Dziecko salonu

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z życia

Pan Antoni miał warsztat szewski w Ubożowie. Pan Antoni miał żonę, dzieci pięcioro i pięćset rubli, gdy go bracia spłacili. – Bogacz – i tyle!

Pan Antoni miał szwagra w Warszawie, jako że z siostrą jego był żonaty.

Przyjechał szwagier na święta, wypił kieliszek jeden, drugi i piąty – i o Warszawie dziwy jął opowiadać wielkie.

– U nas – powiada – wszystko zupełnie inaczej. Wyjdziesz na ulicę, a chcesz przejść na drugą stronę, to stój pół godziny i czekaj, aż przejadą wszystkie omnibusy, powozy, elektryczne samochody, tramwaje i dorożki; a jeszcze są takie wagony do przeprowadzek, co większe od największego waszego domu. – Idziesz trotuarem, to musisz iść rzędem, w porządku, bo inaczej zaraz aresztują; bo jakby chcieć kogo wyminąć, to albo ciebie na śmierć zgniotą, albo ty kogo udusisz. – Każdy sklep to jak u was jarmark, a każdy dom – to jak cała wasza dziura. Jak nie wiesz numeru od szwajcara, to możesz dwa dni chodzić po korytarzach i nie znajdziesz.

– A zarobki jak? – pyta Antoni i nalewa nowe kieliszki.

– U nas jest zupełnie inaczej – mówi szwagier. – Najtrudniej zbić pierwsze sto rubli. Jak ja to jestem najstarszym w całym hotelu nad omnibusami, a hotel taki, że cała wasza dziura trzy razy się w niego owinie. A właściciel tego hotelu był naprzód posługaczem w knajpie, a potem kuchcikiem. Dopiero jak mu rodzina pożyczyła sto rubli, to tak się zawinął, że dzisiaj inaczej nie, tylko z hrabiami. – A jakże tam szwagier z braćmi? Czy już zapłacili szwagrowi?

Pan Antoni bał się przymówki o pożyczkę, więc odpowiedział:

– Jeszcze nie skończone. Precz kręcą i szachrują.

– A ja radzę szwagrowi: niech bierze, co dają – i niech do nas przyjeżdża. Już ja wam co dobrego wyszykuję…

Coś pół roku później pan Antoni przyjechał z rodziną do miasta obiecanego, gdzie złoto tak się przewala, aż ćmi w oczach, gdzie aby mieć sto rubli, to możesz mieć migiem taki hotel, w który się cały Ubożów trzy razy owinie, gdzie można zarobić, zabawić się i dzieci wykształcić.

Jak złe ma człowieka wprowadzić w nieszczęście, to mu najisamprzód rozum odbierze, a potem już, jak ślepego, prowadzi na zgubę.

Jakże mógł wierzyć szwagrowi, jakże to sam najprzód nie pojechał na zwiady?

Kiedy wszedł między mury, to jakby mu kto oczy tabaką zasypał: aż szczypie, taki zaduch i hałas. – Chciał zaraz wracać z powrotem, ale mu wstyd było. – Oj, bodajby był wrócił, bodajby!

Ledwo się dopytał o hotel. Ale tam szwagier żadnym najstarszym nie był, a tak po prostu przy omnibusach. A odszedł, będzie z pół roku. Odszukał go dopiero w „adresnym stole”122.

Przyjęcie było nie najlepsze. – Poradzić nie może, bo sam szuka dobrego zajęcia; był chory, zniszczył się. – Antoni mu wtedy skłamał, że nie ma pieniędzy, głupi jest, na interesie się nie zna – i tyle. Niech teraz sam sobie radzi.

Antoni żonę z dziećmi umieścił za drogie pieniądze w zajeździe, a sam szukał.

Kupił kurier, z trudem odczytał adresy sklepików do sprzedania – chodził – dowiadywał się – błądził po mieście. A bał się, a nie wierzył, a nie ufał. Skutek był taki, że po tygodniu poznał się z panem, który miał akurat sklepik, jakiego mu było potrzeba – za pięćset rubli.

