Feralny tydzień (opowiadania)Tekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Kłamiesz: to nie ja gwiżdżę – broni się Stasio, choć wie, że jeśli dyżurny powie pedlowi, to na pewno uwierzy dyżurnemu. Stasio czuje swoje położenie bez wyjścia i bezsilny gniew w nim wzbiera.

W klasie ktoś gwizdnął po raz drugi.

– Znowu Przemyski? – wrzeszczy Malinowski i zapisuje Stasia na kartce.

Ale pedel nie słyszał; Stasio jest ocalony. Stasio pokaże temu świntuchowi, że go się nie boi.

– Masz, zapisuj sobie. – I gwizdnął sam teraz.

I w progu ukazał się inspektor.

– Kto gwizdał?

– Przemyski. – I podaje kartkę.

– Zostaniesz na dwie godziny po lekcjach.

Inspektor bierze kartkę od Malinowskiego i wchodzi do piątej klasy na lekcję.

– Po co ci było z nim zaczynać?

– Pilnuj swojego nosa.

A to się wiedzie temu Przemyskiemu – no!

Stasio ma godzinę do namysłu. Inspektor zapisze do sztrafnego45 dopiero na dużej pauzie. – Prosić czy nie prosić?

– Idź, poproś – namawiają koledzy – powiedz, że cała klasa widziała.

– Niech no ja będę dyżurnym – mówi jeden – to Malinowski dostanie za ciebie.

– Świnia, lizuch – bydlę.

Stasio czeka przed drzwiami piątej klasy, inspektor nigdy zaraz po dzwonku nie wychodzi, tylko dopiero w pięć minut. – Obok Stasia wszyscy jego stronnicy w pogotowiu – to świadkowie; trochę z dala – reszta klasy.

– Co to znów za zbiegowisko? – pyta, wychodząc, inspektor.

– No idź – pchają go koledzy.

– Proszę pana… – zaczyna Stasio.

Powie mu wszystko, od samiutkiego początku, wszystko jak na spowiedzi – wszystko od poniedziałku. – Przebaczy mu – musi mu przebaczyć – musi mu przebaczyć.

– Rozejść się! – Kartkę Malinowskiego inspektor trzyma w ręce.

– Proszę pana… ja…

Inspektor nie słyszy – idzie przez korytarz. Na schodach tłum ich rozdziela. Stasio przedziera się z jakimś dzikim uporem. Powie mu wszystko od samiutkiego początku – wszystko mu powie – od samego poniedziałku powie. – Przebaczy, na pewno przebaczy – nie napisze do sztrafnego. Na progu uczitielskoj zastępuje drogę.

– Proszę pana…

– Wiem, wiem…

– Proszę pana…

– Już nie będziesz więcej – prawda?

– Już nie będę.

– Jak nie będziesz, to bardzo dobrze, a dziś posiedzisz dwie godziny. Zrozumiałeś?

I znikł.

– No co?

– Idźcie do diabła!

Stasio wraca do klasy i wybucha gwałtownym płaczem.

– Przemyski, wyjdź z klasy – woła z daleka Malinowski.

Stasio nie odpowiada. Malinowski nie śmie drugi raz powtórzyć rozkazu.

Do klasy wchodzi klasowy gospodarz: czy wszyscy wyszli, czy okna otwarte?

– A ty co? Aaa, Przemyski. – Źle, źle: wczoraj trzy pałki, dziś koza.

I za tych kilka obojętnych słów Stasio jest mu tak wdzięczny jak za najwyższe dobrodziejstwo; nie ma już do niego żalu za poniedziałkową dwójkę. – Pozwolił mu zostać w klasie, nie skrzyczał, nie wypędził.

*

Niemiec, stawiając Stasiowi stopień, pokiwał smutnie głową, cmoknął ustami, spojrzał na jego zapłakane oczy i postawił mu czwórkę z plusem. – Stasio tylko na trójkę zasłużył – i to może z minusem.

– Cztery dostałeś.

– Dobrze.

Stasia nic już nie pocieszy – i tak wszystko stracone.

Szkoła się wyludniła. Tak głucho, pusto, strasznie. Tyle ławek, na ścianach mapy i – Stasio sam. A tam, za oknem, na ulicy, wszystko po dawnemu, jak gdyby się nic nie stało. Ludzie sobie chodzą, jak gdyby nigdy nic. Tramwaj jedzie, chłopiec kuriery sprzedaje, niańka idzie z dwojgiem dzieci, pan z podniesionym kołnierzem, dwaj studenci, pani z dzieckiem. Jacy oni wszyscy szczęśliwi. Tylko on jeden – jedniusieńki na całym świecie.

Inspektor teraz pewnie poszedł na obiad – i ani pomyśli o nim. Co go może Stasio obchodzić, kogo może Stasio obchodzić? Jedno słowo: „przebaczam”, albo: „pamiętaj, żeby to ostatni raz było” – i dlaczego nie powiedział?

