ZIMA NIE TRWA WIECZNIE

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: Winter Is Not Forever

Copyright © 1988 by Janette Oke

Originally published in English under the title Once Upon a Summer

by Bethany House Publishers, a division of Baker Publishing Group,

Grand Rapids, Michigan, 49516, U.S.A.

All rights reserved.

Copyright © 2021 for Polish translation and edition

Psalm18.pl Daniel Wołochowicz

Przekład: Dominika Głowa

Redakcja: Małgorzata Wołochowicz

Skład: Grażyna Kołbasa

Okładka: Hanna Gawlas, zdjęcia: Jonathan Kemper on Unsplash

Korekta: Daniel Wołochowicz

Magda, Paulina, Beata, Aleksandra – dziękujemy wam za wszelkie uwagi!

Wasza pomoc jest nieoceniona ☺

ISBN: 978-83-66681-07-1

Wydawnictwo

Psalm18.pl Daniel Wołochowicz

Świeradowska 47, 02–662 Warszawa

NIP: 9512138491

wydawnictwo@psalm18.pl | www.wydawnictwo.psalm18.pl

facebook.com/psalm18.pl | instagram.com/psalm18.pl

Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:

www.psalm18.pl | 579 058 810


Spis treści

Dedykacja

Bohaterowie

Rozdział 1. Decyzje

Rozdział 2. Spotkanie

Rozdział 3. Dobre wieści

Rozdział 4. Wspólna radość

Rozdział 5. Zakończenie szkoły

Rozdział 6. Na wsi

Rozdział 7. Kolejne decyzje

Rozdział 8. Niedziela

Rozdział 9. Zima

Rozdział 10. Przetrwanie

Rozdział 11. Wizyta

Rozdział 12. W oczekiwaniu na wiosnę

Rozdział 13. Rozwój

Rozdział 14. Dzielenie się wieściami

Rozdział 15. Powrót do domu

Rozdział 16. U Kamelii

Rozdział 17. Święta

Rozdział 18. Dojrzewanie

Rozdział 19. Postanowienia

Rozdział 20. Zmiany

Rozdział 21. Żniwa

Rozdział 22. Jesień

Rozdział 23. Nowa rzeczywistość

Rozdział 24. Zimowa choroba

Rozdział 25. Chester

Rozdział 26. Willie

Rozdział 27. Powołanie

DEDYKACJA

Pamięci Amandy Janette,

naszej trzeciej wnuczki,

córki Terry’ego i Barbary,

młodszej siostry Ashley,

która dołączyła do naszej rodziny

25 czerwca 1987 roku,

by zakończyć swą krótką misję

niespodziewaną śmiercią 10 września

tego samego roku.

Amanda Janette była nad wyraz zdrowym,

szczęśliwym i wrażliwym skarbem.

Kochaliśmy ją z całego serca

i bardzo za nią tęsknimy.

Drugim dziadkom Amandy,

Koertowi i Carol Dietermanom,

oraz wszystkim czytelnikom,

którzy przeżyli podobną tragedię.

Nasz kochający i wierny Ojciec ociera łzy z naszych twarzy

i leczy nasze złamane serca,

czyniąc niebo jeszcze piękniejszym miejscem.

„Bo gdzie jest skarb, tam będzie i serce”.

BOHATEROWIE:

Joshua Chadwick Jones – Josh został wychowany przez swojego dziadka, jego brata i młodą ciotkę. Jego rodzice zginęli w wypadku, gdy był zaledwie niemowlęciem. Jako nastolatek przeprowadził się ze wsi do miasta, gdzie chodzi do szkoły i mieszka z ciocią Lou oraz jej mężem, pastorem Natem Crawfordem. Weekendami powracał na wieś, by pomagać wujkowi i dziadkowi.

Lou Jones Crawford – choć jest jego ciocią, w rzeczywistości liczy zaledwie kilka lat więcej od Josha. Lou została żoną pastora. Jej pierwsze dziecko zmarło podczas porodu. Teraz Lou marzy o tym, by jeszcze raz zostać matką.

Dziadek – właściciel gospodarstwa, w którym dorastał Josh i jedyny ojciec, jakiego chłopak kiedykolwiek znał.

