Rozważna i romantycznaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  ROZ­DZIAŁ I

2  ROZ­DZIAŁ II

3  ROZ­DZIAŁ III

4  ROZ­DZIAŁ IV

5  ROZ­DZIAŁ V

6  ROZ­DZIAŁ VI

7  ROZ­DZIAŁ VII

8  ROZ­DZIAŁ VIII

9  ROZ­DZIAŁ IX

10  ROZ­DZIAŁ X

11  ROZ­DZIAŁ XI

12  ROZ­DZIAŁ XII

13  ROZ­DZIAŁ XIII

14  ROZ­DZIAŁ XIV

15  ROZ­DZIAŁ XV

16  ROZ­DZIAŁ XVI

17  ROZ­DZIAŁ XVII

18  ROZ­DZIAŁ XVIII

19  ROZ­DZIAŁ XIX

20  ROZ­DZIAŁ XX

21  ROZ­DZIAŁ XXI

22  ROZ­DZIAŁ XXII

23  ROZ­DZIAŁ XXIII

24  ROZ­DZIAŁ XXIV

25  ROZ­DZIAŁ XXV

26  ROZ­DZIAŁ XXVI

27  ROZ­DZIAŁ XXVII

28  ROZ­DZIAŁ XXVIII

29  ROZ­DZIAŁ XXIX

30  ROZ­DZIAŁ XXX

31  ROZ­DZIAŁ XXXI

32  ROZ­DZIAŁ XXXII

33  ROZ­DZIAŁ XXXIII

34  ROZ­DZIAŁ XXXIV

35  ROZ­DZIAŁ XXXV

36  ROZ­DZIAŁ XXXVI

37  ROZ­DZIAŁ XXXVII

38  ROZ­DZIAŁ XXXVIII

39  ROZ­DZIAŁ XXXIX

40  ROZ­DZIAŁ XL

41  ROZ­DZIAŁ XLI

42  ROZ­DZIAŁ XLII

43  ROZ­DZIAŁ XLIII

44  ROZ­DZIAŁ XLIV

45  ROZ­DZIAŁ XLV

46  ROZ­DZIAŁ XLVI

47  ROZ­DZIAŁ XLVII

48  ROZ­DZIAŁ XLVIII

49  ROZ­DZIAŁ XLIX

50  ROZ­DZIAŁ L

51  PRZY­PISY

Tytuł ory­gi­nału: SENSE AND SEN­SI­BI­LITY

Wydawca: Mag­da­lena Hil­de­brand Redak­tor pro­wa­dzący: Elż­bieta Kobu­siń­ska Redak­cja: Marianna Falk Korekta: Jolanta Spodar, Maria Wło­dar­czyk

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Anna Przed­peł­ska-Trze­cia­kow­ska

ISBN 978-83-813-9931-9

War­szawa 2020

Wydaw­nic­two Świat Książki

02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ul. Poznań­ska 91

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZ­DZIAŁ I

Dash­wo­odo­wie byli rodziną od dawna osia­dłą w hrab­stwie Sus­sex. Mieli tam duży mają­tek ziem­ski i dwór Nor­land Park, ich gniazdo rodzinne, gdzie od wielu poko­leń żyli godzi­wie, zysku­jąc sobie w oko­licz­nym sąsiedz­twie powszechny sza­cu­nek. Zmarły wła­ści­ciel majątku, stary kawa­ler, który dożył póź­nego wieku, przez wiele lat miał w swo­jej sio­strze nie­od­stępną towa­rzyszkę, jak rów­nież gospo­dy­nię. Śmierć jej, na dzie­sięć lat przed jego śmier­cią, wpro­wa­dziła duże zmiany we dwo­rze. Chcąc bowiem mieć przy sobie kogoś w miej­sce sio­stry, pan Dash­wood zapro­sił na stałe do Nor­land Park swego bra­tanka z rodziną, pra­wo­wi­tego dzie­dzica majęt­no­ści, któ­remu zresztą sam chciał majęt­ność zapi­sać. Dni sta­rego pana pły­nęły spo­koj­nie i dostat­nio w towa­rzy­stwie bra­tanka, jego żony i dzieci, do któ­rych się coraz moc­niej przy­wią­zy­wał. Nie­ustanna dba­łość pana Henry’ego Dash­wooda i jego żony o to, by stryj miał wszystko, czego tylko zapra­gnie, dba­łość pły­nąca nie tylko z poczu­cia inte­resu, ale i z dobroci serca, pozwo­liła star­cowi zaznać wsze­la­kich wygód potrzeb­nych w jego wieku, weso­łość zaś dzieci opro­mie­niała rado­ścią jego dni powsze­dnie.

