sąd go jeszcze czeka.

Zapomniał był. A sąd wodza czarnoksiężników czeka jego, Kajtusia i Zosię.

Nie.

Zosia nie pójdzie na sąd.

– Ja sam. Sam będę odpowiadał.

I czwarty wydał rozkaz po odzyskaniu władzy.

„Do Zacisza. W butach siedmiomilowych”.

Rzekł.

Znikła sprzed oczu Warszawa.

W chwilę krótką przebył drogę, która niedawno tyle pożarła wysiłku.

Stoi przed oknem znajomego domu.

Patrzy.

Siedzi matka Zosi na fotelu, trzyma w ręce gazetę, nie czyta.

Patrzy w dal – ma siwe pasma włosów.

A na kolanach Zosia: węszy niespokojnie i uszami strzyże.

Poznała.

– Idź, suczko, pobiegaj – mówi mama.

Zeskoczyła Zosia z kolan, biegnie do drzwi. Drzwi matka otworzyła.

– Jestem – mówi Kajtuś wzruszony.

– Wiem – odpowiada Zosia.

– To ja, Kajtuś.

– Poznaję.

Idą. Kajtuś ludzkim krokiem, a Zosia drobi psimi łapkami.

Minęli ogród, furtkę ogrodową, drogę przez pole do lasku.

Rozglądają się: nie ma nikogo wokoło. Zdjął Kajtuś czapkę.

– Antoś, jakże to się stało?

Spojrzał na Zosię wytężonym wzrokiem, oczyścił leśnym powietrzem myśl i płuca, głęboko odetchnął trzykrotnie, ręce na piersiach skrzyżował.

Mówi powoli, wyraźnie, uroczyście.

Dwa razy powtórzył:

– Mocą tajemną i władzą czarodziejską zwalniam cię, wróżko zaklęta złą wolą, po wsze czasy stanowię, zwalniam cię z nakazu stawienia się na sąd. Ja sam i tylko ja odpowiadać będę wrogiej sile i władzy. Najwyższym swym prawem niespornym zapewniam ci wolność i miejsce trwałe przy matce twej. Żadne złe zaklęcie i żaden czar mściwy nie będzie mocen147 zmienić mego nakazu, woli mej i żądania.

Rozległ się głuchy grzmot.

Kajtuś zmęczony oparł się o drzewo.

Zosia patrzy niespokojnie i czeka.

Westchnął Kajtuś głęboko – raz, drugi raz – i trzeci. Oczyścił myśl i płuca leśnym powietrzem.

Rzekł:

– Żądam i rozkazuję. Mocą swą i władzą stanowię. Słońce, morze, góry i powietrze – ogień i wodę wzywam ku pomocy. Powróć do ludzkiej postaci. Stań się człowiekiem. Wróć do ludzkiej postaci.

Przymknął oczy. Zbielały mu wargi. Opadły ręce.

– Wielkim jesteś wróżem-czarodziejem – szepce Zosia i uśmiecha się, i włosy stargane poprawia.

Spełnił się obowiązek. Wyzwolił.

Spieszy się.

– Bądź zdrowa i szczęśliwa.

– Zostań. Boję się o ciebie, Antosiu.

Ale już nie ma Kajtusia.

Napisał dwa listy.

Pisał do rodziców:

Ukochani, drodzy! Smutno Wam. Choć bardzo pragnę, nie wiem, czy powrócę. Bądźcie cierpliwi. Wiele wycierpiałem. Nie to szczęście przynosi, co łatwo przychodzi. Nie każdy równą i bezpieczną drogą dąży do swego celu. Przepraszam, choć nie moja w tym wina. Ręce Wasze całuje stęskniony Antoś.

Pisał do nauczycielki:

Proszę nie gniewać się na psa, który uciekł tak nagle, a któremu Pani wyświadczyła największą przysługę, jaką może wyświadczyć człowiek człowiekowi. Bądź, pani, nadal dobrą dla dzieci. One nie są winne. Nie wiecie, jak bardzo chcemy się starać i jak bardzo nam trudno. Nie zawsze jest człowiek panem swoich czynów. I nie każdy cichą drogą idzie do swego celu. Niespokojne mamy myśli i nie zawsze wierzymy w poprawę. Bądźcie cierpliwi.

Zaadresował koperty, nakleił marki i wrzucił do skrzynki pocztowej.

