Kajtuś Czarodziej

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kajtuś dokładnie jeszcze raz obmyślił cały mechanizm i zażądał takiego zegara.

Czy że był zmęczony, czy że czar był trudny – kolnęło, uderzyło coś Kajtusia w serce, aż ból, dreszcz, aż mu pociemniało w oczach. Oparł się o ławkę, żeby się nie zwalić.

Ale zegarek ma. Już raz na zawsze uwolnił się od pościgu ludzi. Już nie będzie muchą, myszą, gołębiem uciekał. A wróg-czarnoksiężnik zbyt słaby widocznie, bo nie może zabić Kajtusia-człowieka.

– Byłeś na pogrzebie? – pyta się mama.

– Byłem.

– Widziałeś?

– Widziałem.

– Wyglądasz bardzo zmęczony.

Ani przeczuwa biedna mama. Nic nie wie dobra, kochana.

Zresztą i Kajtusia męczy tajemnica.

– Raz jeden tylko oko w oko spotkałem swego wroga. Ale kto daje mi siłę? W czyjej jestem potężnej władzy?

Czuje, że tak jest tymczasem, że musi się wszystko wyjaśnić, że niezadługo zrozumie.

Wybrał się pewnej niedzieli na mecz futbolowy.

Do przerwy gra nie była ciekawa; dopiero później rozruszały się obie drużyny.

Przyszła Kajtusiowi do głowy myśl swawolna, żeby im przeszkodzić. Niech się poirytują.

Nacisnął sprężynę na A – i dawaj brykać na boisku.

Zaczęły się dziać dziwne rzeczy.

Prawidłowo kopnięta piłka nagle się zatrzymuje i zmienia kierunek. Pchnięta w stronę bramki – nagle cofa się sama, jakby odrzucona.

Jakby grał ktoś jeszcze, zręczny i niewidzialny.

Widzi sędzia, spostrzegły drużyny; ale nie ma czasu się zastanawiać, nie mogą się połapać. Gry nie wolno przerywać.

Ale między publicznością znalazł się porucznik, który zauważył i zrozumiał.

Bo widzi: po placu posuwa się cień bez człowieka; cień zmienia się: raz wyraźny cień chłopca, którego wcale nie ma na boisku; to połowa tylko, to ręka i głowa. No, bo Kajtuś rozmaicie naciska sprężynę, żeby na niego nie wpadli, nie kopnęli, nie przewrócili. A wszędzie, gdzie mignie, dzieją się z piłką najdziwniejsze rzeczy.

Porucznik słyszał w kasynie, że szukają chłopca-przestępcę142 w czapce niewidce. Więc wyjmuje rewolwer i podkrada się nieznacznie.

Akurat jest rzut karny. Zbliża się porucznik tam, gdzie znaczy się cień na piasku; słyszy cykanie zegara i oddech niewidzialnego Kajtusia. Wycelował i byłby strzelił…

Ale zerwał się wicher, pchnął Kajtusia w górę wysoko ponad boisko – i niesie, i pędzi w niewiadomym kierunku.

Rozdział osiemnasty

W twierdzy wodza czarnoksiężnika – Autor tłumaczy czytelnikowi, dlaczego wykreślił wiele z tego rozdziału… – Zosia uwięziona

Na próżno Kajtuś stara się zatrzymać.

Na próżno żąda i rozkazuje.

Nie mają siły jego rozkazy i chęci, a z bladych warg wybiegają martwe wyrazy.

Świst w uszach, zamęt w głowie, a przed oczami prostokąty pól i lasów, nieznane wioski i miasta, i obce wody i ogrody.

Aż do sprzeciwu znikła odwaga i ochota. Niemocen143 walczyć.

Wicher go niesie.

Jest jak kropla fali morskiej, jak piórko rzucone potęgą żywiołu.

Łyka powietrze, ostre w bolesnym oddechu.

– Niech co chce, będzie.

Ostatnie spojrzenie na wyniosłą górę, na wysoki wał i mur, i baszty nieznanej twierdzy.

Aż spada. Zamknął oczy. Zamroczyła się myśl.

Leży na kamiennej podłodze.

Ciemno i cicho.

Zaduch piwnicy, wilgoci i stęchlizny.

– Jestem uwięziony.

Wstał. Sięgnął ręką. Dotknął niskiego pułapu. Krokami mierzy celę więzienną: wszerz cztery kroki i pięć kroków wzdłuż.

– Kara czy zemsta?… Chcę wiedzieć.

Dwoje oczu świecących, niemrugających, spojrzało na Kajtusia.

Ognista głownia dziewięć razy obiegła głowę Kajtusia.

Znów noc czarna.

– Jak długo? Co dalej? Czy tak już na zawsze?

