Czego nie powiedział generał KiszczakTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jan Widacki

Czego nie powiedział generał Kiszczak

Polska Oficyna Wydawnicza BGW

Z Janem Widackim rozmawia Wojciech Wróblewski

Saga

Czego nie powiedział generał Kiszczak

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1991, 2021 Jan Widacki i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726890198

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

„Generał wali wprost na was. Ani zboczy, po prostu sam się naprasza. Ordery mu błyszczą, cholewy świecą. Wy czujecie, że teraz mu zapłacicie za wszystko, że taki piękny generał już wam się drugi raz nie trafi”.

S. Mrożek, „Policja”

SŁOWO WSTĘPNE

Czekałem na tę książkę z rosnącym niepokojem od chwili ukazania się w końcu października 1991 r., a więc na miesiąc przed wyborami, publikacji pt. „Generał Kiszczak mówi ...prawie wszystko”. Niepokoił mnie brak jakiejkolwiek weryfikacji wypowiedzi, jakie były szef bezpieki złożył dwóm młodym dziennikarzom. Książka „Czego nie powiedział generał Kiszczak” jest pierwszą, raczej pośpieszną i fragmatyczną, ale całkowicie wiarygodną próbą skonfrontowania wynurzeń Kiszczaka z niektórymi dokumentami, jakie ocalały w archiwach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Wyniki tej konfrontacji są druzgocące. Prowadzą do nieodpartego wniosku, że Kiszczak część prawdy ukrywa, a resztę przemilcza. Ukrywa i zaciera prawdę, że bezpieka była organizacją zbrodniczą.

Miliony ludzi poznało tę prawdę z własnych, tragicznych doświadczeń. Nikt nie zmierzy morza łez ludzkich, bezmiaru nieszczęść i krzywd zadanych przez aparat bezpieczeństwa własnemu społeczeństwu. Nikt nie policzy ludzi niewinnie zakatowanych i straconych, bezprawnie uwięzionych, torturowanych, prześladowanych i zniesławionych. A także tych, którym bezpieka odebrała szacunek wobec samych siebie zmuszając ich szantażem i terrorem do szpiegowania i donoszenia na współrodaków. Nikt nie policzy ludzi, którym partia i bezpieka zniszczyły życie zamykając im przez dyskryminację w nauce, pracy i w wykonywaniu zawodu drogę do zajęcia należnego miejsca w hierarchii społecznej. Świadectwem zbrodni bezpieki są polskie katynie. Te masowe groby rozsiane po Polsce kryją szczątki ludzi najbardziej ofiarnych, którzy gotowi byli oddać swe życie w walce z wrogiem, a stracili je z ręki polskich katów ze Służby Bezpieczeństwa. Umarli są niemi, ale z tych zbiorowych grobów wołają do żyjących wielkim głosem o prawdę i sprawiedliwość. Prawdę i sprawiedliwość.

Książka prof. Jana Widackiego i Wojciecha Wróblewskiego odsłania zaledwie rąbek prawdy. Nie przywołuje świadków, lecz posługuje się wyłącznie dokumentami. Nie opisuje dziejów zbrodni od samych początków. Jej tematem jest tylko ostatni rozdział tych dziejów, którego autorem był generał Czesław Kiszczak. Nie porusza wypadków morderstw dokonanych w stanie wojennym, które są obecnie przedmiotem dochodzeń prokuratorskich i postępowania sądowego. Ujawnione w książce dokumenty pokazują natomiast, w jaki sposób generał Kiszczak kierował akcją zacierania śladów popełnionych zbrodni już za czasów rządu Mazowieckiego i w ostatnich miesiącach swego urzędowania. Odbywało się to nie tylko przez niszczenie dokumentów, ale także przez takie zmiany struktury samego resortu, które ukrywały dawne kierunki jego działania.

Przestępcza akcja niszczenia akt została przerwana dopiero w chwili objęcia resortu MSW przez Krzysztofa Kozłowskiego i jego najbliższego współpracownika, prof. Jana Widackiego.