Ten pan mieszkał z siostrą w dwóch pokojach na Chmielnej, miał aż trzy sklepiki do wyboru – jak cacka, a najlepszy na Chłodnej.

Ludzki był to człowiek. Poradził mu, wytłumaczył, jak jest w Warszawie, odwiedził go, dzieciom przyniósł marmoladki. Z początku odradzał kupienia sklepiku, bo to ciężka praca bardzo i w handlu dużo przykrości. Ot, sam on założył aż trzy sklepiki, ale po co mu, to? – A główne, że siostra jest słaba i nie może się męczyć.

Ale jak zaczęli radzić razem, to wyszło na to, że sklepik spożywczy jest taki i najlepszy. Bo życie przy tym nie kosztuje już nic, a zarobek idzie do kieszeni. Inna rzecz, jak on z siostrą tylko, to on o życie nie stoi. Ale siedem gęb zapełnić… Tak, sklepik będzie najlepszy. Tylko trzeba się poznać na handlu – chociaż to znowu nic tak trudnego. Trzeba tylko dwie rzeczy pamiętać ciągle – to jest: kredyt i obrót.

– Widzi pan ten woreczek z piaskiem? Pana ten piasek kosztuje złotówkę, a pan go sprzedaje za dwa złote. Niech pan pchnie tylko – no – jeden dziennie, to pan ma już trzydzieści złotych z jednego piasku na miesiąc. I to się nazywa obrót. A teraz za piasek pan nie potrzebuje płacić, aż dopiero po miesiącu, i za to może pan także dawać bez pieniędzy. A potem pan reguluje. I to jest kredyt, który pozwala panu sprzedać towaru za tysiąc rubli, kiedy pan ma w kieszeni tylko sto, i kupić za tysiąc, jak pan ma w kasie trzy ruble.

A potem wyjął książkę, gdzie byli zapisani ci wszyscy, którzy mu są winni. Było tego na kilka tysięcy.

– A czy ja sobie poradzę? – przestraszył się Antoni.

– A rozumie się, że nie. To może pan zacząć od mniejszego.

– A czy to można tak, żeby i kupować, i sprzedawać wszystko za gotówkę?

– Można, ale pan sobie sam obrywa obrót.

– Bo ja chcę mieć na początek tylko tyle, żeby się nie zjadać. Bo Warszawa okropnie droga.

Roześmiał się „ten pan”.

– A czy warto pracować darmo? Jak to mówią, Maciek zarobił, Maciek zjadł!

– No tak – potwierdził Antoni, ale w duszy postanowił na początek skromnie prowadzić interes.

Nazajutrz nowy przyjaciel zabrał go z dzieciakami, trojgiem starszych – do cyrku – żałował, że żona iść nie może. Miał tam darmo wejście.

– Wetrzesz się i pan. Z początku wszystko trudno i straszno.

Oj! straszno było Antoniemu – to prawda. Ufał i nie ufał, chciał i bał się. Aż zdobył się na heroizm i powiedział, że pięcioro drobiazgu, że to jedyne jego pieniądze, żeby mu ten pan poradził, że mu wierzy jak rodzonemu ojcu.

– Mój panie, ja wiem jedno: oszukać bym pana nie miał sumienia, bo pan ma dzieci; i nie miałbym interesu, bo dla mnie lepiej nawet, jak kupi taki, co się zna, żeby potem nie miał pretensji. Interes – złote jabłko – i tyle. A radzić panu nie mogę. Niech się pan popyta, rozejrzy, dowie, pomyśli; niech pan ze dwa dni posiedzi w sklepie.

Poszedł Antoni do sąsiedniego sklepiku w wielkiej tajemnicy. Odpowiedzieli mu ni to, ni sio.

– Jak panu powiemy źle, to pan powie, że zazdrość, a jak powiemy dobrze, to pan będzie pomstował. Życie w Warszawie ciężkie, i basta.

Zwyczajnie, nieżyczliwi dla obcego.

A tu pieniądze szły jak woda.

I stało się: kupił. Gotówką czterysta rubli położył.

