BoboTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wczoraj, przechodząc obok Satanelli (przydomek ten przyjął się, ku jej, zdaje się, zadowoleniu), powiedziałem do panny D. głośno:

– Chodźmy do lasu flirtować. A Józio będzie nam parawanem.

Flirtować, powiedziałem z ironicznym naciskiem.

Wiem, że to było głupie, może to wpływ mojej Francuski, ja tak bardzo ulegam wpływom.

W Warszawie zostaną mi moje lekcje. Ta idealna pani G., jednak umie się targować. Jakie to dia mnie wstrętne. Czy to nie hańba, żeby za spełnianie szczytnego posłannictwa, jakim jest rozwijanie ducha, budzenie myśli, aby za powtarzam wypełnianie obowiązku tylko, brać pieniądze? Ustrój kapitalistyczny musi runąć, tylko nie wiem w jaki sposób. Wakacje się kończą, a ja w naukach ekonomicznych nie posunąłem się ani o krok.

Jeżeli kiedyś zginę, zabije mnie brak woli.

3 sierpień

Znów w Warszawie. Zacząłem od Kościoła i Ojczyzny.

Dla naszego nerwowego pokolenia zewnętrzne akcesoria mają duże znaczenie. Muzyka kościelna i śpiew w nieznanym języku mają wielki wpływ. Muzyka smutna, poważna, rzewna usypia rozum i krytycyzm, a serce czuje niepokój. Klęczenie zniża, korzy nasz duch, jesteśmy na kolanach mali, niezdolni do protestu ani rozumowania. Jesteśmy pod wpływem chwili, wierzymy ślepo, zabobonnie. Wiara rozumnie kierowana, może być hamulcem. Wierząc, że gdy zapalę papierosa, będę miał przykrość (zły stopień) wystrzegałem się tego, a choćby kilka chwil wiary bezgranicznej są ważne. Sformułowałbym to tak: każdy człowiek powinien mieć chwile buntu przeciw pętom wiary, chwile rozrzewnienia, chwile ekstazy i zupełną niezależność naukowego myślenia (astronomia, Kopernik, Darwin125 – temat do pracy naukowej).

Potem poszedłem do Łazienek do pomnika Jana Sobieskiego126. Jak wiele, wiele mówi ta dumna postać na pięknym rumaku. Gdzie ludzka wdzięczność, gdzie pamięć o krwi, którą płaciliśmy dań światu w walce krzyża z półksiężycem? Nie ma wdzięczności, tylko interes i egoizm, równie w życiu pojedyńczych ludzi jak narodów. Gdyby oni umieli czytać w tym dumnym obliczu króla, z jakim spokojem i pogardą i niemym wyrzutem patrzy hen za staw ku pałacowi, to by ten pomnik usunęli. A ten łańcuch żelazny, który opasa pomnik, czy to nie symbol. I smutnie powiewa stary jesion i nie śmie gałązka musnąć dumnej postaci tego, który nie znał niewoli.

 
A co niewola, nie wie Sparta wcale,
Bo niewolników jej córy nie rodzą.
 
Tyrteusz127

Marzyłem o pieszej wycieczce przez Częstochowę na Wawel. Jeszcze się rok szkolny nie zaczął, a ja już marzę o wakacjach. Ubiegłe wakacje stanowczo mnie zawiodły. Jedna nowela napisana – to całe żniwo.

16 sierpień

Gimnazjum, belferka, lekcje – jednym słowem kierat szkolny. Brak czasu do pisania. Do matematyki i klas. gospodarza mamy bardzo porządnego człowieka. Stacho zdał poprawkę, siedzimy razem. Ksiądz nowy, niemiły. Strzygłem się; jaki byłem ładny w lustrze, napisałem wiersz do swego odbicia w lustrze. Boję się tych drobnych licznych przykrości, których szkoła nie szczędzi, choć może tak lepiej dla mego znużonego umysłu. Powoli zamienię się w machinę, drobiazgi zaprzątną mój umysł, myśli przyjmą mniej gorączkowy kierunek. Zosia już skończyła, panna na wydaniu, czy jedzie na uniwersytet?

Mod. mnie przeraża, jaki on zimny, bezwzględny. Można go śmiało postawić w rzędzie natur zagadkowych. Czy rzeczywiście zależy mu na tym, abyśmy znali grecki? Ja go znać będę, bo kocham Sofoklesa (Antygona), ale po co to innym?

Robię studia nad mymi „chlebodawcami”.

1. On intelig., ona zajęta kurzem i jajkami. Jaki może być łącznik między nimi? Ona nie jest powiernicą jego myśli, nie jest żoną jego uczuć i przeżyć, gospodyni – nie więcej. O jak bezbarwne życie takiego człowieka, który nie ma się przed kim wynurzyć w chwilach zapału ani poskarżyć w chwilach smutku. Ci ludzie związani dozgonnym węzłem obowiązku idą obok siebie, ale nie razem.

Malec dość tępy.

NB. Gdyby kobieta umiała być przyjaciółką męża, nie szukałby rozrywek w gronie kobiet, które mu szampanem zagłuszą myśl: „nie ma szczęścia”. Sam człowiek winien, że miast uśmiechu, na ustach gorycz gości. I z gorączką wychylają czarę rozkoszy zapiekłymi wargi. Dajcie złudzenie, dajcie zapomnienie – wołają. Ogarnia ich szał, upojenie chwilowe. I spadają w przepaść, straszną otchłań, ciemną próżnię zwątpienia i szału, a potem bladzi, wynędzniali i bezsilni, brocząc w błocie i kale, wołają poniewczasie: „Gdzie szczęście?”