Wiemy wszyscy, że bezpieka nie stała na straży bezpieczeństwa państwa i jego obywateli, lecz była głównym narzędziem wojny, jaką komunistyczne państwo prowadziło z własnym, całkowicie bezbronnym społeczeństwem. Książka „Czego nie powiedział generał Kiszczak” ujawnia metody niszczenia przez bezpiekę tzw. „wrogich sił”. Pojęcia tego nie definiowało żadne prawo. Partia i bezpieka były najwyższymi instancjami, które decydowały, kogo należy zaliczyć do „wrogich sił”. Mechanizm niszczenia „wrogich sił” polegał na centralnie planowanej dezinformacji i dezintegracji społeczeństwa oraz na „akcjach specjalnych”, które tylko niekiedy posuwały się do skrytobójstwa, a na co dzień niszczyły ludzi za pomocą fałszowania dokumentów i rozpowszechniania nieprawdziwych, dyskredytujących zarzutów i pogłosek. Czytelnik zapozna się z jednym wycinkiem tej przestępczej roboty, jakim były próby dezintegracji Kościoła, skłócenia i dyskredytowania księży i biskupów, przede wszystkim obu kardynałów: Wyszyńskiego i Wojtyły.

Z punktu widzenia obowiązującego prawa wszystkie te działania miały charakter przestępczy, a więc podlegający karom przewidzianym w kodeksie karnym. Toczy się obecnie spór o to, czy prawo ma być jednakowe dla wszystkich obywateli, czy też mają być spod niego wyjęci ludzie, którzy do niedawna zajmowali najwyższe stanowiska w państwie. Czy chrześcijański nakaz wybaczania ma być równoznaczny z bezkarnością zbrodniarzy i przestępców? Czy darowanie kary na mocy amnestii, stosowane wobec ludzi sądownie skazanych, ma zastąpić uniewinnienie bez sądu? Czy możliwe jest stosowanie przedawnienia przestępstwa, jeśli władze uniemożliwiały ściganie przestępców? Czy praworządny wymiar sprawiedliwości przez niezawisłe sądy wolno utożsamiać z inkwizycją, polowaniem na czarownice albo maccartyzmem? Czy wreszcie, niewątpliwe w moim przekonaniu, zasługi Jaruzelskiego i Kiszczaka, którzy przyczynili się do bezkrwawego wyzwolenia kraju i powrotu do demokracji, mogą ich uwolnić od odpowiedzialności za wszystko inne?

Odpowiedzi na te pytania wykraczają poza ramy wstępu do tej książki. Ograniczę się do wyrażenia poglądu, że nie da się zamknąć przeszłości i naprawić moralnych spustoszeń w ludzkich duszach, jakie ta przeszłość po sobie pozostawiła, bez pełnego ustalenia i ujawnienia prawdy. Nie odnajdziemy tej prawdy ani w dziennikarskich wywiadach, ani w parlamentarnej debacie. Prawdę może ustalić jedynie przewód sądowy z udziałem oskarżycieli, obrońców i oskarżonych w oparciu o zeznania świadków i cały dostępny materiał dowodowy. Obojętne, czy ta rozprawa ma się toczyć przed trybunałem stanu, czy przed jakąś komisją nadzwyczajną. Ważniejsze, by sędziami nie byli dziennikarze lub politycy, a więc ludzie związani z walką polityczną, lecz niezależni obywatele, którzy gwarantują swoją powagą pełną bezstronność i wiarygodność ich orzeczeń.

JAN NOWAK — JEZIORAŃSKI

ZAMIAST WSTĘPU

To nie jest mój pamiętnik ani wspomnienia z okresu, gdy byłem wiceministrem spraw wewnętrznych RP. Nie jest to też historia ostatniej dekady MSW.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że mówię tu wszystko. Mówię — podobnie jak gen. Kiszczak — tylko prawie wszystko. Ale to, co mówię, mówię szczerze, i mówię tylko to, co wiem na pewno. Nie mówię o sobie i nie mam nie tylko powodu, ale nawet okazji, by próbować przedstawić się w lepszym świetle, bo nie przedstawiam się tu wcale. Do MSW przyszedłem z uniwersytetu, bo solidarnościowy rząd nie miał wówczas prawdopodobnie pod ręką lepszych specjalistów od policji i walki z przestępczością. Nigdy nie byłem urzędnikiem i nie chcę nim być.

Czas spędzony na Rakowieckiej był dla mnie ogromnym doświadczeniem życiowym, wielką przygodą i czasem najcięższej pracy, jaką dotąd w życiu wykonywałem. Poznałem tu ludzi wspaniałych, z których część przyszła wraz ze mną przeżyć swoją przygodę życia, a zarazem przeżyć radość tworzenia. Poznalem też wielu uczciwych i wartościowych ludzi ze starej ekipy. Wszyscy razem budowaliśmy nowe MSW. MSW wolnego, demokratycznego państwa.