Dawny właściciel przychodził przez pierwszy tydzień pomagać i nauczyć. Szczypał służące, uśmiechał się do kupujących. Antoni z żoną siedzieli i patrzyli. To znowu przychodził tam jaki Żyd po należność.

– Zatkaj mu pan gębę… Nie ma pieniędzy, mój starozakonny… Daj mu tam pan rubla…

I Antoni dawał rubla z kasy.

W głowie miał wir jakiś, w sercu strach i złe przeczucia.

Gorzej było jeszcze, kiedy został sam z żoną, i potem coraz gorzej i gorzej. To przychodzili jacyś ludzie z towarem, to znowu po jakieś pieniądze. Aż ktoś rzucił mu dwa straszne wyrazy:

– Oszukali cię!

Otworzyły się Antoniemu oczy, ale tylko trochę. Bo ten pan uspokoił go. Znowu dwa dni przychodził. Natarczywszym kazał znów dać po rublu, innych zwymyślał i kazał im czekać.

– Ale za co ja płacę? – zapytał Antoni.

– Płaci pan pasywa sklepu. Przecież tu jest towaru nie za czterysta, ale za ośmset rubli.

Po dziesięciu dniach trzeba było kupić już cukier, bo zapas się wyczerpał. Piekarz nie mógł się dorachować z bułkami.

Poszedł pan Antoni do pana, który mu sprzedał sklep. Nie zastał nikogo. Poszedł drugi raz; zastał tylko siostrę.

– Proszę pana. U nas mówi się tak: widziały gały, co brały, i basta. Nie wiesz, nie bierz się. Nie umiesz, nie ruszaj.

Poszedł znów pan Antoni raz i drugi. Aż zastał i jego.

– Mój panie, ani ja pana ciągnąłem za nos, ani namawiałem. Interes był dobry i jest dobry. Jak pan klientom stęka, to uciekają od pana. Dzieciaki włóczą się po sklepie, wszędzie paluchy brudne wsadzą. Gość tego nie lubi. Pan, zamiast pilnować interesu, łazisz tylko za mną jak cielę za krową, jęczysz pan, mnie pan obszczekuje na prawo i lewo…

– A dlaczego pan puste torby poustawiał w szafach? – zawołał Antoni nagle.

– A może do ubrania sklepu potrzebne panu torby z brylantami?… Idź pan do Stępkowskiego i zapytaj się pan, czy on nie ma w szafach pustych butelek, puszek i beczek… Nie zna się pan – ot, co jest.

– Co będziesz gębę darł? – syknęła z kąta siostra – sprzedałeś i kwita.

– Ale nie: po co on ma myśleć, że go oszukałem?

– A co to ciebie obchodzi?

– Rozumie się, że mnie obchodzi. Bo na tym cierpi mój honor kupiecki… Tak, tak, mój panie, i pan się wetrzesz w miasto – i poklepał Antoniego po ramieniu.

Doprawdy – niezły człowiek. Tylko ta siostra – megera.

– A może by pan… może by – zająknął się Antoni.

Była to jego myśl, snuta po tysiąc razy podczas bezsennych nocy ostatnich tygodni – jego myśl wypieszczona: oddać sklep, odebrać pieniądze i uciec z Warszawy.

– A może by pan tak wziął nazad? Przecież pan sprzeda?

Żadnej odpowiedzi.

– Ja bym panu za 350, nawet za 300 oddał.

– A ja panu i stu rubli dać nie mogę. U nas pieniądze to fiu! i nie ma nic. To właśnie całe nieszczęście, że pan handlu nie zna. Szkoda, że panu sprzedałem.

Pożegnał Antoniego, bo miał pilny interes na mieście.

Co robić? Pięcioro dzieci. Obce wielkie miasto.

Tak obrać człowieka, tak do cna, do suchego… Nawet stu rubli.

 

Poszedł Antoni do szwagra. Szwagier miał tymczasowe zajęcie w remizie wynajmu powozów. Ani chciał słyszeć, by przyjść i poradzić.

– Bez mojej rady kupiliście, to i bez mojej rady sobie sprzedajcie. Nie mój wóz, nie będzie mnie wiózł… Kto nawarzył, niech pije.

