LegendyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Legendy
Legendy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 17,98  14,38 
Legendy
Audio
Legendy
Audiobook
Czyta Agata Elsner
9,99  7,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janina Porazińska

Legendy

Saga

LegendyZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1937, 2020 Janina Porazińska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726623505

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

KIEDY PAN JEZUS
CHODZIŁ PO ZIEMI:

Ucieczka. A było to tak.

Jak Pan Jezus sierotkę

poratował. Grzyby. Rajski

obiad. MATKA BOŻA:

Pani Jasna. O źródle wody

żywej. ŚWIĘCI PAŃSCY:

Wagi świętego Michała.

Święty Jerzy. Boży oracz.

Ziemio, okaż sprawiedliwość

swoją. W DOBROCI

NIE ZNAJ MIARY:

Wola Boża. Nie płacz

Matko! Na weselu sieroty.

O panu pysznym. Olsza.

KIEDY PAN JEZUS CHODZIŁ PO ZIEMI...

UCIECZKA

Gdy srogi Herod kazał wymordować wszystkich młodzianków, by zaś i Jezusa śmierć spotkała, Matka święta, ostrzeżona przez aniołów, ze swym Dzieciątkiem do ziemi egipskiej uciekała.

Tak jadą sobie ścieżyną polną: Maria z Jezusem na osiełku, święty Józef pobok. Widzą z dala chłop w polu sieje. A był to stary gospodarz, jeden z tych, co to ich ród do dziś dnia za wodą pod Wieliczką siedzi.

Akuratnie siał ozimą pszenicę. Pełną płachtę ziarna pięknego nabrał i jako to we zwyczaju, rzucił pierwszą garść i powiedział:

„Dla Pana Boga“.

Rzucił drugą garść i powiedział:

„Dla ptaszków“.

Rzucił trzecią garść i powiedział:

„Dla mnie“.

I szedł już tak równym polem i nie spieszący się pszenicą je obsiewał. Nadjechała święta rodzina.

— Panie Boże, dopomóż — powiada Panienka.

— Panie Boże zapłać. A dokąd to Bóg prowadzi?

— Do ziemi egipskiej. Dobrze to jedziemy?

— Dobrze. Zawsze się tak trzymajcie, cobyście przy śniadaniu mieli słońce na chleb, a przy jużynie na cyganka.

Nie mogła Matka Boża tego pojąć, ale święty Józef wyrozumiał, że to znaczy: do południa słońce po lewej ręce, a po południu po prawej.

— A wy co, gospodarzu, siejecie?

— Pszenicę.

— Niechże wam Bóg poszczęści, cobyście już jutro żniwa z tej siejby mieli.

— Panie Boże zapłać — mówi chłop, a w duszy się dziwi, jaka ta kobieta nie znająca! Myśli, że pszenica za jeden dzień - noc wyrośnie i dostoi.

Ano nic. Pojechali. A chłop dalej sieje.

Zasiał, broną zawłóczył — poszedł do domu.

Na drugi dzień idzie w pole dać baczenie, by mu jaka psota ziarna nie wygrzebała — patrzy... raty przeraty! W polu łan pszenicy na chłopa wysokiej do słonka się złoci, a za wiatrem z szumem się kołysze, że jeno te dostałe kłoseczki trącają się i chrzęszczą.

Poleciał chłop z tą nowiną do chałupy. Zwołał całą rodzinę — wyszli synowie z kosami, wyszły córki z sierpami i dalej pszenicę ciąć, a wiązać, a w mendle ustawiać. Pracują w polu, a cudują się temu dziwu, cudują... że ani pojęcia. Zmordowali się okrutnie, bo pszenica była gęsta jak mur. Siedli nade drogą pośniadać — patrzą: jakowiś obcy ludzie jadą.

Nadjechali i ani Pana Boga nie pochwalili, ani nawet nie pozdrówkali człowieka, tylko prosto a hardo pytają:

— Nie jechała to tędy kobieta z dzieckiem i ze starym chłopem?

