Anatomia przypadkuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział I. Droga do władzy. Lata 1988–1989

Rozdział II. „Solidarność” u władzy. Lata 1989–1993

Rozdział III. Utrata władzy. Lata 1993–1995

Rozdział IV. SLD wraca do władzy. Lata 1993–1997

Rozdział V. Solidarność znowu rządzi. Lata 1997–2001

Rozdział VI. Budowa czerwonego imperium

Rozdział VII. Rząd Millera. Upadek czerwonego imperium

Rozdział VIII. Narodziny Platformy

Rozdział IX. Porażka PO-PiS

Rozdział X. Rządy PiS

Rozdział XI. Epoka Platformy

Finał

Indeks nazwisk

Skrzydełko

Okładka


Copyright © Jan Rokita, Czerwone i Czarne

Projekt graficzny

FRYCZ I WICHA

Redakcja

Cezary Michalski

Redaktor prowadzący

Katarzyna Litwińczuk

Korekta i indeks nazwisk

Małgorzata Ablewska, Katarzyna Szol

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne sp. z o.o.

Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5

00-272 Warszawa

Druk i oprawa

Drukarnia Colonel

ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 16

30-532 Kraków

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk sp. z o.o.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-115-8

Konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

Warszawa 2013


Książkę wydrukowano na papierze Creamy 80 g. vol 2.0

dostarczonym przez Zing sp. z o.o.


www.zing.com.pl

Rozdział I.
Droga do władzy. Lata 1988–1989


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Proszę opowiedzieć o solidarnościowej ekipie przed Okrągłym Stołem. I o swoich ówczesnych poglądach.

Zostałem ściągnięty do Komitetu Obywatelskiego na spotkanie 18 grudnia 1988 roku, w nagrodę za jakieś przemówienie, którego przypadkiem wysłuchał Geremek i uznał za błyskotliwe. To było w Warszawie, przy ulicy Żytniej. W dziwnym miejscu chyba budującego się kościoła, który jednak sprawiał bardziej wrażenie zapuszczonej ruiny. Przyjechałem tam z Krakowa, ze środowiska, które się warszawskiej polityce przyglądało z dystansem, albo nawet sceptycyzmem. Krótko przed Okrągłym Stołem opublikowałem tekst, głoszący, że to Józef Mackiewicz byłby najwłaściwszym patronem dla antykomunistycznej opozycji. W latach osiemdziesiątych – trochę pod wpływem lektur Mackiewicza i Besançona ukształtowałem sobie pogląd, że komunizm, także w wersji PRL-owskiej, to w polityce absolutne zło. I że z tym złem trzeba się rozprawić. A opozycyjna Warszawa była miękka, kunktatorska, niezdarna i pełna intryg. Zobaczyłem to na własne oczy na tym zebraniu. I napisałem z niego poważną, choć lekko zgryźliwą relację dla „Arki”. Wieszczyłem wtedy dwa niebezpieczeństwa, stojące przed właśnie co zawiązanym gremium. Po pierwsze – rozłamu ruchu solidarnościowego, jeśli Geremek z Mazowieckim zechcą zmonopolizować kontrolę nad Komitetem. A to nie było trudne, skoro owo gremium składało się z aktorów, pisarzy i akademickich profesorów, ani nie rozumiejących polityki, ani nie umiejących jej poprowadzić. A po drugie, kapitulanckiej ugody z komunistami, która doprowadzi do ludowych zamieszek. Bałem się, czy w ten sposób nie sprowokują jakiejś ruchawki, która będzie nie tylko przegrana, ale zdyskredytuje prawdziwie antykomunistyczny nurt opozycji. Pasjonowała mnie wtedy historia czasu poprzedzającego powstanie styczniowe i przed oczami miałem piekło, które wywołał Wielopolski. W tej relacji dla „Arki” po raz pierwszy w życiu delikatnie polemizowałem z Adamem Michnikiem, który wtedy na Żytniej postawił tezę, iż nowo tworzący się Komitet musi odciąć się od radykalnych nurtów opozycyjnych, aby zyskać wiarygodność w negocjacjach z komunistami. Zapadła mi zwłaszcza w pamięć taka jego mocna fraza, że „trzeba postawić na to, że w aparacie komunistycznym zrodzi się myśl patriotyczna, i to nawet jeśli ktoś uważa, że jest na to tylko 5 procent szans”. Ja się raczej zgadzałem z Kołakowskim, który na tym zebraniu argumentował, że komunizm jest niereformowalny i – owszem – można z nim paktować, ale tylko przy założeniu jak najgorszych intencji przeciwnika. Więc wracałem z Żytniej do Krakowa z pewnym niepokojem, że w Warszawie takie założenie może już być nieaktualne. Ale wszystko to byłoby relacją kompletnie nieprawdziwą i jednostronną, gdybym nie powiedział rzeczy najważniejszej. Wracałem przede wszystkim absolutnie zachwycony tym, że „Solidarność” w końcu ma szansę zrzucić nieznośne ubranko związkowo-dysydenckie i włożyć porządny, powiedziałbym nawet – klasyczny, garnitur realnej polityki. Widziałem po prostu, że na moich oczach zmartwychwstaje narodowa, polska polityka. Taka, jaką kiedyś w Krakowie robili stańczycy i jaką znałem tylko z historycznych i filozoficznych książek. No i w jakiej strasznie chciałem uczestniczyć.