– Człowieku, przecież my ci nie obcy. Przecież to twoja siostra.

– W biedzie to każda siostra…

Przyszedł wieczorem po zamknięciu sklepu z jeszcze jednym swoim przyjacielem. Obejrzeli wszystko, przeczytali kontrakt. Antoni wpił się w nich oczami.

– Sprzedaj to szwagier za byle co, długi szwagier popłać, a jak ci się co zostanie, to kup wódki, wypij, gębę otrzyj i ludziom w oczy nie świeć. Tak, moi państwo: i w Warszawie psy boso chodzą.

Nastała długa chwila milczenia.

– A nie można do sądu? – zapytała Antoniowa.

– Daj pan chojrakowi trzy blaty w garść, to mu zrobi sąd. Porządny adwokat tego nie weźmie, bo mu nie warto, a pokątny jeszcze ci kapotę zedrze.

– Sameś sobie narobił szwagier biedy. Żeby to na mnie, toby mnie raz połknął, ale trzy razy wyrzygał. – Od złodziei w Warszawie aż się roi. Tak, tak.

– A bo ja wiem, czy on złodziej. Żeby nie ta siostra.

– Siostra?! Gwizdnij no pan. Znamy takie siostry.

– Sam sobie szwagier winien. A teraz akurat jest magiel do sprzedania. Obok nas. Chleba byście mieli po uszy.

– Nie martw się pan. Powoli wetrzesz się pan w miasto.

Wypili jeszcze po jednym i poszli.

Więc zarżnął się, dycht123 się zarżnął.

Ukrył twarz w dłonie.

Chłopak wylazł w koszulinie z łóżka.

– Mamo, jeść mi się chce!

– I mnie… – odezwały się dzieci.

Antoni drgnął.

– Weź tam matka trochę mąki ze sklepu i zrób im.

I jadły, gdy matka ugotowała kluski.

Antoni nie chciał jeść: to przecież nie jego mąka, to wszystko – kredyt. A on czterysta czterdzieści pięć rubli utopił. Szwagier mówił o maglu – podobno to dobre. A wtedy mówił, że sklepik dobry.

Jak to się „wetrzeć” w tę Warszawę?

Przysunął się i machinalnie wziął się do klusek.

*

Przeczytałem to moim pryncypałom.

– Pan z tego szewca tak sobie ułożył? – domyślił się. – Tak, panie Janie, to tak jest, jak pan tu napisał. To by nawet można było i do gazety dać, żeby pan jeszcze wszystko dalej skończył. – Niechby ludzie wiedzieli, jak to jest u nas w Warszawie. Ho! ho! żeby to ci panowie, co pisują do gazet – żeby to oni wiedzieli chociaż trochę, co to się u nas w Warszawie dzieje – co by to ciekawego można było napisać – ile by to można było dla ludzi dobrego zrobić.

– Ba, kiedy oni zwykle w knajpach tylko siedzą albo w teatrach – więc skąd mają wiedzieć? – powiedziałem.

– Nie wiem, gdzie oni tam siedzą, ale ja myślę, że toby można dużo ciekawego napisać.

W gąszcz życia

Wieczory spędzam u wdowy z facjaty. Moi chlebodawcy źli są na mnie i na nią – i zazdrośni. – Jak można przekładać towarzystwo nędzarki z wątpliwą przeszłością – nad nich, właścicieli domu na Woli?…

Pojechali z dziećmi na wieś na wesele, do rządcy, który ich dawniej nie znał – ale teraz, kiedy są bogaci – przypomniał sobie i zaprosił. – Chcieli mnie zabrać – nawet na własny koszt: zabawię się i podjem sobie. A jedzenie będzie dobre, bo pan młody z rzeźnickiej, ale bogatej familii; brat cioteczny jest księdzem.

Odmówiłem. Pojechali sami…

Patrzę na kuźnię. Kowal bije młotem, postać jego czerwieni się w ogniu i gaśnie. – Myślę i wsłuchuję się ciekawie we własne myśli.