— Jechała — powiada gospodarz — co nie miała jechać.

— A kiedy to było?

— Wczoraj, jakem tę pszenicę siał.

— Toś ty, chłopie, wczoraj tę pszenicę siał! — powiada obcy, bo nawet nie dwoił człowiekowi. — Widzę, że kiepski rozum masz.

— I... powiada drugi — jeśli oni tędy jechali wtedy, kiedy ten chłop pszenicę siał, to i nie warto już gonić.

I zawrócili.

Tak to gospodarz spod Wieliczki Jezusa maluśkiego, sam nie wiedzący, że to czyni, od Herodowych pachołków wyratował.

Jużyna — podwieczorek. Cyganek, kozik — nożyk. Dostoi — dojrzeje. Cudować się — dziwić się. Dwoić — mówić komuś w liczbie mnogiej, czyli „wy“ a nie „ty“.

A BYŁO TO TAK

A było to tak:

Szła Matka Boża ścieżyną polną. Szła ku chacie tej, kędy spało jej Dzieciątko — a postępowało za nią trzech aniołów.

Jednemu aniołowi było Piotr, drugiemu aniołowi było Gabriel, trzeciemu aniołowi było Zachariasz.

Idą... idą... aż-ci tu patrzą: pod gruszą polną śpi trzech podróżnych. Ubranie na nich nie tutejsze, brodziska czarne, kędzierzawe, miecze krótkie za pasem.

Złym przeczuciem rzuciło się serce w piersiach Marii, a że była utrudzona wielce, zatrzymała się w cieniu gruszy i przysiadła na kamieniu.

Mało-wiele czasu upłynęło — budzą się tamci.

Marii nie widzą, aniołów nie widzą, jako że zaczynało już mrocznieć, a księżyc był jeszcze nie wychynął nad ziemię.

Powiada pierwszy:

— Okrutnie ciężka droga ku Polsce: a to grzęzawy niezgłębione, a to lasy nieschodzone, a to góry - Tatry pod niebo wydźwignięte.

Powiada drugi:

— Wiele już lat u Heroda służę, a jeszczem się nigdy tak nie utrudził, jakom utrudził się dzisiaj.

Powiada trzeci:

— Ja będę go niósł przez bajora, Ty będziesz go niósł przez lasy. A ty trzeci przez góry - Tatry.

I wstali, i ku chacie ruszyli.

Spojrzał anioł Piotr na Matkę struchlałą z przerażenia i rzecze:

— Nie trwóżcie się, Pani.

A zaś zwrócił się ku towarzyszom:

— Bieżcie wartko, chyćcie owych zbójów Herodowych! I zwiążcie ich powrozem, i zwiążcie ich łańcuchem i zwiążcie ich słowem bożym, ażeby stali nieruchomi jak słupy! Niechaj liczą gwiazdy na niebie i nie mogą ruszyć się z miejsca, dopóki nie uwolnią ich moje usta.

Uczynili aniołowie, jako im Piotr kazał, i zostawiwszy złoczyńców znieruchomiałych, poszli za Matką Bożą.

Weszli wszyscy wespół do chaty, a Jezus maluśki, co się tam z kotkiem i z pieskiem zabawiał, ku Panience przybieżał.

— Coś, Matuchniczko, blada, jako ten rąbek na Twej głowisi?

— Oj, Synku najmilejszy! Zbójów trzech srogich spotkałam!

— A co, Matuchniczko, trzęsiesz się, jako ten osikowy listek?

— Oj, Synku najmilszy! Toż to Herodowi pachołkowie byli!

— A czemu, Matuchniczko, płaczesz?

— Oj, Synku najmilejszy! A toż oni chcieli mi ciebie wykraść!

— A kędyż oni są?

— Na polu stoją związani powrozem, i związani łańcuchem, i związani słowem bożym.

Zadumało się mało - wiele Dzieciątko Jezus i powiada:

— Idźcie, Gabrielu i Zachariaszu i puśćcie ich swobodnie.