Wierzył pan w Wałęsę jako skutecznego lidera?

Nie wierzyłem. Miałem z Wałęsą traumatyczne przeżycie, jeszcze jako chłopak, student, enzetesowiec. I ono na długo zaważyło na moim późniejszym postrzeganiu Wałęsy. Widziałem mianowicie Wałęsę na zjeździe „Solidarności” w 1981 roku. Uczestniczyłem w jego spotkaniu z delegatami Małopolski w hali Olivii. Tam wygłosił kilkunastominutowe przemówienie, którego główna myśl była taka, że dąży do takiej Polski, w której każdy rolnik będzie miał swojego robotnika. Rolnik będzie dostarczał swojemu robotnikowi jedzenie, a robotnik dostarczy rolnikowi maszynę. I to miał być podstawowy cel „Solidarności”. Ja to zapamiętałem jako doświadczenie wstrząsające. W kręgu krakowskich studentów z NZS uważaliśmy wtedy, że Wałęsa jest… delikatnie mówiąc, mało rozgarnięty. A władza w „Solidarności” wpadła w całkiem nieodpowiednie ręce. Nie spodziewaliśmy się po nim wiele dobrego.

Czy to nie była raczej ekspresja inteligenckich ograniczeń w patrzeniu na politykę?

Nie sądzę. Nie jest ograniczeniem, ale raczej przejawem zdrowego rozsądku sceptycyzm wobec przywódcy, który plecie takie rzeczy. W latach osiemdziesiątych stopniowo zmieniałem swój pogląd na Wałęsę, nabierałem do niego szacunku. Było jego twarde zachowanie w czasie internowania, była niezwykle poruszająca Nagroda Nobla, był cały ten wielki proces tworzenia się legendy, który uczynił Wałęsę ikoną polskości tamtego czasu. To nie było tak, że byłem nastawiony wyłącznie obrazoburczo. Ale wrażenie, że mam do czynienia z kimś dziwnym i myślowo jakoś pokręconym, głęboko we mnie tkwiło, a nawet pozostało do dzisiaj. Przez to znacznie słabiej działała na mnie jego charyzma, co ułatwiło mój późniejszy wybór z czasów wojny na górze. Mój ówczesny sceptycyzm wobec Wałęsy nie był jakąś klasową niechęcią inteligenta do ludu. Bo Wałęsa nie był zwykłym ludem. Miałem wrażenie, że lud nie jest jednak tak dziwaczny i myślowo pokręcony jak on.

Do kogo z elity ówczesnej opozycji młody antykomunistyczny radykał z Krakowa miał największe zaufanie?