Po co zaczynał z Malinowskim? – Prawda, że Malinowski przysiągł się na Boga, że mu nie daruje, ale przecież przysięga w złości się nie liczy – to chyba mały grzech. Ludwika jest bardzo nabożna, a ile razy przysięga się, że mamie powie, a potem nie mówi.

Ach, jak mu życie zbrzydło, jakby strasznie chciał umrzeć. Nie chorować, nie męczyć się, tylko tak od razu umrzeć.

Stasio opiera się na łokciu, patrzy nieruchomo w kąt klasy i myśli o tym, jakby on chciał umrzeć.

Na przykład ta mała w żałobie wpada pod konie. Stasio rzuca się, żeby ją uratować. Chwyta konia za uzdę, koń staje dęba, ale Stasio uzdy nie puszcza. Wtedy koń rzuca się w bok i uderza głową Stasia o latarnię, a potem dobija go kopytem. – Niosą trupa do gimnazjum. Piszą o nim we wszystkich gazetach, nazywają go młodym bohaterem. Na pogrzebie jest całe gimnazjum: i dyrektor, i inspektor, i wszyscy uczniowie – mama i tatuś, i – ta, której uratował życie.

Ale Stasiowi żal młodego życia.

Nie, koń go nie zabija, tylko ciężko go rani. Stasio choruje bardzo długo, aż prawie do Bożego Narodzenia. Na dwa dni przed świętami przychodzi do szkoły blady, z zawiązaną głową, żeby go mogli wyrwać jeszcze na poprawkę. I na drugi kwartał nie ma ani jednej dwójki, bo go łatwo słuchają. – Malinowski przychodzi go przeprosić i Stasio mu przebacza.

Boże Narodzenie – święta, choinka. Jakież to wszystko odległe. – Cztery tygodnie. – Kiedy się to skończy?

Co mama powie, jak zobaczy dziennik?

– Pójdziesz do szewca. Z tobą nie można postępować jak z człowiekiem. Jeżeli mi weźmiesz jaką46 książkę do czytania, to ci łapy poprzetrącam. Ucz się! – będzie świszczało jak bat.

Wreszcie po paru dniach Stasio pójdzie przepraszać; odpowiedzą mu chłodno, opryskliwie:

– Dobrze, dobrze – zobaczymy.

A niezrobione zadanie, a jak w przyszłym tygodniu coś mu się nie powiedzie – to znów dwie dwójki.

Nie, tylko śmierć może go ocalić – nic więcej…

Stasio wrócił do domu głodny i wyczerpany bezcelową walką wewnętrzną, dwugodzinną gorączkową pracą myśli w samotności.

– Coraz lepiej, Stasieczku: wczoraj zadanie, dziś koza.

– Nie wczoraj zadanie, tylko onegdaj47.

Stasio chce, aby go mama zbiła: niech bije, niech wszyscy się nad nim znęcają aż do końca. Naumyślnie tak będzie odpowiadał.

– Zadanie onegdaj, no a koza także onegdaj?

– Niesprawiedliwie mnie wsadził.

– Ja wiem: ty zawsze masz na wszystko sto wykrętów.

– Nie mam wykrętów. A jak mama nie wie, to niech mama nie mówi.

Stasio odłożył łyżkę, rzucił się na swoje łóżko i aż do przyjścia korepetytora leżał i płakał. Nie był to już spazmatyczny płacz obrażonej dumy, gniewu bezsilnego i buntu, płacz, którym wzbudził współczucie klasowego gospodarza, tak że go na pauzie nie wyrzucił z klasy, był to teraz płacz poddania i poczucia wielkiej krzywdy, gorzki płacz człowieka, który się zawiódł nawet na najbliższych mu – na ostatnich już.

I matka zrozumiała – dobre myśli podsunęło jej tym razem serce:

„Może naprawdę niesprawiedliwie? Stasio przecież nie kłamie. Doktor powiedział, że Stasio jest anemiczny. Stasio nie tknął obiadu i śniadanie przyniósł z powrotem. Jeszcze się rozchoruje i gorzej będzie. Stasio nie siedział jeszcze w żadnej klasie dwa lata”.

Po lekcji z korepetytorem Stasio zjadł obiad, nie miał lekcji z niemką, a wieczorem dostał już w łóżku nadziewaną długą czekoladkę.

*

Biedna mama, jaka ona dobra. Stasio odpowiadał niegrzecznie, a ona pozwoliła mu nie mieć lekcji z niemką i dała mu nadziewaną czekoladkę. Biedna mama – mama także jest nieszczęśliwa, bo nic nie ma z życia: siedzi cały dzień w domu jak zaklęta, tatuś jest niewyrozumiały i bezwzględny, a jak mama kupi ładny materiał na suknię, to jej krawcowa spaskudzi.

A tatuś czy szczęśliwy? Także nie: męczy się, pracuje, teraz o grosz trudno, a jak się wybiera do teatru albo co, to mama mu zrobi scenę i zepsuje humor.

A Stasio zamiast się starać dobrze uczyć, zatruwa im chwile i wpędza do grobu.

