Dziewczyny z miasta nigdy nie odmawiająTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jan Strękowski

Dziewczyny z miasta nigdy nie odmawiają

Saga

Dziewczyny z miasta nigdy nie odmawiają

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Jan Strękowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726858334

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Nie wierzcie elektrykom…

Kazik Staszewski

Fizycy się mylą…

Jan Krzysztof Kelus

Liście topól, które tydzień temu szeleściły i pachniały, dziś śmierdzą. Gniją. Mostek na rzece podobnie – to już epoka schyłkowa. Dziury załatane byle jak deskami, na które strach stąpnąć. Brak poręczy i w dole szumiąca niespokojnie woda, pieniąca się i ciemna.

Słaba, brudna żarówka chwiejącej się latarni, którą ustawiono na przeciwnym brzegu, sięga tylko do połowy rzeki. Dalej jest całe miasto takich brudnych latarń, które wysilają się niepotrzebnie. Prędzej czy później wymienią je na widne, mocne, nowoczesne lampy, przed którymi nic się nie ukryje. Tu w okolicy tak właśnie oświetlono wyglądającą jak sterylne laboratorium amerykańską fabrykę papierosów – to stąd ta zielonkawa łuna nad dachami domów, konkurująca z księżycem, który, dziś zasnuty chmurami, wyraźnie przegrywa z tą sztuczną poświatą.

Zieleń.

PAN MAREK NIE WIERZY W ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA.

SWOJE MARZENIA ULOKOWAŁ W AKCJACH.

Oranż.

CHOCIAŻ TO UROCZA WIARA,

KTÓŻ DZIŚ WIERZY W MIKOŁAJA?

BY MARZENIA SIĘ SPEŁNIAŁY

MUSI POMÓC PARTNER STAŁY,

ŻYJ DOSTATNIO, ŻYJ SPOKOJNIE,

NIECH CIĘ LOS OBDARZA HOJNIE…

I po co się tak staracie! I tak was skasują, wywiozą na śmietnik, zdeletują (och! ten komputerowy język! jaka ty Kasiu jesteś nowoczesna!), przemienią w niebyt albo użyją w charakterze fundamentów pod kolejny nowy wspaniały świat. Czy ja też kiedyś będę takim jak te biedne latarnie anachronizmem? Głupie pytanie, a ta, co pyta, jeszcze głupsza. Wracając, znalazła w liściach jeża. Myślała, że one już dawno śpią, a ten był dziarski i wesoło łypał oczkami.

Iks nie przyszedł, a może dziś pojechał gdzie indziej?

Kij mu w oko! Tak napisali nieznani autorzy na okładce znalezionego przedwczoraj na uczniowskim biurku fanzinu. A wszystko dlatego, że kierownik klubu Mały Żaczek dokonał żenady, czyli, jak skarżyli się biedacy, zabronił rozprowadzania pisma w kierowanym przez siebie lokalu.

Jeż z nabitymi na kolczasty grzbiet liśćmi topoli.

Nieprzyjście Iksa i przyjście jeża. Jaki to daje bilans?

W kilka dni później była już inna pora roku. Tym razem w Wilanowie. Mróz. Cienka warstwa śniegu. Szron na gałęziach. Bezdomny pies przy śmietniku próbuje dostać się do kubła, ale kubeł przewraca się z hukiem. Pies podkulił ogon i ucieka. Tam, gdzie jest dzisiaj Iks, na ulicy Sobieskiego, trzecie okno z lewej strony na trzecim piętrze w ośmiopiętrowym bloku z wielkiej płyty, pewnie nie dociera najmniejszy podmuch zimy.

Ludzie wysiedli z brudnego przegubowego autobusu i przechodzą jezdnię na skróty, ignorując oblodzoną kładkę. Po chwili znikają między blokami. I jakby ich nigdy tu nie było. Pojedyncze samochody jadą ostrożnie. Wszystkie trzy pasy ruchu błyszczą jak tor lodowy na pobliskich Stegnach.

LEGIA KRÓLEM!

LEGIA PANEM!

KIBIC LEGII

CHULIGANEM!

Wrzeszczą gdzieś szalikowcy. A więc to środa? A może sobota?

Przystanek – nowoczesne nietłukliwe tworzywo i takaż forma: walce i prostopadłościany (kubizm trafił w ten sposób na ulice) – opustoszał. Tylko wielkie, oświetlone jarzeniówkami reklamy. Kobieta odkrywająca piersi zachęca do kupna pisma “Focus”. Szlachcic w kontuszu reklamuje papierosy Mars. TOŚ WAĆPAN UTRAFIŁ! Ale rozkład jazdy zdarty, a na przezroczystym tworzywie namazany czarnym sprayem napis zachęca:

LUDZIE! JEDZCIE G… TYM ŻYWIĄ SIĘ MILIONY MUCH!