O P. napiszę innym razem.

Czuję wielką potrzebę snu, może to echo snu zimowego niedźwiedzi. Marzę teraz o cichym szczęściu bez burz oklasków i sławy. Żona, dzieci. Widziałem Maniusię, jak ona urosła przez te cztery miesiące, śliczny wstępniaczek, marzy, aby być dyżurną, zrywa się przed szóstą, bo się spóźni. Słodka dziecina. Urośnie pod mym okiem, zmężnieje i… stracę ją z oczu…

20 sierpień

Nawet kuriera nie czytam, nie marzę. Mam nawet nowy temat o Paryżu i suchotnicy, którą się opiekuję: ale nie ma ani wypukłości, ani barwności. Czyżby starość? Zaczynam wierzyć, iż gdyby nie pociąg płciowy, nie byłoby ani miłości, ani poezji, a przecież tak się przeciw tej myśli buntowałem.

10 październik

Spać, spać, spać!

Tyle marnuje się obserwacji, tyle cennego materiału.

Wieczorem zacząłem myśleć o przeszłości i rozpłakałem się, płakałem z żalu po… młodości.

Stałem w otwartym oknie, musiałem cofnąć się, żeby nie wyskoczyć.

Prawdziwie nigdy nie cierpię, wszystko rozpływa się w jakiejś poetycznej tęsknocie i żalu.

Pragnę kochać.

On n'est jamais si heureux

Uczę się źle.

Spać – to moja dewiza.

Wegetuję.

A wszak to ja, nie kto inny, umiałem siedzieć nad książką do 1, 2 w nocy.

Łzy…

Kiedy leżę w łóżku, zdaje mi się, że jestem kotem małym w mufce futrzanej.

On n’est jamais si heureux

Dręczy mnie myśl, że u P. są ze mnie niezadowoleni, ale krępują się mi wymówić.

Boję się ludzi.

On n’est jamais…

Miłość zapomniana, marzenia znikły.

Co mnie czeka za lat 10, 20, 30?

„Smutno mi Boże”128.

Tęsknię do Bożego Narodzenia!

½ paźdz., listopad, ½ grudnia.

0,5 ” , ” ,0,5 ”

2 miesiące.

17 październik

Smutno, smutno, strasznie smutno żyć na świecie. Pustka i bezcelowość. Sam, sam, zawsze sam.

Pannie Julii zwierzyłem się z mego stanu i teraz gorzko żałuję. Powiedziała, że to minie, a żegnając się, powiedziała z uśmiechem:

– Bywaj zdrów, starcze.

Więc i ona ma tylko kpiny dla mnie – ona?

1 styczeń

Święta mnie pokrzepiły na umyśle i duchu. Postanawiając wznowić pamiętnik, muszę zadać pytanie, czy piszę dla siebie, czy – cha, cha? – dla świata. Piszę go dla siebie, inaczej musiałbym wiele zmienić i o wielu rzeczach zamilczeć.

Otóż po senności, już nie pamiętam, czy nagle, znów przyszła namiętność. Warunki moje się pogorszyły, bo znużenie trwało jeszcze, jakby natura chciała uśpić czujność wroga, to jest moją, aby od razu powalić. Piszę o tym tak spokojnie i logicznie, bo pamiętnik mój ma znaczenie psychologiczne, i nie miejsce tu na egzaltację i wykrzykniki. Kiedy koń ponosi, nie czas bawić się w poezje, a kiedy wróg „pod samym miastem zatknął sztandary”129 i uderza do szturmu, trzeba obliczyć szanse pro i contra. Bor. rozwiązuje tę sprawę dość prosto: „masz tremę”. Jest to wzięte z gwary aktorskiej, a życie to nie deski teatralne. Z Franią zaszło bardzo daleko, nie przeczuwa, że pozostaje jej tylko jedna droga: jak najśpieszniejsza ucieczka z tego domu, gdzie czeka ją hańba i zguba. Tak dalece nie jestem już panem swych czynów.

 

Jedna miłość mogłaby mnie jeszcze zatrzymać nad brzegiem przepaści.

2 styczeń

Dostałem list od p. Julii. O, jak mi drogi, jak kotwica dla okrętu w godzinie burzy.

„Jak Panu tam idzie z lekcjami, ciszą i spoczynkiem, którego tak łaknie sterana twa dusza, młodzieńcze! – Rzuć te idee, rozejrzyj się po świecie, po sobie samym. Jesteś młody, zdrów, zdolny, dobry. Zużyj te siły, które tęsknią w każdym nerwie Twego organizmu, a nie imaj się pracy nad siły i wiek, bo jak mówi Sienkiewicz »myśl uleci jak ptak, a siły pójdą na marne«”.

Gdybym taką kobietę miał blisko siebie, byłbym bezpieczny.

O Boże. Wierzę: nie mam sił ani mocy, aby rozumować. Wierzę. Nie chcę wnikać w istotę tej wiary. Wierzę. Niech każda myśl krytyczna opuści mnie. Wierzę. Chcę być sługą i niewolnikiem Twym, chcę być prochem i pyłem. Wierzę. Wierzę, że będziesz mnie bronił, o Boże. Sam nie chcę walczyć, bom drobny i słaby. Ty mnie obronisz. Wierzę.

