Zuchwały strzyżykTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zuchwały strzyżyk
Zuchwały strzyżyk
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 11,98  9,58 
Zuchwały strzyżyk
Audio
Zuchwały strzyżyk
Audiobook
Czyta Agata Elsner
5,99  4,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janina Porazińska

Zuchwały strzyżyk

Polskie bajki ludowe

o zwierzętach

Saga

Zuchwały strzyżykCopyright © 1955, 2020 Janina Porazińska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726623437

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ZUCHWAŁY STRZYŻYK

Strzyżyk — co go jeszcze nazywają wolim oczkiem — to ptaszek malusieńki. Niewiele co większy od chrabąszcza.

A czupurne to, a zuchwałe! Hoho, czapkuj mu do samej ziemi, taki ważny!

Wyskoczy taki malec spod liścia wierzby, to po gałązce się uwija i hardo łepek zadziera, ogonkiem macha, skrzydełkami potrząsa i skacze, i rozgląda się, i puszy, i zuchwali, i woła:

„Mój dziad, dziad, dziad, dziad

był chwat, był chwat, był chwat|“

A spytasz go:

— Co ten twój dziad zrobił?

To ani ci odpiśnie. Gdzieby tam chciał z tobą gadać! Nawet nie spojrzy, tylko puszy się nastroszony, zadziordziobski i swoje woła:

„Mój dziad, dziad, dziad, dziad

był chwat, był chwat, był chwat!“

A z tym strzyżykowym prapraprapra... dziadem to ponoć było tak:

Za dawnych, bardzo dawnych czasów szumiała tu nad Wisłą ogromna, gęsta puszcza. Z głębi puszczy wybiegały ku rzece ścieżki wydeptane przez zwierzęta. Przychodziły tu one pić wodę wiślaną.

Pewnego dnia na takiej ścieżce stał strzyżyk i po kawałku zajadał upolowaną liszkę.

Aż tu z puszczy wychodzi na ścieżkę niedźwiedź. Zobaczył go strzyżyk i woła:

— Ej, ty kosmaty łaziku, nie leź tędy, bo mi liszkę rozdepczesz!

A niedźwiedź nic, idzie.

Więc strzyżyk jeszcze głośniej woła:

— Nie słyszysz czy co, niezdarzony marucho! Umykaj stąd, pókiś cały!

A niedźwiedź nic, idzie.

Więc się strzyżyk rozgniewał. Napuszył się, podfrunął w górę, spadł niedźwiedziowi na głowę i nuż mu po głowie skakać, a nóżkami go deptać, a pazurkami ubijać, a dziobkiem jeszcze dokładać.

I przy tym wrzeszczy:

— Na proch cię zetrę, na proch!

I co?

No i potem ten strzyżyk po całej puszczy rozpowiadał, że niedźwiedź zaczął się trząść ze strachu, niby osinowy listek.

I jak zawrócił, jak poooooszedł w puszczę, to go już potem nigdy więcej przy tym wodopoju nie widziano.

SPRYTNA KÓZKA

Na rowie. pasła się kózka. Pilnował jej dziadek.

Do kózki co dzień z lasu wilk się podkradał. Zaczajał się ten wilk w niedalekich. krzakach i warczał:

— Zjem cię, zjem! Hau-hau! Hau-hau!

A kózka na to odpowiadała:

— Może nieeeeeee... może nieeeeeeeee...

Wierzyła kózka, że dziadek ją obroni, bo dziadek trzymał zawsze w garści grubą paliczkę.

Wilka to kozie gadanie bardzo gniewało.

— Patrzcie ją! Co za przechwałki: „Może nie“. Głupszego stworzenia nad kozę tom jeszcze w życiu nie widział. Niech no tylko tego nieznośnego dziada przy tobie nie zobaczę! Raz kłapnę zębami i już będzie po twym głupim kozim życiu.

No i nadszedł taki upragniony przez wilka dzień.

Dziadek ciężko się zaziębił i leżał w izbie pod pierzyną, a kózka pasła się na rowie sama.

Podkradł się wilk.

