Kichuś majstra LepiglinyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kichuś majstra Lepigliny
Kichuś majstra Lepigliny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 22,98  18,38 
Kichuś majstra Lepigliny
Kichuś majstra Lepigliny
Audiobook
Czyta Agata Elsner
12,99  9,61 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janina Porazińska

Kichuś majstra Lepigliny

Ilustrował Jacek Skrzydlewski

Saga

Kichuś majstra LepiglinyCopyright © 1924, 2020 Janina Porazińska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726623536

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

KTO TO BYŁ KICHUŚ I CZEMU TAK SIĘ NAZYWAŁ

Gdy majster Szymon Lepiglina wracał ze chrzcin do domu, była już noc.

Po wąskich uliczkach, po zaułkach, gdzieniegdzie tylko przemykał jakiś przechodzień — a ledwo się ukazał zza węgła domu, zaraz niknął na zakręcie następnej uliczki.

W oknach światła już były pogaszone. Gęsty mrok rozpraszał się miejscami tylko, dokoła latarni olejnych, zapatrzonych żółtym okiem w gęstą od śmieci wodę rynsztoka. Ciszę przerywało tylko skrzypienie blaszanych talerzy przed łaziebnikiem 1 : talerze chwiały się tu i tam, tu i tam — ćwiril-ćwirut... ćwiril-ćwirut...

Chrzciny były sute — a jakże, toteż majster Szymon Lepiglina był w doskonałym humorze: przytupywał, przyśpiewywał, a gdy przechodząc na drugą stronę ulicy, natknął się na latarnię, objął ją prawą ręką, lewą pochwycił czapkę z głowy i wywijając magierką w powietrzu, poooszedł w obertasa!

Hocaj, hocaj po podłodze,

a umykaj noga nodze!

A umykaj na okrętkę,

majster ma do tańca chętkę!

Hu-ha!

Za czym zmienił rękę, wykręcił się na lewo i znów poooszedł z innej nogi.

Tańcowały dwie staruszki,

trzęsły na nich się kożuszki.

Trzęsły im się stare nogi,

oj, bo był to taniec srogi!

Hu-ha!

Majsterek śpiewał, aż huczało po pustych uliczkach.

Nagle z trzaskiem otworzyło się okienko na facjatce, wysunęła się przez nie ręka z pękatym dzbanem, a zaś za nim wielka głowa nastroszona jak jeż kolcami tysiącem papierków poskręcanych w papiloty.

— A ty winożłopie, ty stary łobuzie! — zatrzęsły się papiloty. — Będziesz tu breweryje po nocy wyprawiał, uczciwym ludziom nie dawał spać! A do domu, zatracony powichronku!

I zanim majster Szymon Lepiglina pomiarkował się, że ta przemowa odnosi się do niego, z pękatego dzbanka chlusnęła woda i ciur... ciur... ciur... po twarzy, po karku majstra pociekła mu aż za koszulę. Za czym papiloty szybko cofnęły się w czarną czeluść izdebki i okno zamknęło się.

Zza facjatki w tejże chwili wysunęła się pyzata, wesoła gęba miesiąca na widku.

Lepiglina chwycił się latarni, podniósł głowę i wrzasnął na całe gardło:

— Te, będziesz mi tu dyngusy sprawiał! Będziesz mi tu od łobuzów wymyślał! A sam czym jesteś, włóczykiju nocny!

I maj ster z podniesioną w górę laską ostro ruszył naprzód, nie wiedzieć, czy gotując się na rozprawę z księżycem, czy też szukając jakiejś ofiary, na której mógłby wyładować gniew za nieoczekiwaną kąpiel.

Tym sposobem, sam nie wiedząc kiedy, znalazł się przede drzwiami swego warsztatu.

Tu już poniechał zemsty; pogroził tylko laską księżycowi, a po długim majstrowaniu około zamka wielkim, krzywym kluczem — wreszcie otworzył drzwi i wszedł do izdebki.

Majster Szymon Lepiglina, jak się tego zapewne domyślacie, oddawał się kunsztowi garncarskiemu.