Ale pamiętaj, o Boże! Jeśli mnie opuścisz, sam stanę do walki na śmierć i życie, ale już nie bez Ciebie, jeno wbrew Tobie. Nie grożę, bom zbyt nikły i drobny. Grozi mój ból, który jest wielki i równy Tobie. Jeśli on przemówi, piekło zblednie a niebo zadrży w posadach.

(Głupia, egzaltowana, bluźniercza modlitwa, ale jestem tak znużony. Idę spać).

20 styczeń

Zmysły śpią, ale stoją czaty. Nie podejdzie mnie wróg, bo czujnej straży wydałem hasło: „ideał”. Na pierwszy odgłos pobudki zrywam się, wdziewam pancerz, chwytam miecz i spotykam wroga z podniesionym czołem. Pod moim orlim wzrokiem tchórzliwie opuszcza głowę.

– Zbliż się. Zmierzmy się.

On się cofa.

Czuwam…

*

Rozumiem już mój stan teraźniejszy. Nadchodzi pragnienie czystej miłości. Dawna miłość zapomniana, więc szukam ideału, a znaleźć go nie mogąc, codziennie kocham inną lub inne. Tęsknota zastąpiła mi miłość. Tęsknota rodzi miłość, a miłość tęsknotę, między tymi uczuciami istnieje bliska łączność. (Temat do studium).

Drogę do szkoły mam przyjemną pełną oczekiwania i wzruszeń. Kocham dziesiątki najodrębniejszych typów.

Spotykam córkę pułkownika, Rosjankę Mor. Imponuje mi jej postawa, chód elastyczny i mocny, energia rysów, śmiało zarysowane brwi.

Widuję drugą: dzieweczka nieśmiała, niska, w żałobie, z tak łagodnym, dobrotliwym wyrazem twarzy i smutnymi oczami.

Pierwszej ślę spojrzenie życzliwe, ale harde, drugiej – tkliwe i rzewne.

Widuję trzecią: wesoła, brwi filuternie wzniesione w górę, wieczny uśmiech i wyzywające spojrzenie, na które odpowiadam spojrzeniem zaczepnym i koleżeńsko-wesołym. Hajduczek-Baśka130.

Widuję kuzynkę Władka. Ten czysty profil i wieczny grymas niezadowolenia i jakby znudzenia na prawie dziecinnej twarzyczce.

Dalej (ta teraz najbardziej zajęła moją wyobraźnię) – Żydówka, córa południa i wschodu. Mierzymy się wzrokiem, w którym przyciągają się dwa odmienne światy i dwie rasy, dalekie wiarą i historią, a bliskie prawami natury. Te oczy czarne, ciemne, płonące ogniem nieznanym. Ta dojrzewająca Venus131 w pierwszej myśli lubieżnej. Te rzęsy, którymi przysłania czarne ócz132 gwiazdy. O, gdy ona pokocha, pędzi na oślep, nie bacząc pod stopy, nie oderwie gorejących warg od ust tego, którego pokochała. Ja, zimny północny Słowianin, i ona, Róża szkarłatna w objęciach złotych promieni słońca. (Muszę poddać rewizji mój stosunek do Żydów, tego narodu-Sfinksa, zagadki). Ona marzy i ma godność, więc jak musi cierpieć, z jaką radością wysłuchałaby głosu pojednania, który by jej rzekł: „Siostro”.

Te moje ideały mają po lat 15–16. Ale są i starsze (p. Julia, pani P. – ta piękna i zawsze smutna żona męża, który nie jest bez grzechu). Są i młodsze: dwie miłe jaskółki na korce, ta mała w płaszczyku w kraty, która się do mnie uśmiecha i pokazuje w uśmiechu ząbków perełki (czy to możliwe, żeby taki bąk znał już grę kokieterii). Madem. Jeanne przebaczyłem, może zbyt surowo ją sądziłem, może francuskie wychowanie pozwala na to, żeby przy mężczyźnie (toć jestem nim) wysypywać piasek z pantofli, poprawiać pończochę, opowiadać, że ją ktoś podpatrywał w koszuli i zapytywać naiwnie, co bym zrobił, gdybym z nią s. w jednym ł.

Kiedy dziś na chłodno myślę o moim stosunku z Satanellą (dałem słowo honoru, że imię jej więcej się w pamiętniku nie powtórzy – dziecinada) – widzę, że to, że mnie zraniła, było rzeczą przypadku. Czyż dziw, że podlotkowi imponował student? Myślała, że zgodzę się ustąpić pierwsze miejsce starszemu, a sam będę się kontentował drugim. Nie wiedziała, że tylko w tramwaju ustępuje się je starszym, a nie w miłości.

Ale do rzeczy:

Między mymi „ideałami” są nie tylko przedstawiciele płci odmiennej, a to najlepszy dowód, że nie wchodzi tu w grę żądza, ale bardziej szlachetne uczucie.

1. Nasz naucz. Mod. Obserwowałem go długo, bo 6 kwartałów. Jest to męczennik niewdzięcznej idei, greckiego języka. Pod tym wypukłym czołem, pod kasztanowymi włosami, ile myśli się kryje i ile zapału przebija przez te trupio blade policzki. Ten fanatyk Homera, gdy widzi zupełny brak zapału w klasie, gdzie chce budzić myśl śpiącą, widzi bezowocnymi swe trudy i cierpi. I za to go szanuję, jak szanuję Dostojewskiego133 wbrew patriotycznym receptom i formułkom.