— Co za szczęście! Jesteś sama. Zaraz cię zjem.

Kózka zabeczała po dawnemu:

— Może nieeeeee... może nieeeeeee...

Tak zabeczała, ale w swym kozim serduszku czuła wielką trwogę.

Wyskoczył wilk z krzaków. Kózka w nogi, a wilk za nią, za nią! Przez rów — przez rów, przez pole — przez pole, łączką — łączką, dróżką — dróżką... wpadli na podwórko.

Kózka myk! do obórki, a wilk za nią.

Kózka hop! z obórki i kopytkami trrrrrrrach w dźwierki! Dźwierki się zatrzasnęły i wilka zamknęły. W obórce został. Tak to głupia kózka zamknęła mądrego wilka w kozie.

Długo wilczysko tłukło się po obórce. Szukał wyjścia.

Aż nareszcie z wielkim mozołem po szczerbatej drabinie wydrapał się na stryszek i stąd przez dziurę w dachu uciekł do lasu.

Odtąd bał się już zaczepić kózki na rowie.

A do swych towarzyszy wilków mówił:

— Nie macie pojęcia, jakie czuję obrzydzenie do koziego mięsa. Brrrr... Wiem tam o jednej kozinie na rowie, łatwo mógłbym ją chapnąć, ale... choćby tu sama do kniei przyszła i prosiła się, żebym ją zjadł, to jeszcze bym nie chciał!

CZYM GO ZJADL?

Spotkał wilk barana i mówi:

— Zaraz cię zjem.

— Zatrwożył się baran, bo chociaż rogi miał silne, przecie wiedział, że wilkowi nie da rady.

— Ale mówi:

— Wielmożny panie wilku, zjesz mnie, zjesz, to się rozumie. Ale po co masz się bardzo trudzić? Zrobimy tak, aby ci to łatwo poszło.

— To niby jak? — pyta wilk.

— A no, ty, wilczku, usiądź tu sobie pod skałą i szeroko rozdziaw paszczę. A ja wejdę na tę górkę, rozpędzę się i hop! wpadnę ci w pysk. Ani się pomiarkujesz, jak już mnie połkniesz.

Wilk się ucieszył.

— A toś dobrze obmyślił. No, zaczynajmy!

Usiadł wilk pod skałą, pysk roztworzył, a baran wszedł na górkę i stamtąd woła:

— Jeszcze szerzej, wilczku! Jeszcze szerzej!

Wilczysko rozdziawia pysk, że o mało co go nie rozedrze.

— O, teraz dobrze! Już pędzę!

Rozpędził się baran z góry, hopnął czterema nogami i tryk! rogami wilka w brzuch! Aż wilka zamroczyło, aż się wilk na ziemię potoczył. A baran hała-drała do owczarni. I tyłeś go widział.

A no, minęło czasu mało-wiele, wilk oprzytomniał, stęknął sobie raz i drugi i z trudem podniósł się na nogi. Popatrzył wokoło. Barana ani widać.

— Czym go zjadł? Czym go nie zjadł?

Myśli, myśli... A potłuczone gnaty ledwie zbiera.

— E, chybam go zjadł, bom strasznie ociężał, a barana przecie nie widać! No, skorom go zjadł, to teraz pójdę się przespać.

I wlecze się do lasu, ale się cieszy:

— Hoho... tom się najadł... Ledwie lezę.

ZIELONY KAPELUSIK

Lisowi strasznie dokuczały pchełki. Bo też miał ich a miał! Jeśli się łapą nie drapał, to się zębami iskał; jeśli się nie iskał, to się o pień drzewa czochrał albo na grzbiecie po ziemi się tarzał.

A nieznośne pchły jak siedziały w kudłach, tak siedziały i niemiłosiernie cięły swego gospodarza.

Usłyszał raz lisek, jak sobie pastuszkowie w polu przy ognisku zagadkę o pchle układali.

Czarniutkie, malutkie

jak łepek muszy,

a ciężką kłodę poruszy.

Co to?

Juścić pchła. A ta ciężka kłoda — to człowiek.