Krąży Kajtuś po celi i zwilża język o mokre ściany ciemnicy.

Płyną dręczące minuty czy godziny.

A tam za murami słońce jak dawniej świeci. Dobre słońce, dobre i ciepłe.

– Ja w czarnej niewoli, a tam jasna swoboda.

Ma oczy, nie widzi, ma uszy, nie słyszy. Jedna została mu myśl, którą wysłał do miasta swego, do Warszawy – do domu i szkoły.

Zapłakał.

Nagle zaroiły się ściany tysiącami ruchliwych iskierek…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Od autora. Zanim zacząłem pisać opowieść o Kajtusiu, rozmawiałem z chłopcami o czarach, z dziewczynkami o wróżkach.

Potem czytałem im różne rozdziały.

Poprawiałem, zmieniałem i przerabiałem opowieść.

Chciałem, żeby książka była ciekawa. Nie chciałem, żeby była straszna i za trudna.

Kiedy przeczytałem ten osiemnasty rozdział o Kajtusiu w twierdzy wodza czarnoksiężników – jeden chłopiec powiedział:

– To straszne!

I przysunął się bliżej, i wziął mnie za rękę.

Powiedziałem:

– Przecież bajki o czarodziejach są straszne.

A on:

– No, tak… ale to co innego.

Potem śnił mu się Kajtuś. Chłopiec bał się w nocy.

Nie mogąc zmienić, wykreśliłem to wszystko, co mu się śniło. I znów przeczytałem.

Powiedział:

– Już teraz dobrze…

Wypił Kajtuś do ostatniej kropli napój orzeźwiający: rękę ułożył na kamieniu, oparł się twarzą i zasnął.

Pierwsze ciche godziny niewoli.

Obudził się.

Ciemność.

Nie zaraz przypomniał sobie wypadki dnia ubiegłego.

Na żelaznej tablicy ognistymi literami skreślony wyrok – nie wyrok.

Czarne nietoperze skrzydłami, szelestem, podmuchem znaczą swą obecność.

Wielkie pióro złotą stalówką wodzi z wolna, kreśli wyraz po wyrazie na czarnym żelazie tablicy:

„Nie będziesz zgładzony ni kulą, ni mieczem”.

„Nie będziesz spalony ogniem ni rażony piorunem”.

„Nie będziesz otruty trucizną”.

„Nie będziesz strącony ze skały”.

„Nie będziesz uduszony ni sznurem, ni gazem”.

„Nie będziesz utopiony”.

„Nie będziesz żywcem pogrzebany”.

Obok każdego napisu niezrozumiałe znaki i liczby. Zapewne paragrafy księgi kar kodeksu czarnoksięskiego.

Więc sąd dokonany?

Wyrok zapadł.

W kamiennej ścianie małe okno okratowane.

W kamiennej ścianie niskie drzwi.

I z desek podłoga.

Ucieszył się Kajtuś. Serce drgnęło nadzieją.

Liczy sęki i gwoździe w deskach podłogi. Raz w raz zwraca oczy w górę ku kratom.

Próbuje wspiąć się: choć zmęczony i słaby, próbuje skoczyć, by chwycić za hak, który sterczy pod oknem: jeśli dosięgnie, może uda mu się choć raz spojrzeć na wolny świat za murami – kratą żelazną.

„Chcę, żądam, rozkazuję”.

W odpowiedzi śmiech złośliwy i odległy grzmot.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Są prawa, są obowiązki.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jest siła wolnej woli, jest siła karności.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dnia tego nie otrzymał posiłku.

Głód… głód!

A może głodem chcą złamać?

Może to kara najsurowsza?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Upłynęło siedem dni i siedem nocy.

Obudził się w jasnym pokoju na łóżku.

Stół. Miednica i dzbanek wody. Na ścianie zegar i lustro.

Boi się Kajtuś poruszyć, by nie spłoszyć daru.

Czy przebaczyli – czy łudzą go i zwodzą?

Znakiem przebaczenia będzie torebka z łakociami.

Sięgnął pod poduszkę – boleśnie rękę oparzył.

Nic to. Cieszy się słońcem i ciepłem. Ot, dobre okno z przeźroczystymi szybami i drzwi z klamką zwyczajną.

Czy zamknięte na klucz?

Śmiało zrywa się z łóżka. Nalał wody do miednicy. Umył się. Poczuł się znów silny i śmiały.

 

Poradzi sobie, zahartowany w wielu przygodach.

Widzi: na stole leży koperta. Zamiast adresu napis na kopercie:

Nie zrywać pieczęci.

Bierze w rękę – patrzy: pięć czerwonych pieczęci; lakiem krwawym zamknięta tajemnica.

Nowa próba, przestroga.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wasze tu prawo, wasza siła i władza.

Otwiera drzwi.