(Anioła Piotra już nie było, jako-że kędy indziej po służbie bożej już bieżeć musiał.)

Poszedł anioł Gabriel i poszedł anioł Zachariasz.

I zdjęli aniołowie zbójom powrozy z rąk, a zbóje wciąż ręce na piersiach skrzyżowane trzymają.

Zdjęli aniołowie zbójom łańcuchy z nóg, a zbóje wciąż jako wrośnięci stoją. I oczy podane ku gwiazdom trzymają.

Jako, że byli jeszcze związani słowem bożym, a odszedł anioł Piotr i nie miał nikt mocy ze słowa bożego ich rozwiązać.

Wrócili aniołowie do chaty i opowiedzieli, co i jako jest.

A Jezus rzekł:

— Ostańcie, pójdę ja ku nim.

Okrutnie przeraziła się Matka święta, że synaczek jej, taka oto mała kruszyna, ku tym zbójom srogim sama na zgubę idzie! Właśnie jako owo jagnię wilkom w gardziel! Ale Jezus nie pozwolił nikomu iść za sobą.

I zbliżył się do zbójców okrutnych, i dotknął ich, a rzekł:

— Idźcie w pokoju. Jeszcze na mnie nie czas.

I oderwali zbójcy oczy od gwiazd i opuścili ręce i poruszyli się z miejsca.

Byli oto w szczerym polu sami z Dziecięciem, które mieli porwać i oddać Herodowi — a nie śmieli ani tknąć jego szatki.

Dziecię to rozwiązało ich ze słowa bożego mocy, co jest silniejsza od mocy powroza i od mocy łańcucha.

I odeszli zawstydzeni.

Wychynąć — wysunąć się, wychylić. Grzęzawy — błota. Bajora — błota i mokradła. Wartko — szybko. Wespół — razem. Rąbek — chusteczka.

JAK PAN JEZUS SIEROTKĘ PORATOWAŁ

Było to o przedzachodowej porze w czasie lipcowym. Wszyscy ludzie wylegli z chałup na pola do kośby dojrzałego zboża.

Aby stare babki przy dzieciach po zagrodach zostały. Aby te niedorostki, co z nich jeszcze żadnej pomocy w polu nie ma.

O tej to porze szła przydróżkiem sierota - biedota. Szła ku swej matce, nie wiedząca, kędy ją znaleźć może.

Była już na wschodzie, tam gdzie to dusze zmarłych muszą o świcie słoneczko ku górze dźwigać. Ale tam matki swojej nie znalazła. Była już na zachodzie, tam gdzie to dusze zmarłych muszą zapadające słoneczko hamować. Ale tam matki swojej nie znalazła.

Dziecię to rozwiązało ich ze słowa bożego mocy, co jest silniejsza od mocy powroza i od mocy łańcucha.

I odeszli zawstydzeni.

Wychynąć — wysunąć się, wychylić. Grzęzawy — błota. Bajora — błota i mokradła. Wartko — szybko. Wespół — razem, Rąbek — chusteczka.

Było to o przedzachodowej porze w czasie lipcowym. Wszyscy ludzie wylegli z chałup na pola do kośby dojrzałego zboża.

Aby stare babki przy dzieciach po zagrodach zostały. Aby te niedorostki, co z nich jeszcze żadnej pomocy w polu nie ma.

 

O tej to porze szła przydróżkiem sierota - biedota. Szła ku swej matce, nie wiedząca, kędy ją znaleźć może.

Była już na wschodzie, tam gdzie to dusze zmarłych muszą o świcie słoneczko ku górze dźwigać. Ale tam matki swojej nie znalazła. Była już na zachodzie, tam gdzie to dusze zmarłych muszą zapadające słoneczko hamować. Ale tam matki swojej nie znalazła.

Idzie teraz ku Drodze Mlecznej. Z przydróżka wyszła na polną ścieżkę, a ze ścieżki na gościniec wsiowy.

Weszła między dwurząd chatynek.

Tu jak nie obsiądą ją pieski!