Tak, tak. Wszystkiemu winien Stasio, bo jest leń, bo nie chce się uczyć.

Jutro sobota, jutro będzie na pewno wydawał z geografii – już w poniedziałek miał wydawać – a czy umie? Prawda, że może się nauczyć na dużej pauzie, bo zadano mało i łatwe, ale czy nie lepiej było dziś się nauczyć, a jutro powtórzyć tylko? Siedział dwie godziny w kozie; mógł nauczyć się pokazywać główne miasta w Azji, bo o to się pyta – a dlaczego tego nie zrobił, chociaż mapy wisiały na ścianie? Skorzystał z tej kozy i płaczu, żeby się tylko nie uczyć.

Ale teraz koniec: Stasio weźmie się do siebie48.

 

– Jak Bozię najszczerzej kocham, będę się już uczył – postanawia Stasio.

Przysięgnie się, i to tak, że już będzie się musiał uczyć, bo inaczej popełniłby straszny grzech.

Klęka więc w łóżku i ponawia uroczyście przysięgę:

– Jak Ciebie kocham, o Panie nasz i Ojcze, jak Ciebie kocham, przenajświętsza Trójco, od jutra będę się uczył, będę czytał tylko w niedzielę… i jeżeli będzie już zupełnie mało lekcji – dodaje przezornie – i już powtórzę wszystko, czego nie umiem dobrze, a co potrzebne.

Stasiowi trochę się strasznie zrobiło, że tak za jednym zamachem spalił za sobą mosty, ale tym silniej wierzy w moc swojej przysięgi.

Co dzień po sześć stronic geografii, po trzy paragrafy niemieckiego ze słówkami, i to tak, żeby wiedzieć, co jest der, co die i co das, po jednej części mowy i po dziesięć zadań.

Trzysta zadań w ciągu jednego miesiąca!

Stasio czuje się bogaczem – tylko jeden miesiąc wytrzymać. I wytrzyma – teraz już musi, bo się związał przysięgą.

Gdyby już było jutro, gdyby tak można teraz w nocy wstać z łóżka i zrobić pierwszych dziesięć zadań albo od razu dwadzieścia – na dwa dni z góry.

I Stasio tak cudnie, pogodnie, tak spokojnie zasypia. I nazajutrz tak szybko i rześko zrywa się z łóżka, o dziesięć minut wcześniej niż zwykle wychodzi z domu, tak wesoło upływają mu pierwsze trzy lekcje, tak bez troski bawi się podczas pauzy w berka.

Nawet na geografii nie boi się ani trochę.

Dziś zrobi z korepetytorem dziesięć zadań, pierwsze paragrafy niemieckiego są łatwe, suszczestwitelnoje49 umie prawie na pamięć – na poniedziałek mało lekcji, wszystko to machnie w dwie godziny, a wieczór będzie miał swobodny.

To samo jutro, pojutrze.

Nawet dziennik go nie przeraża. Przyrzeknie uroczyście, że się poprawi, powie, że przysiągł, to mu mama musi uwierzyć.

Do dzwonka zostało pięć minut. Stasio składa książki, zapina tornister – i już go nawet trochę wysunął z kasetki.

– Przemyski!

Stasio nie wierzy. Jak to? Od poniedziałku miał zacząć w szkole nowe życie, pełne zaszczytów i triumfów – nowe i zupełnie niepodobne do dawnego – już… już za pięć minut miał się skończyć ten stary, przeklęty tydzień – już nawet książka schowana – i nagle…

– Przemyski.

Stasio nie pamięta głównego miasta w Tybecie. Na pewno każe mu mówić główne miasta w prowincjach chińskich. Stasio jest odurzony – zmartwiały.

– Główne miasto w Persji – rzuca nauczyciel, spoglądając na zegarek.

O Persji Stasio wie, ale potem zapyta go o Chiny, a on zapomniał, jak się nazywa to miasto, gdzie mieszka dalajlama.

– Ja czekam – mówi nauczyciel.

I Stasio czeka. Owładnęło nim dziwne lenistwo myśli. Może dzwonek! I dlaczego go wyrwał?

– Teheran – podpowiada pierwsza ławka.

Zdrowy rozum nakazuje pleść byle co. Nauczyciel już nawet notes schował – i tak stopnia nie postawi.

– Teheran – krzyczy cała klasa.

– No? – pyta nauczyciel, udając, że nie słyszy podpowiadania.

Stasio milczy.

– Jakie jest główne miasto w Persji?

– Teheran – ryczy już głośno klasa.

Stasio wzrusza obojętnie ramionami. Nauczyciel leniwie wyciąga rękę po pióro.

W mowie potocznej nazywa się to, że Stasio się – uparł.

45sztrafny – dziennik kar. [przypis autorski]
46jaką – dziś popr.: jakąś. [przypis edytorski]
47onegdaj (daw.) – kiedyś. [przypis edytorski]
48do siebie – dziś popr.: za siebie. [przypis edytorski]
49suszczestwitelnoje (ros.) – rzeczownik. [przypis autorski]