Czarodziejska księgaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czarodziejska księga
Czarodziejska księga
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 14,98  11,98 
Czarodziejska księga
Czarodziejska księga
Audiobook
Czyta Agata Elsner
4,99  3,94 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janina Porazińska

Czarodziejska księga

Saga

Czarodziejska księgaCopyright © 1961, 2020 Janina Porazińska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726623390

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

CZARODZIEJSKA KSIĘGA

(BAŚŃ KRAKOWSKA)

Za tą groblą staweczek,

za staweczkiem młyneczek.

Woda się tam potacza,

młyńskie koła obraca.

Koło małe i duże.

Młynarzówny jak róże.

Jak róże były młynarzowe córki, jedna piękniejsza od drugiej.

A było ich trzy.

Ta najstarsza włosy miała czarne jak krucze skrzydło, a buzię bielutką, jakby nigdy słonka nie widziała. Bo i gwoli tej białości słonku z drogi schodziła.

Śmiano się z niej we wsi, piosenkę o niej ułożono:

Popod las, popod las

siwe wołki gnała.

Bała się słoneczka,

by nie ugorzała.

Ta średnia włosy miała brunatne, jak liść bukowy o jesieni i oczy zielone, niby woda na głębinie.

A ta trzecia złotowłosa była i oczy miała jako kwiatki lnowe, i różaność przez nią przebijała, właśnie jakby zbiegła z obłoku o wesołej pogodzie i błękitu nieba zarwała, i brzasku jutrzenki.

Każda z nich odmienną miała urodę i każda o co innego się starała.

Ta najstarsza o to jeno, aby pięknie wyglądać. Wciąż się przezierała to w zwierciadełku, to w stawowej wodzie, to w zachwyconych ludzkich oczach. I wciąż pytała i siebie, i innych:

– Czy mi ładnie w tym wianeczku? A może w chusteczce będzie piękniej?

– Czy uplotki 1 nad czołem upiąć, czy po bokach zwinąć?

– A co lepiej na szyję włożyć: korale czy bursztyny?

Ta średnia tylko by się bawiła, tylko by tańczyła. Ani jej robota w głowie, ani matczyne przestrogi. Aby jeno z wesela na wesele, z poprawin na poprawiny, z wieczornicy na wieczornicę.

Owczaryszek wyśmiewca ułożył o niej śpiewankę:

Główka boli, nóżki bolą,

aż nic robić

nie mogę, nie mogę.

Ale śpiewać i tańcować,

to wam wnetki pomogę,

pomogę!

A najmłodsza każdej roboty bardzo była ciekawa.

– Babusiu, jak to robicie, że wam się niteczka przędzie tak cieniutko, tak równiutko? Nauczcie tego i mnie! Matusiu, obudźcie mnie jutro na doświtku do chleba, niechże się nauczę od was rozczyniać ciasto. Tatuniu, pozwólcie mi samej jechać do grodu po sita do młyna. Syna nie macie, to córka musi umieć koniem powozić.

Takie to były te trzy młynarzówny.

*

Jesień to już była późna, szczery przedzimek. Ciężkie chmury bałwaniły się po niebie, wiatr gwizdał w suchych krzakach, a ziemia odarta z zieleni, rozmiękła, wszelkiej żywiźnie zdawała się przeciwna.

Do młyna zastukała babka proszalna.

Chudziątko to było zziębnięte i głodne.

Ulitowano się nad nią.

Pod piecem posadzono, miskę gorącej polewki dano.

Podjadła sobie babka i powiada:

– A teraz, dobre ludzie, siadajcie, czytania posłuchajcie, jak to przed wiekami, przed dawnymi było na tej tu ziemi.

Pogmerała babula w swym tobołku i wyciągnęła księgę na rzemyk zapiętą.

Wszyscy okrutnie się zadziwili, że to babka proszalna, a na książkach się rozumie, niby bakałarz 2 . Jeszcze tutaj, jak młyn młynem, takiej uczonej osoby nie widziano!

Zaraz też najmłodsza córka skoczyła, ze skrzyni dobyła czysty ręcznik i babce na kolanach rozpostarła.

