Maciuś SkowronekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Maciuś Skowronek
Maciuś Skowronek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 15,98  12,78 
Maciuś Skowronek
Maciuś Skowronek
Audiobook
Czyta Agata Elsner
7,99  5,91 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janina Porazińska

Maciuś Skowronek

Ilustrowała

Anna Kopczyńska

Saga

Maciuś SkowronekZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1937, 2020 Janina Porazińska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726623499

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

MACIUSIOWE CHRZCINY

Chłopak urodził się w końcu lutego, na świętego Macieja. A że to mówią:

„Na święty Maciej lody

wróżą długie chłody,

a gdy płyną już strugą,

to i zimy niedługo”

— więc dość było tego dnia wyjść przed chatę a popatrzeć dookoła, aby zmiarkować, czy prędko wiosna nadciągnie.

Ano, chyba już niedługo, bo niebo miało w sobie modrzystość ciemną, a słonko dogrzewało tęgo.

Po polach śniegi sczerniały. Tu, tam czarne płaty roli, tu, tam ruń oziminy wyzierała już ku słonku. A po bruzdach, po ścieżkach, po koleinach przemykały migotliwe smużki wody.

Popatrzył na niebo Wojciech Skowronek, popatrzył na pola, a potem wcisnął na głowę baranicę i poszedł prosić w kumy — na chrzestnych dla swego chłopaka — kowala i Grosikową, wdowę po sołtysie.

Na drugi dzień Wojciech wytoczył z szopy półkoszek, wymościł go nieskąpo grochowinami, nakrył pasiastym kilimkiem, założył kasztany i pojechali do parafii dzieciaka ochrzcić.

Chłopak darł się przy chrzcie jak opętaniec, z czego Grosikowa nieomylnie wywróżyła, że będzie z niego parobek na schwał.

Ochrzczono go na Macieja, skoro już sobie takie imię przyniósł.

Zaraz też z kościoła zajechano do gospody, a to według Grosikowej dlatego, aby chłopak przez całe życie był wesół.

W gospodzie było rojno i gwarno.

Wojciech Skowronek wszystkich ugaszczał, częstował, zapraszał, że to za zdrowie syna.

Mijały chwile.

Kasztany niecierpliwie biły kopytami w ziemię, pilno im było do stajni, ale rozochocona Grosikowa przyśpiewywała, aż przez otwarte okno niosło się szeroko, daleko!...

„Oj, rozum woła, kumeczku,

oj, jedźmy już do domeczku!

A woreczek nam szeleszcze:

zabawmy się, kumciu, jeszcze.

Hej — ha!”

Tymczasem w chacie Skowronków szykowano poczęstunek.

Upieczono kukiełkę chrzestną — piękną struclę z białej mąki. Wyniesiono z komory wianki kiełbasy. Rozłożono na stole bochny razowca. Postawiono jedną miskę twarogu. drugą miodu, a w trzeciej kopę jaj na twardo. Na kominie bulgotała w ogromniastym garnku kawa.

Jakoż mało przed zachodem już od końca wsi posłyszano kumów. Kompania chrzestna wracała wesoło. Kowal grubym głosem huczał na swoją nutę:

„Idzie woda

od ogroda

około Zwierzyńca.

Czarne buty

do roboty,

czerwone do tańca!”

Grosikowa ciągnęła na swoją nutkę cieniutko a piskliwie:

„Idzie woda

od ogroda,

od samego Śląska.

Chciał tańcować

pan starosta,

nie miał ni selązka!”

Zaturkotał półkoszek na mostku, stanął przed chatą Skowronków.

Wysiedli. Kowal wziął lekuchno poduszkę z Maciusiem, poszedł pierwszy, a przestąpiwszy próg chaty, przed Skowronkową się pokłonił:

— Powieźliśmy poganina, przywozimy wam chrześcijanina.

Skowronkowa zapłakała z rozrzewnienia.

Zaraz też Grosikowa rozścieliła na ziemi płachtę, położyła na niej poduszkę z Maciusiem, rozwiązała ją i przewróciła chłopaka nosem do ziemi. A chrzestny naszykowaną już na stole rózeczką po trzykroć lekuchno Maciusia chłostnął.