Piękne to rzemiosło uprawiał już od dwudziestu lat z górą, a garnki jego, misy, miski, dzbanki i figurynki słynęły nie tylko na cały Rynek Kleparski, nie tylko na cały Kraków, ale ho-ho... nieomal na całe województwo.

Mieszkanko przy ulicy Krzywej, w którym majster Szymon urodził się, wychował, a potem pracował aż do dnia dzisiejszego, całe zastawione było cebrami, cebrzykami, nieckami, szaflikami, w których leżała różnej barwy i różnej gęstości glina i glinka, z jakiego to materiału majster Szymon bądź to na kółku, bądź zgoła rękoma lepił przeróżne piękne statki.

To dzbaneczki z uszkiem od prawej strony, a dziobkiem od lewej, to znów z dziobkiem od prawej, a uszkiem od lewej; to misy płaskie, półgłębokie i głębokie, to talerze małe, średnie i duże, to dwojaki w rozmaity sposób połączone, to trojaki na jednym, wspólnym uszku zawieszone, to ucieszne, pękate skarbonki, to zgoła nigdzie nie widywane cacka i figurynki.

I nie tylko potrafił te różności ulepić, ale jeszcze je przyozdobił w takie zakrętasy, wywijasy, w kwiaty, w liście, w kogutki żółte z zielonymi łapkami, z czerwonymi ogonami, w lajkoniki, w grube przekupki, w chudych żaczków... że mogłeś od dzbanka do dzbanka chodzić i przyglądać się, i dziwować, i śmiać, jakbyś książkę z uciesznymi malowankami czytał.

Taki to był tęgi majster z imć Szymona Lepigliny.

* * *

Owego wieczoru po chrzcinach majster Szymon wszedłszy do izdebki zaświecił łojową świeczkę i nie bacząc na późną porę nałożył wielki, płócienny fartuch, przysunął do zydla szaflik z czerwoną glinką, kropnął w nią wrzątkiem z kociołka, piszczącego na żarzących się jeszcze węgielkach, i wesoło pogwizdując zabrał się do roboty.

Okrutna zdjęła go chęć ulepić chłopaczka akuratnie takiego jak ów pędrak, co go dziś z kumą Kordulą ze Świderków Igiełkową do chrztu świętego podawał.

Ale że to dziś majster Szymon był w doskonałym hùmorze, więc i robota mu jakoś inaczej wychodziła.

Ulepił naprzód z grubsza cały korpus, ręce i nogi — a te ręce zdają się tylko, tylko czekać, kiedy będą mogły z uciechy jedna o drugą klaskać, a nóżki aż drżą z chęci machania koziołków.

Wziął się do lepienia głowy — zrobił oczki, a one śmieją się z uciechy, aż w nich złote światełka migoczą! Na głowie ulepił włoski, a te kosmyczki po głowinie się wichrzą, jakby w dziesięć par obertasa wywijały! Zrobił gębusię, a gębusia śmieje się od ucha do ucha!

Okrutnie się ta robota majstrowi Lepiglinie spodobała. Przytupnął, zagwizdał, a sięgnąwszy do skórzanego kapciucha z tabaką, potężny niuch jej do nosa wciągnął i kichnął... aż echo poszło po zaułku — apsik!

A wtem... wesołe oczki glinianego chłopczyka zaświeciły jeszcze mocniej, a gębusia jak nie krzyknie:

— Majstrze Szymonie, a dajcież i mnie onego specjału do nosa.

Rety boskie! Na majstra Szymona aż poty uderzyły, tak się przeraził okrutnie, że toto gada, ale nic nie dał strachu po sobie poznać — tylko mówi:

— Jakżeż ci dam tabaki, kiedy jeszcze nie masz nosa!

— No, to nie marudźcie, przylepcie kawałek nochala, gdzie potrzeba, i dawajcie tabaki — tylko chyżo!

Widzi majster Szymon, że tu nie przelewki; z tej wielkiej alteracji zakręcił się na zydlu; porwał glinę z innego szafliczka i do czerwonej gębusi żółtą kupkę przylepił — a chłopak nic, tylko woła:

— Nie marudźcie, nie marudźcie, zróbcie na chybcika patyczkiem dziurki i dawajcie tej machorki!