Poznałem też wiele tajemnic tego dawnego MSW, a zwłaszcza tej jego części, która nosiła nazwę „Służby Bezpieczeństwa”. Przy okazji dane mi było poznać także granice ludzkiej wielkości i ludzkiego upodlenia. Przekonałem się, że świat nie jest czarno-biały, ale że ma on też wiele odcieni szarości. Mógłbym powiedzieć, że z perspektywy ulicy Rakowieckiej poznałem tu człowieka w jego najpełniejszym wymiarze i spojrzałem na społeczeństwo z innej perspektywy. Poznałem też mechanizmy zniewalające ludzi i mechanizmy rozmywające odpowiedzialność. Mechanizmy wyzwalające zło i mechanizmy mobilizujące do wielkiego poświęcenia. Poznałem imperium MSW od środka.

Chciałbym kiedyś z dystansu przemyśleć te swoje doświadczenia i obserwacje i podzielić się nimi, opisując je w książce. Nie wiem, czy dane mi będzie napisać taką książkę. Ta książka, ktora leży przed Państwem, nie jest tą, o której myślę i którą kiedyś — mam nadzieję — napiszę jeszcze. Ta książka, którą macie w rękach, jest efektem swoistego falstartu. Jest reakcją — może pośpieszną i nerwową — na to, co gen. Kiszczak zechciał powiedzieć dwóm młodym dziennikarzom, a co złożyło się na książkę „Generał Kiszczak mówi... prawie wszystko”. Gen. Kiszczak nie musiał nic mówić. Jeśli jednak zdecydował się mówić, miał obowiązek mówić prawdę. Miał nawet szczególny obowiązek powiedzenia prawdy. Przez ostatnich 10 lat kierował MSW. To MSW i jego szef są temu społeczeństwu i temu narodowi coś winni. I oto szef MSW, kierujący nim ze wszystkich ministrów najdłużej, w tym przez cały stan wojenny, ów pierwszy policmajster PRL, zabrał po kilkunastu miesiącach milczenia głos. Zabrał go, jak się okazuje po to, aby na kilkuset stronach książki przekonywać czytelnika, że to wszystko, co było, było w zasadzie dobre i słuszne, a stan wojenny uratował Polskę przed nowymi rozbiorami. Z prawdziwym zdumieniem przeczytałem, że dla generała 10 lat walki z Kościołem i opozycją, walki z narodem, to było coś na kształt zawodów sportowych albo harcerskich podchodów, w których wszyscy się dobrze wybawili, aż im się znudziło, więc na koniec podziękowali sobie w Magdalence za tych 10 lat wspólnej zabawy. Próbuje przekonywać i prawie przekonuje, że w tych podchodach, tej swoistej zabawie w policjantów i złodziei, obie strony, tj. „Solidarność” i Kościół czy — szerzej — „opozycja” i Kościół z jednej, a bezpieka z drugiej, to były takie dwie w gruncie rzeczy nie różniące się między sobą drużyny, próbujące sobie wzajemnie strzelić piłkę do bramki stosując te same reguły gry. Zapewnia też, że Kościół i jego najwyżsi przedstawiciele cieszyli się jego szacunkiem, a wychowawczy wpływ Kościoła zawsze doceniał...

 

Jeśli funkcjonariusze MSW zrobili komuś jakąś krzywdę — np. zatłukli kogoś — to on o tym nic nie wiedział, podobnie jak na dobrą sprawę nie wiedział, czym naprawdę zajmuje się Departament IV, bo szczerze mówiąc, nigdy tam nie był...

Lektura książki „Generał Kiszczak mówi... prawie wszystko” przekonała mnie, że były minister spraw wewnętrznych niewiele zrozumiał z tego, co w Polsce naprawdę się działo i co ostatecznie się wydarzyło. W tych wynurzeniach nie ma śladu krytycznej refleksji. Na próżno by szukać choćby cienia poczucia winy. Nie ma nawet próby wytłumaczenia się, jest próba wybielenia. A to naprawdę nie to samo. Nie jest to dobra intencja. Jeszcze gorsza jest metoda. Każdy z nas fakty interpretuje subiektywnie. Ale jest przecież jakaś granica między subiektywizmem a zakłamaniem.