I ten stelmachowy Kruczek kudłaty, czarny, jakby prosto z komina wyskoczył. I ten Kokoszków Bukiet łaciaty, kusy, z paszczą we środku czarną, okrutnie widać kąśliwy. I kowalowy Szarek wielki jak cielę. I komorników Milczek, co z tyłu zdradliwie bez głosu się podkrada i znienacka zębami chwyta. Gajowego Mucha urwała się z łańcuchem i dzwoni nim jak kajdanami.

Boże miłosierny! Aż tyle złych piesków na jedną małą sierotkę! Ten już za spódniczynę chwyta, ten ku nóżętom się skrada, ten ku głowisi skacze, te wkółko obiegają, drogę tamują.

A i któż ciebie, biedoto, obroni?

Powłaziły dzieciaki na płoty, patrzą, palcami ukazują, śmieją się... Ot, zwyczajnie jak małe i głupie. Powychodziły babule z zagród, postawały we wrotach, na psy wołają — ale ich nawet nie słychać w tym psim jazgocie.

Ani chybi — złe psiska sierotkę poszarpią!

— Jezu miłosierny, poratuj mnie!

Aż ci tu nagle staruszek jakiś na drodze staje. Szata na nim długa, zapylona, nogi bose. Ku sierotce ręką skinie:

— Nie trwóż się, dziecko.

— Jak mi się nie bać, kiedy psiska okrutnie zawzięte. A i wy, dziadku, jakoż mnie obronicie, skoro nawet bylejakiego kijaszka w ręku nie macie!

— Nie trwóż się, dziecko.

I widzi sierotka, pielgrzym za pazuchę sięga.

— Kamieniem ciśnie — myśli sierotka i miarkuje, który też pies po łbie dostanie?

Aż ci tu pielgrzym dobywa z za pazuchy kromkę chleba i do piesków łagodnie mówi:

— Pójdźcież tu do mnie, pieski. Pójdźcież wszystkie na poczęstunek.

I pieski sierotkę odbiegły.

GRZYBY

Było to owego czasu, gdy jeszcze Pan Jezus chodził po niskości tej ziemi.

Szedł sobie raz Pan Jezus ze św. Piotrem tym szerokim gościńcem od Limanowej ku Porębie, a było to ku końcowi czerwca, gdy ludzie po łąkach koszą siano.

Przysiedli dla odpoczynku na polnym kamieniu. Pobok nich pod wierzbą przydrożną leżał kosiarz. Dopiero co skończył swą pracę. Odpoczywał w chłodnym cieniu, a dobywszy z węzełka kawał chleba i sera — pożywał go.

Ujrzał to św. Piotr i powiada do Pana Jezusa:

— Panie, godzi się to chleb pożywać leżący? Widzi mi się, że ten człowiek grzeszy.

A Pan Jezus na to:

— Weź kosę i przez ten czas, co chłop odpoczywa, koś za niego trawę.

Ano, nie ma rady. Święty Piotr, choć postękując, wziął kosę i zaczął trawę kosić. A trawy była gęszczyzna, że trudno ją było kosą przejąć.

Położył jeden pokos od rowu do rowu i przystanął. Pot rękawem ociera, a ku Panu Jezusowi spoziera:

— Koś dalej! — rzekł Pan Jezus.

Nawrócił św. Piotr i drugi pokos kładzie. A że słońce okrutnie prażyło, to nim do połowy drugiego pokosu doszedł, już się nogi pod nim uginały, a pot tak mu oczy zalał, że mało co światu widział.

Ulitował się nad nim Pan Jezus i skinął ręką, że dość będzie tej roboty.

Przyszedł św. Piotr ku Panu swemu, padł jak kłoda na ziemię i mówi:

— O, Panie, ciężka to praca. Niecałe dwa pokosy tylko położyłem, a ledwie żyję.

A Pan Jezus na to:

— Czy nie wart ten człowiek, by leżący jadł? Powiadam ci, Piotrze, wart on więcej jeszcze, wart, by mu ten chleb do ust kładli.