2. Stacho. Jak nazwać to uczucie, jakie dla niego żywię. Nie jest to przyjaźń, gdyż przyjaźń to wyznania, a on by mnie nie zrozumiał (i to mnie na pewien czas zniechęciło). Tak, to miłość. Trzymanie jego ręki sprawia mi przyjemność, a on to wie i odczuwa. Gdy chodzimy w pauzę, obejmuję go i gadamy o niczym. To nie przyjaźń, ale miłość taka, jaką czuć można tylko dla dziewcząt. Bo też ile delikatności dziewczęcej w jego postaci, jego łagodnej twarzy i ruchach. Ma wadę serca. Klasa, nawet niektórzy nauczyciele (matematyk) nazywają go Anielcią. Widocznie miłość do tej samej płci spotyka się nie tylko u dziewcząt.

I jeszcze jedno:

Węglarz niósł na plecach kosz z węglami. Jeden węgiel mu wypadł. Podniosłem i podałem. Powiedział „dziękuję” takim łzawym głosem, że kamień by zapłakał. Z jaką rozkoszą pochwyciłbym tę biedną, czarną od węgla, spracowaną rękę i przycisnąłbym do ust, z jaką rozkoszą złożyłbym głowę na jego spoconej, nigdy niemytej i porośniętej włosami piersi i płakał nad jego dolą jak ten węgiel czarną i jak jego: „dziękuję” smutną, i jak przysługa, którą mu wyświadczyłem, drobną.

Zaiste jak są różne spojrzenia: obojętne, przelotne, dyskretne, miłosne, ciekawe, ironiczne, dobrotliwe, zaczepne (ta mała), wstydliwe, odpychające, marzące, litosne itd. – tak są i różne pocałunki: od najczystszych jak tchnienie motyla do gorących jak wulkan, od godnych anioła do – szatana. (Spojrzenia i pocałunki – temat do studium).

Teraz przyszło mi na myśl, że wszak Wedeking134 dowiódł w przebudzeniu się wiosny wyższości uświadomienia w wychowaniu. Ponieważ i ja, i madem. Janina byliśmy uświadomieni, mogliśmy bez obawy ślizgać się nad zawrotną głębiną „pieśni bez słów”.

Dziesięć stron zapisałem bez znużenia, a za ostatnie wypracowanie polskie dostałem trzy, chociaż bez zarzutu, bo krótkie.

Więc moja senność i starcze niedołęstwo minęły, czy pod wpływem listu p. Julii? Czy aż taką jest potęga autosugestii?

23 styczeń

Czytam mowy Cycerona135 i Demostenesa, podziwiam strukturę, korzę się przed logiką rozumowania i zachwycam językiem. Ale ja inaczej przemawiałbym, gdybym widział ojczyznę w niebezpieczeństwie albo bronił człowieka przed śmiercią. W ogóle sądownictwo winno być zreformowane. Przed sędziami-poetami winien stać obrońca-marzyciel, a nie zimny, chłodny formalista przed urzędnikami. Sercem należy bronić, a nie paragrafami, na zasadach etyki karać, a nie kodeksu. Dziś okoliczności łagodzą winę, a one powinny zupełnie ją usunąć. Nie wolno karać ojca, że kradnie dla dzieci lub zabija tego, kto nastaje na cześć córki, albo broni swego honoru. Uderzenie w twarz to tylko zakłócenie publicznego spokoju, więc kara 3–5 rubli, a moim zdaniem to zabójstwo, za które karą kula w łeb. Chłopi płacą raty, a nie biorą kwitów, i wśród zimy wyrzuca się na śnieg 30 rodzin, bo nie ma na potwierdzenie papierków. Kto kłamie? – pytam się: chłopek nabożny, pracowity, nieśmiały czy bezczelny i bezbożny spekulant, czyja przysięga winna zaważyć na szali?

A medycyna, która bogacza dla kaprysu wysyła na południe, a nędzarza „leczy” w suterynie pigułkami, choć miesiąc słońca powróci mu życie, da rodzinie pracownika, a dzieciom nie da wyrosnąć na prostytutki i złodziei? Jak sąd śmie karać te ofiary nędzy i ciemnoty?

Zdawało mi się niedawno, że te dziewczyny (?), które tak nisko upadły, nie zasługują nawet na litość. Kraść, zabijać nawet, ale nie za pieniądze kupczyć uściskiem. Wszystkie zbrodnie ludzkie zna świat zwierzęcy i roślinny w imię walki o byt, dąb kradnie światło krzewinie, chwast zagłusza (zabija) kwiaty. Tylko ta zbrodnia jest udziałem człowieka, ba – kobiety! Ta plama przygniata cały ród kobiecy. Hańba, hańba – najokrutniejszy wyraz ludzkiego słownika – gorszy od niewoli.

 

Zreformować świat to znaczy zreformować wychowanie…

Zaczepił mnie jakiś człowiek, piłę miał przewieszoną przez ramię.

– Czy pan nie wie o jakiej pracy?

Dałem mu czterdzieści dwa grosze.

– Niech się pan mnie nie brzydzi – powiedział, chciał pocałować w rękę, błogosławił.

Prosił o pracę, dałem mu jałmużnę. Uciekałem jak z miejsca zbrodni. Ile ja niepotrzebnie wyrzuciłem pieniędzy. Póki istnieje nędza, nie mam prawa wydawać dla siebie. O nich muszę i powinienem myśleć przede wszystkim.