Pomyślał.

„Zwyciężę lub zginę”.

Trzy dni zostało do sądu. Śpieszyć się trzeba.

Śpieszyć się trzeba, by poznać i wiedzieć; a odpocząć pragnie.

Miał Kajtuś nad Wisłą cichy kącik.

Miał z dawna, między krzakami. Tam chodził, gdy było mu smutno.

Tam na brzegu czytać się uczył – i zaklęcia czarodziejskie próbował, i miłością do rzeki wiązał się z Ojczyzną.

Nie tylko bieganinę lubią dzieci. A im większy łobuz, tym bardziej tęskni do ciszy, choć sam nawet nie wie.

Miał Kajtuś nad Wisłą kącik między krzakami, gdzie próbował poprawić się i nowe zacząć życie; gdzie wspominał czasy, gdy był bardzo mały.

Bo ma dziecko dawne wspomnienia i pamiątki. Bo nie tylko dorośli i starzy mają dawne swe czasy.

„Kiedy byłem maleńki, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie… ”

Idzie tam Kajtuś. Usiadł na piasku i patrzy na wodę i drzewa. Tak cicho, tak dobrze. Łaskawa cisza.

Patrzy – oczy ma otwarte, myśl jego śpi; tak bardzo zmęczony. Bo naprawdę zbyt wiele i zbyt trudno było…

I nagle usłyszał dalekie głosy.

Widzi, że zbliżają się chłopcy.

Poznał, że wycieczka szkolna.

Idą. Zaraz zaczepią i zadawać będą pytania. A Kajtuś chce być sam i nie chce rozmawiać.

Spojrzał na grupę drzew i przypomniał sobie leśniczego:

„Dla handlarza drzewo – to towar, a nie żywe stworzenie”.

Ano, rodzi się krzew z nasienia, żywi się i rośnie, głodny wody, pokarmu jak człowiek – choruje, starzeje się i umiera. Może raduje się i cierpi?

„Chcę, żądam… ”

I zamienił się Kajtuś w drzewo. Zdobył wielkie wtajemniczenie życia we świecie…

Wrósł korzeniami w ziemię. Twarda opasała go kora. Wydłużyły się i rozwidliły ramiona. Otulił zielony płaszcz liści. Wiatr kołysze i gładzi łagodnie gałęzie.

 

Oddycha zielenią, pije chłodną z ziemi wodę. A wierzba, siostra, mówi szelestem, że miło żyć i cieszyć się światem.

Nadeszli chłopcy.

Rozbiegli się, nawołują.

Stanął chłopak obok Kajtusia.

– Laskę sobie ułamię.

Chwycił Kajtusia za gałąź, gnie, łamie.

– Boli!

Trzasnęła gałąź i zwisła bezwładnie. Chłopiec szarpie złamaną, rozdziera.

– Boli, bardzo boli!

Nie rozumie chłopak jęku łamanego drzewa, bo trudna do odczytania jest skarga rośliny.

A kolega mówi:

– Zostaw. Idziem dalej. Równiejszą sobie laskę wystrugasz.

Poszli. Ucichły głosy. Pozostała krzywda okaleczonego krzewu.

I boli, i wstyd Kajtusiowi. Czy i on tak samo nie robił? Nie pomyślał, że drzewo nie ma nóg, by uciec, nie ma rąk, by się bronić, ani zębów, rogów ni pazurów. Byle tchórz z nim poradzi.

Bezbronne. Bezbronne. Bezbronne.

Przypomniał sobie, jak raz cisnął kamieniem w psa. A Stefan powiedział:

– Myślisz, że pies to nie człowiek?

Stefan inaczej chciał powiedzieć: że pies czuje, jak człowiek, że psa i kota, i żabę też boli.

A Kajtuś co? Rozgadał na podwórku i w szkole. Wyśmiewali, dokuczali Stefanowi:

– Psi wujaszek! Psi wujcio!

Stefan płakał.

– Beksa!

Jak bezmyślny i brutalny może być człowiek.

Gdy się nie zastanowi.

Gdy czuje, że nie ma słuszności, a przyznać się nie chce.

Są tacy, co wolą zawsze chodzić z kolegą. Kajtuś nie. Woli sam. Tak było i dawniej.