Do bardzo antywałęsowskiego Romaszewskiego – mojego pierwszego nauczyciela polityki. Do Jana Józefa Lipskiego, który na Żytniej ostro przeciwstawił się Geremkowi i Mazowieckiemu. Także do Kuronia i Michnika, traktowanych przez komunistów jako „elementy antysocjalistyczne”. Zwłaszcza w przypadku Michnika głęboko imponujące było jego zachowanie w więzieniu, odmowa emigracji, sławny list do Kiszczaka i ostrożność względem kapitulanckich knowań episkopatu. On mi się wtedy jawił jako człowiek broniący i rozumu, i honoru, zachowujący się w sposób politycznie racjonalny, nie wchodzący w pakty z władzą z poziomu więźnia. Stąd moje zaskoczenie na Żytniej, gdy Michnik najostrzej wyrażał potępienie dla solidarnościowych radykałów i domagał się poszukiwania patriotów wśród komunistów. Byłem natomiast nieufny wobec postawy politycznej biskupów i ich doradców z kręgu Stelmachowskiego, Stommy. Podejrzewałem ich, że są gotowi do legitymizowania władzy bez spełnienia przez nią nawet minimalnych warunków. Kościelna prawica tamtego czasu generalnie nie wydawała mi się godna zaufania. Widziałem w nich ludzi nie rozumiejących dziejącej się wielkiej polityki i w dodatku pozbawionych męstwa, jakoś zdumiewająco minimalistycznych. Nie, nie chodzi o zdradę, bardziej o przyduszenie rozumu politycznego bagażem uległości i strachu. Nie zmieniłem zresztą zdania do dzisiaj, zwłaszcza po tym, jak parę miesięcy później to właśnie środowisko pomogło wybrać Jaruzelskiego na prezydenta, co – jak wiemy – miało się stać praprzyczyną wszystkich późniejszych nieszczęść politycznych obozu solidarnościowego. Tezy Michnika mogły mnie dziwić, nawet niepokoić, ale wiedziałem przynajmniej, że on się nie boi, ale myśli.

 

A jak pan postrzegał Mazowieckiego i Geremka?

Na przecięciu tych dwóch orientacji. Ze swoimi życiorysami byli oni wprawdzie dla mnie postaciami z jakiejś kompletnie innej bajki: Geremek ze swoją karierą pezetpeerowską, a Mazowiecki z nieciekawymi przejściami w PAX-ie. Ale wydawało mi się, że w każdym razie panują nad tym dziwnym Wałęsą, po którym nie do końca wiedziałem, czego się można spodziewać. I że w razie czego, nie ulegną kościelnym namowom do politycznej kapitulacji. To były dwa kryteria, jakoś pozwalające mi wewnętrznie akceptować ich kierownictwo. W grudniu na Żytniej zobaczyłem jednak, że nie jest to równoprawny duumwirat. Gdyż rolę wice-Wałęsy odgrywał wyraźnie tylko Geremek. A też towarzystwo zgromadzone w Komitecie Obywatelskim wyglądało na grono jego ludzi, niemal całkiem mu politycznie powolnych. Wtedy też zobaczyłem Geremka pierwszy raz w akcji, był zdumiewająco pewny siebie i władczy wobec tych wszystkich ludzi.

Zimą 1988 roku uczestniczył pan w spotkaniu opozycyjnej elity w Warszawie, gdzie przedstawione zostały propozycje ze strony władzy. Kiedy zostały przyjęte, czuł pan, że opozycja zostanie ograna, czy przeciwnie, że warto zaryzykować?

Oczywiście byłem za podjęciem ryzyka. Tam na Żytniej stało się dla mnie całkiem jasne, że nadszedł koniec marazmu lat osiemdziesiątych. Zauważalna już była destabilizacja systemu w skali globalnej. Przełom 1988/1989 był więc takim czasem nadziei pomieszanej z nieufnością. Bardzo szybko wybuchł konflikt o udział tzw. elementów antysocjalistycznych w rozmowach Okrągłego Stołu. Komunistom chodziło o Michnika i Kuronia. Jednak Wałęsa, Mazowiecki i Geremek postawili się i ten konflikt został wygrany, ekstrema zdobyła prawo do udziału w obradach. To był dla mnie olbrzymi zastrzyk optymizmu. Dla mnie i dla moich przyjaciół to był spór symboliczny.

Wielu pana przyszłych kolegów z prawicy uważało wówczas, że niepotrzebnie lewica uległa wzmocnieniu. Jak rozumiem, dla pana spór ideowy nie był wówczas ważny.