A babulka zażyła tabaki, księgę roztworzyła i dalej z niej czytać.

O tych bliźniakach, dwóch synaczkach leśniczyny, z wózka matce wykradzionych. Jednego uprowadziła wilczyca, drugiego niedźwiedzica. I chowali się bracia: jeden z wilczętami w borowej kniei, drugi z młodymi maruchami 3 w niedźwiedziej gawrze.

Tego pierwszego karmiła wilczyca wilczym mlekiem, a tego drugiego niedźwiedzica niedźwiedzim mlekiem.

I wyrosły z nich wielkoludy niewidziane, niesłyszane.

Idzie taki lasem i mówi:

– Jakoś latosie 4 trawy niesilnie wyrosły, ani do kolan mi nie sięgają.

O tych sosnach, o tych lipach, o tych brzozach tak mówi.

Stanie takiemu chałupa na drodze, to mało co nogę uniesie i chałupę przekroczy.

A chce się krowie przyjrzeć, to ją sobie na dłoni postawi i ku oczom podniesie jak małe kociątko.

Takie to były olbrzymoludy.

Jednemu było Wyrwidąb, drugiemu Łamiskała.

Precz po ziemi naszej chodzili, porządki robili.

Wyrwidąb z Puszczy Tucholskiej dęby i sosny wyrywał, na ramieniu je przenosił, jak wiązkę chrustu, i Puszczę Niepołomicką drzewami tymi obsadzał. Jako że królowie, co na Wawelu siedzieli, chcieli mieć pod Krakowem wielgolasy dębowe, szumibory sosnowe, by grubą zwierzynę tam hodować: a to tury, a to żubry, a to łosie, a to jelenie, dziki... Łowy na nie urządzali.

Zaś Łamiskała góry Tatry spod ziemi wydźwigał i doliny w nich przerąbywał, aby potoki swoje drogi miały. Turniczki ciupagą zaostrzał, aby się o nie chmury na strzępy darły, nad ziemią naszą nie gromadziły i srogimi potopami jej nie zalewały.

O takich to dziwach niesłychanych babula z księgi czyta.

Do izby napchało się ludzi – aż ciasno.

Słuchają tych historii, słuchają, a nie wiedzieć, co im bardziej dziwne: czy ten Wyrwidąb, co wielkie, rozrosłe drzewa niby lichą rzepę z ziemi wyciągał, czy ten Łamiskała, co góry Tatry siekierą przerąbywał, czy ta babusia, co z tych czarnych znaczków, malućkich jak krupki tatarczanej kaszy, takie dziwy spotrafi wyczytać!

Dobry zmierzch już się był uczynił, gdy słuchacze dopiero pomiarkowali, że robota na nich czeka, i do swych chat jęli się rozchodzić.

A młynarka, że to kobieta była niegłupia, choć i na książce nieuczona, powiada do starej:

– Co się, babko, będziecie włóczyli od wsi do wsi po tych szarugach, po tych kałużach. Zima się nabliża; śnieg, zawieja, mróz się nabliża. Wszelka w powietrzu srogość człowiekowi przeciwna. Ostańcie we młynie na zimę. Ciepłą izbę wam damy, pożywienie wam damy – a za to będziecie moje dziewczyny uczyli czytania na książce.

A no, tak i tak, tak i tak... zmówiły się na jedno.

Babka została.

Na pierwszy tydzień poszła na naukę najstarsza córka. Ale nie nauka jej w głowie! Zakręciła się po światołce 5 babki i mówi:

– Przyletę tu zarutko, babko, przyletę, jeno muszę świniaka ze szkody wygnać!

Wybiegła z młyna i już do wieczora ani się pokazała. Poleciała do sąsiadek stroje oglądać.

A babka pod piecem usnęła. A matka myślała, że córka na nauce.

I tak było z tą najstarszą co dzień – od niedzieli do niedzieli.

Nadchodzi drugi tydzień – poszła na naukę średnia córka. Ale i ta zakręciła się jeno po izdebce i woła:

– Przyletę tu, babusiu, przyletę, jeno wypraną bieliznę na chruśniaku 6 rozwieszę!

