Feralny tydzień (opowiadania)Tekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Władza!

Nawet ci, którzy mogliby się nie wzruszać, doznają pewnego dreszczyku: a nuż… a nuż niełaska – co wtedy?

– Czy u wszystkich są halsztuki22? Czy wszyscy mają paski? Kto jest bez guzika? – Jeżeli kto ma jaką „postronną” książkę, niech odda. – Kto umie lekcję? – Powtórzyć chronologię!

Stuk kół o bruk uliczny. – Jedzie – nie jedzie – jedzie. – Nie. – Głowy zwracają się ku oknu.

– Uważać, nie rozglądać się – upomina nauczyciel głosem nad wyraz łagodnym.

– Jest. Teraz już jest.

Teraz pewnie woźny, przybrany w nową liberię z błyszczącymi guzami23, stary Mikołajewski weteran – otwiera mu drzwi. – Teraz pewnie dyrektor go spotyka – podaje mu rękę. – Szmer.

Idzie przez korytarz. Wszedł do piątej klasy.

Nauczyciel kaligrafii poprzesadzał uczniów.

Dlaczego to zrobił, sam z trudnością umiałby odpowiedzieć. – Na pierwszych ławkach24 posadził tych, którzy mieli nowe bluzy i czyste kołnierzyki. – Uległ ogólnemu prądowi, niech i tu nawet będzie wszystko wzorowo.

I Stasio okazał się na pierwszej ławce.

Idzie. – Był w piątej klasie na rosyjskim, w ósmej na historii, w trzeciej na arytmetyce, teraz wszedł do klasy Stasia podczas kaligrafii.

– Kaligrafia?

Odpowiedzią był niski ukłon.

– Siadajcie – zwrócił się do chłopców. – Nie przeszkadzajcie sobie. – Nauczycielowi podał rękę.

„Jezu, co orderów” – pomyślał Stasio.

– Raaz, dwaa – raaaz, dwaaa – liczy pierwszy uczeń, a klasa w takt pisze.

– Okna otwieracie podczas pauzy?

Kurator od tego pytania zaczyna wizytację każdej klasy – w myśl zasady: mens sana in corpore sano25.

– Raaaz, dwaaa – liczy, może zbyt głośno, pierwszy uczeń.

Postanowione było, aby liczył26 pierwszy albo drugi uczeń.

Kurator nachylił się nad kajetem Stasia.

– Wstań – rozkazał nauczyciel.

Stasio wstał.

– Źle trzymasz pióro. Pióro tak należy trzymać przy pisaniu. – Pan powinien zwracać surową uwagę na to, aby uczniowie prawidłowo trzymali pióra.

Miała to być ostatnia uwaga, po której dygnitarz chciał opuścić gmach szkolny, aby na pierwszą zdążyć do domu na śniadanie.

– Ja właśnie dlatego sadzam go na pierwszej ławce, że źle trzyma pióro – powiedział kaligraf.

Było to tylko pokorne usprawiedliwienie, władza wzięła to za zuchwalstwo. Odpowiedź można było uważać za: „pracuję sumiennie nad powierzoną mej pieczy dziatwą”, zarówno jak i: „wiem, jak należy trzymać pióro i bez pańskich uwag”. – Słuchać i nie rozumować – zasadzie tej nauczyciel się sprzeniewierzył i otrzymał zasłużoną karę.

Kurator lekko się zarumienił i wskazując palcem na drugą i trzecią ławkę – powiedział twardo.

– Ci nie siedzą na pierwszej ławce27, a palce obrzydliwie trzymają.

I spojrzawszy na zegarek, wyszedł bez pożegnania.

„Surową – olbrzydliwie” – strogoje – otwratitielno. – Stasio czuł zwisającą nad jego głową burzę.

Stuk kół wskazał, że władza odjechała.

– Osioł – huknął nauczyciel. – Bałwan! I jeszcze pcha się na pierwszą ławkę!

– Pan sam mnie posadził – mówi Stasio.