Idzie śmiało przez długi mroczny korytarz.

Głośne echo liczy jego kroki.

Nie ma straży. Ale nie łudzi się: nie ma stąd ucieczki.

Nie na to porwany wichrem i uwięziony, by mógł opuścić twierdzę naczelnika.

Wchodzi do wysokiej sali.

Kamienne kolumny. Na marmurowej ścianie napisy dziwnymi literami.

Czy imiona czarodziejów sławnych, czy spis ofiar zamordowanych? Czy nakazy, zakazy i daty?

„Nie wiedziałem, nie rozumiałem, błądziłem. Łatwo być posłusznym, gdy wiadomo”.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Widział podobną salę, gdy podczas wycieczki szkolnej zwiedzali zbrojownię.

Leżą i stoją oparte o ścianę i zawieszone miecze, szable i wszelka broń palna. Nowe, lśniące, i stare, wyszczerbione. Pancerze, hełmy, rękawice stalowe i siatki z kółek metalowych. Kulomioty144, armaty i bomby. Topory katowskie i narzędzia tortur.

I gilotyna – i szubienica.

Jak w zbrojowni.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Od autora. Opuściłem trzy stronice.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przypomniał sobie Kajtuś dawne zdarzenie. Jeden czar nieudany. Był to czas, gdy próbował dopiero i często mu się nie udawało.

Wraca do domu, ale widzi jak mały chłopiec targa za rękę pijanego człowieka.

Dziecko prosi:

– Tatu, chodź do domu. Tatu, mama czeka.

– Odejdź, powiadam ci, odejdź – mruczy pijany.

Stanął przed szynkiem145 i chwieje się na nogach.

– Tatu, mama czeka. Tatu, chodź do domu.

– Do domu? Dlaczego do domu? Jak do domu? Masz, kup sobie cukierków.

Mały nie bierze monety; upadła i potoczyła się po błocie.

I trzeci raz!

– Chodź, tatu, chodź do mamy.

Żal dziecka Kajtusiowi. Pragnie pomóc. Westchnął głęboko i mówi:

– Rozkazuję: niech idzie do domu, niech posłucha się syna.

Ledwo powiedział Kajtuś, już prąd elektryczny kolnął go w serce jak igłą.

Pijany pchnął dziecko, tak jakoś boleśnie strząsnął je z rękawa. A sam wtacza się do szynku.

Przed żelaznymi drzwiami następnej sali stoją na straży dwa wilki. Warknęły, szczeknęły – węszą, zęby szczerzą.

Nie uląkł się Kajtuś: śmiało wszedł do skarbca.

Na półkach korony królewskie, berła i buławy. Pierścienie, brosze i naszyjniki. Brylanty, perły, rubiny i korale. Stare, srebrne dzbany, wazy i lichtarze, i czasze, i wazy rzeźbione.

Skrzynie monet i beczki, i worki złota.

Patrzy Kajtuś i myśli:

„Oto skarby Sezamu, marzenia moje dziecinne”.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nagle: Co to? Ktoś płacze i woła? Wytężył słuch. Głos znajomy wzywa ratunku.

Tam z góry. Tam, dokąd prowadzą wijące się schodki żelazne.

Wstaje Kajtuś, biegnie – wspina się. Słucha.

Czy śni?

Z wieży rozległo się trzykroć powtórzone wołanie:

– Antoś! Antoś! Antoś!

Biegnie po schodach w górę. Nie ma wątpliwości.

To głos Zosi.

Szarpnął drzwiami.

Buchnął płomień: dym gryzący w oczach i w gardle. Nie uląkł się – stąpił w płomień. Biegnie mimo żaru.

Oczy ręką przysłonił.

– Antoś… Antoś…

Pchnął drzwi drugie. Ogień za sobą zostawił.

Teraz stoi na skale, a pod nią przepaść bezdenna.

Skoczył i zawisł. Zdążył chwycić brzeg przeciwny. Rzucił się ciałem, zagarnął ręką skałę pod siebie. Wyraźnie słyszy wzywanie.

Drugą przeszkodę zostawił za sobą i wstąpił w trzecie drzwi.

Idzie.

Dotrze do Zosi, choć węże wiją się koło nóg i ślinią jadem trującym. Kołysząc się, wznoszą w górę płaskie łby, chylą się ku twarzy. Zwiną się dokoła, oplączą i zduszą.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ostatnie drzwi zamknięte na pięć pieczęci. Zrozumiał zawiłą ich mowę.

– Kto tam?

– Ja, wróżka uwięziona.

– Ja Antoś, Kajtuś-czarodziej.

– Wiem. Wróżka. Zosia.