Dopiero późnym wieczorem idę na facjatę.

– Czy można?

– Można, można… A ja już myślałam, że pan nie przyjdzie… Niech pan siada: o tu… Janka nie chciała iść spać, tylko czekała na pana. Przed chwilą zasnęła. – Jak to dobrze, że pan przyszedł!… Prawda, że nie zapalać lampy? Tak lepiej… Bo ja chcę z panem dziś długo mówić.

– Ale pani ma znowu gorączkę!…

– To nic – to zaraz przejdzie – to nawet lepiej. – Bo ja chcę pana o coś zapytać, to jest właściwie – chcę panu coś powiedzieć. – Ja nawet chciałam zejść do pana na dół, ale bałam się, że panu może będzie nieprzyjemnie. – Bo niech mi pan wierzy, że mnie nic a nic nie obchodzi, co oni na mnie gadają. – Tak mi było przykro ciągle, że pan mi wszystko o sobie powiedział, a ja panu – nie.

– Ale po co mówić? – To panią rozdrażni.

– Nie, nie… Pan mnie nie rozumie. – Może z początku to naprawdę – ale ja chcę. – Jak człowiek tak ciągle jest sam, to mu się nazbiera – tak mu się dużo nazbiera, że aż go dusi. – Jak ja o panu myślałam, to mi się zdaje, że szkoda, że pan nie chce być doktorem… Chociaż wiem, że oni nie mają czasu… Ale zaraz… Aha – więc tak…

Oparła głowę o róg fortepianu.

Światło z kuźni nie dochodzi do okna facjaty, tylko lekki refleks odbija się i gaśnie w jej oczach wielkich, czarnych, zaćmionych bólem myśli bezładnych i wyiskrzonych gorączką.

– Niech pan słucha….

Głos obcy, obojętny – jakby czytała lub opowiadała treść smutnej, dawno czytanej powieści.

– Jestem dzieckiem nieprawym. A matka moja była aktorką.

Pauza.

– Razem z matką grywałam w ogródkach – ja w takich dziecinnych rolach… A mój mąż był w balecie… Ja już panu mówiłam o mężu, ale wiem, że pan mi nie wierzył. – Pan myślał, że ja tak tylko…

Znów cisza.

– Tylko cztery lata żyłam z mężem, bo on już wtedy miał suchoty – to bardzo dziedziczna i nieuleczalna choroba!… Ale mniejsza o to… Więc grałyśmy wtedy z matką… Ja chcę panu opowiedzieć, – bo to ma związek z Janką… Więc grałyśmy wtedy z matką w ogródku… Lato było pod psem i nikomu nie płacili gaży… I w ogóle matkę trzymali tylko dlatego, żebym ja grała, ale jej prawie nie dawali ról. – Ja miałam wtedy dziesięć lat, ale już dobrze wszystko rozumiałam… Tak samo było i wtedy: ja grałam dużą rolę, a ona tylko parę razy wychodziła na scenę. – A w antrakcie kręciłam się między publicznością, żeby coś dostać.

Taki urywany, ciężki, świszczący oddech.

– Zawołała mnie do siebie jedna taka, co była ze swoim kochankiem w loży. – Wzięła mnie na kolana i całowała. I mówiła ze mną tak, jak się mówi z dzieckiem: ile mam lat, czy lubię występować, jak się nazywam. – To dziwne, jak takie kobiety lubią dzieci. – I ja starałam się im podobać, żeby mi co dali. – I rzeczywiście, poprosiła go i on kupił dla mnie pudełko czekoladek. Ale duże: ze trzy funty albo i więcej…

…Jak pan przyniósł Jance tę lalkę, to mi się zaraz przypomniało, chociaż to zupełnie co innego… Jacy oni źli na mnie i na pana, że pan kupił Jance, a nie Mani. – Oni nie mogą zrozumieć, że pan jest u nich za pięć rubli na miesiąc i tyle pieniędzy wydał na lalkę; a ona chodziła się umyślnie dowiadywać do sklepów, ile to może kosztować. – Oni się domyślają, że ja wiem wszystko, i tacy są wściekli, że im nie mówię… Ale zaraz…

…Aha – więc mieszkałyśmy wtedy na Bielańskiej, tak samo na facjacie… Więc dostałam to pudełko czekoladek… Dyrektor nie płacił, bo teatr źle szedł. – A w sklepiku już nam nic nie chcieli dać.