Pan Henry Dash­wood miał z pierw­szego mał­żeń­stwa syna jedy­naka, z dru­giego mał­żeń­stwa – trzy córki. Syn, poważny, sza­cowny młody czło­wiek, żył w dostatku, gdyż z chwilą doj­ścia do peł­no­let­no­ści otrzy­mał był po matce połowę jej pokaź­nej for­tuny. Mał­żeń­stwo, które zawarł w nie­długi czas póź­niej, poważ­nie zwięk­szyło jego mają­tek. Dzie­dzi­cze­nie majęt­no­ści Nor­land nie było więc dla niego sprawą tak istotną, jak dla jego sióstr, któ­rych for­tuna, gdyby nie liczyć na spa­dek po sta­rym panu Dash­woodzie, byłaby bar­dzo skrom­niutka. Matka ich nie posia­dała nic, a ojciec miał tylko sie­dem tysięcy fun­tów w swej dys­po­zy­cji, gdyż pozo­stała część majątku jego pierw­szej żony rów­nież została zapi­sana synowi, a ojciec otrzy­my­wał z niej tylko doży­wotni pro­cent.

Stary pan Dash­wood umarł: odczy­tano jego testa­ment, który, jak nie­mal każdy testa­ment, przy­niósł tyle samo roz­cza­ro­wa­nia, co rado­ści. Zmarły nie oka­zał się na tyle nie­spra­wie­dliwy czy nie­wdzięczny, by zosta­wić mają­tek komu innemu niż bra­tan­kowi, ale zosta­wił go na warun­kach, które odej­mo­wały spad­kowi połowę war­to­ści. Pan Henry Dash­wood pra­gnął tego dzie­dzic­twa bar­dziej przez wzgląd na żonę i córki niż na sie­bie i swego syna. Zostało jed­nak ono zagwa­ran­to­wane temu wła­śnie synowi oraz synowi tego syna, czte­ro­let­niemu zale­d­wie dziecku, i to w spo­sób, który nie pozo­sta­wiał obec­nemu gospo­da­rzowi żad­nej moż­li­wo­ści zabez­pie­cze­nia losu swoim naj­bliż­szym, bar­dziej tego potrze­bu­ją­cym – czy to przez zacią­gnię­cie długu na majęt­ność, czy też sprze­da­nie cen­nych lasów. Całość została zamro­żona dla przy­szłej korzy­ści owego dziecka, które pod­czas skła­da­nych od czasu do czasu z rodzi­cami w Nor­land wizyt zdo­było sobie silne uczu­cie stry­jecz­nego pra­dziada wdzię­kami nie­rzad­kimi u dwu- czy trzy­let­nich dzieci: dzie­cinną wymową, upar­tym dąże­niem do sta­wia­nia na swoim, róż­nymi spryt­nymi figlami i ogromną hała­śli­wo­ścią, co, widać, zdolne było prze­wa­żyć oka­zy­waną przez tyle lat tro­skli­wość żony bra­tanka i jej córek. Stary pan Dash­wood nie chciał się jed­nak oka­zać nie­wdzięczny i w dowód swego przy­wią­za­nia do dziew­cząt zosta­wił po tysiąc fun­tów każ­dej.