Szymonowi aż ręce się trzęsą z pośpiechu. Jak przylepił żółtą kupkę gliny, tak ją i zostawił, bo gdzie tam o jakim wychędożeniu mówić.

Coś niecoś tylko przyklepał z wierzchu, aby nie odpadła, zaś chwycił drzazgę spod komina, dziurki w glinie przewiercił i po kapciuch z tabaką sięgnął.

— Dobre!... Ki... chuśś! — kichnął gliniany chłopczyk i drugą stronę nosa nadstawił.

Dogodził mu więc majster Szymon Lepiglina i w prawą dziurkę, i w lewą, a chłopak jak nie zacznie kichać... aż mu się głowa trzęsie, a ze ślepków łzy kapią.

— Ki-chu...ś! A-psik, a-psik!Ki-chuś!...

Wreszcie się troszkę uspokoił. Majster Szymon sięgnął mu do nosa.

— Dawaj, to ci klipkę wyrychtuję, bo masz ją srodze nieforemną.

Ale chłopak ani się tknąć nosa nie da.

— Nie ruszajcie, majstrze Szymonie, nie ruszajcie, bo okrutnie piecze!

— A i jakżeż ci taką żółtą kupkę na gębusi zostawię?

— Niechaj se będzie, jaka chce, a ja ruszyć nosa nie dam, bo okrutnie boli — zaś to zrobicie.

— Opamiętaj się, chłopaku! Zaś kupka ci stwardnieje i już z niej nijakiej foremności nie wydobędę.

— Niechaj se tam będzie, jaka chce!

— To wcale do nosa niepodobne.

— To przylepcie karteczkę z napisem, że to miał być nos, a ruszyć nie dam, i basta!

Majster Szymon chwycił koniec fartucha i zaczął się nim z potu ocierać, nie przestając patrzeć z przerażeniem na żółtą kupkę, która coraz bardziej zsychała się, zsychała i coraz bardziej stawała się podobna do starej, przerosłej rzepy.

Chłopak się tym jednak widocznie wcale a wcale nie martwił, bo najspokojniej w świecie powiada:

— Wielce mi się to podoba, co mi z nosa wyleciało...

Majster Szymon znów chwycił za fartuch, ale patrzy — nochalek czysty, suchy.

A chłopak kończy swoje:

— ...owe: „kichuś”. A co, majstrze Szymonie, gdybyście tak nazwali mnie Kichusiem? Jak wam się to widzi?

Lepiglina podrapał się w łysinę.

Po prawdzie to takiego imienia nie ma, ale też po prawdzie, to i chłopak nie taki jak insze chłopaki, tylko z pecyny ziemi ulepiony.

Rozważywszy to i tamto majster powiada:

— Niechaj będzie i Kichuś.

Chłopak z radości, że to jakby w regestra ludzkie został już zapisany, podskoczył na kolanie majstra Szymona tak gwałtownie, że aż musiał się chwycić za napierśnik fartucha, bo byłby wpadł do szaflika z gliną. A gdy tak ku piersiom majstra się skłonił, poczuł, że pod fartuchem coś się majstrowi tłucze.

 

— Majstrze Szymonie, co wam tak we wnętrzu skrobie: stuk-puk, stuk-puk?

— No, to przecie każdy głupi wie co.

— I wy wiecie?

— A jakże — to serce.

— Serce? To wy, majsterku, je macie?

— Przecie, że mam! Każdy je ma.

— Każdy? I głupi też?

— Ma i głupi.

— No to zróbcież i mnie takie!

— A na cóż ci ono?

— No tak! Każdy głupi ma, a ja mam nie mieć! Żałujecie mi tego kęsa gliny — czy co?

Majster Szymon widzi, że z Kichusiem nie tak łatwo jak z byle miską czy dwojakiem, co mu tu ujmiesz, tam dodasz — wedle swego widzimisię.

Zażył tabaki, kichnął i wziął się do roboty. Wydłubał Kichusiowi w piersiach dziurkę małą jak polny groszek i bierze się do lepienia serduszka, a Kichuś w krzyk:

— Nie chcę takiego małego, dłubcie dalej!

— Będziesz miał dość.

— Żałujecie mi tego glińska, co go tu ze trzy fury leży? Podłubcież jeszcze!