– Milczeć! – Na ostatniej ławce28 będziesz siedział na moich lekcjach. – Popamiętasz ty mnie. Marsz! – Łapy wam poobijam – zwrócił się już do całej klasy. – Bydło!

Stasio wziął kajet i pióro i poszedł na ostatnią ławkę29.

Stasio, jak i cała klasa, pogardzają30 nauczycielem kaligrafii. – Daje31 tylko do trzeciej klasy, zostawić na drugi rok nie może; ale owo: „popamiętasz ty mnie”… A jak powie dyrektorowi, co wtedy? – A nauczyciel w kratce – Przemyski – postawił cztery grube pałki: z przedmiotu, uwagi, pilności i sprawowania.

Koledzy patrzą na Stasia ze współczuciem: to, co jego spotkało, mogło spotkać każdego z nich. – Biedny Przemyski. – Podczas pauzy będą o nim mówili w uczitielskoj32 – całe gimnazjum, wszyscy się dowiedzą – i będą się mścili.

„Co za straszny, straszny, straszny tydzień” – myśli Stasio.

– Pójdziemy razem, dobrze? – proponuje Kowalski.

– Wszystko mi jedno – odpowiada Stasio.

Kowalski nie czuje się urażony szorstką odpowiedzią Stasia. Wie, że Przemyski go lubi, ale jest zły, bo ma zmartwienie.

– Daj, zapnę ci raniec33 – mówi łagodnie.

Stasia rozbraja jego dobroć. – Wychodzą razem na ulicę. – Kowalski będzie go pocieszał – i Stasio się rozerwie – zapomni. – Co to ważnego: kaligrafia?

Przyczepił się do nich Malinowski. Dali mu odprawę, ale Malinowski nie ma ambicji i czepia się ich natrętnie.

– Idź sobie.

– Zabronisz mi chodzić po ulicy?

Zwalniają kroku – Malinowski toż samo.

– Dobrze, łaź za nami. – Ogon! – Pies. Chodź tu – na – na!

Malinowski wie, że w ten sposób chcą go się pozbyć – więc postanawia rozłościć ich jeszcze bardziej.

– Przejdźmy na drugą stronę – proponuje Kowalski.

– Poczekajcie: ja jutro dyżurny, to się wam odpłacę – krzyczy w ślad Malinowski.

– Dobrze, odpłać!

Chwilę idą w milczeniu. Jakby tu zacząć, aby nie urazić przyjaciela?

– Słuchaj, Przemyski, przecież on ci nic nie może zrobić – czego ty się go boisz?

– Nie boję się wcale, tylko się będzie ciągle przyczepiał.

– A ja ci mówię, że za tydzień o wszystkim zapomni.

– A jakże, zapomni, jak ja będę siedział na ostatniej ławce34.

 

– Toteż nie siadaj. Jak ci co35 powie, to mu powiesz, że jesteś blizoruki36 – i już.

– A on pewnie już naszczekał na mnie.

– A ja ci mówię, że nie. On sam się boi dyrka.

– Więc po co mi cztery pałki postawił?

– Toteż go poproś, żeby przekreślił.

Stasio nie odpowiada. Bo oto naprzeciw idzie dziewczynka w żałobie. Zawsze chodzi po tamtej stronie ulicy, a dzisiaj po tej akurat. Opowiada coś koleżance i śmieją się. – Może jej tylko babka umarła, bo inaczej jakżeby ona mogła się śmiać? Spojrzy na Stasia czy nie spojrzy? – Spojrzała. – Potem coś powiedziała koleżance, pewnie o Stasiu, bo obejrzały się i zaczęły się śmiać. – Może poznała, że płakał? Choć on właściwie nie płakał, tylko łzy miał w oczach, a od tego oczy nie puchną.

– Co? – pyta Stasio.

– Poproś go, żeby przekreślił.

– Ja tam nie będę prosił.

– Co ci to szkodzi?

– Bo nie chcę. – Patrz, jaka to świnia. Sam przecież mnie posadził, jemu powiedział, że naumyślnie, a potem wrzeszczy. – Jakbym go prosił.

Stasio uspakaja37 się pod wpływem rozmowy.