Odpocząwszy trochę Pan Jezus wstał i szedł gościńcem dalej, a św. Piotr też się jako mógł zebrał i podążał za Nim.

A gdy przechodził koło odpoczywającego kosiarza, ten ułamał kawałek moskala i dał mu za pomoc w robocie.

Schował św. Piotr placek w zanadrze i poszedł.

Idą — idą... idą — idą... aż weszli w chłód leśny i szli miękką ścieżyną wśród młodego gaju. Ptasząt tu było co niemiara: te po gałązkach uwijają się, te z drzewa na drzewo furkają, a te inne piosenki swoje miłe wyśpiewują, aż powietrze drży, a dzwoni.

Tak święty Piotr myśli:

— E, zasłuchał się Pan Jezus w tych ptaszęcych śpiewach, na mnie nie baczy, to se moskala podjem.

Ale Pan Jezus nie chciał, by towarzysz jego splamił się brzydkim czynem, jako że obaj jednako byli głodni, a Piotr chciał w skrytości zjeść sam swój chleb.

Tak pyta Pan:

— Piętrzę, a co masz w ręku?

Święty Piotr co prędzej świeżo odłamany kęs rzucił i powiada:

— Nic nie mam, Panie.

Ano dobrze. Idą dalej.

Wyszli na polane szeroką. Słońce tu tęgo prażyło. Rozgrzana żywica sączyła się kroplami po pniach sosen i pachniała, aż do głowy biło. A znów to kwiecie: miodunki i storczyki leśne wonią swą powietrze napełniały, aż się w rozumie ćmiło od tych zapachów.

Tak święty Piotr myśli:

— E, zalubował się Pan w tych woniach leśnych, na mnie nie baczy, to se moskala podjem.

Sięgnął w zanadrze i kawałek moskala odłamał.

A Pan Jezus nie obróciwszy głowy, pyta:

— Piotrze, a co masz w ręku?

Święty Piotr kęs placka rzucił i powiada:

— Nic nie mam, Panie.

I znów poszli dalej. Wstąpili w bór głuchy, między starodrzewie prawieczne. Tu jodły, jak niedźwiedzie kudłami, tak mchem obrosłe, tu dęby na stu korzeniach suplastych rozparte, tu sosny tak wybujałe, że wierzchołka ich nie dojrzeć, tu buki gęstoliste, aż noc ciemna pod nimi stoi.

Oj, bór-ci to, bór nieschodzony, nieprzejrzany.

Tak święty Piotr myśli:

— E, zapatrzył się Pan na te wielkodęby, na te starojodły, aż głową z podziwu chwieje! Na mnie nie baczy, to se moskala podjem.

I do placka sięgnął.

Ale, nim minęła chwila, Pan Jezus pyta:

— Pietrze, a co masz w ręku?

I znów św. Piotr rzucił co prędzej odłamany kawałek placka i powiada:

— Nic nie mam, Panie.

Tak Pan Jezus obrócił się ku niemu i mówi:

— Chciałeś w skrytości przede mną pożywać dostanego moskala. — Godziż się to? Czy ja nie dzielę się z tobą każdą okruszyną?

Święty Piotr stał okrutnie zawstydzony, a Pan Jezus mówi dalej:

— By zaś wyrzeczenie twoje nie poszło na marne, z kawałków owych moskala wyrosną grzyby i rozsieją się po lasach, ludziom w czas głodu na pożywienie.

I odtąd to w lasach po całej Polsce pełno grzybów rośnie.

W zagajnikach: koźlaki, maślacze i kurki.

Na polankach: rydze i te przeróżne bedłki.

W głuchych borach: borowiki, chrząszcze, muchomory.

A najwięcej ich rośnie wpodłuż leśnych ścieżek.

I zaczynają się grzyby zawsze po 29 czerwca, a naród mówi, że „Święty Piotr grzyby sieje“.

Moskal — placek owsiany.

RAJSKI OBIAD

Gdzieści daleko na polskiej ziemi żył pan z panią w wielkiej majętności.