Wujek Charlie – cichy, lecz zawsze gotowy do pomocy brat dziadka. Wraz z nim od wielu lat zajmuje się gospodarstwem.

Willie – przyjaciel Josha ze szkolnych lat. Przeżyli razem mnóstwo przygód i obaj są bardzo mocno przywiązani do swojej wiary.

Kamelia – pierwsza miłość Josha, choć szybko zdał sobie sprawę, że ich odmienne poglądy w sprawach wiary wykluczają głębszą relację.

Pan i Pani Foggelsonowie – rodzice Kamelii. Pan Foggelson to były nauczyciel Josha, który wzbudził jego podejrzenia nauczaniem o ewolucji. Pani Foggelson, ze względu na męża, po ślubie porzuciła swoją wiarę.

Rozdział 1 Decyzje

– ZASTANOWIŁEŚ SIĘ JUŻ? – zażądał odpowiedzi natarczywy głos Williego. Odwróciłem się na pięcie, by na niego spojrzeć. Zupełnie nie rozumiałem, o co mu chodzi.

– Co chcesz robić po zakończeniu szkoły? – wyjaśnił. – Będziesz pastorem? Czy co?

Czy co? Powtórzyłem w myślach ze złością. Co?

Sam zadawałem sobie to pytanie wiele razy. I ciągle nie znałem odpowiedzi. Kończyliśmy szkołę już za kilka miesięcy i wyglądało na to, że tylko ja jeden w całym naszym miasteczku nie wiedziałem, co zamierzam zrobić ze swoim życiem. Nie żebym o tym nie myślał. W zasadzie nie myślałem o niczym innym. Poświęcałem też sporo czasu na modlitwę w tej sprawie. Tak jak reszta mojej rodziny. Mimo to moją jedyną odpowiedzią na pytanie Williego dalej pozostawało: „Nie wiem”. A powtórzyłem ją już z milion razy.

Musiałem zmarszczyć czoło i Willie chyba zrozumiał mój dylemat. Nie czekał na wyjaśnienie – a przynajmniej nie czekał, aż się odezwę. Zamiast tego sam kontynuował.

– Bóg ukazuje ludziom ich przeznaczenie w różnym czasie. I ma ku temu powody – stwierdził w zadumie. – To nie znaczy, że nie ma planu na twoją przyszłość. Kiedy nadejdzie odpowiednia chwila…

Na moment przestałem go słuchać. Zdałem sobie sprawę, że przyszłość Williego jest już zaplanowana. Bóg powołał go na misjonarza. Pod koniec lata Willie miał zacząć naukę w szkole biblijnej na Wschodzie. Chyba mu zazdrościłem.

– Jaka to musi być ulga, kiedy wiesz, co Bóg chce, żebyś robił – wymamrotałem pod nosem.

– Ciągle nie mogę w to uwierzyć – mówił Willie, gdy znów zacząłem go słuchać. – Całe życie, a przynajmniej odkąd tylko pamiętam, chodziłem do szkoły. A teraz koniec. Po prostu nie mogę w to uwierzyć! Jeszcze to do mnie nie dotarło.

Szarpnąłem wędką, jak gdyby próbując zanęcić rybę. Tak naprawdę myślałem o słowach Williego. Rzeczywiście to wszystko wydawało się bardzo dziwne. Tyle razy rozmawialiśmy o tym, jak dobrze będzie wreszcie skończyć szkołę. Teraz jednak, kiedy to miało nastąpić, wcale nie czułem się z tego powodu szczęśliwy. Właściwie to byłem raczej przestraszony. Nigdy nie powiedziałbym o tym kolegom – przecież od zawsze marzyliśmy o dniu, kiedy uwolnimy się z tego „więzienia”. Wybiegniemy ze szkoły z wrzaskiem, wyrzucając w powietrze nakrycia głowy. Wiedziałem, że musimy to zrobić, by tradycji stało się zadość. Uczniowie powinni nienawidzić szkoły i cieszyć się z jej końca. Dlaczego więc na samą myśl o początku wakacji skręcało mnie w żołądku?