Zerwał pieczęć. Błyskawica. Zerwał drugą. Grzmot. Zerwał trzecią i czwartą. Piorun tuż nad głową. Chwila. Ostatnim wysiłkiem zrywa ostatnią pieczęć. Razem czerwone zygzaki w powietrzu – blask – i trzask.

Padł przed drzwiami.

„Nie będziesz spalony”.

„Nie będziesz strącony ze skały”.

„Nie będziesz rażony piorunem”.

Kajtuś otwiera oczy. Widzi pochyloną nad nim zapłakaną twarz Zosi.

– Żyjesz?

– Nie płacz.

Dźwignął się. Wsparty o ramię wróżki schodzi powoli po szerokich schodach z czarnego granitu.

Drzwi oszklone prowadzą do ogrodu.

Usiedli na ławce pod drzewem.

– Czy dawno, Zosiu, jesteś wróżką?

– Sama nie wiem. Bardzo pragnęłam nią zostać. Zbierając w lesie jagody, wijąc wianki z kwiatów, często myślałam, co robiłabym, gdybym była wróżką. Chciałam bardzo wiedzieć, czy są krasnoludki. Być dobrą dla dzieci, bronić przed krzywdą sieroty, pomagać smutnym i biednym. Nie wiedziałam, że tak trudno, tak bardzo trudno.

– Ale jak się to stało, że zostałaś wróżką?

– Nie wiem. Byłam mała, byłam szczęśliwa. Dlaczego ja mam dobrych rodziców, jasny i miły pokój, i ciepły płaszczyk, i książki, i zabawki – a inni głodni i im źle. Tyle jest na wsi biedy.

– I w mieście także.

– Nie wiedziałam. Byłam mała. Myślałam, że w miastach są tylko królewskie pałace i pomniki. Tak dziwnie plączą się dziecku: i bajka, i sen, i prawdziwe życie.

– I ze mną było tak samo. Bo pewnie jest tak, że w prawdę trzeba wierzyć, a w bajkę chce się wierzyć; w bajkę i ładny sen. I to się nazywa marzenie.

– Starałam się być pożyteczna. Niewiele mały może. Da ubogim kromkę chleba, a dziecku kostkę cukru. Ojczuś śmiał się i mówił: „Ty wszystko z domu wynosisz”. Nie byłam bardzo dobra: dałam swoją lalkę chorej Marysi, potem żałowałam. Dałam swoją białą sukienkę (mama pozwoliła), ale potem płakałam. Oddałam bułkę z miodem, potem byłam głodna, a wstydziłam się prosić o drugą. Ojczuś śmieje się i mówi: „Nie dawaj”. Ale co robić, jeżeli proszą.

– No chyba, ale dasz jednemu, to cię cała zgraja pętaków obskoczy. Czy znasz jakie zaklęcia?

– Nie. Tylko coraz wyraźniej słyszałam, gdy ktoś wzywał pomocy, gdy komu byłam potrzebna. Albo sama biegnę na pomoc, albo…

– Albo co?

– Albo posyłam krasnoludków. Mówię: „Idźcie, służki moje, pomóżcie”. Nie zawsze się udawało.

– Jak wyglądają?

– Nie wiem; widziałam tylko na obrazkach. Ale wiem, że są. Często mi o tobie, Kajtusiu, opowiadały.

– Co mówiły?

– Pamiętasz? Stałeś raz przed sklepem, przed księgarnią. Obok stali: chłopiec i dziewczynka. Też patrzą i mówią: „O jaka ładna książka”. A dziewczynka: „Wejdź i spytaj się, ile kosztuje”. A chłopiec: „Kiedy się wstydzę”. Ona: „Wejdź”. On: „I tak nie kupię; mamy tylko dwadzieścia groszy”. Pamiętasz: dogoniłeś i dałeś, i różę czarodziejską swojej pani w szkole…

– Skąd wiesz?

– Krasnoludki wszędzie się kręcą i widzą, opowiadają.

– No tak. Ale inne były moje dary, nie takie jak twoje. Dam i myślę: „Niech się dziwią szczeniaki”.

Nie skończyli rozmowy – czarodziej i wróżka. Rozległ się dzwon.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

– Precz stąd – powiedział. – Za miesiąc księżycowy przyjdziecie tu na sąd. Znacie naszą przysięgę. Zamieniam was w psy. Precz!

Rozdział dziewiętnasty

Zaczarowani w psy – Psia niedola i poniewierka – Powrót Zosi do domu – Skarga i łzy pani – Prawo z roku 1233

Nie myślał Kajtuś, że tajemnicza moc czarodziejska może go opuścić. Oto przyszło i przeszło, jak sen i o dziwnym śnie wspomnienie.

Wtedy żal mu było władzy, bo jakże zostać znów zwyczajnym uczniem szkolnym i synem stolarza? Ale czasem chciał nawet, bo męczyło go życie niespokojne.