Pan Henry Dash­wood był z początku gorzko roz­cza­ro­wany, ale że uspo­so­bie­nie miał z natury pogodne i opty­mi­styczne, mógł nie bez pod­staw przy­pusz­czać, iż pożyje jesz­cze wiele lat, a oszczę­dza­jąc na wydat­kach, odłoży sporą sumę z docho­dów majątku już i tak dużych, a zdol­nych wkrótce wzro­snąć. Ale for­tuna, która tak późno przy­szła, pozo­stała w jego rękach zale­d­wie rok. Tyle tylko prze­żył swego stryja; dla wdowy zaś i córek pozo­stało wszyst­kiego dzie­sięć tysięcy fun­tów, wli­czyw­szy już ostatni zapis stry­jow­ski.

 

Gdy zorien­to­wano się, jak groźny jest stan cho­rego, natych­miast posłano po syna. Jego to pie­czy powie­rzył umie­ra­jący z całą mocą i żar­li­wo­ścią, jakie potrafi wzbu­dzić cho­roba, dobro maco­chy i sióstr.

Pan John Dash­wood nie był czło­wie­kiem rów­nie uczu­cio­wym, jak reszta jego rodziny, prze­jął się jed­nak ojcow­skim pole­ce­niem danym w tak waż­nym momen­cie i obie­cał, że uczyni wszystko, co w jego mocy, by paniom niczego nie zabra­kło. Sły­sząc to zapew­nie­nie, ojciec odczuł widoczną ulgę, a pan John Dash­wood mógł się teraz do woli zasta­na­wiać, ile może dać maco­sze i sio­strom, zacho­wu­jąc roz­są­dek i roz­wagę.

Nie był to czło­wiek z natury zły, chyba żeby tą nazwą okre­ślić pewną oschłość serca i samo­lub­stwo; ogól­nie bio­rąc, sza­no­wano go, wywią­zy­wał się bowiem jak należy ze swych powsze­dnich obo­wiąz­ków. Gdyby się oże­nił z mil­szą osobą, stałby się może czło­wiekiem jesz­cze bar­dziej sza­no­wa­nym, ba, może nawet sam mógłby się stać miły, był bowiem bar­dzo młody i bar­dzo zako­chany, kiedy się żenił. Lecz żona jego, pani Fanny Dash­wood, jako osoba o wiele bar­dziej ogra­ni­czona i samo­lubna sta­no­wiła jego żywą kary­ka­turę.

Kiedy skła­dał ojcu obiet­nicę, roz­wa­żał ewen­tu­al­ność powięk­sze­nia majątku każ­dej z sióstr o tysiąc fun­tów. W owej chwili uwa­żał się za zdol­nego do takiego gestu. Wizja czte­rech tysięcy rocz­nie jako dodatku do dotych­cza­so­wych docho­dów, nie mówiąc już o dru­giej poło­wie majątku matki, roz­cie­pliła mu serce i uczy­niła zdol­nym do hoj­no­ści. Tak, da im trzy tysiące fun­tów; będzie to ładny i szczo­dry gest. Wystar­czy im na cał­kiem dostat­nie życie. Trzy tysiące fun­tów! Może im dać tę pokaźną sumkę bez szcze­gól­nych trud­no­ści. Roz­my­ślał o tym przez cały dzień, potem przez wiele następ­nych i nie żało­wał.

Wkrótce po pogrze­bie żona pana Johna Dash­wo­oda zje­chała do dworu z dziec­kiem i służbą, nie uprze­dza­jąc teścio­wej o swoim przy­jeź­dzie. Nikt nie mógł kwe­stio­no­wać jej praw do tego przy­jazdu – z chwilą śmierci teścia dom stał się wła­sno­ścią jej męża – tym bar­dziej jed­nak nie­de­li­kat­nie postą­piła. Gdyby nawet wdowa była osobą prze­cięt­nie wraż­liwą, musia­łaby się poczuć bar­dzo dotknięta, lecz star­sza pani Dash­wood była tak czuła na punk­cie honoru i tak roman­tycz­nie wraż­liwa, że tego rodzaju prze­wi­nie­nie, bez względu na to, kto je popeł­nił i w sto­sunku do kogo, musiało w niej obu­dzić naj­wyż­szą odrazę. Żona pana Johna Dash­wo­oda ni­gdy nie cie­szyła się sym­pa­tią rodziny zmar­łego, dotych­czas jed­nak nie miała spo­sob­no­ści dowieść, jak lek­ce­wa­żąco umie potrak­to­wać cudze uczu­cia, jeśli się nadaży oka­zja.