— Żebyś był karny!

Żebyś słuchał ojca!

Żebyś słuchał matki!

Po czym wrzeszczącego chłopaka podjęli z ziemi i oddali matce.

Wnetki też poczęli się schodzić zaproszeni sąsiedzi. Gdy się już izba wypełniła po brzegi, zastukały kubki, zapachniała kiełbasa, zaskrzypiały łyżki o wręby misek.

Skowronkowa zaprasza do jadła. Wojciech z pełnego serca i z pełnych misek gości częstuje.

A Teofilka Skowronczanka nalewa kawę, roznosi kubki, podsyca ogień, wynosi jadło z komory, uprząta puste miski, nakłada, zmywa, wyciera, a wszystko prędko, bo wszystko pilne.

Laboga rety! Aż jej się w głowie mąci, a koszula na grzbiecie spotniała do ostatniej nitki!

Dobrze już tak z godzinę się raczyli, kiedy kum kowal podniósł się z ławy, przepchnął przez ciżbę na środek izby, a popatrując ku kominowi, gdzie na stołku siedział Jantolek muzykant i kiełbasę z chlebem pogryzał, huknął:

„A cóż to za wesołuch,

co go tu nie słychać?

Wczoraj nie jadł, dzisiaj nie jadł,

nie może oddychać.

Dać mu jeść, dać mu pić

i skibeczkę chleba,

bo nam tego wesołucha

do tańca potrzeba!

Hu — ha!”

— Hu — ha! podchwyciła gromada.

Jantolek nie dojedzoną kiełbasę pobok na ławie położył, skrzypeczki porwał i cieniuteńko a ochoczo przygrywkę po strunach rozprowadził.

Tak też zaraz Grosikowa wytoczyła się zza stołu, ujęła się pod boki, stuknęła obcasikiem o podłogę i grajkowi nutę do tańca podała:

„W stawie ryby, w boru grzyby,

w lesie orzechy, orzechy.

Oj, będzie z tego Maciusia

wiele uciechy, uciechy!”

Jantolek nutę na smyk porwał, a kowal chwycił Grosikową do „chodzonego” i drobniutko stąpając wyznaczał tanecznikom koło.

„Jantoleczku, zagraj lepiej,

zasieję ci zagon rzepy.

Zasieję ci i półtora,

tylko graj mi do wieczora!

Hu — ha!”

Poszła... ochota!

Ano, na gospodarskich chrzcinach musi być suto, gościnnie i wesoło. Inaczej nie pasuje.

Wpośród tego tańca a gwaru, a muzyki, a śpiewu — w lipowej kolebusi, nakarmiony, obetkany różową pierzynką spał sobie najspokojniej, o nic się nie frasując, bohater tego dnia — Maciuś Skowronek.

KĄPIEL

Skowronkowa co dzień Maciusia kąpie.

W dużym garnku na kominie gotuje wodę, a do wody sypie i macierzankę, i bylicę, i zielę krzepień, aby chłopak od kąpieli w tym odwarze w krzyżu był mocny, a i w nogach krzepki.

Potem wodę do niecki wylewa i łokciem próbuje, czy nie za gorąca.

Ano łokciem, bo ręka od pracy stwardniała, to i gorąca woda jej nie parzy.

Pod głowinę uwija wiechetek ze szmat.

Maciuś rad, że go z powijaka zluzowano, nóżkami kopie i spokojnie patrzy na te szykowania. Dopiero jak go matka w wodę włoży, jak nie zacznie wrzeszczeć!

— Ua!... Ua!... Ua!... — na całą chatę, na całą zagrodę, aż po gościńcu się rozlega.

Tak też zaraz i pod oknami robi się rwetes okrutny.

Kruczek myśląc, że tam dzieciakowi Bóg wie jaką krzywdę robią, siada pode drzwiami, zadziera łeb do góry i dalejże wyć! Wyje poczciwe psisko, jakby to jemu do bolącego miejsca kto dojechał.