Świeciło się w kuchni. To najpierw. Potem przeszedł do pokoju, ale w kuchni światło zostawił. To znak, że czuł się tam swobodnie i nie krył swojej obecności. Po piętnastu minutach światło jednak zgasło, ale on wciąż tam był. By go nie przegapić, przeniosła się na drugą stronę ulicy. Siedząc na dziecięcej huśtawce, obserwowała milczące drzwi na klatkę schodową.

Do północy. Najpierw był ktoś z psem, a potem już on.

Szedł wolno, miał blisko, może rozmyślał o tym, co stało się w mieszkaniu na trzecim piętrze? Jeśli coś się stało. Sprawdzi to jutro. Być może z obawy przed żoną heterą chciał opóźnić powrót? Litwini z nocnej wracają wycieczki. Przy wielkim sklepie całodobowym o nazwie Amelia zawahał się. Zrobił krok w stronę otwieranych przez fotokomórkę drzwi i zrezygnował.

Co zamierzał kupić?

Nigdy się tego nie dowiem, pomyślała bez żalu. Jak i wielu innych rzeczy banalnych, którym tajemnica dodaje wagi i znaczenia.

1

Prawdę mówiąc, ile można dyskutować o skarpetkach? Godzinę, półtorej? Oni rozmawiali o tym już pełne dwie godziny. Dwie godziny o skarpetkach białych i kolorowych, ciemnych i jasnych, jaskrawych i stonowanych, w jednym kolorze i we wzorki pstrokate jak łowicki kilim, brudnych i dziurawych. Czy białe skarpetki do ciemnego garnituru to znak wsiura, jak określił to Marek? Czy tylko nowobogaccy palanci nie widzą nic niestosownego w nałożeniu ich przed kamerę, do teatru, do kościoła, na eleganckie przyjęcie?

A czy można zrozumieć reakcję odwrotną? Specjalny, dla prowokacji, występ w bieli?

–A zauważyliście, co ten gnój miał na nogach? – spytał podchwytliwie Jacek i odwrócił się.

–Który? – zapytała.

–No, ten, który rzucił kijem baseballowym – dodał Jacek i uśmiechnął się do lusterka.

Siedziała na tylnym siedzeniu, tuż za nim. Obok niego siedział Marek. Wydawał się już znudzony tematem skarpetek, stukał palcami w szybę, wybijając jakiś rytm, podtrzymywanie konwersacji z kierowcą (wskazane podczas jazdy) pozostawiając jej.

–No, pantofle… – Próbowała przypomnieć sobie draba, który wybiegł za nimi, gdy z piskiem opon ruszali spod muru tej chronionej jak warowny zamek posesji, z łupem, którego z różnych względów nie powinno się było określać tym mianem, używanym w sensacyjnych powieściach, który to łup ten rzucony z wściekłością kij mógł przecież trafić, gdyby uderzył w tylną szybę wozu, a nie zadudnił tylko na blasze bagażnika.

–Nie pantofle, a adidasy. Z zielonym paskiem. Ale poza tym. Jakie on miał skarpetki? – nie ustawał w dociekaniach Jacek.

Nie mógł mieć innych niż białe. Gdyby było inaczej, już dawno powiedziałby im, o co chodzi.

–Białe – powiedziała, ubiegając Marka, który w tym samym momencie postanowił włączyć się do rozmowy.

Była szybsza. Punkt dla mnie, pomyślała. Jak zwykle; gdy coś się jej udawało, natychmiast przeliczała to na punkty, miejsce na mecie, premie na punktach kontrolnych.

–Białe – potwierdził Jacek.

Szerokim łukiem ominął wielką kałużę. W świetle reflektorów zabłysły tory kolejowe biegnące równolegle do szosy, zapalił się na zielono semafor.

–Tym bardziej trzeba mu było przypierdolić! – powiedział Marek.

–Nie wyrażaj się przy damach! – napomniał go Jacek i roześmiał się.

Co mógł oznaczać ten śmiech? Gdyby miało to być zaprzeczenie jej roli damy, powinna jakoś zareagować. Ale jeśli nie? Skompromituje się jako osoba przewrażliwiona na punkcie swej kobiecości rodem z kolorowych magazynów dla gospodyń domowych. I koniec z dobrze zapowiadającą się znajomością, a może nawet przyjaźnią.