Myślał Kajtuś, że zabić go mogą nieznani wrogowie. Żal mu było rodziców i życia.

Ale takiej kary i zemsty, i poniżenia nie przewidywał.

Kiedy twarz zmieniał albo znikał nagle i był tylko ręką, głową i tułowiem, bardzo dziwnie mu było. Ja czy nie ja? Kiedy zamienił się w mysz i gołębia, nie było czasu się zastanawiać. Groziło niebezpieczeństwo, więc ucieka i – znów będzie człowiekiem.

Straszna to była chwila, gdy odrzuceni daleko od twierdzy czarodziejów padli czterema łapami na szosę.

Spojrzał Antoś na siebie i Zosię i zawył przeciągle.

– Nie płacz, Antoś – usłyszał łagodny głos Zosi.

Długa chwila milczenia. Aż mówi Zosia:

– Czy nie lepiej być dobrym psem niż złośliwym i złym człowiekiem? Czy nie lepiej być wolnym psem niż więźniem w kamiennym grobie?

– Nie lepiej – gniewnie odburknął Kajtuś. – Więzienie byłoby się skończyło wreszcie.

– Skąd ta pewność? Czy za próbę ucieczki lub inne przewinienia nie mogli nas na zawsze wtrącić do ciemnego lochu?

– Zapewne. Ale czy możesz sobie wyobrazić, że zostaniesz psem przez całe życie?

– Nie należy tracić nadziei w ocalenie, które może przyjść wcześniej, niż się spodziewamy. Nikt nie wie, co jutro przyniesie. Wiem, że oni są silni, ale silniejszą jest sprawiedliwość.

Usiadł Kajtuś na tylnych łapach i psim sposobem postawił uszy do góry. Słucha.

– Nie wiem, co czują psy prawdziwe – ciągnie Zosia – ale i one obok żalu i tęsknoty mają chwilę radości i wesołe okrzyki. Zresztą, czy nie jesteś nadal człowiekiem? Pamiętasz przysłowie: nie suknia zdobi człowieka?

Dziwi się Kajtuś, że Zosia tak spokojnie mówi, jakby się nic ważnego nie stało.

– No tak, tobie łatwo, bo jesteś dobrą wróżką, a we mnie tyle zawsze buntu, niecierpliwości i gniewu.

Gryzie Kajtuś zwisającą gałązkę krzaka. Gdyby się nie wstydził, zacząłby szczekać i ziemię drapać pazurami.

– Widzisz, Antosiu, są w życiu zdarzenia silniejsze od nas. Gniew i bunt wcale nie pomogą. Ważne, by radzić sobie, gdy coś od nas zależy. Najważniejsze teraz pytanie, jak dostać się do domu.

– Chcesz wrócić do matki? Przecież ciebie nie pozna?

 

– Ale ja ją poznam i będę blisko. Postaram się, ażeby mnie polubiła. Będę jej pilnowała. Postaram się pocieszyć.

Warknął Kajtuś – przypomniał sobie sobowtóra. Nie ma go już. Rodzice się niepokoją. Ani pomyślał o tym. Zosia jest dobra, a on – człowiek, więzień czy pies – jest zły, zły, zły…

Biegną obok siebie, lekko, szybko – brzegiem lasu. Tak łatwo, nawet przyjemnie. Nie zatrzymują się, czując, że znów dręczące myśli napłyną do zmęczonej głowy.

Postanowili – razem wrócą. Nie wiedzą jeszcze, jak jednemu psu bezdomnemu trudno się wyżywić, a cóż dopiero, gdy są we dwoje.

Rychło poznać mieli, biedacy, mękę psiego głodu.

Wierne, mocne psie łapy niosą sprawniej niż ludzkie nogi. Psie serce nie tak prędko się męczy.

Pierwsza zatrzymała się Zosia.

– Powąchaj, jak tu pięknie. Ile setek wesołych zapachów i głosów. Zapach igieł sosnowych, liści dębowych, kory drzew, traw i żywicy. Grają w nosie jak muzyka, jak śpiew. Wystarczy unieść głowę, zwrócić w prawo, w lewo – raz w raz inna melodia.

– Milcz! – przerwał Kajtuś porywczo. – Nic nie ma pięknego ani wesołego. Kłamiesz.

– Prawdę mówię.

– Kłamiesz! Złe, marne, podłe psie życie. Wolę być nawet najnieszczęśliwszym człowiekiem.

Nie chce się Kajtuś przyznać, że uczuć podobnych doznaje. Nie oczami, ale węchem poznaje teraz świat i jego obrazy. Biegnąc, spotyka znajome i obce, ciekawe wonie. Czujnie zwraca nos to w tę, to w tamtą stronę, strzyże uszami na dalekie dźwięki.