Tak też zaraz i kaczki stają osłupiałe, rządkiem jedna za drugą, jedna za drugą i równiutko jak na komendę rozdziawiają szeroko dzioby:

— Kwa-kwa-kwa-kwa!...

A znów kury po swojemu:

— Ko-ko-ko... ko-ko-ko...

A indorzysko na przemiany to skrzydłami po ziemi — szurrr... to wyciąga łeb i okrutnie się gniewa:

— Gul-gul-gul... gul-gul!...

— A wynoś się, zatracona gadzino! — krzyczy Wojciechowa. Ale tylko krzyczy, bo się od niecki nie może oderwać. Przecie gdyby Maciusia samego zostawiła, zaraz by się w wodę gibnął i krzywdę sobie — nie daj Boże — zrobił!

— A sio!... kury, kury, kury! Weź go, Kruczek weź go!

Kruczek słysząc raźny głos gospodyni, głos zachęcający go do przepędzenia ptactwa, na co o każdej porze dnia i nocy ma ochotę — przestaje wyć i rzuca się na najbliższą z brzegu ofiarę.

Rety boskie! Jak się nagle nie zakotłuje przed chałupą!

Tarmoszone kaczki wrzeszczą. Kury w popłochu wzlatują na płot. Wzburzony kogut krzyczy do ochrypnięcia. Stare indorzysko bierze nogi za pas i pędzi gościńcem na oślep.

A Kruczek szaleje: tego goni, tamtego dopadnie, ową wytarmosi, aż pierze fruwa po całym podwórzu!

Teraz już krzyk Wojciechowej nic nie pomaga. Ani go słychać w tym tumulcie!

Dopiero kobieta, chcąc ratować rozegnane i wystraszone ptactwo, raz, dwa, trzy Maciusia wyjmuje z wody, coś niecoś obetrze, pierzyną nakryje i chwyciwszy miotłę, hyc! przez próg na podwórko Kruczka postraszyć.

Tak to Maciuś swym krzykiem zawsze sobie trochę kąpiel skróci.

I teraz pod pierzyną leży cichutko, nic się nie martwi, że to z jego przyczyny kaczor utknął w chruścianym płotku i próżno się w nim szarpie, aż indor z przerażenia wpadł w sąsiadową tatarkę, a kokoszki rozbiegły się po całym gościńcu.

MACIUŚ W DZIEŻY

Maciuś ma już przeszło rok. Już coś niecoś gada, czołga się po ziemi i brzeżek koszuli w zębach nosi.

Okrutnie się tatunio cieszą, że mu rośnie taki parobek do pomocy w robocie. A matusia co i raz to go po główce pogładzi i skórkę chleba do garści wetknie.

Było to już po Kwietnej Niedzieli.

Wojciech z kasztanami pociągnął w pole, ażeby zasiać i zabronować groch, bo to wiadomo:

„Siejesz groch w marcu,

 

gotujesz go w garncu,

a siejesz w maju,

to gotujesz w jaju”.

A tu marzec już minął, święta za pasem.

Teofilka wyprosiła u matki opałkę jajek i pobiegła z nimi do kowalówny robić kraszanki. A Wojciechowa biega po zagrodzie, tylko jej spódnice furkoczą, a korale na szyi dzwonią.

Tyle roboty!

Izbę i kuchnię na święta wyszorować, obielić, szmaty poprać, ciasto upiec, świeżo przyprawione kiełbasy pogotować. Maciusiowi do kościoła sukienkę wyszykować.

Maciuś się tam o nic nie kłopocze. Siedzi na ziemi, patykiem w popielniku grzebie, a co z popiołu węgielek wyciągnie, to nim po nożynach sobie różne wzory rysuje.

Za okienkiem wiosna już gospodarzy.

Szybki się szklą od słońca, jakby je kto ze szczerego złota ulał. Tarnina stoi w bieluśkim kwieciu, krzaki bzowe osypały się listkami. A wróble obsiadły wisienkę i wrzaskliwie rozprawiają:

„Maciuś-ciuś-ciuś... Ciuś-ciuś... Ma-ciuś!”