– Czy ta duża gwiazda, co miał przy orderach, to także order? – pyta kolegi.

– Chyba, że order.

– Czy jak on przychodzi do gimnazjum, to musi być w orderach?

– Eee, chyba nie – tylko tak, żeby się pochwalić.

– A może musi?

– A kto jemu może kazać?

Prawda: kto jemu może kazać – jemu, którego boi się nawet dyrektor?

– Dlaczego on wszedł do nas sam, a nie z dyrektorem?

– Dyrek chciał z nim iść, ale on nie chciał.

– Bo dyrek miał lekcję akurat w piątej klasie.

– A skąd wiesz?

– W szynelni38 jeden uczeń mówił… A wiesz, że lepiej, że dyrka nie było?

– Pewnie, że lepiej. Jeszcze by co i jemu powiedział.

Żegnają się na rogu ulicy i rozchodzą.

Stasio wstępuje do nowego sklepu po kajet.

– Proszę mi pokazać te łańcuszki, co się dodaje do brulionu.

– O, proszę pana. Prawda, że ładny? Niech pan pociągnie, jak pan tylko chce; nie urwie się – taki mocny.

Stasio nie lubi, jak mu mówią: pan – bo mu się zdaje, że się z niego śmieją.

Bierze kajet i wychodzi.

I po co mu właściwie łańcuszek? Przecież nie będzie nosił zegarka na dwóch łańcuszkach…

*

Mama włożyła nową suknię, którą mamie krawcowa zepsuła i były dwie poprawki. Krawcowa była w dodatku niegrzeczna. Mama nie będzie do niej więcej dawała ani jej nikomu rekomendować nie będzie.

Mama wybiera się z tatusiem na koncert, na który już nie było biletów i tatuś ledwo dwa bilety dostał od przekupnia. Ciocia chciała, żeby i dla niej kupić, ale nie było. Ciocia ma dziką pretensję, a tatuś nie ma obowiązku kupować dla całego świata.

Ludwika ma pilnować, żeby Stasio grał na fortepianie i żeby dzieci o dziesiątej najpóźniej poszły spać. Jak nauczycielka muzyki powie, że Stasio znów nowej sztuczki nie umiał, to mama się z nim na serio rozprawi. – Dzieci mają nie hałasować i nie rysować podłogi; lampa żeby nie filowała39, Stasio żeby się nie drażnił z Józiem, a Zosia, jak ruszy co40 z toalety41, to dostanie w skórę. – Nikomu nie otwierać nawet przez łańcuch, a Ludwika żeby się na krok nie ważyła ruszyć z mieszkania. – Czy Stasio umie lekcje?

Mama i tatuś wychodzą na cały wieczór – jest to wielkie święto dla dzieci. Nikt im nie przeszkadza w zabawie, czasem i Ludwika bierze udział w grze lub bajki opowiada. Józio i Zosia słuchają bajek z przejęciem, z namaszczeniem, a Stasio niby obojętnie, ale i on lubi słuchać. Najgłówniejsze to, że są sami i mogą robić, co chcą.

Mama włożyła rękawiczki, a tatusia nie ma. – Dzieci kończą kolację.

Zosia wbiła widelec w skórkę od chleba i wyciera talerz z resztek masła i okruchów kotleta.

– Patrz, szczotkę zrobiłam z chleba.

„Oślica” – myśli Stasio.

Józio także zrobił szczotkę z widelca i chleba.

– Już po mnie małpujesz – mówi Zosia.

Mama i dzieci niecierpliwią się.

„Żeby już sobie poszli” – myśli Stasio.

Zgrzyt klucza. Tatuś przyszedł.

– Tylko nikomu nie otwierać. Lampa żeby nie filowała. Ludwika niech nie wychodzi. – Bądźcie grzeczni.

Dzieci zostały same. Nie wiedzą, czemu, ale dziś mniej się jakoś cieszą niż zwykle. Stasio jeden wie tylko, ale nie powie. – Dzisiejsza awantura z kaligrafem i dwie dwójki. Niezrobionego zadania Stasio nie liczy, bo powiedział już mamie, że nie zrobił.