 

Zastanawiając się nad słowami Williego zacząłem wiercić się niespokojnie. Udałem, że plecy odmawiają mi posłuszeństwa po tak długim siedzeniu nad brzegiem rzeki w oczekiwaniu na wygłodniałe ryby. Ponownie poruszyłem wędką i zauważyłem, że zgubiłem gdzieś przynętę. Miałem nadzieję, że Willie tego nie spostrzegł. Nie byłem już zainteresowany łowieniem i nie chciało mi się zakładać nowej. Nie miałem też jednak ochoty wracać do domu.

Willie miał rację. Ja także nie pamiętałem, jak wyglądało życie bez szkoły. Gdybym miał być szczery, musiałbym przyznać, że będę tęsknił za codziennymi lekcjami, przerwami i dostępem do książek. Może i będzie mi tego wszystkiego brakowało, ale nie zamierzałem dzielić się swoimi przemyśleniami z nikim – nawet z Williem.

Ale oczywiście Willie nie musi się tym martwić, pomyślałem niemal z zazdrością. Jesienią pójdzie do nowej szkoły, będzie czytał nowe książki i pozna nowych kolegów. Znów zacząłem się wiercić.

– Chodź – zaproponował Willie – oprzyj się na chwilę o pień.

– Nie – mruknąłem spoglądając w niebo. – I tak muszę się już zbierać. A ryby niespecjalnie dziś biorą.

Oczy Williego zabłysły jak zawsze, gdy próbował powstrzymać śmiech. Już widywałem ten wyraz twarzy. Na przykład kiedy nasz nauczyciel trzymał książkę do góry nogami podczas lekcji. Albo kiedy Agatha Marshall ugryzła kanapkę i zjadła mrówkę, która po niej chodziła. Albo kiedy związaliśmy ze sobą sznurówki Avery’ego, który leżał sobie w trakcie przerwy na trawie i czekał na dzwonek.

Spojrzałem na Williego podejrzliwie.

– Jeszcze nie widziałem ryby, która bierze bez przynęty – powiedział, otwarcie się już szczerząc. – Zgubiłeś ją jakieś pół godziny temu – poinformował mnie chichocząc.

– Dlaczego nic nie mówiłeś? – żachnąłem się, udając obrażonego.

Willie szybko spoważniał.

– Stwierdziłem, że nie masz dziś nastroju na łowienie. Cały dzień jesteś myślami gdzieś indziej.

Jednym wprawnym ruchem wyciągnąłem z wody pusty haczyk i dokładnie wytarłem go o trawę, a następnie zdjąłem z linki. Willie pozwolił mi pracować w milczeniu, dopóki nie skończyłem chować sprzętu.

– Ciągle przejmujesz się Kamelią? – zapytał wreszcie, gdy zebraliśmy rzeczy i ruszyliśmy w drogę powrotną.

– Kamelią? – moja głowa skoczyła do góry na dźwięk jej ­imienia.

Willie przeszył mnie przenikliwym spojrzeniem. Nie mogłem uciec od jego pytania. Niewiele potrafiłem też przed nim ukryć, a do tego musiałem się komuś zwierzyć. Zdecydowałem, że kończę z tymi gierkami.

– Chyba trochę tak. Szkoła dobiega końca, a ja tyle się modliłem i tłumaczyłem Kamelii, że Biblia mówi prawdę, wbrew temu, co twierdzi jej ojciec. Ale ona nadal nie słucha. Przecież sama też kończy już naukę i chce wyjechać. Planuje szkolić się na projektantkę…

– Projektantkę wnętrz – dopowiedział Willie.

– Projektantkę wnętrz – powtórzyłem, wzruszając ramionami. – Kto wie, kogo spotka i co się z nią będzie działo w jakimś dalekim mieście…

– W Nowym Jorku – wtrącił Willie. – Jej tata mówił, że Kamelia jedzie do Nowego Jorku. Jeśli chcesz się naprawdę czegoś nauczyć, najlepiej pojechać właśnie tam.

– Do Nowego Jorku? Jeszcze gorzej, niż myślałem! – krzyknąłem ze złością. – Trudno o bardziej zepsute miasto.

Willie z poważną miną skinął głową.

Szliśmy dalej w milczeniu, a ja rozmyślałem o Kamelii, która miała zamieszkać sama w takim mieście jak Nowy Jork. Za chwilę Willie znów przerwał moje rozważania.

– Dalej ci na niej zależy, Josh?