Idzie ulicą. Tu popatrzy, tam przystanie. Zawsze coś nowego zobaczy. Jedno rozumie, drugie ciekawe, trzecie go dziwi.

Idzie Kajtuś powoli, bez celu.

Widzi: policjant prowadzi człowieka. Twarz aresztanta blada i ponure spojrzenie.

Zamkną go w więzieniu.

Pamięta Kajtuś własną niewolę w twierdzy czarodzieja. Zna udrękę zamknięcia i długie, czarne godziny.

I dawniej lubił Kajtuś patrzeć na awantury, areszty. Lubił czytać – o bójkach i kradzieżach w gazecie. Lubił rozmowy o złodziejach i bandytach. I filmy awanturnicze.

Dawniej ciekawość – teraz współczucie.

Współczucie!

„Chcę i rozkazuję. Chcę zwiedzić więzienie”.

Rzekł.

Idzie w czapce niewidce przez mroczny korytarz, obchodzi ponure cele skazańców.

I młodzi, i starzy. Biedne dzieci tych ludzi zamkniętych na długie lata. Co one winne?

– Tata w kryminale!

Był w szkole kolega. Niedobry, niemiły. Ale czy dziw, gdy w każdej kłótni zaraz:

– Ty złodziejski synu! Będziesz w kajdanach, jak tatuś.

Zaprawdę, wiele wszędzie smutku i nieładu. Wśród dorosłych i dzieci.

Wiele smutku i wiele nieładu.

Zrozumiał i czuje.

Opuścił mury. Znów oddycha powietrzem swobody.

Jedna i druga ulica.

Zagrała trąbka pogotowia. Szybko toczy się samochód w kierunku szpitala.

Skoczył Kajtuś na stopień karetki pogotowia. Wiozą rannego. Zatrzymali się przed szpitalem. Wnieśli sanitariusze, obejrzał doktór. Należy dokonać operacji.

Zdejmują zakrwawione ubranie, kładą na wózek. Jest Kajtuś w sali operacyjnej. Stoi blisko.

Ukłuli rannego igłą ze szprycy148. Zastrzyk lekarstwa. Nałożyli na twarz maskę i leją krople na sen. Każą liczyć:

– Raz… dwa… trzy… cztery.

– Już śpi. Zaczynamy.

Starannie umyli ręce lekarze. Obłożyli pierś rannego serwetami. Ciął chirurg skórę nożem. Gdzie ukazuje się krew, zaciska broczące miejsce pincetą. Młody lekarz pomaga, drugi podaje narzędzia. Nikt nic nie mówi, a rozumieją się. Każdy w porę rękę usuwa. Krają i szyją żywego człowieka, a on śpi.

Nie czary – wiedza.

Wszedł niewidzialny Kajtuś na salę szpitalną.

Dwa rzędy łóżek.

Ten jęknie, ten zakaszle, tamten zagada.

Nagle śmiech w rogu przy ścianie.

Chłopiec siedzi na łóżku, śmieje się i opowiada przygodę.

– …Jak już mnie ten tramwaj przejechał, zacząłem uciekać. Bo policjanta zobaczyłem. Ze strachu nie bardzo bolało. Byłbym zwiał, ale mnie ludzie zatrzymali. Mówią: „Patrz, głupi”. A już z buta chlusta krew – i cieeepło w nogę, ale jeszcze nie boli. Dopiero zanieśli mnie do sklepu.

– Nie trzeba ci było skakać do tramwaju.

– No… Ja wiem. Jakby tata żył, to bym kurierków nie sprzedawał. A co robić, jak nas jest czworo, a mali drą się i chcą jeść? Matce dwa złote dawałem, a sobie tylko bułkę i wodę sodową. Bo w gardle sucho od krzyku.

– Zimna woda niedobra na gardło zagrzane.

– Ja wieem. Już mieli mi nogę ucinać, bo doktór mówił, że but był brudny, więc się nie chciało goić. Ale się zgoiło, tylko dwa palce straciłem. Ale to głupstwo.

Błądził Kajtuś po korytarzach szpitalnych.

– Wiele na świecie smutku i nieładu.

Nagle:

– Chcę poznać świat. Chcę poznać cały świat. Chcę wiedzieć, co na ziemi, pod wodą i w krajach wiecznego lodu i zimy. Życie Murzynów, kowbojów i Chińczyków… Chcę poznać.