Józio przerysowuje obrazek z „Przyjaciela”, Stasio czyta kradzieże w kurierku42 – to dobre na zwyczajny wieczór, ale nie kiedy mamy nie ma. Zosia chce dać hasło do zabawy.

– Wiecie, że jak wejść do studni, to można w dzień widzieć gwiazdy.

– A jakże – zauważa ironicznie Józio.

– Nie – a jakże, bo pani mówiła.

– Twoja pani tyle wie, co zje.

– Żebyś ty wiedział tyle, co pani.

– Wszystkie baby nic nie wiedzą – mówi Józio, któremu udzielił się smutny nastrój Stasia.

– A mamusia także jest baba, to mamusia także nic nie wie. – Dobrze… dobrze…

Rozmowa się nie klei; Zosia się nie zraża.

– A jak patrzeć na błyskawicę, to się oślepnie.

– To ci także mówiła pani? – pyta Stasio, który już skończył drobne wiadomości w kurierku.

– Nie, to ja sama wiedziałam.

Do pokoju wchodzi Ludwika.

– Stasiu, pani powiedziała, żeby Stasio grał… Niech Stasio rzuci kuriera, bo tam nic mądrego nie ma dla Stasia.

– Jak Ludwika nie umie czytać, to Ludwika nie wie, czy mądre, czy głupie.

– Nie umiem, bo mnie nie uczyli – mówi Ludwika.

I Stasio żałuje, że jej tak powiedział. – Ludwika opowiadała im raz, kiedy mamy nie było – jak ją biła macocha, jak ją potem chciała wydać za mąż za starego, jak ona z domu uciekła – i Stasio dał sobie słowo, że będzie dla niej dobry; nawet ją zaczął uczyć liter. – Ale po co z nim zaczyna zawsze?

I teraz chciał powiedzieć, żeby usiadła, to jej przeczyta zbrodnię na Woli, potem Ludwika opowiedziałaby także zbrodnię – i tak by się zaczął wieczór przyjemny. – Ale dwie dwójki – kurator.

– Niech Stasio odda kuriera.

– Niech Ludwika puści, bo podrę.

– To niech Stasio puści.

– To dobrze: ja się ze Stasiem bić nie będę.

Ludwika ma myśl ukrytą: chce, żeby każde z dzieci coś zbroiło, żeby je potem zobowiązać do milczenia; a sama chce się wymknąć na pół godzinki do pralni, gdzie wieczorem bywa tak wesoło.

– A Zosia niech nic nie rusza.

– A właśnie, że ruszę.

– A ja mówię, że nie ruszysz.

Zosia wchodzi odważnie do ciemnej sypialni i wynosi flakon z wodą kolońską.

– No, o tym to już pani będzie wiedziała.

– No, niech wie.

Józio jest złote dziecko. Teraz jest spokojna. Żadne z dzieci nie piśnie ani słówka. Może sobie wyjść swobodnie na godzinę.

Stasio odłożył gazetę, oparł się i patrzy na Józia:

„Maminsynek – myśli o nim z zazdrością. – Brata się powinno kochać. Czy ja go kocham?”.

– Może zagramy w co? – decyduje się wreszcie Zosia.

Józio patrzy pytająco na Stasia.

Stasio wyjmuje z szafy tom Słowackiego, bo Sienkiewicza mama dawno już pod klucz zamknęła. – Stasio nie lubi wierszy. – Ojciec zadżumionych43. – może to ciekawe.

Zosia patrzy na zegar. Już przeszło pół godziny – i nic.

– Powiem mamie, żeś wyjął książkę.

– A ja powiem mamie, że ruszałaś perfumy.

Józio kładzie się na kanapie.

Stasio czyta – czyta z wzrastającym zainteresowaniem.