Z jakiegoś powodu to pytanie mnie rozzłościło. Oczywiście, że mi na niej zależało. Była w końcu moją przyjaciółką, prawda? No i Bóg nakazuje nam obdarzać troską – a nawet miłością – wszystkich. Czyż nie? Willie znał Biblię tak samo dobrze jak ja. Wiedział, że powinno mi zależeć na Kamelii.

– Głupie pytanie – odparowałem. – Jasne, że tak! Modlę się za Kamelię od lat. Tak jak Nat i ciocia Lou. Wszyscy…

– Nie o to mi chodzi, Josh, i doskonale o tym wiesz – wciął się Willie. – Pytam, czy ona ciągle ci się podoba.

Nie byłem przygotowany, by odpowiedzieć na to pytanie. Na początku przyszło mi do głowy, że to nie jest sprawa Williego, nawet jeśli jest moim najlepszym przyjacielem. Potem jednak pomyślałem, że nie chcę się w tej chwili nad tym głębiej zastanawiać. Sam nie potrafiłem określić, co rzeczywiście czuję. Czy nadal zależało mi na Kamelii jako dziewczynie, a nie tylko osobie? Nie mogłem w ten sposób na nią patrzeć, bo na poziomie duchowym wyznawaliśmy różne wartości. Kamelia wprost oznajmiła, że nie chce mieć do czynienia z religią, którą uważa za śmieszną i zabobonną. Nie wierzyła nawet w istnienie Boga. Mówiła, że religia to wymówka dla słabych. Ja natomiast byłem całkowicie przekonany, że Bóg nie tylko istnieje, ale również zesłał na ziemię swojego Syna, który zmarł za wszystkie moje grzechy. I ma dla mojego życia wyjątkowy plan.

Jak mógłbym choćby myśleć o przyszłości z Kamelią? Nie mogłem. Wiedziałem o tym, ale w głębi duszy i tak miałem nadzieję, że Kamelia uwierzy w Boga, a wtedy… No cóż, cokolwiek miałoby się wtedy wydarzyć, fakt pozostawał faktem: zbliżaliśmy się do końca roku szkolnego, a ona nie chciała nawet wysłuchać moich argumentów. Koniec szkoły z wielu powodów nie przedstawiał się dla mnie zbyt optymistycznie.

Willie nie pytał mnie już więcej o Kamelię.

– Jedziesz jutro do miasta na spotkanie? – odezwał się.

Chodziło mu o spotkanie kościelne – jedną z nielicznych inicjatyw przeznaczonych wyłącznie dla młodzieży. Świetnie się podczas nich bawiłem. Ciocia Lou i wujek Nat, jako organizatorzy, zawsze o to dbali. Dzięki ich spotkaniom kilkoro nastolatków z miasteczka zaczęło nawet chodzić do kościoła. Większość moich znajomych chętnie na nie przychodziła i ja też bardzo je lubiłem. W każdy inny dzień zapewniłbym więc Williego, że mnie nie zabraknie. Wtedy jednak zdobyłem się jedynie na słabe: „Zobaczymy”.

– Mam nadzieję, że dasz radę – Willie przełożył swoją wędkę i jedyną rybę, jaką złapał, do lewej ręki, żeby móc odwiązać konia.

Nie byłem dziś zbyt dobrym kompanem do rozmów i nagle zrobiło mi się z tego powodu wstyd. Przecież to nie wina Williego, że Kamelia nie wierzyła w Boga. Ani że nie wiem, czego Bóg ode mnie oczekuje. Ani że koniec roku szkolnego zbliżał się nieubłaganie, niosąc ze sobą całe mnóstwo znaków zapytania. Willie był tak samo bezradny wobec upływu czasu jak ja. Nie miałem prawa być dla niego opryskliwy i nieprzyjemny.

Z trudem odłożyłem swoje problemy na bok, by należycie pożegnać przyjaciela.

– Dzięki, Willie – zacząłem, chociaż nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć dalej. – Dzięki, że ze mną poszedłeś.

Znów zobaczyłem w jego oczach znajomy błysk.

– Szkoda tylko, że ryby nie brały – powiedział.

– Następnym razem spróbuję nawet założyć przynętę – zażartowałem. – Teraz przynajmniej nie muszę patroszyć ryby, więc mam jeszcze chwilę wolnego.