Może pies zna ten świat inaczej, ale nie gorzej? Może nie tylko czuje, ale i rozumie? Nie – nie! Nie zdradzi Kajtuś dumy człowieka – bo hańbą jest zostać psem.

Głodni. Ani chleba, ani człowieka.

Zapachniała zwierzyna – Kajtuś skręcił w las, węsząc pilnie. Znalazł jamkę pod krzakiem. Wysiłkiem woli wstrzymuje się, by nie zacząć grzebać łapami ziemi, rozszerzyć jamę, dostać się do młodych zajączków. Przywarł nosem do nory. Warknął raz i drugi i pędem wrócił na drogę.

Coraz głodniejsi, już nie biegną; idą milcząc do późnego wieczora.

Nareszcie spotkali człowieka.

Wlecze się starowina, postękuje, niesie na plecach wiązkę gałęzi.

– Trzeba odpocząć – mówi.

Usiadł w rowie i zauważył Kajtusia i Zosię.

– O, pieski.

Cmoknął.

Skinął ręką. Podbiegli.

– Dokąd, psiny? Głodne? Z daleka? Ano, chodźcie ze mną, kiedyśmy się spotkali. Was dwoje, a ja sam zostałem na stare lata.

Poczuł Kajtuś serdeczne ciepło ręki ludzkiej.

– Dobre, miłe pieski.

Odpowiedział Kajtuś na pieszczotę psim pocałunkiem: polizał rękę pomarszczoną. Jęknął stary i wstał, zarzucił drzewo na plecy. Z dala coraz wyraźniej płyną dymy bliskiej już wsi.

Niska chałupa na skraju.

– Dobre psinki – pocałowały starego. Możecie przenocować u mnie, ale jutro marsz w drogę. Za biedny ja, by mieć przyjaciół.

Nalał kwaterkę blaszaną wody do miseczki, zabielił mlekiem, podrobił razowego chleba.

– Niebogata moja wieczerza.

I użalił się stary.

Opowiedział, jak dzieci jedno po drugim w świat poszły, samego zostawiły.

– Do miasta, piesku, poszły. Pewnie, że w mieście więcej zabawy. Weselej tam niż na wsi ze starym ojcem.

Dwie łzy spłynęły po zwiędłej twarzy i spadły na Kajtusia – gorące.

Zasnęli zdrożeni czujnym psim snem, który słyszy. Oto mysz skrobie, kogut pieje, wóz drogą przejechał. I zapach smutnego człowieka i jego biedy.

Wypoczęli. Uspokoił się Kajtuś. Zosia ma słuszność: nie warto myśleć o tym, co będzie. Życie tyle ma różnych niespodzianek. Zobaczą, co dalej.

Mają cel: dostać się do domu.

– No, ruszajcie. Nie mogę głodzić żywego stworzenia, a dzielić się nie ma czym.

Pożegnali się.

Rozpoczęli tułaczkę od wsi do wsi, od chaty do chaty – w poszukiwaniu chleba i kości.

Osłabli i schudli.

Nieufnie zbliżają się do ludzi. Ostrożnie z daleka zatrzymują się, widząc psa koło zagrody.

Bo często:

– Poszli won!

I ostre kły psów gospodarskich.

Trzeba kryć się, uciekać przed batem, kijem i kamieniem.

– Nie smuć się. Nie gniewaj się, Antosiu – pocieszała Zosia.

A zły i zbuntowany był Kajtuś, gdy musiał przysiąść i drapać się łapą i zębami, walcząc z robactwem, które towarzyszy włóczędze.

Nie wiedzą ludzie, co to za dar wielki: ręce do pracy i do obrony.

Idą… idą… Milczą… Nie rozmawiają… Już nie ma w nich ani sił, ani myśli. Jedne tylko bolesne złudzenia: to zapach mleka, to zupy.

– Jeść! – krzyczą oczy, nogi i uszy.

Aż przywlekli się do leśniczego. A czas był najwyższy.

– Ho, ho, psiaczki. Jakże to wy bez pana? Jakeście wy się odbiły146? Ależ wygłodzone, biedoty. A godne psy, nie byle jakie. Szkoda was. Chcecie zostać?

O, jakże szczęśliwi! Wykąpani, wyspani i syci.

– Porozmawiajmy teraz ze sobą – mówi do nich leśniczy. – Pies czasem lepiej zrozumie niż człowiek. Mało serca teraz na świecie dla człowieka, dla psa i dla krzewu. Wszystko dla korzyści i zabawy. Wycinają handlarze lasy. Dla nich drzewo to towar, a nie żywa istota.

Namnożyło się krzywdy i grzechu.

Minęły dni wypoczynku. Co czynić?