Zrządzeniem losu, w kilka dni po ukazaniu się książki Kiszczaka, w Sejmie opublikowano raport komisji Rokity. Raport będący jednym wielkim oskarżeniem resortu za działalność w okresie, kiedy kierował nim gen. Kiszczak. Dlatego zdecydowaliśmy się napisać tę książkę. Dopowiedzieć tę prawdę, którą gen. Kiszczak zataja lub przeinacza. Społeczeństwo ma prawo znać prawdę o MSW i SB. Okresu 45 lat kłamstwa nie można już wydłużać. Wydłużać w nieskończoność.

Dowiaduję się też, że podobne książki piszą jeszcze inni generałowie MSW: Pudysz, Pożoga. Wydano już wspomnienia Szlachcica. Tak rośnie swoista mitologia. Któż po latach będzie wiedział, jak było naprawdę? Dlatego postanowiłem napisać i ja. Dopisać to, czego nie powiedział Kiszczak i czego nie powiedzą inni generałowie. Uważam, że jest to mój obowiązek.

Ja też nie powiem wszystkiego. Też powiem tylko „prawie wszystko”, ale od razu wyjaśnię, czego powiedzieć nie mogę. Nie ujawnię tego, co nadal ze względu na bezpieczeństwo państwa polskiego objęte jest tajemnicą. Nie ujawnię tego, co jest przedmiotem prowadzonych aktualnie śledztw — w tym gigantycznego, wielowątkowego śledztwa w sprawie zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki. Myślę, że już niedługo fakty objęte tajemnicą tego śledztwa zostaną ujawnione na publicznej rozprawie. Nie muszę więc tego robić ja. Mam jednak nadzieję, że mówiąc to, co dziś powiedzieć mogę, pokażę, czym MSW było naprawdę. Ujawnię jego sposoby działania i mechanizmy, które nim sterowały.

Mam nadzieję, że znajomość tych ujawnionych prawd o MSW choć trochę przyczyni się to tego, aby wypracować takie mechanizmy prawne i polityczne, które nie pozwolą na odrodzenie się czegoś podobnego w przyszłości. Przyczyni się do tego, że służby policyjne nie ulegną zwyrodnieniu, nie staną się z czasem państwem w państwie.

Dlatego po długich wahaniach zdecydowałem się, odpowiadając na zadane mi pytania, przedstawić MSW takim, jakim ono faktycznie było.

Nie jest moją intencją oskarżenie czy pognębienie kogokolwiek. Z tego powodu, gdzie tylko będę mógł, będę unikał nazwisk. Chcę opowiedzieć o pewnym fenomenie i o siłach, które nim kierowały i które on wyzwalał. Nazwa tego fenomenu przez wiele lat brzmiała złowrogo: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

ZMĘCZONY RESORT

„Odbiorą wam mundur, dadzą

jakąś sportową marynarkę,

jakieś pumpy i hajda!

Możecie sobie iść na łąki,

nad wodę z wędką albo nawet

ze strzelbą, proszę bardzo,

zażywajcie sobie wczasów do

woli! Możecie sobie wtedy

aresztować zające i pliszki,

o ile nie będzie to w czasie

ochronnym”.

S. Mrożek, „Policja”

Jeden z byłych pracowników stwierdził, że MSW to był „zmęczony resort i co rozsądniejsi wiedzieli, że ich czas już się skończył”. Jak Pan ocenia schyłkowy okres funkcjonowania MSW pod rządami Kiszczaka?

— Rzeczywiście od początku 1990 r. zmęczenie resortu było widoczne. Ale pierwsze objawy niepokoju pojawiły się dużo wcześniej.

Początkowo, po „okrągłym stole”, który dla znacznej części aparatu bezpieczeństwa był szokiem, jeszcze mieli nadzieję, że wszystko wróci do normy. Kierownictwo — a zwłaszcza sam najgłówniejszy szef — uważało, że kontroluje następujące przemiany. Dla nich szokiem był dopiero wynik wyborów. Na wynik ten MSW zareagowało po swojemu. Oczywiście na zewnątrz było trochę gestów. Lityński w gmachu Sejmu na widok wchodzącego Kiszczaka i świty powiedział dowcipnie: „Przedstawiciele narodu witają w swojej siedzibie przedstawicieli władz”. Kiszczak prosił przedstawicieli Kościoła o Spotkanie i mediacje w rozmowach z opozycją. Tymczasem I zastępca ministra spraw wewnętrznych, gen. Dankowski, rozsyłał do wszystkich szefów wojewódzkich urzędów spraw wewnętrznych owo sławne, kolportowane później w Sejmie i prasie pismo domagające się wyszukania, którzy z nowo wybranych posłów i senatorów są lub byli tajnymi współpracownikami SB. Jeszcze Departament IV domagał się od swych wojewódzkich wydziałów IV oceny wpływów duchowieństwa na przebieg wyborów. Jak widać, resort nie kapitulował.