Krople deszczu sprzed godziny schły na jej skórze. A ona nie wiedziała jeszcze, że historia, której była nie tylko widzem, ale i aktywnym uczestnikiem, nie trafi wcale na łamy pism i ekrany. Nie trafi, bo tak zadecyduje nie ktoś wyżej, nie ktoś, kogo będzie zmuszona posłuchać, choćby najmocniej nawet burzyła ją ta decyzja, ale ona sama.

Naciskana tylko przez wewnętrzny impuls, coś, co można nazwać, gdyby komuś na tym bardzo zależało. Ale jej przestanie zależeć.

–Zgubiliśmy ich – powiedziała jak potrafiła najobojętniej.

–Prędzej czy później się ich gubi – powiedział któryś z siedzących na przednim siedzeniu kolegów. – No nie?

Prawdę mówiąc, zgubili pogoń już na samym początku. Zanim ochroniarze zorientowali się, co jest grane, zanim otworzyli zamkniętą wcześniej przez Marka z zewnątrz na wielką kłódkę wysoką i ciężką bramę, zanim wreszcie wyprowadzili rozgrzebanego (akurat był odkurzany i pucowany) poloneza, oni byli już za miastem, gdzie przeładowali do innego wozu kłopotliwy ładunek. Gdy ten odjechał, specjalnie się nawet nie kryli, choć pogoń i tak się nie pojawiła. Dopiero przed Warszawą w lesie zmienili tablice rejestracyjne.

Kij baseballowy zostawił małe wgniecenie. Pojechali więc najpierw na Grochów do zaprzyjaźnionego warsztatu, gdzie zostawili wóz. Potem poszli na przystanek autobusowy. Każde osobno, jakby się nigdy wcześniej nie spotkali.

Od tej pory nie znali się. I nigdy nie mieli się znać. Taką zawarli umowę, gdy godzili się zabrać ją ze sobą na akcję. Była przekonana, że i tak jej nie wierzą. Dziennikarz to dziennikarz. We krwi ma węszenie, szukanie informacji, kontaktów, zapamiętywanie twarzy, nazwisk, miejsc, zdarzeń, wracanie do dawno przez wszystkich zapomnianych historii, gdy pojawi się wreszcie coś, co pomoże wyjaśnić to, co miało na zawsze pozostać tajemnicą.

 

A ona była młodą, początkującą dziennikarką, jeszcze napaloną, pełną energii, chęci, marzeń o wielkiej karierze, o nazwisku jak jaśniejąca gwiazda, i była gotowa na bardzo wiele, by to osiągnąć, z założeniem wyjściowym, że cel uświęca środki, a cel widziała jednoznacznie: sensacyjny materiał, informacja, którą zdobędzie tylko ona, nikt inny, taka, co powali na kolana wszystkich, zniszczy konkurencję, zadziwi nie tylko koleżanki i kolegów raczkujących dopiero w tym zawodzie, ale nawet stare dziennikarskie wygi, którym zazdrościła, ale których równocześnie gdzieś w głębi duszy lekceważyła.

Oni mieli wszystko już za sobą. Ona przed sobą.

To było kilka szczęśliwych zbiegów okoliczności. Nie tylko nieszczęścia chodzą parami. Kochała życie właśnie za niespodzianki, którymi ją obdarowywało. A niespodzianki nie byłyby niespodziankami, gdyby były nijakie, szare, bez zdecydowanej barwy. Gdyby nie były głośnym śmiechem, takim, który zwraca uwagę, lub krzykiem, równie donośnym. PACHNIEĆ KRZYKIEM. Z WYKRZYKNIKIEM! – jak śpiewano w telewizyjnej reklamie. Jej ulubionej.

Pachnieć krzykiem. Z wykrzyknikiem! Tak chciała.

Gdy cię rzuca chłopak, dla poprawienia nastroju kup sobie coś. Jakiś ciuch. Drobiazg. Coś, co spodoba ci się od pierwszego spojrzenia. Choćby to był oddany na wyprzedaż przez kogoś łach, wiszący w przepełnionym klientami i towarami sklepie z tanią odzieżą. W żadnym wypadku nie rozpaczaj. Nie będzie ten, będzie inny. Choć miała już dwadzieścia pięć lat i matka kręciła nosem – zostaniesz starą panną, zobaczysz! – nadal hołdowała tej prostej filozofii. Być może dlatego, że w życiu prawdziwym, czyli w zawodzie, była wciąż raczkującym bobasem. Nie darmo (podsłuchała to kiedyś) jej kierownik działu, starszy o dziesięć lat, nazywał takich jak ona pampersami (rewanżowała mu się określeniem “correga tabs”). Była więc pampersem i bawiło ją to.