Pani Dash­wood tak bole­śnie odczuła nie­de­li­kat­ność tego postępku i tak głę­boką powzięła urazę do syno­wej, że w pierw­szej chwili chciała opu­ścić dom na zawsze i uczy­ni­łaby to, gdyby bła­ga­nia naj­star­szej córki nie kazały jej się jed­nak zasta­no­wić chwilę i gdyby naj­czul­sza miłość dla wszyst­kich trzech córek nie skło­niła jej po namy­śle do pozo­sta­nia, by nie zry­wać ich sto­sun­ków z bra­tem.

Ele­onora, naj­star­sza, któ­rej wsta­wien­nic­two wywarło taki sku­tek, obda­rzona była zdol­no­ścią spo­koj­nego rozu­mo­wa­nia i chłod­nego osądu, które to cechy, choć miała zale­d­wie dzie­więt­na­ście lat, pozwa­lały jej być dorad­czy­nią matki i powścią­gać – ku pożyt­kowi wszyst­kich czte­rech pań – mat­czyną popę­dli­wość wio­dącą na ogół do nie­roz­waż­nych postęp­ków. Była to panna obda­rzona naj­zac­niej­szym ser­cem – uspo­so­bie­nie miała czułe, a uczu­cia silne, umiała jed­nak nad nimi pano­wać. Tej umie­jęt­no­ści nie nabyła jesz­cze jej matka, jedna z sióstr zaś posta­no­wiła nie naby­wać ni­gdy.

Zalety Marianny dorów­ny­wały pod wie­loma wzglę­dami zale­tom star­szej sio­stry. Była wraż­liwa i inte­li­gentna, lecz we wszyst­kim nad­mier­nie popę­dliwa – jej smutki i rado­ści nie znały umiar­ko­wa­nia. Była osobą wiel­ko­duszną, miłą, inte­re­su­jącą, bra­ko­wało jej jedy­nie roz­trop­no­ści. Ude­rza­jąco przy­po­mi­nała swą matkę.

Ele­onora patrzyła z tro­ską na tę nad­mierną uczu­cio­wość sio­stry, matka jed­nak bar­dzo ją lubiła i ceniła. Teraz wza­jem­nie pod­sy­cały w sobie gwał­towną roz­pacz. Strasz­liwy ból, jaki je w pierw­szej chwili przej­mo­wał, był teraz wła­sno­wol­nie roz­bu­dzany, pod­trzy­my­wany, wyglą­dany. Pogrą­żyły się ze wszyst­kim w swym cier­pie­niu, szu­ka­jąc oka­zji do roz­dra­py­wa­nia ran w każ­dej uwa­dze, jaka by temu celowi mogła posłu­żyć, zde­cy­do­wane ni­gdy już w niczym nie zna­leźć pocie­chy. Ele­onora była rów­nie zbo­lała, zdolna jed­nak do wysiłku, do sta­rań. Potra­fiła nara­dzać się z bra­tem, przy­jąć bra­tową, która wła­śnie zje­chała, i oka­zać jej należne względy, potra­fiła rów­nież nakła­niać matkę, by spró­bo­wała się otrzą­snąć, uczy­niła podobny wysi­łek i zdo­była się na podobną wyro­zu­mia­łość.