Jak poszła, tak i nie wróciła do wieczora, bo u sołtysów za mostem muzykę posłyszała.

A babka pod piecem usnęła. A matka myśli, że córka na nauce.

I tak było i z tą średnią co dzień – od niedzieli do niedzieli.

Nadchodzi trzeci tydzień – idzie na naukę najmłodsza córka.

I dopokąd jej zmierzch od książki nie odegnał, to się od książki nie oderwała. Precz o literki pytała.

– Powiedzcie, babusiu, jak się ten znaczek głosi? A ten jak kółeczko? A ten jak siekierka? A ten zakręcony jak świński ogonek?

Kawałek gładkiego wosku sobie przyniosła i patyczkiem na tej gładziźnie literki pisze.

A gdy minął tydzień, już coś niecoś przeczytać potrafiła.

I tak przeszedł czas aż do wiosny.

Starsze siostry niczego się od babki nie nauczyły, a najmłodsza czytać potrafi, aż dziw! I z góry na dół, i z dołu do góry, i jaki bądź wyraz jej pokazać, choćby najdłuższy, to migiem powie, co on znaczy!

Poszła w świat sława o młynarzównach. Że piękne, że wesołe, że uczone.

Doszła wieść o nich do czarownika.

Myśli czarownik:

„Muszę się z jedną z młynarzówien ożenić. Każda z nich piękna jest – miło mi będzie na piękną patrzeć. Wesoła jest – miło mi będzie jej śmiechu i jej piosenek słuchać. Mądra jest – potrafi mi gospodarkę poprowadzić”.

A z tego czarownika nieuroda był, że aż strach!

Wielki i suchy jak tyka, brodzisko długie, uszy jak u nietoperza, nos jak purchawka.

Przebrał się czarownik za wędrownego kramarza: kaftan krótki, zagranicznej mody, na nogach skórzniaki, na plecach skrzynka z towarem.

Stanął przed młynem i woła:

– Wstążki sprzedaję! Korale sprzedaję! Pachnidła sprzedaję!

Wybiegła z domu najstarsza młynarzówna.

– Chodźcie tu na ganek! Pokażcie towar, pokażcie!

Podszedł kramarz, zdjął z pleców skrzynkę, otworzył ją i różności z niej dobywa, a na ławie rozkłada.

Chusteczki, wstążki, tasiemki, guziczki, koraliki, pierścionki, mydełka wonne.

 

Tęczą wkoło pojaśniało, różą wkoło zapachniało.

Młynarzównie aż oczy się świecą, aż ręce drżą do tych śliczności. Nakupiła błyskotek, ile mogła.

Resztę kramarz do skrzynki schował, skrzynkę zamknął, do pleców ją przytroczył i mówi:

– Panienko miła, doprowadź mnie do rozstajnych dróg, bo nie wiem, którędy tu będzie najbliżej.

Wyszła młynarzówna z kramarzem, a gdy już do rozłącznych dróg doszli – czarownik wyjął z kieszeni złote jabłko i mówi:

– Naści, dziewczyno, za twą przysługę złote jabłuszko. Ale je musisz sama sobie złapać.

I rzucił jabłko na drogę.

Potoczyło się jabłko – młynarzówna za nim.

Już, już... miała je pochwycić, ale jabłko umknęło jej ręki i toczy się dalej. Toczy się drogą, drogą, polem, polem, lasem, lasem... aż zatrzymało się na brzegu przepaści.

Młynarzówna się nachyliła, jabłuszko złapała, ale sama się przy tym zważyła i zsunęła się w dół!

Leciała, leciała... aż i spadła na dno przepaści.

Ale się nie potłukła.

Wstała, rozgląda się... widzi tuż zamek wspaniały! Ściany marmurowe, okna kryształowe, dach srebrny. A obok niej stoi ten sam kramarz, który był we młynie.

– Nie jestem kramarzem, jeno czarownikiem. To mój zamek. Ja tu jestem panem. Zostaniesz tu u mnie i będziesz mi gospodarowała. A jeśli będziesz posłuszna, to się z tobą ożenię. Chodź, zobacz, jak będziesz pięknie mieszkała.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?