…Więc jakeśmy wróciły do domu, to jadłam te czekoladki i popijałam wodą… Był chleb, ale trzeba było zostawić na rano do herbaty… Prosiłam mamy, żeby przynajmniej te czekoladki, ale nie chciała, że to moje. A ja przecież wiedziałam, że jest głodna. – Więc zjadłam sama może z funt – i położyłam się, ale nie spałam, bo mnie mdliło; tylko miałam przymknięte oczy, ale mamę widziałam. – Ja często tak robiłam i patrzałam na mamę, że jest ładna i dlaczego nie ma nikogo? – Bo mama w ogóle nie umiała jak inne. – Te czekoladki na przykład to można było potem oddać w bufecie za pół ceny, ale mamie samej do głowy nie przyszło – dopiero później, kiedy jej powiedzieli…

…Więc zaraz… Więc ja tak leżałam, a mama cerowała pończochę. – Ja to wszystko tak dobrze pamiętam… Więc potem przestała szyć i patrzała na mnie, czy śpię. – A potem zaczęła powoli przysuwać to pudełko z czekoladkami. Potem cicho otworzyła i ciągle na mnie patrzała, czy śpię. A ja udawałam, że śpię. Potem zjadła jedną czekoladkę, potem drugą i tak kilka. A potem wyjęła taką długą czekoladkę i resztę układała, żebym nie poznała, że brak. Potem z tą długą czekoladką doszła do okna i wychyliła się. – Zdawało mi się, że wyskoczy oknem, żeby się zabić; ale cicho leżałam i nawet chciałam, żeby wyskoczyła, bo przyszliby ludzie i pocałowaliby mnie, i wszyscy by na mnie patrzyli. A na pogrzebie wszyscy z teatru nieśliby trumnę i byłby wieniec od dyrektora. A ze mną po śmierci mamy byłoby coś innego jak teraz. Może by mnie wzięła do siebie jaka bogata pani… Ja wiem, co pan sobie o mnie myśli… Bo pan nie wie, co to jest dziecko głodne, które każdy ma prawo pogłaskać, pożartować, wziąć na kolana, dać prezent. – Ja panu wszystko mówię, chociaż wiem, co pan sobie o mnie myśli.

– Ja myślę, że pani była bardzo nieszczęśliwym dzieckiem.

– Ja wiem: bo pan jest dobry… Na czym to ja stanęłam?

– …Że mama pani stała przy oknie.

– Aha!… Więc długo tak stała, a potem zjadła tę długą czekoladkę i oblizywała palce, bo jej się roztopiła, kiedy stała przy oknie. – A potem było to najwstrętniejsze… Ja nie będę umiała panu, opowiedzieć…

Zamyśliła się.

– Więc tak było. – Matka stanęła przy łóżku. Ja z początku zupełnie zamknęłam oczy, żeby się nie domyśliła. A potem ostrożnie uchyliłam. Matka patrzała na mnie, ale była taka brzydka i taka wstrętna… Ja wiem, ja nawet wtedy wiedziałam już, co ona sobie myślała i dlaczego była taka brzydka. – Ona liczyła, ile ja jestem warta i kiedy już. Ja wtedy nie wiedziałam jeszcze, jak to jest; ale sama także chciałam być dużą i mieć kogoś, co ma dużo pieniędzy i wszystko kupuje; tylko wiedziałam, że matka nie powinna tego chcieć… Na złość otworzyłam oczy, i ona domyśliła się, że nie spałam… Rozgniewała się i przez trzy dni nic nie mówiłyśmy do siebie. I od tej pory przestałam ją kochać i ona mnie. Bo przedtem bardzo ją kochałam i żałowałam, a teraz byłam kontenta, jak jej nie dali żadnej roli, a mnie – tak… I ja właśnie na złość… Bo ja to wszystko chciałam panu opowiedzieć, to jest nie wszystko; ale chciałam prosić, żeby pan nie uczył grać tamtych dzieci, i bo tak to ja tylko rubla dopłacam do komornego… Ale pan sam… Ja przecież wiem, że pan gra lepiej ode mnie… Pan jest bardzo dobry.