Trze­cia sio­stra, Mał­go­rzata, była pogodną, uczynną dziew­czynką, ale przy­swo­iła już sobie od Marianny jej skłon­ność do roman­tycz­no­ści, bra­ko­wało jej nato­miast roz­sądku sio­stry. Nie zapo­wia­dała w czter­na­stym roku życia, iż dorówna swym sio­strom w póź­niej­szych latach.

ROZ­DZIAŁ II

Pani Fanny Dash­wood roz­go­ściła się teraz w Nor­land jako pani tego domu, a jej teściowa i sio­stry męża zostały zde­gra­do­wane do roli gości. Jako takie były jed­nak przez nią trak­to­wane ze spo­kojną uprzej­mo­ścią, przez męża jej zaś z taką dobro­cią, na jaką go było stać w sto­sunku do kogo­kol­wiek, kto nie był nim samym, jego żoną czy synem. Nale­gał nawet, by uwa­żały Nor­land za swój dom, a zapro­sze­nie zostało przy­jęte, gdyż pani Dash­wood nie pozo­sta­wało nic innego, jak pozo­stać we dwo­rze, póki nie znaj­dzie w oko­licy odpo­wied­niego domu dla sie­bie.

Rada by naj­chęt­niej pozo­stać w tych stro­nach, gdzie wszystko przy­po­mi­nało jej o minio­nym szczę­ściu. W pogod­nych cza­sach nikt nie mógł być bar­dziej pogodny niż ona czy też ufniej i z więk­szą pew­no­ścią wyglą­dać nad­cho­dzą­cego szczę­ścia, co już jest szczę­ściem samym w sobie. W bólu jed­nak dawała się tak samo pono­sić wyobraźni i nic nie mogło umniej­szyć jej smutku, tak jak poprzed­nio nic nie mogło umniej­szyć jej rado­ści.

Pani Fanny Dash­wood nie pochwa­lała tego, co jej mąż zamie­rzał uczy­nić dla swo­ich sióstr. Prze­cież odjąć trzy tysiące fun­tów od majątku ich naj­droż­szego synka to tyle, co zubo­żyć go naj­okrut­niej. Pro­siła, by mąż ponow­nie prze­my­ślał sprawę. Jakże będzie się czuł w swoim sumie­niu, jeśli obe­drze dziecko, swoje jedyne dziecko, z takich pie­nię­dzy? I jakież prawo do podob­nej hoj­no­ści mogą sobie rościć panny Dash­wood, zwią­zane z nim pokre­wień­stwem przez zale­d­wie jedno z rodzi­ców, co jej zda­niem nie jest w ogóle żad­nym pokre­wień­stwem? Powszech­nie prze­cież wia­domo, że trudno szu­kać uczu­cia pomię­dzy dziećmi tego samego męż­czy­zny z dwóch mał­żeństw. Czemu by więc miał ruj­no­wać sie­bie i malut­kiego synka, bie­daczka, odda­jąc wszyst­kie pie­nią­dze swoim przy­rod­nim sio­strom?

– Ostat­nią wolą mego ojca – odparł jej mąż – było, aże­bym pomógł wdo­wie i cór­kom.

– Na pewno nie wie­dział, co mówi. Jestem prze­ko­nana, że już wtedy maja­czył. Gdyby był przy zdro­wych zmy­słach, ni­gdy by mu do głowy nie przy­szło, żeby cię pro­sić o odda­nie połowy majątku two­jego dziecka.

– Nie żądał żad­nej okre­ślo­nej sumy, moja droga, pro­sił mnie tylko ogól­nie, żebym je wspie­rał i pomógł żyć bez trosk, czego sam nie był w sta­nie im zapew­nić. Może byłoby dobrze, gdyby mi w tym zaufał bez przy­po­mi­na­nia. Nie mógł prze­cież wąt­pić, że nie opusz­czę ich w potrze­bie. Ale że pro­sił o przy­rze­cze­nie, musia­łem mu je dać, tak przy­naj­mniej mi się wów­czas wyda­wało. Obiet­nica została zło­żona i musi być dotrzy­mana. Trzeba coś dla nich zro­bić, kiedy wyjadą z Nor­land i urzą­dzą się w nowym domu.