Dłubie majster dalej, a Kichuś precz krzyczy:

— Jeszcze! Jeszcze!

Wydłubał mu dziurę jak jabłko i powiada:

— No, teraz to już będzie dość, bo ci dziura na wylot przejdzie.

— Hu!... Jak ma być na wylot — to dość.

Majster wziął co najmiększej gliny, serduszko ładnie, pięknie ulepił, do wydłubanej komory włożył i szparę mocno zaklepał.

Posłuchało przez chwilę gliniane serduszko, jak to u majstra Szymona serce stuka, i wnet samo zaczęło: stuk-puk, stuk-puk... tak równo, tak gładko, jakby już swoje lata przeterminowało i było po wyzwolinach.

I teraz znów się stała rzecz nieoczekiwana.

Kichuś nagle uniósł się, obłapił majstra Szymona za szyję i wtulił mu w fartuch rzepowaty nochalek.

— O, mój ty majstrze Lepiglino, jakżeż mi cię żal, jakież smutne twoje życie! Ani żony, ani dziecka w izbie nie masz — aby to glińsko wszędzie leży. Ani ty pierzyny, ani ty poduszek pod pułap, jeno wyrko biedne z garścią słomy, gałganowym kilimkiem nakryte. W porciętach masz dziury, koszula przy szyi postrzępiona!... Nikt o tobie, sierocie, nie pamięta. Święcone wianuszki ha ścianie pajęczyna zasnuła, a piec muchy zapstrzyły, że się widzi jak indycze jaje.

Majster Szymon od pierwszych słów Kichusia poczuł już wilgotność w oczach i z każdą chwilą coraz bardziej rozżalał się nad swoją dolą, aż gdy spojrzał na zapstrzony piec, nie mógł już dłużej wytrzymać. Z oczu puściły mu się ślozy gorące i głośno już załkał:

— Spra-sprawiedli-wie, Ki...Kichusiu...siu... powiadasz... jak, jak in... indycze jaje... je-je...

— Albo i ten wikt — ciągnął dalej nie mniej rozczulony Kichuś. — Widzę garsteczkę mąki w kozubku, fałatek czarnego chleba, krzynkę przypalonej kaszy w rynce. Czy to tak powinno być u takiego majstra jak Szymon Lepiglina?

Toż powinny w komorze stać worki: ten z mąką, tamten z pęczakiem, ten z jagłami; a na ścianie — wisieć połcie słoniny, a w kątku powinna być beczułka z miodem, a na półkach — misy z twarogiem, dojenki z mlekiem, opałki z jajami. A na kominie powinna w saganie bulgotać grochówka na świńskim ogonku.

Majster Szymon już tak był rozrzewniony, że duczał w głos:

— Spra...a...wiedli...wie... Ki-chu-u... u... siu... Na... na... śśświńskim o...o... gon-ku...ku...ku...ku!

Tak tam sobie jeszcze jakiś czas przygadywali, coraz wolniej, coraz ciszej, aż, płaczem zmęczeni do znaku, zsunęli się z zydla na ziemię i oparłszy głowy o wyrko, a trzymając się w objęciach, zasnęli mocno, mocno.

MAJSTER LEPIGLINA SPRAWIA KICHUSIOWI PRZYODZIEWEK

Majster Szymon nałożył na Kichusia swój giermak i ruszył z nim na Rynek, gwoli sprawienia tam chłopakowi jakowegoś przyodziewku.

Dokoła Sukiennic huczało już niby w ulu, jako że był to dzień jarmarczny.

Ściągnął tu lud ze wszystkich dookolnych wsiów: z Bronowic, Łobzowa, Czarnej Wsi, Mydlnik, Grzegórzek, Dąbia, Rakowca, z Prądnika Białego i Czerwonego.

Nieskończoną fala ludu wsiowego, w białych sukmanach, granatowych i czerwonych kaftanach, bab w kwiecistych spódnicach, w bogatych gorsetach i wielgachnych czepcach, strojnych mieszczek, kontuszowej szlachty, ruchliwych Żydów i szarego pospólstwa krążyła dokoła placu, przeciskała się między jarmarcznymi budami.

Pod podcieniami Sukiennic, przy kramach, przy jatkach, przy wozach, przy straganach kupiły się gromady ludzkie kłócąc się, krzycząc i dobijając targu.