A cóż to wtedy miało znaczyć „prawica”? Doradców niezadowolonego z biegu zdarzeń prymasa Glempa? Czy kościelnych ekspertów, mocno uległych wobec władzy? Mecenas Siła-Nowicki miał się wkrótce pojawić przy Okrągłym Stole jako reprezentant rządu! W tamtej sytuacji problemy ideologiczne wydawały się zupełnie wykoncypowane, wobec kwestii niepodległości państwa i wolności politycznej. Owszem, widziałem i czułem we własnej głowie inne napięcie ideowe: między radykałami i ugodowcami. I ten spór dobrze rozumiałem, bo świetnie wpisywał się on w moją wiedzę o dziejach polskich sporów politycznych w ciągu XIX i XX wieku. Moim zmartwieniem było to, że Wałęsa weźmie stronę ugodowców i wszystko skończy się jakimiś kolejnymi idiotycznymi radami porozumienia narodowego z komunistami. To była dla mnie wizja prawdziwej katastrofy. Więc kiedy już rozpoczęto zestawianie reprezentacji solidarnościowej na rozmowy Okrągłego Stołu i Andrzej Celiński zadzwonił, żebym był przy „stoliku młodzieżowym”, to się chętnie zgodziłem. Ale w życiu bym się nie zgodził, gdyby tam nie było Kuronia i Michnika. Dla mnie oni legitymizowali cały Okrągły Stół. Dlaczego oni? Bo w ich przypadku, w każdym razie, byłem pewien jednej rzeczy: odwagi.

Jak pan postrzegał horyzont rozpoczętej gry? O co w niej chodziło? O nieznaczną liberalizację systemu, o reformy ekonomiczne, o legalizację „Solidarności”, o udział we władzy?

O odzyskanie niepodległości i zaprowadzenie rynkowego kapitalizmu. To było dla mnie dość jasne i całkiem nieskomplikowane. Ku pewnemu zdumieniu innych kandydatów i jakiejś części publiczności, tak właśnie przedstawiłem to w kampanii wyborczej, w krótkim przemówieniu, podczas krakowskiego wiecu Komitetu Obywatelskiego. To był zresztą dla dwudziestoparoletniego chłopaka nie lada moment: na rynku mojego Krakowa, z balkonu wieży ratuszowej, mówić do tysięcy ludzi o bliskiej niepodległości. Jak sen… Byłem pewien, że kluczem jest przejęcie parlamentu i doprowadzenie do wolnych wyborów. Ze wszystkich ustaleń Okrągłego Stołu tylko to jedno miało znaczenie. To był absolutny hit: wielka reprezentacja Komitetu Obywatelskiego w Sejmie. Długo nie mogłem uwierzyć, że to jest możliwe. To przecież oznaczało dużo więcej niż powrót do stanu z lat 1980–1981, kiedy legalnie działała „Solidarność”. To był powrót do ustroju z czasów Mikołajczykowskiego PSL, tyle że w odwróconym o 180 stopni politycznym i międzynarodowym kontekście. W czasie kiedy Gorbaczow rozkładał od wewnątrz Sowiety, Rosjanie przegrywali Afganistan, a Reagan wygrywał zimną wojnę, „Solidarność” w parlamencie – oznaczała wejście na nieuchronną drogę do niepodległości. A to, że druga izba zostanie wyłoniona od razu w drodze całkiem demokratycznych wyborów, to było niemal nie do uwierzenia. Realna polityka była już w zasięgu tak bliskim, że aż trudno było uwierzyć. Komuniści składali broń z łatwością, której nigdy bym się po nich nie spodziewał. Bez męstwa, bez klasy, tylko z nadzieją na rozkradnięcie wszystkiego, co się da. Wyjątkowo byle jaki upadek dyktatury!

Uwierzył pan w liderów, którzy jeszcze nie tak dawno budzili w panu tyle zastrzeżeń?