Wyrobiła Wojciechowa w dzieży ciasto, postawiła je przy kominie, napaliła w chlebowym piecu i dalej brać się do szykowania form na placki.

A tu, jak piorun z jasnego nieba, jak nie wpadnie Łucka Skrobczyny, jak nie krzyknie od proga:

— Gospodyni, a to wasze prosięta we szkodzie! Na Matusowej oziminie ryją!

Prosięta w szkodzie!

Porwała się Wojciechowa, posadziła Maciusia na ławie, by sobie jakiej krzywdy koło ognia nie zrobił, wetknęła mu w rękę słodki racuszek, wypadła z izby i pognała opłotkami z wielkim krzykiem:

— Malusie, malusie! Malu-malu-malu!...

Maciuś został sam.

Przez nie zamknięte, drzwi z sionki wetknął łeb Kruczek.

Maciuś pokazał mu racuszek:

— 0... o... o...

Kruczek zamachał ogonem, wsunął się do izby i wskoczył na ławę.

Racuszek ślicznie pachniał olejem. Kruczek wyciągnął nos, powąchał i zamachał ogonem. Ślicznie pachnie! Znów wyciągnął nos i chlast!... językiem — polizał placuszek.

Maciusiowi bardzo się to podobało. Wyciągnął języczek i tak samo mlas!... polizał racuszek, a potem go podsunął przed nos Kruczkowi.

I tak lizali na przemiany, aż Kruczek nie wytrzymał dłużej i chapsnął zębami racuszek! Maciuś zdążył mu tylko jeszcze wyrwać ten kawałeczek, co wystawał z pyska. Co prędzej go zjadł.

Tak to Maciuś i Kruczek podzielili się zgodnie racuszkiem na oleju.

Kruczek, zupełnie zadowolony, zabierał się właśnie do ułożenia się na wąskiej ławie obok Maciusia, gdy za chałupą zadudniły pięty.

To gospodyni przypędziła do domu prosięta.

— A śwe! A śwe! A do chlewa!...

Kruczek podniósł uszy i zerwał się na równe nogi tak nagle, że Maciuś gibnął się i, aby nie upaść, chwycił Kruczka za ogon.

— Kruczek, tu! Kruczek, nie daj! Nie daj! — rozległo się znów na podwórzu.

Kruczek rzucił się nagle naprzód. Hop! przez dzieżę, a uczepiony do jego ogona Maciuś przeleciał półkole w powietrzu i klapnął w ciasto.

Na podwórzu zaczął się sądny dzień!

Przypędzone ze szkody prosiaki nie chciały wejść do chlewika, a uganiały dokoła zabudowań.

Kruczek więc z jazgotem gonił je i szczypał po nogach. Prosiaki kwiczały, wystraszone kury z wrzaskiem, w dzikim popłochu podlatywały z końca w koniec podwórka! A zamknięte w obórce gęsi, nie wiedząc, co się tam wyprawia, na wszelki wypadek darły się chórem, jak mogły najgłośniej.

Wreszcie prosiaki przygalopowały do chlewika. Kury, dopadłszy dziur w płocie, wcisnęły się do ogródka. A zwycięski Kruczek, zziajany, przysiadł robiąc bokami.

Nareszcie zapanował spokój.

Wojciechowa chyżo zatknęła patykiem skobelek chlewika i skoczyła zgrzana, czerwona, niespokojna, czy jej ciasto z dzieży nie skipiało.

Wpada do izby... a tu...

— Ratujcie, narody!

W dzieży siedzi Maciuś calutki oblepiony ciastem, z kupką ciasta na nosie, z ciekącym plastrem na głowie i rączkami o ciasto bije, a śmieje się rad, że mu tak pod rączkami plaska.

— Skądeś się tam wziął?!

Okrutny podniósł krzyk, gdy go matka dopadła i chwyciwszy pod paszki z ciasta wyciągnęła.

I nie mógł Maciuś zrozumieć, czemu matula się gniewa, gdy jest taki cacy, jak mu robią kąpciu-kąpciu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?