I nagle przychodzi mu do głowy myśl dziwna: ten ojciec zadżumionych podobny jest do Stasia. – I na ojca zadżumionych, i na Stasia spada cały szereg nieszczęść, których końca nie widać. – Jeszcze się feralny tydzień nie skończył, jeszcze dwa dni. Kto wie, co dalej będzie? Może go wyrzucą albo co? – Tamtemu dzieci umierały, a on dostaje dwójkę po dwójce. – I za co to, za co? Co złego zrobił ten ojciec, że mu umierały tak dzieci? – Biedny! – Stasio ma łzy w oczach. Józio siedzi na krześle i patrzy w światło lampy. Zosia patrzy gniewnie na Stasia: przez niego cały wieczór zepsuty – jakieś muchy ma w nosie dzisiaj – wykapany tatuś…

Nie ma nikogo z dorosłych, a w mieszkaniu tak cicho. Czemu dziś tak smutno, chociaż nie ma mamy?

Oto krzywda się dzieje już nie Stasiowi tylko, ale Józiowi i Zosi także. Oto sen mroczny śni historia, że zły duch, zła siła legła u wrót izby szkolnej – zła, bo nie znosi śmiechu dzieci – zła, bo gdy taki wesoły i beztroski śmiech dzieci usłyszy, to jej krwią nabiegają oczy, leniwie głowę ku drzwiom zwróci – i warknie – i śmiech płoszy.

Biedne, bezradne – gdzież modlitwa za wasze szczęście płowe – gdzie pomoc? – Zdziwione oczy wasze smutne. – Może jawi się cud – rycerz o stu głowach, o stu po sto rąk czarnych w guzach44 i garbach, i bliznach od ciężkich narzędzi pracy – i dla wszystkich, i dla was lepsze jutro kupi.

Mroczny sen śni historia.

*

– Poczekaj, dam ja ci za wczorajsze – odgraża się Malinowski.

 

Malinowski jest dzisiaj dyżurnym. – Stasio przypomina sobie wczorajszą kłótnię i niepokój wkrada mu się w serce. – Malinowski i tak jest świnia i lizuch, a teraz jeszcze…

Po drugim dzwonku ktoś gwizdnął.

– Przemyski, dlaczego gwiżdżesz? – ryczy na cały głos Malinowski, wiedząc, że pedel chodzi po korytarzu.

22halsztuki – krawaty czarne, zakrywające szyję, obowiązkowe w szkołach rosyjskich. [przypis autorski]
23guzy – tu: guziki. [przypis edytorski]
24na pierwszych ławkach – dziś popr.: w pierwszych ławkach. [przypis edytorski]
25mens sana in corpore sano (łac.) – w zdrowym ciele zdrowy duch. [przypis edytorski]
26aby liczył – dziś popr.: że będzie liczył. [przypis edytorski]
27na pierwszej ławce – dziś popr.: w pierwszej ławce. [przypis edytorski]
28na ostatniej ławce – dziś popr.: w ostatniej ławce. [przypis edytorski]
29na ostatnią ławkę – dziś popr.: do ostatniej ławki. [przypis edytorski]
30pogardzają – dziś popr.: pogardza. [przypis edytorski]
31daje – tu w zn.: uczy. [przypis edytorski]
32w uczitielskoj (ros.) – w gabinecie profesorskim. [przypis autorski]
33raniec – tornister. [przypis autorski]
34na ostatniej ławce – dziś popr.: w ostatniej ławce. [przypis edytorski]
35co – tu dziś popr.: coś. [przypis edytorski]
36blizoruki (ros.) – krótkowidz. [przypis autorski]
37uspakaja – dziś popr.: uspokaja. [przypis edytorski]
38szynelnia – garderoba. [przypis autorski]
39filować (daw.) – kopcić. [przypis edytorski]
40co – tu dziś popr.: coś. [przypis edytorski]
41toaleta – tu: toaletka. [przypis edytorski]
42kurierek – tu: gazeta codzienna. [przypis edytorski]
43Ojciec zadżumionych – poemat Juliusza Słowackiego (1809–1849); opowiada historię mężczyzny, któremu zaraza zabiera żonę i siedmioro dzieci. [przypis edytorski]
44guzy – być może: gruzły, czyli nieforemne zgrubienia. [przypis edytorski]