Nagle spoconą, wilgotną ręką pochwyciła moją rękę.

– Ja mam do pana prośbę. Czy pan mi powie prawdę?… Pan był trochę na medycynie i pan dużo czytał… Niech pan powie, czy Janinka będzie żyła?… Pan przecież wie, co ja myślę… Moja matka umarła na suchoty, Janek także, ja także kaszlę i pewnie będę miała, a może już mam. A przecież to jest bardzo dziedziczna choroba, i zaraźliwa – bardzo zaraźliwa – prawda? – A ja z nią razem śpię… Prawda, że to źle?

– Czytałem, że dzieci nie powinny spać razem z dorosłymi… ale pani jest przecież…

– Pan mnie nie rozumie – przerwała.

I po chwili zaczęła strasznym, urywanym szeptem.

– Ja właśnie naumyślnie… Jak leżę z nią w łóżku, a ona śpi, to naumyślnie w nią chucham… Rozumie pan?… Ja panu nie mówiłam, ale ja mam na pewno suchoty… Jak poszłam do szpitala na wizytę, to mi doktór kazał przynieść ślinę, co spluwam. Więc na drugi dzień przyniosłam. No, i dali mi kartkę, żeby wejść do środka, gdzie są wszyscy doktorzy. I ten doktór prosił drugiego, żeby zrobił. A ten nie wiedział, że to ja. Więc jak on szukał tych robaczków suchot w mikroskopie – ja widziałam raz mikroskop w muzeum – to potem powiedział do tego doktora: „suchoty jak byk” – i roześmiał się. Ja nie wiem, dlaczego on się roześmiał. – Ja go się potem naumyślnie zapytałam, czy to suchoty, a on powiedział, że nie, że trzeba pić mleko, i zapisał mi, ale nie brałam… Więc rozumie pan? Więc ja chucham na Jankę, żeby te robaczki weszły jej do gardła i żeby zachorowała, a dzieci przecież prędko umierają… Bo ja jej przecież nie mogę samej zostawić… Bo ona będzie śliczna, jak urośnie – bo ją by mężczyźni rozdrapali… A ja nie chcę… Niech umrze. Już dosyć tego świństwa. Już trzeba skończyć raz przecież.

Janka westchnęła ciężko… Nie – nic: to tylko przez sen.

– A wie pani… wie pani… może by to dobrze było, żebym ja… Wie pani: tak mi ciężko jakoś myśleć.

– Bo co?

Nachyliła się tak, że czułem na twarzy gorący jej oddech.

– Wie pani, ją myślę, że to by było dobrze, żeby Janka miała ojca… Ja myślę, że to by było dobrze, żebym ja się z panią ożenił. – Prawda?

Drgnęła. Pochwyciła moją rękę.

 

– To dobrze – to bardzo dobrze, że pan to powiedział… Ja wiedziałam, że pan to powie, ale się bałam, że może nie… Tak: to się bardzo dobrze stało… To dobrze, jak ktoś powie człowiekowi coś takiego, że on potem długo pamięta – długo – aż do śmierci. A jemu przecież nic nie szkodzi… Wie pan: kiedy się w nocy nie śpi, ma się takie dziwne myśli… Nie, ja kłamię… Pan nie uwierzy, jak mi strasznie trudno nie kłamać… Ja nie tylko w nocy, ale ciągle – ciągle o tym myślałam. – Jak mi pan wtedy mówił, że pana ojciec bogaty, i jak mi pan mówił o sobie, to pomyślałam, że pan jest dziwny człowiek i że kto wie… I starałam się panu podobać, żeby pan się we mnie zakochał… I właśnie dlatego nie mówiłam panu, że mam suchoty, żeby pan się ze mną ożenił… Ja jestem bardzo zepsuta… Ja właśnie matce na złość, żeby nie miała ze mnie korzyści, to ja wtedy z ojcem Janki… Ja jego wcale nie kochałam i nie wiedziałam, że on się ze mną naprawdę ożeni… – Ja go wcale nie kochałam, tylko matce na złość… Ale zaraz…