Willie spojrzał w dół na rybę, która zwisała obok jego siodła. Z udawanym zafrasowaniem zmarszczył brwi.

– Może sprezentuję tę rybę Mary Turley – powiedział – i zaproszę ją na jutrzejsze spotkanie.

Nie wiedziałem, czy Willie żartuje, czy mówi poważnie.

Zaśmialiśmy się, a Willie skierował konia w dół alejki.

– Do zobaczenia jutro, Josh – zawołał.

Odparłem dokładnie tak, jak się tego spodziewał.

– Jasne! Przyjdę.

Rozdział 2 Spotkanie

NASTĘPNEGO WIECZORA SZYBKO uwinąłem się z obowiązkami przy gospodarstwie. Potem pobiegłem do sypialni, żeby się przebrać i umyć. Gdy już poprawiłem krawat i przygładziłem włosy, z marynarką w ręce ruszyłem schodami w dół, omijając najbardziej skrzypiący stopień.

– Ważny wieczór, chłopcze? – zapytał dziadek. Siedział wraz z wujkiem Charliem przy stole nad rachunkami.

Uśmiechnąłem się. Tak naprawdę dzisiejszy wieczór nie różnił się niczym od innych tego typu spotkań, ale dla mnie był wyjątkowy. Skinąłem głową.

– Słyszałem od Nata, że wasza grupka młodzieżowa jest coraz większa – ciągnął dziadek.

Znów przytaknąłem.

– Jest nas już około dwudziestu osób – dodałem za chwilę.

– To dobrze – powiedział dziadek. – Ktoś z tych nowych chodzi też do kościoła w niedziele?

– Tak, troje.

– Dobrze – powtórzył.

Wujek Charlie wziął łyk kawy, po czym tylne nogi jego krzesła z głuchym stuknięciem opadły na wytarte linoleum. Zlustrował mnie wzrokiem – od kantów spodni aż po przedziałek na głowie. Następnie skinął głową, jak gdybym przeszedł pozytywnie jego kontrolę.

– Ciesz się młodością, Joshua – powiedział dziadek. – Bo już niedługo staną ci się znane wszelkie troski dorosłych.

Nie mogłem się nie uśmiechnąć. Dziadek nic nie wiedział na temat młodości. Jeśli sądził, że młodzież nie ma żadnych zmartwień, był w wielkim błędzie. Albo po prostu zapomniał, jak to jest. W każdym razie nie miał pojęcia, z czym się ostatnio zmagałem. Mimo to nie odezwałem się, jak gdyby w mojej głowie rzeczywiście były tylko zabawy oraz śpiewy przy ponczu i cieście cioci Lou. Jednak słowa dziadka wpłynęły na mój nastrój. Nie spieszyło mi się już do wyjścia tak, jak zaledwie kilka minut wcześniej.

Wujek Charlie znów badawczo na mnie spojrzał. Wiedziałem, że próbuje odgadnąć moje myśli. Zmusiłem się do uśmiechu i oddaliłem się z zasięgu jego wzroku. Nie chciałem być przepytywany. Nie żeby wujek Charlie zamierzał o cokolwiek pytać – na pewno nie wprost – ale zawsze na widok tego dociekliwego wzroku robiło mi się nieswojo.

– Nie będę siedział do późna – powiedziałem, żeby tylko coś rzec na odchodne, bo przecież obaj wiedzieli, że po spotkaniu wrócę prosto do domu, pod opieką wujka Nata i cioci Lou.

– Nie ma pośpiechu. Baw się dobrze – odpowiedział dziadek.

Myśl o cioci Lou wzbudziła we mnie lekki niepokój. Termin porodu przypadał już za kilka tygodni, a biorąc pod uwagę to, co stało się z jej pierwszym dzieckiem, naprawdę się martwiłem. Ciocia Lou zapewniała mnie, że nie ma powodów do obaw. Małą Amandę straciła z powodu przebytej na początku ciąży różyczki, a teraz była prawdziwym okazem zdrowia. Lekarz wielokrotnie jej powtarzał, że maleństwo wydaje się energiczne i zdrowe. Przewidywał, że to silny chłopiec, jednak ciocia Lou miała nadzieję na kolejną dziewczynkę. Ja też chyba po cichu na to liczyłem.