Gdy cię zostawi chłopak, nie upijaj się na smutno. Nie rozmyślaj, co poczniesz ze sobą w dalszym życiu. Zdaj się na los, przypadek. Rób swoje. Świat jest taki ciekawy i tyle jeszcze niespodzianek ukrywa przed twoim wzrokiem. Trzasnąć drzwiami możesz. To nawet w dobrym tonie. Tłuc talerzy ani filiżanek nie warto. Jeśli jeszcze nie są, kiedyś mają szansę stać się antykami. Ktoś to kiedyś powiedział, no i jej spodobało się to. Nie możesz ich tej szansy pozbawiać z tak błahej przyczyny.

Trzasnęła drzwiami.

Sklep z tanią odzieżą był dwie przecznice dalej. Za jedną dziesiątą ceny nowego ciucha, po bardzo długim wybieraniu i przymierzaniu kupiła tam jakąś bluzkę, której pewnie nigdy nie założy, a kiedy jeszcze grzebała w wielkim koszu pełnym zmiętoszonych rzeczy, wyglądających jak najgorsze łachy i tak zresztą wycenionych, kiedy tak guzdrała się z wyjściem, do którego to wyjścia nie czuła się jeszcze przygotowana, poczuła się niemal uratowana, gdy usłyszała skierowane do siebie pytanie:

–Mogłaby mi pani doradzić, czy ta kurteczka będzie odpowiednia dla ośmioletniego chłopca?

Skąd miała to wiedzieć? O mężu, a tym bardziej dzieciach, jeszcze nie myślała. Niebieska kurtka, dżins zwany marmurkiem (takie kiedyś tonami przemycano z Turcji), nie była wcale zniszczona. Jej matka powiedziałaby, że trzyma kolor. Być może dziecko, dla którego była przeznaczona, zdążyło z niej wyrosnąć, zanim włożyło ją na siebie. Powiedziała, że tak.

Mężczyzna, który pytał, był od niej najwyżej dziesięć lat starszy. Druciane okulary, krótko przystrzyżone włosy, z zakolami łysiny na skroniach, zmęczona twarz, lekko przygarbiona sylwetka kogoś, kogo kłopoty zmogły już dawno. Foliowa reklamówka i trochę wytarta na kołnierzu i łokciach sztruksowa brązowa kurtka dopełniały obrazu kogoś, kto z pewnością nie znajduje się na szczycie drabiny społecznej, sukcesu, powodzenia u kobiet czy u losu.

To nie był dobry moment do spotkania kogoś takiego. W dodatku w takim miejscu. Przyszła tu przecież po to, by się niejako oczyścić, zrzucić z siebie garb kłopotów. A tu z daleka pachniało tym samym albo czymś jeszcze gorszym. Ale zanim zdążyła się pożegnać, on podsunął jej przed oczy jakiś inny łach, potem jeszcze następny.

–A ta koszulka? Nie za ekstrawagancka? Mój Rafał to takie spokojne dziecko. Tylko książki, gry. Świetnie gra w monopoly. Lubi pani dzieci?

Nie mogła odpowiedzieć: nie. Nie mogła też powiedzieć: tak. Dzieci jej nie interesowały, uważała je za przeszkodę w karierze życiowej. A czy lubiła dzieci? Cudze? Czasem tak. Czasem nie. Dzieci zajmują czas i są strasznie namolne ze swoimi głupimi pytaniami o sprawy podstawowe i zupełnie oczywiste. Choć często zazdrościć im można luzu i swobody.

–Pani mnie oczywiście poznała? – Mężczyzna popatrzył na nią uważnie spod okularów.

Zaskoczył ją tym pytaniem. Nie wyglądał na gwiazdora filmowego, który incognito grzebie w przecenionych szmatach – dla fantazji? Z przekory? Na złość komuś? A jednak, kiedy je zadał, zaczęła szukać w swojej pamięci czegoś, co by mogło naprowadzić ją na trop wiodący do rozwikłania wynikłej tak niespodziewanie zagadki.

I po chwili okazało się, że taki trop jest. Znalazła! Nie darmo była dziennikarzem tropiącym wszelką sensację, łapiącym, chwytającym nawet najlżejszy jej zapach. Tam, gdzie biały człowiek widział tylko biały śnieg, Eskimos potrafił dostrzec dziesiątki odcieni bieli. Tam, gdzie inni nie dostrzegliby nic interesującego, mogły kryć się tematy z pierwszych stron gazet. Była Eskimosem. Nagle zrozumiała, że taki właśnie temat, w wytartej sztruksowej kurtce, w drucianych okularach z grubego szkła, z reklamówką w ręku, do której upycha najtańsze ciuchy zakupione z jej udziałem, stoi przed nią, jakby prosząc o zainteresowanie i uwagę.