– No więc dobrze, niech będzie, coś trzeba zro­bić, ale czemu to ma być trzy tysiące fun­tów? Zważ – dodała – że jak się raz roz­sta­niesz z pie­niędzmi, ni­gdy już ich wię­cej nie zoba­czysz. Sio­stry twoje wyjdą za mąż i pie­nią­dze prze­padną. Gdyby mogły kie­dy­kol­wiek wró­cić do naszego synka, bie­daczka…

– No cóż – powie­dział z powagą jej mąż – w isto­cie, wów­czas sprawa wyglą­da­łaby zupeł­nie ina­czej. Może przyjść czas, kiedy Harry będzie żało­wał, iż roz­sta­li­śmy się z taką znaczną sumą. Gdyby, na przy­kład, miał dużo dzieci, suma taka bar­dzo by mu się przy­dała.

– Co do tego nie ma wąt­pli­wo­ści.

– Może więc, wziąw­szy wszystko pod roz­wagę, lepiej będzie zmniej­szyć tę sumę do połowy. Pięć­set fun­tów to i tak ogromna róż­nica w ich majątku.

– Nie do wyobra­że­nia! Jaki brat na świe­cie zro­biłby choć połowę tego dla swo­ich sióstr, nawet rodzo­nych sióstr. A to prze­cież tylko przy­rod­nie. Taki jesteś hojny!

– Nie chciał­bym postą­pić mało­dusz­nie. W podob­nym wypadku czło­wiek powi­nien dać raczej wię­cej niż mniej. Tak przy­naj­mniej nikt nie będzie mógł powie­dzieć, że nie zro­bi­łem, co do mnie nale­żało. Tak, nawet one same nie mogą się wię­cej spo­dzie­wać.

– Trudno powie­dzieć, czego one się mogą spo­dzie­wać – rze­kła dama – ale nie nad tym musimy się zasta­na­wiać. Pyta­nie: na ile cię stać?

– Oczy­wi­sta, i sądzę, że stać mnie na to, by każ­dej z nich dać pięć­set fun­tów. Obec­nie, bez żad­nych dodat­ków z mojej strony, każda z nich będzie miała po śmierci matki ponad trzy tysiące fun­tów, a to wcale ładna sumka dla mło­dej kobiety.

– Nie­wąt­pli­wie ładna. I doprawdy myślę teraz, że nie trzeba im nic wię­cej. Prze­cież będą miały do podziału dzie­sięć tysięcy fun­tów. Jeśli wyjdą za mąż, to na pewno będzie im się dobrze powo­dziło, a jak nie wyjdą, to mogą zupeł­nie przy­zwo­icie żyć we trzy z pro­cen­tów od dzie­się­ciu tysięcy.

– Szczera prawda, wobec tego nie wiem, czy, wszystko razem wziąw­szy, nie postą­pię roz­sąd­niej, poma­ga­jąc ich matce, póki żyje. Może jakieś doży­wo­cie. Moje sio­stry odniosą z tego tyle samo korzy­ści, co ona. Sto fun­tów rocz­nie pozwoli im wszyst­kim żyć cał­kiem dostat­nio.

Żona jego zawa­hała się jed­nak przed wyra­że­niem zgody na ten plan.

– Nie­wąt­pli­wie – powie­działa – lep­sze to, niż roz­sta­wać się z tysią­cem fun­tów naraz. Ale pomyśl, jeśli pani Dash­wood pożyje pięt­na­ście lat, to zosta­niemy oszu­kani.

– Pięt­na­ście lat! Droga moja! Prze­cież ona nie pożyje i sied­miu!