Co kto miał na sprzedaż, to wystawiał, zachwalał wrzeszcząc aż do ochrypnięcia.

Przy budkach, przy kramach lub zgoła przy rozłożonym na ziemi towarze siedziały przekupki — baby obsadziste, suto ubrane, wymowne, a od targowania się z kupującymi, od zachwalania towaru, od odpędzania psotnych żaków — na gębach czerwone jak buraki i zgrzane do siódmego potu.

U wylotu ulicy Sławkowskiej i Szczepańskiej jedna baba żur warzy, szperką czujną go maści, do kubków rozlewa; druga wątrobę z czarną juszką przyrządza; trzecia cynadry piecze, grzelce na smalcu smaży. Inna jeszcze piwo z żółtkami grzeje, przechodniów do onego specjału zachęca:

— Łyku, łyku i po krzyku!

Kupi się tam moc narodu, smakowite jadło zajada, tylko w szczękach chrupie, a po brodzie spływa.

Bliżej zasię Szewskiej ulicy szewczykowie w zielonych fartuchach porozwieszali na drążkach obuwie: strojne półbutki z barwistego kurdybanu, buty z cholewami, kierpce, chodaki, trepy, i towar zachwalają, przyciasne buty rozbijają na kopycie, podkuwają obcasy, przyszywają łaty.

Zaś pobok krawcy, z całym stosem męskiego i niewieściego przyodziewku, na poczekaniu mierzą, pasują, pokrócają, przydłużają, że i niejeden, co przystanął dla popatrzenia, ani się zmiarkował, kiedy z niego starą przyodziewę zwlekli, w nową go ubrali — tu przycięli, tu zaszyli i trzeba było niejeden czerwony złoty z pacherzyny wyjąć.

Ale co była parada, to była! Niejeden nie mógł się pomiarkować, czy to on, czy to kto jenszy.

Pod ratuszem rozsiadły się baby z mlekiem, z serem, z jajami, z kojcami kur, gołębi i kaczek, z koszami jagód, z pękami cebuli, czosnku i wszelaką ogrodowizną. Wpodle nich wieńczarki z wiankami na panieńskie główki.

Zaś wedle kościółka św. Wojciecha stały długie stoły, a na nich piętrzyły się bochny chlebów prądnickich, kukiełek i precli, i kołaczów z twarogiem.

Pobok rozłożył się ze swą pracownią cyrulik: na dyszlu od woza posadził już trzech kandydatów do golenia, ale nim się weźmie do skrobania brzytwą, jeszcze ich więcej zwołuje, krzyczy, w blaszany talerz dzwoni; by mu zaś znudzeni czekaniem z dyszla nie uciekli, pomydlił im gęby, a co niepewniejszego, to i podgolił ździebko.

Przedniejszy towar sprzedają w kramach pod podcieniami.

Tu sukno zagraniczne różnej farby i cienkości, owdzie wschodnie materie jedwabne: w wodę, atłasy, aksamity, złotogłowy, brokaty. W tym tu kramie korzenie zamorskie i przyprawy: pieprz, cynamon, bobkowe liście, gwoździki i oliwki; w tamtym wina na stoły pańskie: węgierskie, wołoskie, małmazje i wódka gdańska, i tęgie wiśniaki.

Pobok sprzedają różańce święte i koronki, szkaplerze bractw pobożnych, figurynki świętych pańskich, rzezane w drzewie lub wypalane z gliny, krzyżyki na ścianę, ołtarzyki na drzewa przydrożne.

Zaś w innym kramie naczynia gędziebne: kobzy, drumle, piszczałki, szałamaje, multanki, dudy, gajdki, skrzypce, trąby i gęśliki.

Nie braknie też na Rynku różności ku uciesze.

Tu żacy na drumlach przygrywają, piosenki śpiewają. A to o pstrej kokoszce, o babuli i koziołku, o szewczyku, co ze śmiercią tańcował.

Tam niedźwiednik uczonego misia w taniec puszcza.

Owdzie kuglarz, grając na piskliwych gajdkach, łątki pokazuje.

Hej, ani okiem zachwycić, ani pojęciem ogarnąć, co tu tego!