Postanowiono też szybko pozmieniać strukturę resortu, aby trochę pozacierać ślady, poukrywać skompromitowane piony, komórki, a nawet poszczególnych ludzi. Na zewnątrz miało to zapewne czynić wrażenie, że resort reformuje się sam i nie jest tu potrzebna żadna ingerencja z zewnątrz. Był tu jednak jeden szkopuł. Zgodnie z ustawą z 1983 r. o urzędzie ministra spraw wewnętrznych, strukturę MSW określała Rada Ministrów. Jakoż uczyniła to tajną uchwałą nr 144 z dnia 21 października 1983 r. Teraz okazało się, że „swoja” Rada Ministrów kończy już żywot, a oddawanie zmiany struktury MSW w ręce nowego rządu z solidarnościowym premierem uznano za rzecz nad wyraz niebezpieczną. Czasu było mało. Rzecz rozwiązano następująco: stara Rada Ministrów przyjęła 22 sierpnia 1989 r. uchwałę nr 128, która upoważniła ministra spraw wewnętrznych do łączenia, likwidowania lub przekształcania jednostek organizacyjnych resortu, wymienionych w statucie. Krótko mówiąc, Rada Ministrów w ostatniej niemal chwili przekazała swe uprawnienia ministrowi spraw wewnętrznych. Dzięki temu zabiegowi reorganizacja MSW stała się jego wewnętrzną sprawą i można ją było przeprowadzić nie wtajemniczając nowego rządu, z premierem Mazowieckim, w szczegóły.

Przy podziale tek ministerialnych w nowym rządzie MSW, podobnie jak MON, transport i komunikacja oraz współpraca gospodarcza z zagranicą pozostały w rękach PZPR. Gen. Kiszczak pozostał nadal ministrem, został nadto jednym z 4 wicepremierów.

Rakowiecka złapała głębszy oddech.

— Jak wyglądała struktura MSW w latach osiemdziesiątych?

— Jak wspomniałem, strukturę resortu zgodnie z ustawą z 1983 r. określała Rada Ministrów w formie tajnej uchwały. Uchwała ta określała służby i jednostki organizacyjne.

Służby były następujące:

1 Bezpieczeństwa;Wywiadu i Kontrwywiadu;Milicji Obywatelskiej;Wojsk MSW;Polityczno-Wychowawcza;Kadr i Doskonalenia Zawodowego;Zabezpieczenia Operacyjnego;Zabezpieczenia Materiałowego.

Jednostek organizacyjnych było ponad 40, w tym departamenty I, II, III, IV, V, VI, dalej Zarząd Polityczno-Wychowawczy, Biuro Śledcze, Departament Techniki, biura A, B, C, W, BOR. To wszystko stanowiło szeroko pojętą bezpiekę. Następne kilka biur, tj. Prewencji, Ruchu Drogowego, Kryminalne, Dochodzeniowo-Śledcze, do Walki z Przestępczością Gospodarczą — to biura milicyjne. Milicja nie była na dobrą sprawę ani formalnie, ani faktycznie wyodrębniona w ramach MSW. Była co prawda jedną z 8 służb, ale żaden akt prawny nie określał, co to jest „służba”, jakie są kompetencje szefa służby, który tu tradycyjnie i tylko zwyczajowo nosił tytuł „komendanta głównego”. Ustawa o urzędzie ministra spraw wewnętrznych z 1983 r. nie wymieniała ani komendanta głównego MO, ani Komendy Głównej. Ten brak określenia dotyczył nie tylko milicji, ale także wszystkich pozostałych służb. W praktyce wszystko to, co nie było milicją, było bezpieką, a cały podział silnie scentralizowanego i hierarchicznie zbudowanego resortu na służby nie miał żadnego praktycznego znaczenia. Komentowano to w ten sposób, że chodziło raczej o ustanowienie nowych stanowisk szefów służb i ich zastępców. Było to dalsze rozbudowanie hierarchii. Wbudowano dwa nowe jej szczeble między wiceministrem a dyrektorem departamentu. Był to klasyczny przykład rozrostu biurokracji, dokonującego się według zasad opisanych przez Parkinsona.