W oborze powitał mnie Chester – piękny gniadosz, którego dziadek i wujek Charlie podarowali mi na ostatnie urodziny. Dalej nie mogłem uwierzyć, że jest naprawdę mój. Poklepałem jego lśniący, okrągły zad, a następnie sięgnąłem po siodło. Chester zarżał cicho i potarł nosem moją klatkę piersiową, szukając jakiegoś przysmaku w kieszeniach mojej koszuli.

– Przestań – upomniałem go. – Pobrudzisz moje odświętne ubranie!

Chester wcale się tym jednak nie przejmował – dalej pochrapywał i obwąchiwał mnie w najlepsze. Odsunąłem się, żeby jego pysk nie mógł mnie dosięgnąć i wygładziłem nakrycie siodła.

Potem wyprowadziłem Chestera z obory, zamknąłem za sobą drzwi i wdrapałem się na jego grzbiet. Koń wydawał się chętny do przejażdżki, mimo że dziś nie przyniosłem mu kostki cukru ani jabłka. Musiałem ściągać cugle, żeby nie popędził galopem. Dziadek nie patrzył przychylnie na zbyt szybko biegające zwierzęta, choć siedząc na Chesterze często miałem ochotę sprzeciwić się jego zakazom. Mój koń uwielbiał galopować – jego mocne nogi i smukłe ciało niemal trzęsły się z podniecenia za każdym razem, gdy wyjeżdżałem nim na drogę.

Było ciepłe wiosenne popołudnie. Słońce jeszcze ciągle świeciło, ale wiedziałem, że kiedy wrócę do domu, dawno go już nie będzie. Chester umiał trafić do boksu nawet w zupełnej ciemności, jednak przyjemniej byłoby wracać przy świetle księżyca. Niebo przecinało zaledwie kilka rozrzuconych niesfornie chmur, więc najwyraźniej moje życzenie miało się spełnić.

Powróciłem myślami do spotkania, zastanawiając się, czy pojawi się na nim ktoś nowy. Na przykład Kamelia. To dopiero byłoby coś wyjątkowego! Może gdyby więcej dziewcząt w jej wieku… Nie. Na spotkania przychodziło wystarczająco dużo naszych rówieśnic, a i tak ich towarzystwo nigdy nie zdołało jej przyciągnąć. Właściwie to nic nie potrafiło przyciągnąć jej do kościoła.

Wyliczając, kogo mogę dzisiaj spotkać, stawałem się coraz bardziej podekscytowany. Chester chyba to wyczuł, bo zanim zdążyłem się zorientować, pędził zakurzoną drogą w szaleńczym tempie. Ściągnąłem cugle, na co on parsknął z pogardą. Zarzucił łbem i zaczął brykać, delikatnie opierając się wędzidłu. Ja natomiast próbowałem oczyścić ubranie z kurzu.

 

Chociaż liczyłem na to, że przyjadę jako jeden z pierwszych, po dotarciu na miejsce zobaczyłem całą grupkę młodych ludzi tłoczących się na podwórku przed kościołem. Przywiązałem Chestera i pospiesznie przywitałem się ze znajomymi, po czym ruszyłem na plebanię, by zobaczyć, czy ciocia Lou nie potrzebuje mojej pomocy.

– Josh! – zawołała podekscytowana. – Dobrze cię widzieć! Co słychać na wsi?

Ciocia Lou zawsze witała mnie tak, jak gdybyśmy nie spotykali się od miesięcy, choć w rzeczywistości wróciłem do domu zaledwie dzień wcześniej.

– Wszystko dobrze – odpowiedziałem. – W porządku. A co u ciebie?

Ciocia Lou spojrzała na swój okrągły brzuch. Delikatnie położyła rękę na rosnącym w nim dziecku, obdarzając mnie przy tym uśmiechem.

– U nas też, prawda, skarbie? – zapytała swojego nienarodzonego maleństwa.

Uśmiechnąłem się. Ciocia Lou cały czas z nim rozmawiała. Już się do tego przyzwyczaiłem. Istotnie, wyglądała bardzo dobrze – jej oczy lśniły, a policzki były zarumienione.

– Mogę ci jakoś pomóc? – zapytałem.

– Wszystko już gotowe. Nat jest w kościele. Zanieśliśmy poczęstunek wcześniej.