Od boru do boru trzy razy po trzy mile — a to wszystko ich pola. Od jeziora do jeziora trzy razy po trzy mile — a to wszystko ich łąki.

Pośrodku majętności był ogród rozkoszny, a pośrodku ogrodu stał dwór modrzewiowy, malowany dwór pana i pani.

Pan był miłosiernego serca. Chłopów pańszczyzną nie uciskał, wszelaką biedotę ku sobie garnął.

Pani była bezlitosnego serca. Ostatnią kroplę potu z pańszczyźnianych wyciskała, a biedotę psami szczuła, albo i sama rozganiała kijami.

Pan zawsze dziadka proszalnego przy sobie za stołem sadzał i obiadował z nim i gawędał.

Pani z panem obiadować nie chciała. Mówiła:

— Niemiłe mi twoje dziady!

Pojechał raz pan do kraju luterskiego, wysłał go tam sam król ponoć. A gdy pan wrócił i obiadu nadeszła pora, pyta się o dziadka jakiego, coby z nim do stołu usiadł.

A tu dziadka ani-ani. Wszystkich pani porozganiała. Rozbiegli się słudzy, szukają, pytają, aż dopiero na dziesiątym rozstaju znaleźli pod figurą dziadoszka.

Obdarte to było, zakurzone to było, że niech Pan Bóg broni. Przywiedli go do dworu.

Pan sam nogi dziadoszkowi umył. I w swoją, czyściutką bieliznę go oblókł, w suknie swe przyodział i za stołem posadził.

Jedzą, jedzą, gawędzą, gawędzą — aż i obiad się skończył. Dziadoszek wtedy rzecze:

— Panie miłosierny! Zakurzony byłem — umyłeś mnie. Obdarty byłem — przyodziałeś mnie. Głodny byłem — nakarmiłeś mnie. Teraz ja ciebie zapraszam w gościnę do siebie.

Uśmiechnął się pan na to:

— Dobrze, dobrze — mówi, aby odmową dziadoszka nie urazić. — Ale jakże ja, dziadoszku, do was trafię? Nie wiem, kędy siedzicie.

— Nie frasujcie się, panie! Przyślę tu po was.

Pochwalił dziadoszek Pana Boga, wyszedł przede dwór i... jakby go wiatr zdmuchnął — przepadł w to oczymgnienie.

Ano nic.

Mija jeden tydzień, mija drugi. O dziadoszku wszyscy zapomnieli.

Ażci tu raz przed malowany dwór zajeżdża okrutnie piękny zaprzęg. Sześć koni, a wszystkie białe jak mleko, chomonta na nich srebrne, uździenice na nich jedwabiste, podkowy złote. Aż blask po podwórcu bije!

Z tego lejcowego zeskakuje młodzianek, piękny jak z obrazka i pismo panu podaje. A pismo to od dziadoszka. A w piśmie tym, że dziadoszek pana na obiad zaprasza.

Wsiadł pan do karocy. Ruszyły konie, gnają jak wicher! Raz-dwa-trzy... i już minęli pana włości. Raz-dwa-trzy... i już minęli Polskę. Raz-dwa-trzy... i już minęli luterską ziemię. Raz-dwa-trzy... i już minęli kraj murzyński! Wjechali w góry, skały aż do chmur samych wysokie, a potem na łąki okiem nieobjęte, aż przybyli na groblę i wjechali na nią.

Wyjrzy pan z karocy, a to grobelka wąziutka, że koła nad samiuchnym brzeżkiem suną! A po obu stronach grobli bajora, grzęzawy, że nie daj Boże wpaść!

Przeląkł się pan okrutnie i zawoła:

— Jezu miłosierny, prowadź-że nas tą groblą! I Ty, Matko Boża, opiekuj się nami!

A tu dziwy niepojęte! Za każdym wezwaniem pomocy Bożej grobla rozciąga się, rozciąga, aż się zrobiła na wiorstę szeroka i już bezpiecznie, a ostro nią jadą.