Rzekł.

Wicher niesie Kajtusia do dzikiej ziemi Afryki.

Rzekł.

Widzi palmy wysokie, dziwne zwierzęta i ptaki, człowieka czarnego. Ubogie namioty, lepianki, nędzne rupiecie naczyń i sprzętów; cudaczne ozdoby w uszach i w ustach. Trudno w czarnym stworzeniu dopatrzyć się brata; trudno wierzyć, że biały człowiek, jak uczy historia, równie dziki był dawno, kiedyś, przed laty.

Niesie wicher Kajtusia do prastarej ziemi Chińczyków. Przypomina się – co pani mówiła w szkole.

Ten dziwny lud drukował książki, wyrabiał szkło i piękne jedwabne tkaniny, gdy człowiek Europy nic jeszcze nie umiał.

Dlaczego dali się prześcignąć? Dlaczego popadli w niewolę? Czemu tyle kalek i żebraków? Czy nie mają lekarzy? Dlaczego im nie pomogą rodacy?

– Nie powinna, nie da się Polska prześcignąć. Trzeba się uczyć i książki czytać, trzeba pracować i pomagać innym. Nawet Chińczykom i Murzynom.

Idzie Kajtuś ulicą chińskiego miasta, rozmyśla.

„Złym uczniem byłem. Niestarannie pisałem. Brudne miałem zeszyty. Tyle czasu marnowałem. Z kolegami nie żyłem w zgodzie, kłóciłem się i biłem. Złym byłem Polakiem”.

– Chcę zgłębić dno morza!

Rzekł.

Przebrany w klosz nurka, ma Kajtuś ciężary na nogach, pogrąża się w odmęty morskie.

Poprzez zieloną wody zasłonę widzi nowy świat, ukryty przed wzrokiem ludzkim.

Spłoszone ryby rozbiegają się. Na dnie morza oparty o skałę czarny okręt rozbity. Przezroczyste welony meduzy, macki ośmiornicy, muszle ślimaków, gwiazdy morskie, raki, gąbki i korale.

– Ile życia na świecie, o którym nikt nie wie.

Myli się Kajtuś. Bada człowiek dno głębin i ich tajemnice, w licznych księgach spisuje. Człowiek badacz-bohater wszędzie dociera – myślą, słowem – czynem. Gwiazdy, przeszłość i przyszłość ogarnia.

– Chcę widzieć biegun ziemi.

Rzekł.

Niesie dywan czarodziejski.

Mija lasy i pola – potem już tylko karłowate krzaki i mech.

Renifery, dziwne ptaki pingwiny, białe niedźwiedzie, wieloryby i foki.

Wreszcie tylko już śnieg i góry lodowe, i Eskimosów siedziby.

Dziwni ludzie, kochają ojczyznę swych martwych pól.

Mruży Kajtuś oczy, blask razi – biała cisza, wicher, słońce, które nie grzeje. Wicher okrutny i głębokie szczeliny, przepaście lodowe.

Cisza.

Cyt!

Oto sanie człowieka: sanie rozbite.

Idzie Kajtuś. Zahartowany. Przez zaspy.

Drobne igły lodowe tną jak komary.

Rozgląda się i szuka po białym polu.

Cisza.

Ślad człowieka: kopiec samotny z kamieni. Między dwoma kamieniami spłowiała flaga. Sztandar i mogiła Nieustraszonego.

Przystanął. Obnażył głowę.

Cyt!

Słyszy ciche wyrazy:

– Czuwaj! Bądź karny! Bądź mężny.

Kajtuś odpowiada szeptem.

Rękę wzniósł.

Ślubuję.

Dedykacja

To trudna książka.
Tę trudną książkę poświęcam niespokojnym chłopcom, którym się trudno poprawić.
Trzeba chcieć i silnie, i wytrwale.
Trzeba wolę hartować.
Trzeba być pożytecznym.
Dziwne jest życie.
Życie jest jak dziwny sen.
Kto ma silną wolę i silną chęć służby ludziom, temu życie pięknym będzie snem.
Choćby droga do celu była poplątana, a myśli niespokojne.
Może jeszcze kiedyś dokończenie napiszę.
147mocen (daw.) – zdolny; mający moc, zdolność czynienia czegoś. [przypis edytorski]
148szpryca (pot.) – strzykawka. [przypis edytorski]