Ha, ja mam myśleć o tych, o których Bóg nie myśli. A czy choroby dziedziczne nie są krwawym świadectwem przeciw Niemu?

Mod. mówił o szkołach filozoficznych w Grecji. Szkoła cyników została zupełnie spaczona. Czy i soc. ulegnie temu losowi, jak przepowiadają niektórzy – czy rzeczywiście „świat jest przemianą zła wieczyście trwałą”, jak mówi Tetmajer, czy też pnąc się „naprzód i wyżej, przez szereg istnień padających marnie” – dąży do ideału, jak twierdzi Asnyk?

26 styczeń

Już od dwóch dni jest mi dobrze. Doznaję jednak takiego uczucia, jakie mają ludzie bezgranicznie szczęśliwi: strachu, aby kto nie przerwał brutalnie tej ciszy, tego półmroku myśli i uczuć.

Czytałem po francusku W kraju futer136 Verne'a137 i marzyłem, że tam jestem, pod biegunem.

Po dniu uciążliwego pochodu leżę pod ciepłą derą. Budzą mnie.

– Wstawaj pan. Białe niedźwiedzie.

– Czy to raz pierwszy; jest też o co piekło robić?

– Ależ jesteśmy zgubieni.

– Bezpowrotnie?

– Tak jest, nie ma ratunku.

– Więc po coście mnie budzili? Może mam w galowym ubraniu stawić się na śniadanie panom niedźwiedziom?

– Powtarzam: niebezpieczeństwo, twoja zimna krew jest potrzebna.

Ubieram się.

– Więc to nazywacie niebezpieczeństwem? Że niedźwiedzina leży, drżąc ze strachu?

– Ale drzwi nie ma, może wejść.

– Może, ale nie wchodzi.

– Jest ich piętnaście.

– Zrobię drzwi z pierwszego.

Strzelam w powietrze.

– Szaleńcze, zgubiłeś nas – mówią.

Olbrzymi niedźwiedź idzie ku nam; w momencie, kiedy swym olbrzymim cielskiem zawalił wejście, pakuję mu kulę w oko.

– Oto mamy drzwi tym lepsze, że w przyszłości posłużą nam za śniadanie.

Dziecinne marzenia, tym lepiej.

*

Widziałem pogrzeb wojskowy. Cudny marsz żałobny, żołnierze i koń w żałobie, który smutny, z łbem spuszczonym, powoli odprowadza swego pana na miejsce wiecznego spoczynku. Łzy miałem w oczach.

*

Widziałem grających w karty. Policzki z niezdrowym rumieńcem, spokój udawany i ta głucha niechęć, przebijająca niby w żartach, a właściwie w docinkach – jakie to wstrętne.

*

Przypomniałem sobie, że kiedyś, kiedy była u nas Zosia, do nogi od krzesła, na którym siedziała, przywiązałem nitkę, aby się nie pomięszało z innymi. Jaki ja byłem wtedy biedny. O, nie śmiejcie się z tych uczuć dziecinnych. Miłość jest zbyt szlachetnym uczuciem, by mogła być ośmieszona, zabawnymi są natomiast: pozowanie, sztuczna galanteria sztubacka, asystowanie pannom, małpowanie dorosłych, opowiadanie kolegom o swoich rzekomych romansach nawet z mężatkami – łgarstwa, komedianctwo.

Ja sam przyłapuję się na tych rzeczach, na przykład raz wyskoczyłem z tramwaju, choć deszcz lał, żeby niby to „szybkim ruchem uspokoić wzburzone nerwy i aby deszcz ochłodził palące czoło”. Deszcz czoła nie ochłodził, bo mam czapkę z daszkiem, zabłociłem się po pas, co mnie bardziej jeszcze zirytowało i przyłapałem się na małpowaniu romansowych bohaterów, co mnie do reszty struło.

*

Spotkałem Romana po pięciu latach niewidzenia. Mówiliśmy parę minut, a więcej patrzyliśmy na siebie, bo nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. Pięć lat tylko, a co za zmiana.

Temat do sztuki dramat pod tyt. Trzy fazy.

Akt 1. On, zakochany zapaleniec, nie widzi w niej braków, nie myśli, iż miłość przejdzie, a potem będzie czegoś więcej żądał od żony.

Akt 2. Widzi, że się pomylił. Ale musi zrobić ze siebie ofiarę… „dla dobra dzieci” (może ten tytuł lepszy?).

Akt 3. W 20 lat po ślubie – oni starzy, a dzieci to samo przechodzą. Ich myśli.

Oto szkielet utworu.

Jak dziwnie wcale nie myślę o sławie.

*

Życie składa się z tylu drobiazgów, że nie sposób pamiętać.

Pani P. płacąc mi za miesiąc, rozmawiała ze mną. Rozumna i miła, a tak się czasem zimna wydaje. Powiedziała, że lepiej, że ludzie się maskują, bo inaczej wyszłaby na jaw brutalność natury ludzkiej (może męża miała na myśli?), że maskowanie się dowodzi dążenia do czegoś lepszego (czy zawsze). Na pożegnanie podała mi rękę, którą pocałowałem. Wyszedłem i zdawało mi się, że ją obraziłem, że może należało jakoś inaczej, chłodniej pocałować. Była to myśl przelotna i niedorzeczna, a jednak tydzień cały (z pauzami) dręczyłem się tym.

29 styczeń

Muszę pisać.