– Przepraszam, że przyjechałem tak późno... – zacząłem, ale ciocia Lou mi przerwała.

– Nie jesteś spóźniony. To inni przybyli trochę za wcześnie. Chyba nie mogą się doczekać, aż spotkanie się zacznie. Jejciu, ależ ta grupka się rozrosła, co? Sama już teraz nie wiem, ile jedzenia przygotowywać.

Widziałem po jej uśmiechu, że jest zadowolona z faktu posiadania takiego problemu.

Razem przemierzyliśmy krótką odległość dzielącą plebanię od kościoła. Na placu gromadziło się coraz więcej młodych ludzi, przekrzykujących się w radosnych powitaniach.

Siedziałem na frontowych schodach, rozmawiając z kolegami, kiedy nagle zza zakrętu wyłonił się duży wóz. Na początku pomyślałem, że to pewnie ktoś nowy, ale potem rozpoznałem sylwetkę Williego. Willie nigdy nie powoził – zawsze jeździł konno, tak samo jak ja. Tym razem jednak to naprawdę był on. I to nie sam.

Przez moment wszyscy gapiliśmy się w milczeniu, obserwując jak Willie zsiada z wozu, przywiązuje konia, a następnie wyciąga dłoń, by pomóc zejść na ziemię towarzyszącej mu dziewczynie. Ubrana była w długą, różową sukienkę, włosy upięła na czubku głowy, zostawiając gdzieniegdzie kilka kręconych kosmyków. Skądś ją znałem, ale nie mogłem sobie przypomnieć, skąd. Willie zaparkował wóz dość daleko od nas. Staliśmy w miejscu, wypatrując oczy, żeby dojrzeć, z kim przyjechał.

– O rety! – pisnął Tom Newton. –To Mary Turley! I jaka wystrojona!

Niemożliwe, pomyślałem. Na pewno nie mówił poważnie. Wystarczyło jednak kilka sekund, a zrozumiałem, że Willie rzeczywiście szedł do kościoła u boku Mary Turley.

W pierwszym odruchu miałem ochotę klepnąć go w ramię i trochę z niego zakpić, ale tego nie zrobiłem. Po prostu stałem i patrzyłem na to, co się działo.

Mary wyglądała zupełnie inaczej. Willie zresztą też – był taki wymuskany i wyszykowany, że ledwo go poznałem. Wydawał się taki szarmancki i dorosły. Wszyscy zamilkliśmy na ich widok. Byłem pewien, że tak samo jak ja, pozostali chłopcy zastanawiają się, dlaczego oni sami nie wpadli na pomysł zaproszenia Mary.

Mary przecisnęła się obok nas z nieśmiałym uśmiechem, a Willie leciutko mrugnął w moją stronę. Nikt inny tego nie widział, ale ja zauważyłem jego mrugnięcie, tak jak wcześniej dostrzegłem znajomy błysk w jego oku.

Avery posłał mi takiego kuksańca w żebra, że z bólu aż wciągnąłem powietrze. Chwilę później ocknęliśmy się, wykonaliśmy w tył zwrot i podążyliśmy za Williem i Mary w głąb kościoła.

Zajęliśmy miejsca. Dziewczęta jak zwykle usadowiły się po stronie południowej, a chłopcy – po północnej. Wszyscy, z wyjątkiem Williego. On bowiem odprowadził Mary na miejsce obok Marthy Ingrim, a potem, zamiast wrócić do nas, zasiadł przy jej boku.

Wujek Nat rozpoczął spotkanie, witając zgromadzonych i prosząc o przedstawienie nowo przybyłych. Wśród nich była kolejna nowa dziewczyna, ale ponieważ przyszła z Thelmą i Virginą Brown, nikt nie zwracał na nią uwagi.

Potem Willie przedstawił Mary. Mówił spokojnie, bez zażenowania. Nie mogłem nie podziwiać tego, jak sobie świetnie poradził.

– To Mary Turley – powiedział. – Mary mieszka w naszych stronach. Ja, Josh i wielu naszych kolegów chodzimy z nią do jednej szkoły.

Podczas różnych gier kilka razy zmienialiśmy miejsca, na których siedzieliśmy, tak że Mary i Willie musieli się rozdzielić. Mary wydawała się jednak zadowolona. Cieszyłem się, że czuje się wśród nas jak w domu.