Pod Kościołem Mariackim dziady i baby paciorki pieją ręce i nogi to sprawiedliwie chrome, to chromość udające przed się wyciągają, o dudki natarczywie przechodniów nagabują. Niejedna tam baba po kilka czerwonych złotych zaszyła w pierzynkę i oną na piersiach nosi, niby to od kaszlu, a po prawdzie, to skarbu swego strzegąc.

Co i raz to między dziadostwem kłótnia się zrywa, chrome dziady kulami wywijają baby do oczu sobie skaczą, za włosy się drą — aż wybiega z kościoła rybałt i one zapalczywe bractwo godzi, rozsądza i do uciszenia nakłania.

Dokoła Rynku w zajazdach, w karczmach, w oberżach lud się tłoczy, mało ścian nie rozepchnie.

W tej karczmie muzyka gra, a młodzież tańcuje krakowiaka: chłopaki podzwaniają kółkami u pasów, furkoczą dziewuch długaśne wstęgi, jasne i ciemne uplotki, kwieciste spódnice.

Co i raz to muzyka zmilknie — a przodkujący gromadzie przed grajkiem stanie, w pas się weźmie, nogą tupnie:

Grajże mi, muzyka,

to będę tańcował.

Nóżki mi się pokrzywiły,

będę je prostował!

Grajek w lot nutę chwyta, po strunach piskliwie rozprowadza, taneczne koło znów się toczy.

W inszej zasię oberży starzy przy piwie siedzą w kości grają i na stole kredą zapisują.

Drugi stół obsiadła gromada żaków. Na wielkiej misie usypali kopczyk z mąki, mocno go ubili, na wierzchu położyli kulkę ołowianą. Teraz każdy kolejno nożem ździebełko mąki usuwa od czubka, a kto tak kulkę podbierze, że się ona usunie i w głąb kopczyka wpadnie — ten ją musi stamtąd ustami wyłowić.

Dopieroż to uciecha, jak się głowa w mąkę wkręca — bywa, że i do samego spodku sięga kulki szukając, a zaś podnosi się gęba umączona z kupką mąki na nosie i parska, i mąkę wypluwa!

I nie wolno się takiej umączonej kukle obetrzeć, dopokąd z każdym młyńca na środku izby nie wykręci.

* * *

Kichuś Szymonowej kapoty mocno się trzyma, by się zaś w tym tumulcie nie zgubić — i rozgląda się po bożym święcie, gębusię szeroko roztworzywszy. Wszystkiego ciekaw, o wszystko pyta, wszędzie zagląda, wszystkiego dotyka i wącha, i smakuje — jako że wszystko dla niego jest nowe, nie znane, nie widziane i nie słyszane.

Każdy swoimi sprawami zajęty mało co na chłopaka baczy, ale jeśli zdarzy się komu na Kichusia natknąć, to patrzy, patrzy, a dziwuje się, aż mu oczy kołem stają.

Akuratnie przy tandetnym kramie rudego Aronka spotkali się z jejmość Kafelkową, wdową po majstrze zduńskim, a sąsiadką Lepigliny. Kafelkowa, spojrzawszy na Kichusia, plasnęła tłustymi rękoma i zaśmiała się szeroko:

— A i cóż to za chłopczysko takie?

— A... a... w terminie u mnie jest!

— Skądeście też, majsterku, wyskrobka takiego wzieni?

Zafrasował się Szymon, nie wie, co odpowiedzieć, nijako mu się do lepienia chłopaka przyznać, bo go przekupki na językach rozniosą, na cały Kraków ośmieszą.

Spojrzał tedy bezradnie poczciwy Lepiglina na Kichusia, a chłopak ładnie, pięknie nogami szastnął.

— Z Szafliczkowa jestem, do usług jejmości — tak ci powiedział równo, gładko, jakby z książki przeczytał.

— Osobliwa nazwa! Jeszczem też o takiej wsi nie słyszała! Kaj też ona jest?

— Tam, tam... — machnął Kichuś ręką w stronę ulicy Krzywej.

— I wszystkie ludzie tamoj takie?

— Poniektóre to jeszcze insze mogą być!

— No...no...