Poznał pan z tego, że to droga nie zwyczajna, że to droga do raju niebieskiego wiodąca.

Jakoż i zaraz ujrzał siedmiokrasą bramę tęczową i aniołów przy niej na straży.

Otwarła się brama, wjechali w ogrody rajskie niewysłowionej piękności. Na jaworach, na brzozach srebrne liście, na jabłoniach złote jabłka. Kwiecia tłum taki, że aż ćmi się w oczach. Ruczaje perłami płyną i śpiewają. W górze latają ptaki to o modrych piórach, to o krasych, to zgoła o brylantowych.

Wysiadł pan z karocy. A tu już dziadoszek ku niemu śpieszy i wita go i do stołu prowadzi.

Poznał pan, że to sam Pan Jezus, co rad za dziadka proszalnego się podaje i po niskości ziemi chodzi.

Ani słowem opowiedzieć, ani piórem opisać, jaka to była uczta rajska! Jakie tam obrusy bielone, jakie tam naczynia we wzory pisane, jakie tam potrawy zamorskie, jakie wina galilejskie. Sama Matka Boża ze świętymi pannami za stołem siedziała, a Pan Bóg ku ucztującym wyglądał okienkiem z niebieskiego dwora, a aniołowie cud — urody usługiwali, a muzyki przygrywały.

Wreszcie uczta skończyła się. Pan objął za nogi Pana Jezusa i Matkę świętą, za ucztę dziękuje i prosi się, że chce do swego dworu wracać, jako że teraz czas żniwa, to gospodarz doma potrzebny.

Ano dobrze. Siwe konie do karocy zaprzęgli. Siadł pan i jadą.

Jadą przez groblę, jadą przez łąki nieobjęte, jadą przez góry, skały do chmur wysokie, jadą przez kraj murzyński, jadą przez ziemię luterską, jadą przez Polskę, jadą przez pana włości, skręcają koło kościoła, a pan mówi:

— Tu wysiądę. Najpierw się Panu Bogu na mej ziemi pokłonię.

Wysiadł, idzie na żalnik kościelny i dziwi się, jakie tu odmiany!

Kościółek się przygarbił, ściany w nim potruchlały, szkarpami je popodpierano. Drzewiny na żalniku były malutkie, a teraz lipa w lipę ogromne, konarzyste, spękane od starości. Mogiłek aby jeden rządek rozciągał się pod płotem, a teraz cały żalnik zapchany, aby ta droga dla procesji pod ścianami kościoła została.

Dziwi się pan, nie może z podziwienia oprzytomnieć.

Aż tu wychodzi dziad kościelny, wcale do tego Macieja, co tu był kościelnym, nie podobny.

 

Rozpytuje go pan, a dziad słucha, słucha, aż rzecze:

— Toście widać, panie, nie tutejszy. Nijakich tu takich ludzi nie ma, o jakich pytacie. Opowiadają starzy we wsi takie gadki, że tu gospodarzyło jedne państwo, okrutnie bogate, co ich ziemie het... od boru do boru i od jeziora do jeziora rozkładały się. Ale to ponoć dawno... ze trzysta lat temu albo i więcej. Pan był miłosierny, telo że gdzieści we świecie przepadł. A pani tu umarła i tu na żalniku leży. Ale że była okrutnego serca, to tak się od niej ziemia struła, co ani ta płona trawka nie chce na jej grobie wyrosnąć.

I powiódł dziad kościelny pana w róg żalnika, gdzie aby kamień na kamieniu leżał, a wiatr kurzawę piasku po nich przeganiał.

Wyszedł pan za bramę żalnika i powlókł się ku dworowi...

Zobaczył aby ugór pusty, a pośrodku kamień mchem porosły.

Ukląkł pan, głowę na kamieniu złożył i z żalu umarł. A Bóg wziął jego duszę do rajskich ogrodów już na zawsze.

Mila — miara długości około 7½ kilometrów. Siedzić — mieszkać. Lejcowy — koń idący w pierwszej parze czwórki. Pisane — malowane. Żalnik — cmentarz.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?