…A tak. – Więc ja za pana nigdy a nigdy nie wyjdę… teraz to już nigdy nie wyjdę… Ja wiem: pan chce, żeby ludzie nie byli nieszczęśliwi. Ale to na nic; tak być musi… Tylko od nieszczęśliwych trzeba uciekać, bo nieszczęście jest zaraźliwe… Kiedy ja pana jeszcze tak dobrze nie znałam, to ja bym za pana wyszła, ale teraz za nic w świecie. Panie Janku: nieszczęście jest zaraźliwe. – Niech pan ucieka – panu i tak będzie trudno żyć na świecie.

Wstałem śmiertelnie znużony. – Wyszła za mną do sieni.

– Panie Janku, ja nie wszystko jeszcze panu powiedziałam: ja czuję taką rozkosz, kiedy tak chucham… jak bym robiła na złość tym wszystkim… Czasem nawet widzę ich wszystkich – w cylindrach, z cienkimi laseczkami – jak się oblizują, a ja im mówię: „nie dam – nie dam” – i chucham. – I ja jeszcze jedno…

…Janek, ja ciebie kocham… Ja jeszcze nigdy nie kochałam i dlatego teraz dopiero zrozumiałam, że to tak jest. – I jeszcze ci nie powiedziałam, że ja miałam dużo kochanków…

I zarzuciła mi na szyję ręce chude, chłodne – i przycisnęła do ust rozpalone wargi.

Na korytarzu rozległ się szmer: podpatrywano nas.

Cofnęła się do izby i drzwi zamknęła na klucz.

Gubię się w tajemnicy własnych myśli i uczuć. Coś splata odległą przeszłość z nieznanym jutrem. Więc to już ja teraz, a nie Bałucki, Tołstoj, Orzeszkowa, Żeromski; – chciałem się ożenić.

A dalej?…

*

Jutro przeprowadzam się na Solec.

Wczoraj były imieniny mego „właściciela domu na Woli”.

Przyszła ich uboga rodzina: brat żony, robotnik fabryczny, z zięciem dorożkarzem i dziećmi.

Wizyta była ceremonialna, nieszczera, chłodna. Z jednej strony – wyniosła pewność siebie kapitalisty, z drugiej – zazdrość i uległość. Tylko dorożkarz, gromiony wzrokiem przez teściów i żonę, nie szczędził mimo to przycinków.

Pupile moi popisywali się swymi wiadomościami, traktując z góry ubogich krewniaków – opowiadali o gimnazjum i o czapce z gwiazdką.

– W biedzie nie to jeszcze najgorsze, że człowiek nie doźre – powiedział smutnie robotnik – ale że bachorom nauki dać nie można, jak by to człowiek miał życzenie.

I postanowiłem przenieść się na Solec.

Nie chcieli wierzyć zrazu:

– Ale co oni z panem zrobią? To przecież prostota i nędza, panie Janie. Gdzie im tam w głowie nauka? – Pan tam i tygodnia nie wybędzie… I co my teraz zrobimy? – Pan tak umiał zachęcić bachorów to żarcikiem, to tym, to nie tym.

Za życie płacić tam będę pięć rubli miesięcznie, a za mieszkanie – uczyć będę ich Wiktę i Stacha.

Do kogokolwiek się zbliżę, wszędzie niosę ból, rozprzężenie – i kawał własnego serca zostawiam.

Pusto, rozpacznie – i nie ma gdzie złożyć głowy znużonej.

A pcha mnie coś w gąszcz życia, w głąb, w gęstwię – aż do najgłębszych jego pokładów.

122adresnyj stoł (ros.) – punkt informacji o adresach. [przypis edytorski]
123dycht (gw., z niem. dicht) – zupełnie, całkowicie. [przypis edytorski]