Kafelkowa pożegnała Lepiglinę i poszła dalej.

Długo jeszcze Kichuś widział górujący nad tłumem jej wielki, nakrochmalony czepiec, chwiejący się w prawo i w lewo, w prawo i w lewo.

Widocznie baba wciąż się jeszcze Kichusiowi dziwowała.

Tymczasem Aronek szarpał już Lepiglinę za rękaw.

— Panie majster, co potrzeba? Dla chłopaka? Jest i dla chłopaka! Taka kapota. Taka paradna kapota!

I Aronek rozpostarł na stole kapotę z lichego, czeskiego sukna, wielce znoszoną przez niejednego już zapewne żaka.

— Co? Dziura? Jaka dziura? Ja tu nie widzę nijakiej dziury! Na tę starą dziurę to nałożono łatę, to ona się widzi całkiem jak nowa dziurą. Ty, chłopak, nałóż tę kapotę!

— Ajaj... ajaj... sam cymes! — cmokał zachwycony Aronek. — Co? Za długa? Ta kapota za długa? Ździebełko za kolana!

— Co? Pan majster chce, żeby była długa? Ta kapota jest długa, do samych pięt! Ajaj... ajaj...

— Co? Szeroka? Ajaj... ciut, ciut się zapina!

— Co? Pan majster chce, żeby była szeroka! Nu, jest szeroka! Trzy takie chłopaki wleźliby w tę kapotę!

U tegoż jeszcze rudego Aronka Lepiglina kupił Kichusiowi dwie koszule i płócienne portaski, a wszystko to było — według Aronka — akuratnie tak długie, akuratnie tak krótkie, akuratnie tak szerokie, akuratnie tak wąskie, jak majster Szymon chciał, choć nie zawsze się to majstrowi takowym widziało.

 

Ale przecie skoro Aronek tak mówił, to tak musiało i być, bo przecież Aronek się na tym rozumiał, już czterdzieści pięć roków handlował tandetą; majster Szymon jeszcze koszulę w zębach nosił, gdy Aronek już tu miał swój tandetny kram!

Kichuś, zaopatrzony na lato i na zimę, kroczył teraz wpodle majstra nader dostojnie, zadzierając w górę żółtego nosa nie tyle według pychy z nowego przyodziewku, ile z powodu niesamowitej woni, jaka się z owej kapoty, nie wiedzieć z czego przerobionej, wydzielała.

Chodzili tak jeszcze wespołek przez kilka pacierzy, co nieco potrzebne do gospodarstwa kupując, za czym majster za swoimi sprawami poszedł, a Kichusia puścił samego, wetknąwszy mu w garść kromkę chleba i fałatek smażonej wątroby i przykazawszy niedługo powrócić do domu.

Ale Kichuś, jak dał nurka między wozy a kramy, a zbytkujących żaczków, a pytlujące kumoszki, a ucieszne widowiska kuglarzy — tak o zapowiedzi majstra do znaku zapomniał.

I dopiero gdy Rynek już całkiem opustoszał, gdy zaczęli otrębywać zamykanie bram miasta, Kichuś pomiarkował się, że głód mu silnie doskwiera, a ciemności już zapadają.

Puścił się tedy chyżo ku ulicy Krzywej.

Wchodzi do izdebki, patrzy, a tu majster Szymon na kominie suty ogień pali, w jednym saganie gotuje zalewajkę, w drugim pryczy kaszę, a w rynience topi szperkę smakowitą czujną.

Od tego błogiego zapachu aż chłopaka coś we wnętrzu zakręciło.

— Witajcież, majstrze Szymonie!

— A witajże, Kichusiu! Markociłem się już, żeś mi zginął.

— Nie bójcież się, majsterku drogi, już bym tu wszędy i z zawiązanymi ślepiami trafił.

Majstrowi aż serce podskoczyło z radości, że to takiego zmyślnego chłopaczka se z gliny wyporządził.

— Powiadajże, kajżeś był, coś widział, pokiel się zalewajka nie zgotuje.

A Kichuś, że to zaledwo próg izby przestąpił, od tej lubej woni, jaka szła od komina, wielkiego wigoru nabrał — jak nie zacznie o wszystkim widzianym szeroko rozpowiadać, a to chwalić, a to ganić, a jak kto chodzi i jak mówi, powtarzać, a swarzące się baby przedrzeźniać, to majster aż się za boki imał ze śmiechu.