Tylko od niej, od jej sprytu, delikatności, finezji, jak mawiał (wkrótce już były) prezydent, zależy, czy po chwili zniknie za rogiem w zamżawionym zmierzchu, czy dostąpi cudownej przemiany w rój liter na czołówkach pism, które to litery z jej pomocą ułożą się w historię, o której będą mówić wszyscy przez tydzień, dwa tygodnie, kilka dni może tylko, ale to wystarczy, by przy okazji jej nazwisko poznali ci, którzy powinni je poznać, by wryło się ono w ich pamięć, pozostawiając tam swój trwały odcisk.

Wiedziała już, że nie wypuści go ze swoich rąk, choćby nawet musiała pójść z nim do łóżka.

Nie okazało się to jednak konieczne. I niewiele, musiała to samokrytycznie przyznać, było w tym, że tak się sprawy potoczyły, jej osobistej “finezji”. Rzeczy same biegły w dobrym, czyli właściwym kierunku. Los, przypadek, szczęśliwy zbieg okoliczności? Nie wiadomo. Została wybrana i obdarzona zaufaniem. Tak miało się stać, nawet gdyby założyła ręce i czekała na tak zwaną gwiazdkę z nieba.

Wracając autobusem miejskim z akcji, jak szumnie nazywali to, w czym razem z nimi uczestniczyła, Marek z Jackiem, układała już sobie w myślach tę historię. Miało się zacząć jak w życiu: od niespodziewanego spotkania podczas przebierania w koszu z ciuchami, choć oczywiście o swoich kłopotach z chłopakiem ani myślach, jakie towarzyszyły jej podczas tego wieczoru, gdy już skojarzyła twarz napotkanego w sklepie mężczyzny z wizerunkiem, który widziała wcześniej, nie miała zamiaru wspominać. Nie wstydziła się wcale tamtych myśli, ale była to kuchnia dziennikarska, a takie sekrety, choć robiła dopiero pierwsze kroki w tym zawodzie, są święte. Była to pierwsza zasada, jaką sobie przyswoiła. Jeszcze w dziale miejskim, gdy razem z innymi stażystami jak sfora psów gończych ścigali drobnych rzezimieszków, uczących się dopiero fachu oszustów, kiedy opisywali krwawo zakończone mordobicia podczas zakrapianych alkoholem libacji, śledzili reketierów wymuszających haracze na Stadionie Dziesięciolecia od rodaków ze Wschodu (to było już dość niebezpieczne), a potem “chłopaków z miasta” trudniących się podobnym procederem, przyswoiła sobie tę wiedzę.

Dziennikarz ma być przezroczysty, ale zarazem nieprzejrzysty jak zwierciadło.

Tak miało być i w tym tekście. Sensacja opakowana w szary papier stylu. Ale starannie opakowana. Tak, by widać było supełki, kokardki i sznurki, ale równocześnie, by rzucała się w oczy staranność i pewna elegancja tego niezwykłego pakunku. W którego centrum, jak w ruskiej babie, miał się znajdować napotkany w sklepie z używaną odzieżą mężczyzna.

Choć tak naprawdę nie oni mieli zostać zapamiętani i rozpoznani przez żądną wrażeń publiczność. Miał to być tego rodzaju majstersztyk, który jak udany clip reklamowy, nie mówiąc wprost, pozostawia w głowie tylko jedno pragnienie i jedną myśl. Tu powinno stać się coś podobnego. Niepozorny podpis, wierzchołek góry lodowej, ledwie widoczny w mgle oceanu. To miało pozostać. Ten podpis powinni zapamiętać. By potem szukać go i czekać na kolejną odsłonę.

W tym, jak myślała o swoim zawodzie, nie odbiegała wcale od innych. Przynajmniej tak się jej zdawało. Kilka dni wcześniej była w redakcji świadkiem pewnej sceny, która tylko utwierdziła ją w tym przekonaniu. Oto na jedną z kolumn spóźniał się tekst. Było coś zastępczego, ale żadna rewelacja. Numer szykował się nijaki, mdły i bez jaj, jak określali to koledzy.

I wtedy nagle ruszył faks. Katastrofa promu Estonia! Prawie tysiąc ofiar. Sztorm. Kilkunastometrowe fale. Ogromny statek i wielka siła żywiołu. Akcja ratunkowa na wzburzonym morzu. Puste tratwy, ciała wyławiane z wody i nieliczni rozbitkowie podnoszeni z łodzi przez ratownicze helikoptery. Rozdzwoniły się telefony. Ruszyły agencje. Komentarze. Przypuszczenia. Hipotezy. Poprzednie tragedie. Od Titanica, który miał być niezatapialny, a po zderzeniu z górą lodową stał się grobem tysiąca pięciuset osób, aż po niedawną katastrofę polskiego promu Heweliusz.