— Fiuuuuu! To i ludziom pchły dokuczają! No, niechże się ludzie sami o swoje pchły martwią, a ja swoich muszę się pozbyć.

Ale jak?

Usiadł lisek przed norą i myśli a myśli.

Przypomniał sobie, jak to mówiła mu matka, gdy był jeszcze maleńki, że każdy lis ma pięć rozumów, a szósty wykręt.

— Muszę z moimi rozumkami pogadać.

I tak się lisek pyta:

— Co mi radzisz, pierwszy rozumie?

— Drap się!

— No, toż ciągle się drapię, ale od tego wcale pcheł nie ubywa.

I znów pyta:

— Co mi radzisz, drugi rozumie?

— Iskaj się!

— No, przecież ciągłe się iskam. Ale to tyle znaczy, co kropla wody w morzu.

I znów pyta:

— Co mi radzisz, trzeci rozumie?

— Czochraj się!

— Adyć, czochram się i czochram. Aż sobie już skórę poraniłem o korę dębową od tego czochrania.

I znów pyta:

— Co mi radzisz, czwarty rozumie?

— Wykop sobie inną norę!

— Iiii... to tylko trochę pcheł w starej norze zostanie. Wszystkie prawie przeniosą się na mnie do nowego mieszkania.

I znów pyta:

— Co mi radzisz, piąty rozumie?

— Sprzedaj je!

— Ach, gdyby był na ten towar kupiec! Ale nawet głupi szarak tego nie kupi.

I znów pyta.

— Co mi radzisz ty szósty, wykręcie?

— Wykręć się mchem!

Pomyślał lis, pomyślał i ruszył w las.

Niedaleczko, w olszowym zagajniku rósł sobie mech płonnik. Wspaniały był: zielonoszafirowy, mięciutki, gęsty. Od tego mchu ziemia tu wyglądała jak nakryta szmaragdowym kożuchem.

Przybiegł tu lis i zabrał się do roboty.

Nadrapał pazurami niezgorszą kupkę płonnika, potem łapami ją ugniótł, i wsunął pod nią pyszczek.

A gdy mu się kupka mchu już dobrze usadowiła na głowie, ruszył w tym zielonym kapełuszku prosto ku rzece.

Siadł na brzegu i zanurzył ogon w wodzie.

Wszystkie pchły na ogonie przeraziły się.

— Mokro! Woda, mokro!

— Ruszajmy wyżej!

I cała pchla gromada, która obozowała na ogonie, ruszyła na grzbiet liska i na brzuszek.

Lis po chwili usiadł w rzece. Woda dochodziła mu teraz do przednich łap.

Pchły znów się przeraziły.

— I tu woda, woda!

— Ruszajmy w górę!

I ruszyły ku suchej jeszcze szyi i ku łepkowi swego gospodarza.

Gdy się tu usadowiły, lis zanurzył się w wodzie aż po uszy.

— Ratuj się, kto może! — wrzasnęły pchełki.

— Gdzie tu sucho?

— Gdzie tu jeszcze sucho?

— O, tam, w tym lisim czubie!

 

Wszystkie pchły, jakie tylko żyły na lisie, wpakowały się w kępę mchu.

Lisek na to tylko czekał. Teraz myk! i zanurzył na chwilkę całą głowę w wodzie.

Fala rzeczna porwała mu mchowy kapelusik. Porwała go razem ze wszystkimi pchełkami i bystro poniosła w świat.

Lisek wyskoczył z wody na brzeg. Był uszczęśliwiony.

Zielony kapelusik daleko już kołysał się na fali.

— Wesołej podróży! — zamachał w powietrzu łapką.

Otrząsnął się z wody i żwawo pobiegł do swej nory.

PRZYJACIELSKA POMOC

Pewnego razu spotkał się pies z wilkiem. Wilczysko było chude i takie słabe, że ledwie nogami powłóczyło.

— Cóż ci to, leśny bracie? — pyta pies.