Inszy człowiek to i cały rok chodząc po jarmarkach tyle by nie zobaczył, co ten Kichuś za jednym razem.

Akuratnie wieczerza dogotowała się. Majster zdjął z ogniska saganki i zaczął z nich strawę do misek rozlewać.

— Siędnij se, weź miskę, boś głodny pewnie.

Kichuś przysiadł na zydlu, drewnianą chochelkę w garści ścisnął i nagle — coś sobie przypomniawszy — westchnął, aż mu gwizdnęło z głębi glinianego brzuszka, na majstra popatrzył i z wielką żałością powiada:

— Oj, majstrze Lepiglino, anim połowy, anim ćwierci tyle łez nad wami wczoraj nie wypłakał, co ich wypłakać by trzeba.

— O, mój ty Kichusiu! — rozczulił się Szymon i chłopakowi czubatą łyżkę skwarków do zalewajki dorzucił.

— To dzień i noc płakać...

— A, mój ty serdeczny, pojedz sobie dobrze, pojedz!...

I majster Lepiglina co tłuściejszą kaszę na Kichusiową stronę odgarnia.

Kichuś pałaszuje, aż się spocił, a co i raz to dogaduje:

— Dzień i noc płakać, dzień i noc...

Aż skończył, łyżkę odłożył i głośno odsapnął:

— To dzień i noc płakać...

— A pójdźże, najmilejszy!

— ... nad waszą głupotą!

— Co?! — wrzasnął majster Szymon i doskoczył do Kichusia, żeby go chwycić za uszy — ale w tejże chwili opuścił ręce zawstydzony: zapomniał Kichusiowi przylepić uszu!

— No, twoje szczęście — mruknął majster, a Kichuś tymczasem wskoczył na zydelek i nos w nos przed majstrem stanął.

— To ja się terazem od przekupek, od bab spod kościoła podowiadywał...

— No, gadajże prędzej, co masz na wątróbce!

— Na jakiej wątróbce? Albo mi to majster zrobił wątróbkę?!— wrzasnął znowu Kichuś.

Stropił się Lepiglina powtórnie.

„Licho mnie skusiło dolewać wrzątku do gliny, teraz chłopak taki paliwoda” — pomyślał.

A Kichuś, nie medytując wiele, jak nie podeprze się pod boki, jak nie zacznie perorować:

— To ja się nad majstrem lituję, że majster sierota opuszczony, przez żony, przez dziecek, a któż to majstrowi taką dolę wyszykował? Kto, jak nie on sam sobie?!

Szymon stał z wytrzeszczonymi oczami nie miarkując jeszcze, do czego Kichuś zmierza.

— To Petronelcia Prztyczkówna, dziewczyna skromna, pracowita, bogobojna, a majstra Szymona miłująca, za mało mu była, że to córka zieleniarki! To majstrowi koligacji się zachciewało, to go pycha roznosiła, że to majster od garnków, że to Lepiglina! To Petronelcią pogardził!...

I tak dalej... i tak dalej — ani zapamiętać, ani powtórzyć, jak to majstrowi wyrecytował — a gładko, a bez zająknięcia, jakby z nut czytał.

Majster Szymon z początku próbował się usprawiedliwiać, ale wrychle zamilkł i frasobliwie się zamyślił.

Tak, Kichuś powiadał szczerą prawdę. Dzień i noc powinien płakać nad swoją głupotą. Dla dogodzenia marnej pysze podeptał swe szczęście, zmarnował najpiękniejsze lata życia.

O, gdybyż miał takiego mądrego przyjaciela dla dorady wówczas, gdy był młody i głupi!

Pod wpływem tej myśli majster Szymon wyciągnął ręce i chwyciwszy glinianego chłopaczka, przycisnął go mocno do piersi.

— Kichusiu!

— A co, majsterku?

— Niby to człowiek mądry, a po prawdzie to głupi!

— E, nie turbujcie się. Poniektórym ludziom trafi się kielek telek co mądrego. I wyście tera mądrze powiedzieli.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?