— Powszechnie dziś już wiadomo, że Departament I to departament wywiadu, Departament II to departament kontrwywiadu. Wiadomo, że „trójka” zajmowała się inwigilowaniem środowisk twórczych i inteligencji („nadbudowy” — jak to określano w esbeckim żargonie). Wiadomo, że Departament IV zajmował się Kościołem, zaś Biuro C prowadziło różnego rodzaju kartoteki i registratury oraz gromadziło archiwa. Co kryło się pod pozostałymi kryptonimami, zwłaszcza tymi literowymi?

— Biuro A zajmowało się szyframi, Biuro B obserwacją, zaś Biuro W przeglądaniem korespondencji. Departament V wydzielił się na początku lat osiemdziesiątych z Departamentu III i zajmował się „przemysłem”, czyli praktycznie środowiskami robotniczymi, albo — jak ktoś woli terminologię marksistowską — klasą robotniczą i jej „niesłusznymi poglądami” oraz nielegalnymi organizacjami. Nieco później z Departamentu IV wydzielono tzw. wydziały rolne (zajmujące się rolnikami, tak jak „piątka” robotnikami) tworząc Departament VI. Od tego czasu „czwórka” zajmowała się już tylko Kościołem rzymskokatolickim i innymi wyznaniami i przy okazji środowiskami katolików świeckich.

— Kto montował te wszystkie podsłuchy, podglądy itp.?

— Tym zajmował się Departament Techniki, zwany czasem w skrócie „T”. Czynił to nie ze swej inicjatywy, ale na zamówienie tzw. departamentów czy biur „merytorycznych”. Jest to cały odrębny temat, do którego jeszcze wrócimy przy innej okazji. Na szczególną uwagę zasługuje Biuro Studiów...

— No, właśnie, w kręgach opozycji szczególnie złą sławą cieszyło się tzw. Biuro Studiów i Analiz. Gen. Kiszczak zapytany o to, czym zajmowało się owo biuro, odpowiedział, że „rozpracowywaniem i infiltrowaniem kierownictwa podziemia”. Dodał też, że miało ono kilka swoich odpowiedników, ale nie w każdym województwie. Czy nie zechciałby Pan powiedzieć coś więcej na ten temat?

— Oczywiście, Biuro Studiów Służby Bezpieczeństwa MSW, bo taka była jego pełna nazwa, zostało utworzone przez gen. Kiszczaka w czerwcu 1982 r. Było ono odpowiedzialne za „wypracowywanie strategii, taktyki, a także form i metod działania wobec grup i osób naruszających prawo lub podejmujących próby organizowania szkodliwych społecznie procesów i tendencji”. Celem działań Biura Studiów było „zapobieganie i udaremnianie działalności godzącej w podstawy ustroju PRL”. Miało ono także koordynować i inicjować działania innych jednostek organizacyjnych MSW, w szczególności departamentów III i IV i ich terenowych odpowiedników „udaremniając” działalność opozycji. Do zadań biura należało też eksperymentowanie z nowymi formami i metodami działań operacyjnych, a następnie upowszechnianie tych nowych, przetestowanych form i metod.

— Jakiego rodzaju metody stosowało Biuro Studiów? Jakie metody doskonaliło?

— Doprowadziło do perfekcji metody stosowane w SB od dawna: dezinformację, dezintegrację (mniej fachowo, ale trafniej zwaną prowokacją), działania specjalne. Prowadziło ono także bieżącą analizę informacji.

— Zapytany o sukcesy Biura Studiów, gen. Kiszczak odpowiedział tajemniczo: „sporo sukcesów, nie do opowiedzenia”. Czy nie zechciałby Pan tego skomentować?

— Proszę bardzo. Parę linijek niżej generał wyjaśnił przyczyny swej tajemniczości, zadając retoryczne pytania: „Czy myślicie, że ludzie będą chcieli mówić, że kiedyś gonili tych, którzy dziś są na świeczniku?” Myślę, że to wyjaśnia sprawę. Jeśli ci, których działalność miała być udaremniona przez Biuro Studiów, są dziś na świeczniku, to widać, że pytanie o sukcesy tego biura jest bezprzedmiotowe. Ale poważnie. Mieli cały szereg drobnych sukcesów: a to ujęli kogoś ukrywającego się, a to zlikwidowali jakąś drukarnię, a to znów po zastosowaniu wymyślnych działań, napisaniu szeregu anonimów i rozpuszczeniu jakichś tam plotek udało się im poróżnić dwóch działaczy opozycji albo doprowadzać do wyrzucenia kogoś z pracy. A to udało się kogoś uprowadzić, pobić i zwalić na nieznanych sprawców. Nie wiem, czy te różnej skali łajdactwa i świństewka, a czasem nawet ewidentne przestępstwa poważny generał broni zaliczyć jest skłonny do sukcesów. Jeśli tak, niech mu będzie. Każdy ma swoją skalę sukcesu. Ostatecznie przegrali, a ci, których mieli ścigać, których działalność mieli udaremnić, znaleźli się na świeczniku. To chyba jednak im nie wyszło. I co tu mówić o sukcesie?