— Oj, dolo niedolo. Długo chorowałem. A choć wylizałem się z choróbska, widzę, że teraz muszę zdechnąć z głodu. Jakżeż sobie cośkolwiek upoluję? Ledwie łażę...

Pies pomyślał, pomyślał chwilę, aż mówi:

— Pomogę ci, boś przecie moim krewniakiem. Dzisiaj mój gospodarz wydaje córkę za mąż. Jest tam u nas a jest tego jedzenia na weselną ucztę! Gdy się ściemni, przyjdę po ciebie. Poczekaj tu na mnie w krzakach.

Wilczysko majtnęło ogonem.

— Przyjdź, przyjdź, bracie! Poratuj mnie. Nie zapomnij.

— Na pewno nie zapomnę. Ale teraz już muszę lecieć do domu. Weselnicy się zjeżdżają, trzeba każdy wóz obszczekać.

I rozstali się.

Wieczorem pies przyszedł po wilka. Zaprowadził go chyłkiem do zagrody swego gospodarza, utaił w ogródku pod jabłonką i uczęstował, czym tylko mógł.

Wilk najadł się doskonale i jeszcze sobie kości na zapas do krzaków powynosił.

* * *

Minął rok, minął drugi.

Znów się spotkali ze sobą: ten sam wilk z tym samym psem.

Ale jakaż odmiana! Wilczek raźny, boki ma gładkie. A pies! Smutno spojrzeć... sama skóra i kości.

Wilk się szczerze zafrasował.

— Cóż ci to, wsiowy bracie? Ledwiem cię poznał. Czyś chory?

— E, nie chory, ale stary, stary i bezdomny. Moi gospodarze wzięli sobie teraz młodego pieska, żeby im podwórza pilnował. A mnie, że to niedowidzę, niedosłyszę — to i wygnali, jeść nie dają...

I biedne psisko zapłakało.

— Nie płacz, nie płacz, przyjacielu. Tyś mnie wtedy poratował, to teraz ja postaram się ciebie wyciągnąć z biedy. Pomyślę, jakby tu...

Usiadł wilk, łeb zwiesił i myśli, myśli... Aż pyta:

— Czy twoi gospodarze mają małe dziecko?

— A mają, mają takiego maluśkiego Kacperka, co mu dopiero jutro miesiąc minie.

— A gdzież ten Kacperek sypia?

— A no, jak pogoda, to w ogródku. I teraz tam śpi sobie w kolebeczce.

— To doskonale. Widzisz, zrobimy tak: ja się podkradnę, złapię w pysk poduszkę z dzieckiem i będę uciekał...

— A nie zrobisz mu krzywdy? — zatroskało się psisko.

— E, nie! Przecież chcę ci dopomóc. No, to będę z tym dzieckiem uciekał, a ty mnie goń i strasznie hałasuj. Pod lasem poduszkę położę, a ty ją wtedy w pysk weźmiesz i dzieciaka gospodarzowi odniesiesz.

Wilk nie czekał, co mu pies na to odpowie. Pomknął do ogrodu, chwycił kraciastą podusię z Kacperkiem i zaczął biec ku lasowi. A pies z okrutnym jazgotem za nim, za nim...

Wybiegła gospodyni z chaty.

— Laboga rety, dziecka nie ma!

Wypadłą na drogę, pędzi przez wieś i krzyczy:

— Ludzie kochani! Kto widział Kacperka w kraciastej podusi? Kto widział?

Aż tu biegnie sąsiadka z pola i woła:

— Ja widziałam, ja! Wilk wam dziecko porwał! Do lasu z nim uciekał!

Zaczął się we wsi straszny rozruch. Łapią chłopi widły, cepy, drągi... i na wilka!

Aż tu... co zadziw!

Od lasu biegnie cości nieduże i kraciastą poduchę ciągnie po ziemi. A w podusze dzieciak wrzeszczy.

— Toć to nasz Burek!

— Pies odebrał dziecko wilkowi!

— Burek Kacperka uratował!

— Buruś, Buruchna, kochane psisko!

No i Burkowi teraz dobrze a dobrze u gospodarza. I buda ciepła, i miska pełna.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?