Ach, co ja czuję, co ja cierpię. Jestem znów sam w domu z Franią. Nie mam sił, żeby uciec. Namiętność owładnęła mną zupełnie. Czuję ją w każdym nerwie. Czuję ją wszędzie, a najbardziej w piersiach. Straszna pustka aż do bólu i płomień. Oddechu nie mogę pochwycić, serce wali jak młotem, po całym ciele jakieś niezdrowe ciepło, gorączka.

Kiedy nas widzicie uśmiechniętych i rozbawionych na ulicy lub w towarz., powiadacie:

– Szczęśliwa młodość.

Ale spójrzcie w serce, co tam za burza szaleje, co tam za orkan. Widzicie nasz śmiech, słyszycie nasze żarty, nie widzicie łez, nie słyszycie jęku. Znacie nasze dumne marzenia, ale nie znacie tego pożądania spokoju, którego nie zna nasz wiek. Jeśli przychodzi cisza, to nie jest dobrotliwa cisza letniego dnia, ale cisza, która nagle zalega morze, przed pierwszym piorunem. Morze ciche, ale kapitan drży, bo widzi niebieskie chmury, które przewalają się po niebie. – Poskramiamy dziką bestię, ale z jakim wysiłkiem.

– Proch i ogień.

Jeżeli ta biedna dziewczyna, która tam siedzi w kuchni i nic nie przeczuwając, może ceruje moją bieliznę, ma być prochem – niech wie, że ja czuwam – ja ogień. Ten ojciec jej, który może poprawia teraz pług do wiosennych zasiewów, i matka, która tęskni za nią, mogą być spokojni: nie zhańbię im córki. Ta nędza, która wygnała ją z ojcowej izby do miasta, do cudzych, do obcych, jest łańcuchem, na którym teraz miotam się w samczej wściekłości.

Boże, oto idziesz mi na pomoc. Nie wzywałem Cię, a wiem, że już dążysz. O, tego Ci nie zapomnę, Nie śpiesz się, już przeszło. Zamknę drzwi na klucz, uklęknę, biały anioł modlitwy skrzydłem swym mnie okryje, utuli.

W godzinę później:

Mam uczucie, że umyślnie przesadziłem i niebezpieczeństwo, i walkę z nim. Dziwny wiek, w którym dojrzałe myśli poplątane z dziecinnymi, a zupełnie uczciwe uczucia ubrane w obrzydliwą przesadę, wstrętną egzaltację i ohydną komedię.

Czego to nie ma w tych kilku wierszach: morze, bestia, jęk, proch, piorun. Tyle hałasu niepotrzebnego, a w rezultacie pewnie będę miał polucję, bo już jej blisko dwa tygodnie nie miałem.

Nie napisałem w dodatku i połowy tego, co mi się po głupim łbie kotłowało, widocznie sam już uważałem, że za wiele tego dobrego. Więc był tam i obłęd z nieodzownymi kratami, i jęk mego dziecka, które mnie przeklina, i społeczeństwa, które mnie na sąd wzywa. Myślałby kto, że nowy potop. A tymczasem wszystko to można zamknąć w jednym zdaniu:

– Sztubak nie zrobił świństwa.

Ma słuszność panna Julia: jestem dzieweczką, pieszczotką marzeń, a nie mężczyzną.

Spalę do diabła ten błazeński pamiętnik, bo wpadnie jeszcze w czyje ręce.

Tak by dobrze było, gdyby mnie kto wytargał za uszy, zwymyślał od smarkaczy i zasadził do geometrii, bo ten wulkan, ogień, kapitan okrętu i wódz może nie dostać promocji.

*

Znów przesada. Pamiętnika nie spalę, wiem o tym doskonale, a gdybym spalił, popełniłbym kapitalne głupstwo.

2. Jeżeli nawet jest przesada w tym, co pisałem, jest to jednak wewnętrzne przeżycie, za które nie ma racji targać za uszy.

3. Nie jestem ani błaznem, ani smarkaczem, tylko bardzo inteligentnym młodzieńcem (w porównaniu z kolegami), trochę spaczonym przez brak pedagogicznego kierunku.

Z ostateczności w ostateczność, brak równowagi – to cecha mego wieku.

Słuszne natomiast jest, że trzeba się wziąć do nauki szkolnej, bo sam pan korepetytor może nie dostać promy, i będzie wstyd.

Pójdę do doktora, może uzna że przy moim temperamencie naprawdę już czas, jak twierdzi wielu kolegów (M. P. L. B. ), że moja trema nie ma racji, bo bądź co bądź czuję się źle.

– Wstyd mi?

– Czego?

– Wyśmieje?

– Dowiedzie tym, że chociaż doktór, ale głupi: Pójdę do Ż.

2 luty

Skazano – sdiełano138.

Byłem u doktora i… wierzę mu.

Polucje nawet b. częste, nawet ze snami erotycznymi, nie są chorobą, nawet nie cierpieniem, tylko niedomaganiem. Należy się wystrzegać wszystkiego, co podnieca, więc alkoholu, nikotyny (papierosy) i marzeń, 80% prostytutek jest zarażonych. Płuca i serce mam zupełnie zdrowe. Wolę należy ćwiczyć i nie tragizować, gdy zawodzi. Napoleon, który świat cały zwyciężał, nie umiał nad sobą panować. Każde drobne zwycięstwo ułatwia większe, bo w mózgu wyżłabia się droga. Aby telefonować, trzeba założyć druty (to mu się mniej udało, bo jest telegraf bez drutu).