–Jesteśmy uratowani! – zawołał ktoś, gdy ruszyła ta fala informacji, z radością w głosie tak wielką, jakby te rozwijające się z rolek faksy niosły wieść nie o strasznej tragedii, a i jej samej udzielił się radosny nastrój, tak że miała ochotę ucałować brodatego sekretarza redakcji, który przed chwilą ponury jak gradowa chmura, promieniał teraz obok niej.

Będzie o czym napisać i co przeczytać.

Przed blokiem ktoś się przechadzał nerwowo z wielkim bukietem róż. Chłopak, z którym rozstała się przed paroma tygodniami. Widocznie nie udały się podboje innych lądów, pomyślała ze złośliwą satysfakcją. Róże wzięła. Lubiła róże. Nie mogła się oprzeć. Chłopaka do domu nie zaprosiła. Wymówiła się zmęczeniem. Nie robiła mu wymówek, nie słuchała też przeprosin. Ot, wrócił. Zdarza się. Czy to dobrze, czy źle? To się okaże. Nie robiła mu zbytnich nadziei, ale i nie starała się go zupełnie zniechęcać. Miał być w rezerwie, na wszelki wypadek. Jaki? A któż to może wiedzieć?

Nie uważała się za osobę cyniczną. Co najwyżej sprytną i zaradną życiowo. Ale to była zaleta. Bezrobocie, niskie zarobki, kłopoty ze zmianą zawodu, przywiązanie do miejsca. Odrzucała to jak niepotrzebny balast. Pracowała dopiero od dwu lat, a już zdążyła zmienić redakcję cztery razy. W tym czasie napisała też pracę magisterską. Do obrony przygotowywała się niecałe dwa tygodnie. I co z tego? Obroniła. Przyda się świstek. A tytuł magistra? Może też kiedyś będzie jak znalazł. Cóż, że w tej chwili psu na budę.

Denerwowało ją powszechne narzekanie. Gdyby mniej gadali, a więcej robili, nie mieliby tylu powodów do narzekań. Tymczasem nawet wielu jej rówieśników zdawało się czerpać przyjemność z narzekań i skarżenia się. Reforma gospodarcza, sejm, rząd, mafie, pieniądze, nieuczciwość, niepewność jutra. Każdy temat jako usprawiedliwienie własnego nieróbstwa był dobry. Ktoś powiedział, że rzucono nas w 1989 roku do basenu, w którym nie było kropli wody. Ale, jej zdaniem, w basenie była woda, i ci, co nie bali się pływać, mieli pole do popisu i bicia rekordów. Narzekali ci, którzy obawiali się zamoczyć stopy. Złej baletnicy i tak dalej.

–Dlaczego pandy skazane są na zagładę? Bo są głupie – tłumaczył oprowadzający ją po ZOO doktor biologii, gdy przed miesiącem zbierała materiał do tekstu o nowych nabytkach ogrodu. Bambus żyje 150 lat i koniec. Ginie. A panda tego nie zauważa. Nic, tylko żre i żre. Zje osiemnaście kilo pędów, pośpi cztery godziny, wysra z tego czternaście i apiać żre. Nie pomyśli, żeby poszukać nowego miejsca, gdzie bambus jeszcze się uchował.

Roślinożercy mają mały rozumek. Nie to, co drapieżniki.

Z mężczyzną ze sklepu umówiła się następnego ranka. Ale tego samego dnia wieczorem odszukała w stercie pieczołowicie przechowywanych gazet anons sprzed roku, prywatny list gończy przedstawiający znajomą twarz w wytartym swetrze i w okularach. Prywatny list gończy. Czy to nie dowód, że kapitalizm zagościł u nas już na stałe? Prywatny list gończy zamieściło na kolumnach ogłoszeń kilka stołecznych gazet, pamięta swoje ówczesne zdumienie i myśl, że warto byłoby odnaleźć tego ściganego tak zaciekle mężczyznę, zanim trafi na jego ślad policja. I opisać tę historię podniebnych wzlotów i upadków na samo dno, napadów i ucieczek, podchodów i poszukiwań, rozpaczy i zwykłej złości. Nie powiodło się wtedy, dzięki zbiegowi okoliczności udało się teraz.

 

Sprawa była jednak na zupełnie innym etapie wówczas, gdy wściekli wierzyciele poszukiwali ukrywającego się w nieznanym miejscu niewypłacalnego dłużnika (“Ryzykowałem, pożyczałem, każdemu może się noga powinąć!”). Teraz to ten zagoniony do narożnika człowiek był tropicielem. A w tych jego poszukiwaniach miała wziąć udział także ona, poproszona o pomoc, zaraz po tym, gdy dowiedział się, że jest dziennikarką.