– Zapewne, ale zważ, że ludzie, któ­rzy mają doży­wo­cie, zawsze żyją w nie­skoń­czo­ność, a ona jest krzepka, zdrowa i ma led­wie czter­dzie­ści lat. Doży­wo­cie to sprawa bar­dzo poważna – trzeba je wypła­cać rok w rok i nie spo­sób z tym skoń­czyć. Sam nie wiesz, na co się nara­żasz. Widzia­łam na wła­sne oczy, ile z tym kło­po­tów, bo moja matka miała ręce zwią­zane trzema doży­wot­nimi zapi­sami dla sta­rych, zgrzy­bia­łych sług – ojciec tak posta­no­wił w testa­men­cie i aż dziw, ile z tym miała amba­rasu i przy­kro­ści. Trzeba było wypła­cać pie­nią­dze dwa razy w roku i jesz­cze je zawo­zić. Kie­dyś powie­dziano nam, że jedna ze sług umarła, a potem oka­zało się, że nic podob­nego. Matka miała tego ser­decz­nie dość. Powia­dała, że nie czuje się panią wła­snych przy­cho­dów z takimi obcią­że­niami, a tym gorzej to świad­czy o ojcu, bo gdyby nie te zapisy, mia­łaby pie­nią­dze w swo­jej dys­po­zy­cji, bez żad­nych ogra­ni­czeń. Tak mi to obrzy­dziło wszel­kie doży­wo­cia, że za żadne skarby świata nie zobo­wią­za­ła­bym się do cze­goś podob­nego.

– Przy­kra to rzecz, w isto­cie – przy­znał jej mał­żo­nek – mieć taki coroczny wyłom w docho­dach. Jak to twoja matka słusz­nie okre­śliła, czło­wiek prze­staje być panem wła­snego majątku. Zwią­zać się koniecz­no­ścią regu­lar­nego uisz­cza­nia takiej sumy z tenuty dzier­żaw­nej to doprawdy bar­dzo przy­kre, odbiera czło­wiekowi poczu­cie nie­za­leż­no­ści.

– Bez wąt­pie­nia, a na doda­tek ona ci za to nie podzię­kuje. Będzie uwa­żała, że ma byt zabez­pie­czony, a ty robisz to, co zupeł­nie oczy­wi­ste, więc nie ma za co być wdzięczna. Na twoim miej­scu kie­ro­wa­ła­bym się wła­snym rozu­mem i nie wią­za­ła­bym się żad­nymi sta­łymi zobo­wią­za­niami. Może przyjść rok, kiedy będzie ci bar­dzo trudno zaosz­czę­dzić sto czy nawet pięć­dzie­siąt fun­tów ze swo­ich docho­dów.

 

– Wydaje mi się, że masz rację, moja duszko. Lepiej nie usta­lać w tym wypadku żad­nego doży­wo­cia, żad­nych corocz­nych zobo­wią­zań. Każda sumka, ofia­ro­wana od czasu do czasu, będzie im więk­szą pomocą niż coroczna pen­sja, gdyby bowiem miały zapew­niony wyż­szy dochód, zaczę­łyby tylko żyć na wyż­szej sto­pie i z koń­cem roku nie byłyby bogat­sze nawet o sześć pen­sów. Doprawdy, tak będzie naj­le­piej. Pre­zent w postaci pięć­dzie­się­ciu fun­tów ofia­ro­wa­nych od czasu do czasu nie pozwoli im ni­gdy kło­po­tać się o gotówkę i, jak sądzę, będzie rze­tel­nym speł­nie­niem danego ojcu zobo­wią­za­nia.