Pieniędzy nie wziął, powiedział, że oddam, jak dorosnę. Kazał przynieść pamiętnik. Chciałbym zanieść: może powiedziałby, że widać z nich, że mam talent. Choć znów za parę życzliwych wyrazów oddać obcemu całą duszę, cały świat cierpień, bólów, marzeń i tęsknot. Gdyby ściśle określił termin: za tydzień, za dwa tygodnie, nie oparłbym się. Wstyd mi przyznać się, ale się zawiodłem. Miałem wrażenie, że się śpieszy, że nie ma czasu. Wiem, że jestem niesprawiedliwy, wymagający, niewdzięczny, a jednak… Dla mnie to była epoka, dla niego epizod. Dwa razy przerwał nam telefon, to znów go wywołano. Może wzywano go do konającego, gdy ja jestem zdrów. Egoizm ludzki nie zna granic: niczym go nie nasycisz.

Może na takie uczuciowe zabarwienie tej wizyty wpłynęło i to, że mam przykrości w domu i na lekcjach.

Precz z pogrzebowym marszem na strunach Bajronowskiej liry139.

Po co napisałem to zdanie? Bo mi się wydawało ładne. Muszę zwalczyć w sobie przede wszystkim tę pozę, tę komedię, która mnie do rozpaczy doprowadza.

Na lekcji udaję roztargnionego, to znów przyciskam skronie, chociaż głowa rzadziej mnie teraz boli. Staram się być zaniedbany w ubraniu, to znów chciałbym mieć białe rękawiczki, to być pochylony, zgarbiony, to znów prosty i zwinny (podobno oficerowie noszą gorsety?).

Więc walka:

1. lenistwu (matematyka).

2. pozowaniu.

3. marzeniom i w ogóle uczuciowości (nastrojom).

4. papierosom, piwu, musztardzie itd.

Pisząc: „więc walka” – o mało co nie dodałem: „na śmierć i życie”. Pierwsze zwycięstwo?

5 luty

Uczę się. Z algebry dostałem 4, pierwszy raz w życiu (z ustnego). To zagłębianie się w mistyczny świat cyfr sprawia mi zadowolenie.

Wymówili mi lekcję u R., bo nie jestem dość energiczny. I tak ich miałem za wiele jak na koniec trzeciego kwartału. Co ja bym dawniej na ten temat wypisał tragicznych okrzyków, a teraz ot wiem, że „energicznym i rutynowanym z gwarancją korepet.” nie będę nigdy – zanadto wiele mam uczucia dla dzieci, żeby je tyranizować. Dziecku tak mało potrzeba, aby się czuło szczęśliwe: pieczątka, pudełko, karmelek. Wyciskać łzy z tych niewinnych oczu dla piątek, dla śmiesznych tryumfów, dla dogodzenia próżności rodziców i zyskania sławy „rutynowanego”, to barbarzyństwo. Minimum wysiłku dla maksimum rezultatu; byle dostał promocję – trzymałem się tej zasady, jak do tej pory z dobrym efektem: rozwijałem ich, lubią mnie, a w rezultacie: cenzura140 bez dwójki…

Marzenia to morfina duszy.

Czy mam prawo przynajmniej do gorących spojrzeń i czarownych uśmiechów, do tych niewinnych w gruncie rzeczy miłostek przelotnych? Mania D. z matką wdową i bratem suchotnikiem – miłość czy współczucie? Czy pozwolić wyobraźni na marzenie o leczeniu suchot. A jeśli „od łyczka do rzemyczka”.

12 luty

Jakby na potwierdzenie tego, co mówił doktór, dowiedziałem się, że J. się zaraził. Straszne tam u nich piekło: a z tej racji mama zrobiła mi awanturę, że czytam książki. Gdzie tu logika? Bardzo szanuję Kazia, że modli się i nie czyta, ale Kazio to Kazio, a ja – to ja, i zdaje mi się, że gdyby nawet od książki można się było zarazić tryprem, to i tak byłoby już za późno, bo ja bez książki tak samo nie mogę żyć, jak bez chleba. Wbrew zwyczajowi odpowiadałem zupełnie spokojnie, nie uniosłem się, a rozumowałem, jakkolwiek rozmowy takie do przyjemnych nie należą. Kiedy mama powiedziała, że mój Pestalozzi i ta „cała zgraja Darwinów i Lassalów141” (groch z kapustą) to byli heretycy i rozpustnicy, odpowiedziałem tylko:

– Nie znoszę, jeżeli się mówi o rzeczach, o których się nie ma pojęcia.

Chociaż ja mam bezwzględną rację, pomimo to wieczorem rodziców (bo i ojcu się dostało przy okazji) przeproszę.

Miałem dwa razy pol., pierwszą ze snem (ślizgawka, pokój turecki), drugą bez.

Mam wściekły apetyt. Cały dzień tylko żarłbym chleb.

25 luty

Okres senności po p.

Awantura z Franią, że prasując, spaliła koszulę. Czy mógłbym pozostać neutralnym, gdybym był jej kochankiem?

Lubię rysować, szczególniej pajęczynę: to życie ludzkie, poplątane jak labirynt.

Jak niezbadanymi są te zmiany w usposob. człowieka: dziś pełen wiary, nadziei, radości; jutro – zwątpiały, nie wierzy ani w swe siły, ani zdolności, ani szczęście.