 

Ilu ludzi zatrudnionych było w Biurze Studiów? Jak wyglądała struktura MSW po zmianach w lecie 1989 r.?

Jak wspomniałem, ustępująca Rada Ministrów zdążyła jeszcze przekazać swoje kompetencje w tym zakresie ministrowi spraw wewnętrznych. Było to zresztą — w moim przekonaniu — naruszeniem prawa, bowiem ustawa z 1983 r. wyraźnie mówiła, że strukturę MSW określa Rada Ministrów, a nie z jej upoważnienia minister spraw wewnętrznych. Wszystko jedno. W dwa dni po otrzymaniu tego upoważnienia, 24 czerwca 1989 r., minister spraw wewnętrznych zarządzeniem nr 075/89 dotychczasowe departamenty III, IV, V, VI oraz osławione Biuro Studiów i Główny Inspektorat Ochrony Przemysłu przekształcił w trzy nowe departamenty: Ochrony Konstytucyjnego Porządku Państwa, Ochrony Gospodarki oraz Studiów i Analiz. Ten ostatni departament powstał z połączenia Departamentu IV i Biura Studiów i Analiz. Dyrektorem tego departamentu zostal dotychczasowy dyrektor „czwórki” gen. Szczygieł. W tym kształcie MSW działało aż do reformy, której pierwszym etapem było uchwalenie przez Sejm w dniu 6 kwietnia 1990 r. pakietu tzw. ustaw policyjnych.

A co stało się z pionem polityczno-wychowawczym?

Cała historia tego pionu zasługuje na odrębną opowieść! W tym miejscu powiem tylko tyle, że przetrwał on tę pierwszą reorganizację resortu z lata 1989 r. Dopiero powołanie pierwszego po wojnie niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego przyniosło mu kres. To właśnie premier Mazowiecki 22 listopada 1989 r. odwołał ze stanowiska podsekretarza stanu w MSW szefa Służby Polityczno-Wychowawczej, Czesława Staszczaka, „w związku z likwidacją kierowanej przez niego służby”.

Jak ocenia Pan tę zrobioną pośpiesznie reorganizację MSW? Jaki był jej cel?

Chodziło wyłącznie o efekt propagandowy, przy okazji o zaciemnienie struktury i swoiste zatarcie śladów. Sądzę, że gen. Kiszczak i jego otoczenie zdawali sobie sprawę, że w nowej sytuacji kraju, po wyborach w czerwcu 1989 r., nie da się utrzymać MSW w starym kształcie. Oczywiste było, że będzie silna presja zarówno społeczna, jak i rządu Mazowieckiego czy Sejmu, aby MSW zreformować. Woleli to zrobić sami, bo pozwalało to im na utrzymanie inicjatywy i dokonanie nieznacznych tylko korekt...

To zrozumiałe. Ale powiedział Pan, że przy okazji chcieli „zaciemnić strukturę” i „pozacierać ślady”. Co Pan przez to rozumie?

— Można było ogłosić, że oto likwiduje się złowieszczy Departament IV, o którym wszyscy wiedzieli, czym się zajmuje i jakimi metodami działa. Któż mógł się domyślać, że departament ten wraz z Biurem Studiów, czyli komórką także o nazwie ukrywającej jej istotne zadania, bo zajmującą się ściganiem i inwigilowaniem czołowych działaczy opozycji, kryje się teraz pod niewinną nazwą „Departament Studiów i Analiz”?

Ale zacieranie śladów dokonywało się także, a może przede wszystkim poprzez niszczenie dokumentacji...