Zawsze uważałem ją za dziewczynę zupełnie zwyczajną i może rzeczywiście taka była, ale dziś wyglądała wyjątkowo. Uśmiechała się w sposób, który przyciągał innych, a jej wzrok był intensywny i głęboki. Zachowywała się tak, że nie mogłem oderwać od niej oczu. W porównaniu z większością znanych mi dziewcząt wydawała się taka dorosła i pewna siebie.

I wtedy przypomniałem sobie, dlaczego przez wszystkie te lata rzadko ją widywałem. Jej mama chorowała, w związku z czym Mary musiała zajmować się gospodarstwem i gotować dla całej rodziny. Nie mogła chodzić do szkoły. Nigdy wcześniej o tym nie myślałem. Teraz jednak, patrząc na Mary, zdałem sobie sprawę, że musiała być dojrzalsza niż ci z nas, którzy nie mieli tak odpowiedzialnych obowiązków. Choć dobrze bawiła się na spotkaniu, zupełnie nie okazując smutku czy posępności, roztaczała wokół siebie aurę osoby, którą życie zdążyło już wiele nauczyć.

Po skończonych grach wujek Nat wyjął gitarę, a my zebraliśmy się w kręgu, z entuzjazmem wyśpiewując każdą pieśń, jaką umieliśmy. Mary nie znała zbyt wielu słów, ale słuchała z uwagą, czasami tupiąc nogą w rytm muzyki. I choć nie siedziałem wystarczająco blisko, by ją słyszeć, to byłem pewien, że nuciła pod nosem razem z nami.

Gdy ciocia Lou zaczęła podawać poczęstunek, Mary zgłosiła się, by jej pomóc. Ja nalewałem poncz, więc udało nam się zamienić kilka słów. Zapytałem o jej mamę, żałując, że nigdy wcześniej nie interesowałem się jej stanem zdrowia. Mary z uśmiechem odpowiedziała, że mama czuje się już dużo lepiej – wróciła nawet do gotowania.

Pomyślałem o pani Turley i jej wielkiej kuchni. Doskonale pamiętałem dzień, kiedy razem z Williem i Averym złożyliśmy jej wizytę podczas powrotu z naszej wycieczki do źródła rzeki. Byliśmy wygłodniali, a obficie zaopatrzona spiżarnia pani Turley praktycznie uratowała nam życie. Pamiętałem też Mary, która wtedy była wysoka, chuda i piegowata. Nie przyszłoby mi do głowy, że wyrośnie z niej taka dama.

– Wspaniale słyszeć, że twoja mama ma się lepiej – zapewniłem ją.

– Tak, ja też bardzo się z tego cieszę – powiedziała Mary. – Okropnie było patrzeć na jej cierpienie.

Ani słowem nie wspomniała o tym, jak ciężko musiało być jej samej, gdy wzięła na siebie rolę gospodyni i opiekunki do dzieci. Wydawało się, że odczuwa jedynie radość z powodu lepszego stanu mamy.

– Może przyjdziesz też na następne spotkanie – odważyłem się zaproponować.

– Bardzo chętnie – odparła, a błysk w jej oczach podpowiedział mi, że naprawdę tak myślała. Chciałem, żeby Mary była częścią naszej grupy młodzieżowej. Chciałem, żeby czuła się u nas dobrze. Problem polegał jednak na tym, że nie była wierząca. Dlatego nie byłem pewien, czy Willie dobrze zrobił, przyprowadzając ją dziś do kościoła. Zalecał się do dziewczyny, która nie była chrześcijanką, podczas gdy ja z tego właśnie powodu musiałem porzucić myśl o poważniejszej znajomości z Kamelią. Nie wydawało mi się to zbyt sprawiedliwe. I choć nie miałem wątpliwości co do wiary Williego, to zastanawiałem się, czy spotkania z niewierzącą dziewczyną nie były zbyt ryzykowne. Moje myśli automatycznie powędrowały do Kamelii. Do jej błyszczących oczu i długich, lśniących włosów. Była najładniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widziałem. Gdyby tylko

Rozmyślania przerwało mi wołanie cioci Lou, która wzywała mnie z powrotem do nalewania ponczu.