– Poczekajcie. Jadę dziś do miasta. Suczkę sobie zostawię, a ciebie podaruję na imieniny aktorce: muszę ją nauczyć, że pies lepszy od kota.

Co czynić? Nie ma wyboru. Trzeba rozstać się z Zosią. W mieście łatwiej się dowie o dalszą drogę.

Leśniczy zamknął Zosię w sieni, a Kajtuś biegnie za bryczką. Sam teraz, nie wstydzi się: węszy, poszczekuje, skacze koniowi do pyska – psią radość pełną piersią wdycha. Tyle do obiegnięcia, tyle do obwąchania.

– Przywiozłem waćpani prezenty: grzyby i pieska. Bo zaprawdę wstyd: ma pani trzy koty i ani jednego psa. Co kot? Tylko się łasi, a pies wszystko rozumie. I odpowie oczami.

– Nie chcę – mówi aktorka. – Intrygant z pana. Chce mnie pan poróżnić z moimi przyjaciółmi. Ale nic z tego.

Kajtuś został.

Nie było dobrze. Kłóci się z kotem. Niby to delikatne, dobrze wychowane; ale zaczepne, zazdrosne i drapie cichaczem.

Jak może, wymyka się Kajtuś do Zosi, do lasu.

– Co słychać? – zapytuje go Zosia.

– Trzeba czekać cierpliwie – mówi Kajtuś. – Warszawa daleko. Musimy pojechać koleją, bo pieszo nie damy rady. Podróż nasza skończyła się szczęśliwie, ale mogliśmy zginąć na śmietniku. Ostrożny musi być pies, bo więcej niebezpieczeństw mu grozi.

Nierad był leśniczy, że Kajtuś przychodzi.

– Ty znów tu? A brzydkie psisko. Patrz, jakeś się w błocie utytłał. Dałem ci dobre miejsce, więc czego latasz? Gdybym był twoją panią, nie wpuściłbym cię do domu, brudasie.

Wymknął się raz i drugi na kolej. Już go tam znają. Biega po stacji i ogląda pociągi, jak wskoczyć do wagonu i ukryć się pod ławką. Wraca z wywiadów zabłocony i podłogę brudzi. A z kotami różne awantury.

– Nie, piesku – mówi aktorka. – Nie chcę ciebie. Widzisz, mój miły, żyłam w dużym mieście, byłam znana; więcej miałam kwiatów niż teraz kartofli. Niedobrze tam, za głośno; więcej łez niż radości – ukryłam się tu w ustroniu, by żyć z dala od swarów. A przez ciebie znowu niepokój.

Cóż było robić?

W noc zimną, gdy wicher siekł deszczem, ruszyli w drogę. I udało się. Leżą cicho pod ławką. Gwizdek i dudnienie kół.

Zauważył ich tylko chłopiec, który jechał z wakacji do szkoły.

– Cicho leżcie, bo was konduktor wyrzuci. – Częstuje ich tym, co mama dała mu na drogę: bułką, jajkiem, plackiem i pierogiem.

Ale ich zdradził zbyt gorliwy opiekun.

– Co ty tam masz, kawalerze, pod ławką, że się ciągle kręcisz? Komu wodę niesiesz? – pyta się konduktor. – Aha, psy… Ano… Ano… karę zapłacisz.

– Nie moje – broni się chłopak. – Co to panu szkodzi?

– Nie wolno.

Sześć stacji tylko przejechali, i to dobre. Podjedli, wypoczęli. Psu bezdomnemu byle czym pomożesz, już mu łatwiej dzień przebyć.

Ano, biegną i słupy telegraficzne liczą.

Wieczorem znów zimny deszcz jesienny.

Podkopali łapami zgniłą deskę i schronili się w stajni. Jeden koń stoi, drugi leży.

Przytulili się do konia; obwąchał i pozwolił; często zwierzę pomoże zwierzęciu.

Ale rano furman przegonił i rzemieniem zdzielił. Zaskowyczała Zosia, a Kajtuś zębami łysnął i warknął.

– Chcesz gryźć, takiś hardy, włóczęgo?

I rzucił kamieniem.

Źle psu, gdy głodny, gorzej, gdy chory. Wlecze się obolały Kajtuś na trzech łapach, a czwarta wisi w powietrzu. I droga trwa teraz dłużej, i omijać muszą osiedla, bo zdrowy pies i zły chłopiec chętnie zaczepia kulasa. Może nie przez złość nawet – przez brak zastanowienia.

– Boli?

– Trochę.

Tak szli o głodzie dwa dni i trzeci.

Zosia coraz niespokojniej zwraca głowę w tę i w tę stronę. Resztą sił biegnie prędko; daleko wyprzedza Kajtusia. Powraca, kluczy, węszy.

– Antoś, to tu.