Awantura z Mod., że za dużo zadaje. Poskarżyli się inspektorowi. Zadał to samo, co zwykle.

– Dużo, dużo – zaczęli krzyczeć.

– Czego dużo? – zapytał blady.

– Słówek.

Dzwonek.

– Na jutro pierwsze trzy paragrafy z kursu trzeciej klasy. Ja z dziećmi Odyssei czytać nie będę – powiedział i trzasnął, wychodząc, drzwiami.

Koledzy boją się, że będzie się mścił, myślę, że jest na to za dumny. Boli mnie, że zranili człowieka; jak to boli, gdy widzi się, że ludzie pomiatają ukochaną ideą.

25 luty

Zdaje się, że mała P. kocha się we mnie. Raz w czasie lekcji otworzyła drzwi, zajrzała, lecz uciekła. Widocznie wstydziła się poczęstować mnie czekoladkami, którymi potem w przedpokoju poczęstował mnie Oleś. Wczoraj znów weszła, dygnęła z gracją i poprosiła o zrobienie zadania. Było dość łatwe. Zaczerwieniłem się, zrobiłem, wytłumaczyłem, tak słodko patrzała mi w oczy – i na „dziękuję” odpowiedziałem „proszę”. Tak mnie to zastało nieprzygotowanym, że dopiero na schodach przyszło mi na myśl, co powinien byłem powiedzieć:

125Darwin, Charles Robert (1809–1882) – angielski przyrodnik, twórca teorii ewolucji biologicznej, zwanej darwinizmem, która tłumaczy przemiany ewolucyjne regulowane doborem naturalnym i walką o byt. Autor książek: Podróż na okręcie „Beagle” (1839), O powstawaniu gatunków (1859), O pochodzeniu człowieka i o doborze płciowym (1871). [przypis edytorski]
126Jan III Sobieski (1629–1696) – król Polski od 1674. Brał udział w zwalczaniu powstania Chmielnickiego w 1648, w walkach z Tatarami, Szwecją, Moskwą i Turcją. Poprzez ślub z Marią Kazimierą zbliżył się do dworu. Po śmierci Michała Korybuta Wiśniowieckiego został wybrany na króla Polski. Rozbił wojska tureckie w bitwie pod Wiedniem. Wybitny wódz i mecenas sztuki. [przypis edytorski]
127Tyrteusz a. Tyrtajos – żyjący w VII w. p.n.e. poeta grecki, jego poezje zagrzewały Spartan do walki; od jego imienia wywodzi się nazwa poezji tyrtejskiej, czyli poezji patriotycznej wzywającej do walki, oraz określenie: postawa tyrtejska, oznaczające gotowość oddania życia za ojczyznę. [przypis edytorski]
128„Smutno mi Boże” – Juliusz Słowacki, Hymn o zachodzie słońca na morzu. [przypis edytorski]
129„pod samym miastem zatknął sztandary” – z ballady o Alpuharze w Konradzie Wallenrodzie Mickiewicza. [przypis edytorski]
130Hajduczek-Baśka – chodzi o postać z powieści Pan Wołodyjowski Henryka Sienkiewicza, ukochaną żonę głównego bohatera, energiczną i zadziorną. Hajduczek, zdr. od hajduk: potocznie nazywano tak piechurów w nadwornych wojskach polskich magnatów. [przypis edytorski]
131Wenus (mit. rzym.) – bogini miłości i piękna. [przypis edytorski]
132ócz (daw.) – dziś popr. forma D. l.mn: oczu. [przypis edytorski]
133Dostojewski, Fiodor Michajłowicz (1821–1881) – rosyjski powieściopisarz, uznany za mistrza realistycznej i psychologicznej prozy. Dzieła: Zbrodnia i kara (1866), Idiota (1868), Biesy (1871–72), Bracia Karamazow (1879–80). [przypis edytorski]
134Wedeking, Frank (1864–1918) – niemiecki dramatopisarz i poeta, uznany za prekursora ekspresjonizmu, który łączył z realizmem krytycznym; najbardziej popularna sztuka o satyrycznym zabarwieniu to Przebudzenie wiosny z 1891 roku. [przypis edytorski]
135Cyceron – Marcus Tullius Cicero (106–43 p.n.e.), najwybitniejszy mówca rzymski, filozof, polityk, pisarz. [przypis edytorski]
136W kraju futer – powieść Juliusza Gabriela Verne'a (1828–1905) Le Pays des fourrures z 1873 r. W Polsce znana pod dwoma tytułami: W krainie białych niedźwiedzi, tłum. Karolina Bobrowska, 1925 r., Wyspa błądząca, tłum. Elwira Korotyńska, 1931 r. [przypis edytorski]
137Verne, Juliusz Gabriel (1828–1905) – francuski pisarz, dramaturg i działacz społeczny, uważany za jednego z prekursorów fantastyki naukowej. [przypis edytorski]
138Skazano, sdiełano (ros. przysł.) – powiedziano, zrobiono. [przypis edytorski]
139Bajronowska lira – twórczość podniosła, romantyczna, od nazwiska angielskiego poety romantycznego George'a Gordona Byrona (1788–1824). [przypis edytorski]
140cenzura (daw.) – tu: świadectwo szkolne [przypis edytorski]
141Lassal – chodzi o Ferdinanda Lassalle'a (1825–1864), niem. myśliciela, działacza socjalistycznego, rewolucjonistę. [przypis edytorski]