– Oczy­wi­sta! Cho­ciaż pewna jestem, że twój ojciec w ogóle nie miał na myśli żad­nej daro­wi­zny pie­nięż­nej. Powie­dzia­ła­bym raczej, że mówiąc o pomocy, miał na myśli to, co było samo przez się zro­zu­miałe, na przy­kład, żebyś im zna­lazł jakiś mały wygodny domek, dopo­mógł w prze­pro­wadzce i posy­łał pre­zenty – ryby czy dzi­czy­znę, czy co się aku­rat nada­rzy. Dała­bym głowę, że nic innego nie miał na myśli… Byłoby dziwne i nie­roz­sądne, gdyby miał. Zważ tylko, drogi mój mężu, jak nie­zwy­kle wygodne życie może wieść twoja maco­cha i sio­stry z pro­cen­tów od sied­miu tysięcy fun­tów, nie mówiąc już o tym tysiącu, który ma każda z dziew­cząt, a który przy­nie­sie każ­dej pięć­dzie­siąt fun­tów rocz­nie, co nie­wąt­pli­wie dadzą matce na życie. Sumu­jąc to wszystko, będą miały na sie­bie pięć­set fun­tów rocz­nie, a cze­góż wię­cej mogłyby chcieć cztery kobiety? Prze­cież tak się taniutko urzą­dzą. Życie nie będzie ich pra­wie nic kosz­to­wać. Nie będą trzy­mały powozu, koni czy licz­nej służby, nie będą utrzy­my­wały sto­sun­ków towa­rzy­skich i nie mogą mieć żad­nych wydat­ków. Pomyśl tylko, jak im będzie dobrze. Pięć­set fun­tów rocz­nie! Powia­dam ci, trudno sobie wyobra­zić, jak one zdo­łają wydać choćby połowę tej sumy, a już myśleć, żebyś im dawał wię­cej, to czy­sta bzdura! Prę­dzej one mogą ci coś dać!

– Doprawdy – przy­tak­nął pan Dash­wood – masz naj­zu­peł­niej­szą rację. Z pew­no­ścią ojciec nie co innego miał na myśli, kiedy zwra­cał się do mnie z tą prośbą. Jasno to teraz poj­muję i naj­skru­pu­lat­niej wypeł­nię obiet­nicę, świad­cząc im pomoc i oka­zu­jąc dobroć tak wła­śnie, jak powie­dzia­łaś. Kiedy maco­cha moja się prze­pro­wa­dzi, będę jej naj­chęt­niej słu­żył pomocą przy prze­no­si­nach. Nada­rzy się wów­czas oka­zja na jakiś mebe­lek w pre­zen­cie.

– Nie­wąt­pli­wie – przy­tak­nęła pani Dash­wood. – Jedną sprawę należy wziąć pod uwagę. Kiedy twój ojciec z żoną prze­pro­wa­dzali się do Nor­land, to cho­ciaż sprze­dali ume­blo­wa­nie Stan­hill, zatrzy­mali całą por­ce­lanę, sre­bro sto­łowe, bie­li­znę poście­lową i sto­łową. To wszystko pozo­staje teraz dla two­jej maco­chy. Dla­tego więc z chwilą prze­pro­wadzki będzie miała nowy dom nie­mal cał­ko­wi­cie urzą­dzony.

– To jest ważki argu­ment, nie­wąt­pli­wie. Bar­dzo cenny spa­dek, rzecz jasna. Trzeba przy­znać, że nie­które z tych sre­ber byłyby zna­ko­mi­tym uzu­peł­nie­niem naszej wła­snej zastawy.

– Tak, a kom­plet śnia­da­niowy jest o wiele ład­niej­szy niż zastawa z Nor­land. O wiele za ładny, w moim prze­ko­na­niu, na taki dom, na jaki one będą mogły sobie pozwo­lić. No, ale trudno. Tak już jest. Twój ojciec myślał tylko o nich. I jedno muszę powie­dzieć: nie masz mu znowu tak bar­dzo za co być wdzięczny i tak się tro­skać o speł­nie­nie jego pra­gnień, bo wiemy dosko­nale, że gdyby tylko mógł, zapi­sałby wszystko im.

Był to argu­ment nie do odpar­cia, argu­ment o takiej mocy, że to, co dotych­czas było zamia­rem, stało się decy­zją i pan Dash­wood doszedł do osta­tecz­nego wnio­sku, że nie tylko nie jest konieczne, ale w naj­wyż­szym stop­niu nie­sto­sowne, by miał dla wdowy i sie­rot po swym ojcu robić cokol­wiek nad wska­zane mu przez żonę sąsiedz­kie przy­sługi.