Czekał na jej pomoc. Tylko tyle. I aż tyle.

Nie dziwiła się temu, choć poczuła się trochę zawiedziona, gdy okazało się, że w wyglądającym na spontaniczne zachowaniu mężczyzny, który tak wydawałoby się z niczego obdarzył ją zaufaniem, odkryła motywy znane jej dobrze z codziennego życia. Za wszystkim kryje się interes. Wszystko ma swoją cenę. Jak ty mnie, to ja tobie. Ile ty mnie, tyle ja dla ciebie.

I ani grama mniej czy więcej.

Taki był świat, w którym żyła od kilku lat, a więc w całym swym dotychczasowym dorosłym życiu. Jego reguły znała i przyjmowała do wiadomości. I akceptowała. W tym świecie role były już rozdane, a aktorzy grali je lepiej lub gorzej. Ona była tylko widzem. Choć równocześnie podlegała tym samym regułom. Tym samym prawom.

Policjanci i złodzieje. A pośrodku dziennikarze, wtykający palce pomiędzy drzwi. Bo takie było ich zadanie.

Umówili się następnego ranka. Z samochodem. Tak, jak zażyczył sobie mężczyzna w drucianych okularach, stawiła się na jednym z parkingów odebranym z warsztatu maluchem. Nie pytała o nic, ani o cel podróży, ani o kierunek. Zatrzymali się w jednej z podwarszawskich miejscowości, na prawo od trasy poznańskiej. Stąd mieli zacząć poszukiwania, bo jej pasażer wiedział tylko tyle, że gdzieś w tej miejscowości mieszka była żona tego, którego szuka. (“Fikcyjny rozwód. Taki bajer dla fiskusa i wierzycieli”). Podobno gdzieś tam kupiła dom. A jej zadaniem było pomóc mu odnaleźć to nowe miejsce zamieszkania. Po co?

–To jest łańcuszek. On mnie. Ja następnemu. Łańcuszek szczęścia. Albo nieszczęścia. Jak kto woli.

Wzięła inicjatywę w swoje ręce i wszystko potoczyło się jak z płatka. Ta jazda na akcję była właśnie nagrodą za jej umiejętności detektywistyczne. Powiedział jej o tym bez ogródek, kiedy poinformował ją, że pozna ją z ludźmi z firmy (“Co to za firma lepiej nie pytaj”), więcej, wprowadzi w tajniki działania – tu popatrzył badawczo w jej oczy – nie zawsze zgodne z prawem.

Nie dziwiła się więc. Taki był stan faktyczny. A jej zadaniem było z tej nadzwyczajnej zwyczajności wydobyć żywy kolor, barwę, krzyk. Zdumieć, zadziwić, przestraszyć. Dokonać czegoś, czego dokonuje bijący rekord sportowiec, gdy nieważne jest, że poprzedni rekord gorszy był tylko o setne części sekundy.

W książce telefonicznej znaleźli telefony i adresy pośredników w miejscowości, w której prawdopodobnie zamieszkał poszukiwany dłużnik lub jego żona, i przystąpili do dzieła. Ona, podając się za jej przyjaciółkę, dawno się nie widziałyśmy, ale znamy się od podstawówki, dzwoniła do często wzmocnionych i warownych furtek, opatrzonych kamerami i stalowymi kolcami bram, krusząc lody niechętnych udzielaniu informacji mężczyzn. On czekał grzecznie w aucie, aż wróci z upragnioną informacją lub bez.

Trzeci z pośredników okazał się tym właściwym. Nie tylko podał jej adres zakupionej przez poszukiwanych przez nich ludzi posesji, ale dorzucił też numer telefonu i wytłumaczył, jak przebrnąć skomplikowany labirynt skrytych w dębowych i brzozowych zagajnikach uliczek, tak by nie wylądować po przeciwnej stronie miejscowości. Opisał dom, łącznie z rozkładem pomieszczeń wewnątrz budynku. Wychodząc od niego, wiedziała nawet, że są tam dwa psy dobermany oraz roczny, wyglądający groźnie, choć to zupełna poczciwina, owczarek kaukaski. Dobermany specjalnie szkolone do obrony, kamera przy bramie i uzbrojony ochroniarz.

–Takie to mamy dzisiaj czasy, proszę pani.