Niecierpliwie chwyta powietrze nosem przy samej ziemi – i wyżej szuka.

– To tu. Tak. Tu przejechała obręcz naszej bryczki. Tu ślad naszego Siwka.

Pędziłaby jak strzała. Ale Kajtuś przystaje i liże chorą łapę, uderzoną kamieniem.

– Zostaw mnie.

– Nie, nie.

Czasem długa droga wydaje się krótka, a krótka droga wydaje się nieskończenie długą. Dopiero późnym wieczorem zdążyli.

Mama Zosi siedzi przed gankiem, a na kolanach trzyma pantofelek i czapeczkę dziecinną.

Zosia oparła się łapkami i patrzy jej w oczy. Liże nogi i skomli, i skacze.

– Co to? Skąd? Czego chcesz?

W głosie niepokój – jakby coś przeczuwa.

„Pozna” – pomyślał Kajtuś.

Ale nie poznała. Bo człowiek oczom tylko ufa.

Nie poznała córki.

– Chodź, psino. Może ty znajdziesz Zosię, kiedy ludzie nie wiedzą. Masz, powąchaj jej czapeczkę. Będziemy razem szukały.

Przygarnęła Zosię, która całuje twarz, oczy matki.

Znów odpoczynek. Znów ciepłe mleko. Pod opatrunkiem prędko zagoiła się rana.

– Zostań jeszcze – prosi Zosia.

Smutno rozstać się po tylu wspólnych przygodach.

Ale nie. Trzeba w drogę.

Łatwiej teraz samemu znaleźć pożywienie, ale trudno psią dolę znosić w samotności.

Poznał Kajtuś w samotnej podróży, co to być sprzedanym, gdy każdy ogląda i ocenia. Poznał się z łańcuchem na krótko. Poznał, co znaczy kapryśny chłopak, któremu dano psa do zabawy. Nie oszczędził los Kajtusiowi ostatniej psiej niedoli, gdy go czyściciel miejski pochwycił na stryczek. Za co? Czy za to, że żyć chce i żyje?

Szarpnął się raz i drugi, potem po ludzku, przemyślnie się przyczaił; a gdy krata miała się za nim zawrzeć raz na zawsze – po psiemu wbił zęby w rękę oprawcy, ugryzł i uciekł.

Jedyne najmilsze dwa dni spędził u biednego pastucha. Głodno było, ale to nic. Tu nie był zabawką ani nawet zwierzęciem, ale równym, bliskim przyjacielem, bratem.

Gdy rozchodzili się smutni, długo ku sobie patrzyli, pewni, że nieprędko zapomną.

Gdy sił zbrakło, znów spróbował szczęścia na dworcu kolei. Dwa razy się nie udało. Raz drzwi były zamknięte, drugi raz kopnięciem ze schodów już w biegu pociągu zrzucony.

Za trzecim razem zauważyło go widzące serce dziewczyny, co do miasta na służbę jechała samotna.

Rzuciła pod ławkę kromkę czarnego chleba.

– Jedź sobie. Ty sam i ja sama. Chociaż w podróży się wspomagajmy.

Więc nareszcie Warszawa.

Miasto rodzinne z jego jedynym zapachem i wspomnieniem.

Bocznymi ulicami, bez przygód dotarł do mieszkania rodziców.

Czeka tu Kajtusia bolesna niespodzianka.

Stoi pode drzwiami i niecierpliwie drapie, i wdycha woń izby. Przywiera do szczeliny nosem i tęsknotą i zamiera w bezruchu.

Słyszy głos matki:

– Zobacz, kto chroboce.

Chce się wyczołgać, nie podnosi głowy.

Nie poznali.

– Jakiś pies. Nie, nie masz tu co robić. Idź sobie… Gdyby Antoś żył, miałbyś towarzysza.

– Ojcze, tatusiu – zaskomlał.

– Może głodny – powiedziała mama.

– Ha, no to cię nakarmię.

Ale Kajtuś nie chce. Głodny tylko dobrego słowa, pieszczoty rodzicielskiej.

– Jak nie chcesz jeść, to ruszaj. Bo stracę cierpliwość.

Skoczył Kajtuś, oparł się łapami o pierś ojca i patrzy w oczy.

– Idź precz!

– Może wściekły?

Wyszedł.

Stróż go przepędził z podwórka.

142szukają chłopca-przestępcę – dziś popr.: szukają chłopca-przestępcy. [przypis edytorski]
143niemocen (daw.) – słaby, chory, pozbawiony sił. [przypis edytorski]
144kulomiot (daw.) – karabin maszynowy. [przypis edytorski]
145szynk (daw.) – podrzędny lokal sprzedający alkohol. [przypis edytorski]
146odbić się – tu: oddalić się (domyślnie: od właściciela). [przypis edytorski]