Tak, i tej działalności usiłowano nadać pozory działalności planowej i zgodnej z prawem. Na przykład gen. Szczygieł, ówczesny szef Departamentu IV, już 1 września 1989 r. rozesłał do wszystkich województw polecenie komisyjnego zniszczenia dokumentacji prowadzonej dotąd przez Wydział IV i przesłanie protokołów tych zniszczeń do centrali. Polecenie to uzasadniał tym, że wszystkie dotychczasowe zarządzenia dotyczące prowadzenia pracy operacyjnej, ewidencji i dokumentacji w pionie „czwórki”, wydane na przestrzeni lat przez ministra spraw wewnętrznych i dyrektora Departamentu IV, zostały anulowane na mocy obwieszczenia ministra spraw Wewnętrznych z 17 lutego 1989 r. Konsekwencją anulowania omawianych przepisów, zdaniem gen. Szczygła, jest „odstąpienie od zakładania i prowadzenia teczek, które powinny być protokolarnie zniszczone (łącznie ze złożonymi do archiwum)”. Dziwne jest w tym wszystkim materii pomieszanie. Z tego pisma gen. Szczygła wynikałoby, że od 17 lutego do 1 września 1989 r. wspomniane teczki były już nielegalnie zakładane i prowadzone. Tak by było, gdyby wspomniane obwieszczenie ministra spraw wewnętrznych z 17 lutego faktycznie anulowało zarządzenia dotyczące „czwórki”. Tak jednak nie było i gen. Szczygieł wiedział o tym doskonale. Obwieszczenie, na które się powołał, było jednym z typowych, ukazujących się co jakiś czas obwieszczeń ministra, zawierających wykaz obowiązujących w resorcie aktów prawnych. Liczba tych aktów — zarządzeń samoistnych ministra, zarządzeń dyrektorów poszczególnych departamentów, szefów służb — szła w setki. Co jakiś czas sporządzano ich aktualny wykaz i jako załącznik do obwieszczenia ministra publikowano w Dzienniku Urzędowym MSW. Przepisy nie objęte wykazami uznawano za nieobowiązujące. Rzecz w tym, że ów załącznik wymieniał „obowiązujące resortowe akty prawne ogłoszone w Dzienniku Urzędowym MSW i w «Monitorze Polskim»”. Były to więc tylko jawne akty prawne. Natomiast wykazy obowiązujących aktów tajnych i poufnych miały być — wedle tego obwieszczenia — sporządzone przez dyrektorów departamentów (i równorzędnych komórek) i rozesłane do zainteresowanych jednostek do dnia 30 września 1989 r. Jednak zanim zadanie to wykonano, jeszcze przed 30 września, trzeba było przystąpić do zacierania śladów. Stąd powołanie się przez gen. Szczygła na fikcję. Owo zalecenie niszczenia dokumentacji gen. Szczygieł jako dyrektor Departamentu IV MSW podpisał — jak wspomniałem — 1 września 1989 r. Aby było ciekawiej, od tygodnia, bo od 24 sierpnia... nie było już Departamentu IV.

— Chciałoby się zapytać, czy w tym szaleństwie była metoda?

— Myślę, że nałożyło się tu na siebie wiele spraw. Pośpiech w zacieraniu śladówi wywołany nim bałagan, chęć utrzymania pozorów legalności działania, a przynajmniej zgodności tego działania z przepisami wewnątrzresortowymi (co do których legalności w sensie przyjętym w cywilizowanych krajach można zresztą mieć wątpliwości). Do tego dochodziła biurokratyczna, urzędnicza sztampa... Przy okazji wszystko to stwarzało obiektywnie sytuację, że dziś rekonstrukcja tego mechanizmu, procesów decyzyjnych, dynamiki struktur, a w konsekwencji ocena odpowiedzialności poszczególnych osob jest bardzo utrudniona. W kilka dni po rozesłaniu przez gen. Szczygła do wszystkich WUSW zalecenia likwidowania dokumentacji, dokładnie 5 września, jego zastępca płk Mirowski w trakcie telekonferencji dla naczelników wydziałów IV przekazał im „uwagi dotyczące praktycznej konsekwencji anulowania zarządzeń i wytycznych, o których mówił gen. Szczygieł”. Zastępca dyrektora nie istniejącego już formalnie od blisko 2 tygodni departamentu polecił swym naczelnikom w terenie, aby przed likwidacją dokumentacji dokonali jej przeglądu i oceny, a także dokonali oceny wszystkich spraw operacyjnych aktualnie prowadzonych „pod kątem zasadności ich dalszego prowadzenia, uwzględniając aktualną sytuację polityczno-społeczną”.