Wszystko się zgadzało. Nowobogacki ogromny dom błyszczał udającym dachówki zielonobrunatnym eternitem. Tak samo błyszczały klinkierowe brązowobordowe cegły, którymi wyłożony był podjazd do bramy i dalej do garażu, na tyłach którego mieściły się hale magazynowe czy też ogromne garaże. Za domem pyszniły się urządzenia, których pozazdrościć mógłby niejeden duży plac zabaw. Na końcu posesji w wielkiej klatce ze stalowej siatki niespokojnie krążyły dobermany. Na łańcuchu obok przypominającej chatę góralską wielkiej budy stał kaukaz. Była zapowiadana kamera i jakiś typ, który mógł się okazać ochroniarzem.

To miała być sobota. W sobotę po południu właściciele domu wyjeżdżali gdzieś na kilka godzin, zostawiając dom pod opieką ochroniarzy i psów. Ci zaś – może chcieli być eleganccy w dzień świąteczny – przystępowali do intensywnego pucowania swego samochodu. Tak intensywnego, że wiele mogło ujść ich uwadze, a już z pewnością żaden nie miał możliwości widzieć tego, co mogła dostrzec kamera. W dodatku rozbebeszony samochód nie nadawał się do natychmiastowego użycia, a więc uczestnicy zajazdu mogli nie obawiać się pogoni.

Ale to już nie była jej broszka. Tu do dzieła przystąpić mieli “koledzy z firmy”, wynajęci (on zapewniał, że to jego przyjaciele) przez mężczyznę w drucianych okularach, czyli Marek i Jacek, ci sami, z którymi teraz jechała, oficjalnie właściciele firmy detektywistycznej zajmującej się tym wszystkim, czym zajmuje się firma tego typu, mydłem i powidłem, mówiąc w skrócie, czyli prowadzeniem drobnych śledztw w takich sprawach jak niewierność, poszukiwanie spadkobierców, skradzionych cennych przedmiotów, sprawdzanie, czy firma, którą pragniemy wciągnąć do spółki, nie jest firmą krzak, czy dłużnik w ogóle ma z czego płacić albo czy na terenie działki, którą zamierzamy kupić za duże pieniądze, nie zamierza się w przyszłości zbudować autostrady.

Wyposażeni w wielkie nożyce do cięcia drutu, w roboczych kombinezonach i wełnianych kominiarkach nasuniętych na oczy jak zawodowi włamywacze (przecież nimi byli!), sprawnie przecinali siatkę za garażem, w miejscu, którego nie można było dostrzec z podwórka i z domu. Przez otwór wpuścili tego, który był powodem i motorem akcji. Miał zabrać dziecko (cudze!) i szybko wracać tą samą drogą. Marek i Jacek stanowili jego obstawę.

Jej też – i to był ten jeden most za daleko – przypadła rola do zagrania. W chwili, gdy mężczyzna z prywatnego listu gończego zabierał zapłakanego chłopca (To przecież porwanie! Nie powinnam w tym uczestniczyć, ale to przecież bomba!), stanęła przed furtką i zadzwoniła. Z jakimś głupim pytaniem.

Udało się przywołać jednego z ochroniarzy. Drugi, zajęty polonezem, spostrzegł się zbyt późno. I o to właśnie chodziło.

Dalej wszystko było tak, jak ustalili przed akcją. Poza tym kijem, który zostawił ślad, wszystko przebiegało zgodnie z planem. Była pełna podziwu dla obu chłopców, jak nazywała w myślach Marka i Jacka (mimo różnicy wieku, bo przecież byli pewnie rówieśnikami jej rodziców), a nawet dla biednego porywacza, który – była tego niemal pewna – za kilka miesięcy sam padnie ofiarą podobnej, może równie sprawnie przeprowadzonej akcji. Tyle że to jemu teraz będzie odebrane.

I tak w koło panie pierdoło, jak mawiała babcia w zamierzchłych czasach PRL-u.

Podziwiała ich również dlatego, że już nieco o nich wiedziała. Chemik i były… kto? Może esbek? Może to tylko zbyt gorliwy funkcjonariusz partii, która przed kilkoma laty sprawowała kierowniczą funkcję w tym kraju, w co dzisiaj już młodszym od niej trudno jest uwierzyć, a co ona pamiętała mgliście, bo jedynie ostatni akord tej kierowniczej roli, gdy owa partia, owa przewodnia siła oddawała to, co zgromadziła przez lata, ten akord, w którym osobiście wzięła udział siedząc “na strajku”, bo tej partii wydawało się jeszcze wówczas, że uniknie oddania wszystkich pozycji, a jedną z nich miało być wznowienie działalności niezależnych związków studenckich. Zapamiętała z tego strajku jedynie atmosferę pikniku, piosenki, alkohol, choć w ilościach umiarkowanych, piski po kątach tworzących się naprędce par. Podobno dawniej bywało podczas tego typu imprez bardziej ponuro. Ale sama tego nigdy nie doświadczyła.