Z mojego punktu widzenia Wałęsa, Geremek i Mazowiecki odnieśli niewyobrażalny sukces. Wszystkie moje wcześniejsze zastrzeżenia i wątpliwości – przynajmniej na pewien czas – kompletnie prysły. Stałem się wtedy i pozostaję do dziś nieustannym chwalcą Okrągłego Stołu, co jest o tyle paradoksalne, że zawsze ogarniał mnie pusty śmiech, gdy zabierałem się do czytania treści grubego tomu podpisanego porozumienia. Ten tekst jest bowiem kombinacją niewyobrażalnych nonsensów ustrojowych i ekonomicznych; tyle tylko, że to wszystko nie miało przecież jakiegokolwiek realnego znaczenia. Liczyły się tylko wybory, parlament i ofensywa, którą w nim trzeba podjąć. Co ciekawe, pamiętam, że większość ówczesnych krytyk linii Geremka i Mazowieckiego wymierzona była właśnie w koncepcję udziału „Solidarności” w wyborach. Radykałowie uważali, że w ten sposób „Solidarność” wsiąknie w system. Ale tego stylu myślenia od początku nie podzielałem. Niepodległość oznaczała przecież wzięcie władzy, a do tego był potrzebny parlament, który wymusi wolne wybory. Tak dokładnie myślałem przed 4 czerwca 1989 roku. I tu mój sposób myślenia rozjechał się z tym związkowo-konspiracyjnym stylem myślenia części solidarnościowych radykałów.

Jak wyglądał spór o włączenie na listę wyborczą innych środowisk, po przegraniu którego Mazowiecki zrezygnował z kandydowania?

To nie był jakiś szczególnie spektakularny spór. Wszystko wydarzyło się na jednym posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego, które prowadził zwycięski Geremek, a Wałęsa na tym samym posiedzeniu powierzył Michnikowi „Gazetę Wyborczą” i rozstrzelał Mazowieckiego z Hallem. Rozstrzygnięcie sprawy było w gronie Komitetu tak jednoznaczne, że Wałęsa nie miał żadnych wątpliwości, iż należy tworzyć wąską listę wyborczą. Geremek kontrolował Komitet i podyktował rozwiązanie. Dla każdego było chyba jasne, że Geremek z wyraźnym poparciem Kuronia i Michnika chce utrzymać kontrolę polityczną nad przyszłą frakcją parlamentarną „Solidarności”. Toczyła się pierwsza gra o władzę nad coraz wyraźniej odradzającym się niepodległym państwem. Mazowiecki na starcie przegrał.

Czy Mazowiecki, sprzeciwiając się wąskiej, spójnej drużynie do parlamentu, naprawdę myślał w kategoriach szacunku wobec wszystkich nurtów opozycji?

Kwestia, której do dziś nie umiem dobrze zinterpretować. Co jest pewne – to to, że Mazowiecki coraz bardziej żył w cieniu Geremka i irytowało go to niebywale. Całkiem słusznie obawiał się, że po wejściu „Solidarności” do Sejmu Geremek zostanie kanclerzem miłościwie panującego Wałęsy, Michnik stworzy tubę propagandową nowego obozu politycznego, a Kuroń będzie jego trybunem ludowym. Dla niego istotnie mógł pozostać drugi plan. A na tę rywalizację nakładały się przecież jeszcze głębokie animozje osobiste Mazowieckiego i Geremka, których dawnych źródeł nie znam i nigdy nie byłem ciekaw. Natomiast kogo by chciał jeszcze wziąć do Sejmu Mazowiecki, gdyby wtedy mógł – tego nie wiedziałem wtedy i nie wiem do dziś. Wtedy bałem się trochę, że jego i moje intencje mogą być tylko na pozór zbieżne. Ja oczywiście chciałem wciągnąć do Sejmu twardych antykomunistów różnej maści, a Mazowiecki pewnie myślał w pierwszej kolejności o swoich kolegach – ugodowych działaczach katolickich.

A dlaczego uważał, że spójna drużyna będzie filarem władzy Geremka? Kilka miesięcy wcześniej, przy Okrągłym Stole, ważniejszy był Mazowiecki. On był pierwszy po Wałęsie.

Z perspektywy obrad i spotkań Komitetu wrażenie było całkiem odmienne. Od pierwszego zebrania na Żytniej miałem wrażenie, że jest to gremium, które tworzy ekipa Geremka plus trochę niezorganizowanych dodatków. Sam byłem takim „człowiekiem luźnym”, toteż w naturalny sposób w tamtym sporze stanąłem nie po stronie zorganizowanej ekipy, ale chcącego ją równoważyć Mazowieckiego. A generalnie byłem niezadowolony, że jest intryga i spór. Że nie idziemy już całym narodowym pospolitym ruszeniem na czerwonego. To był mój ówczesny ideał.

Wałęsa by się z panem nie zgodził. On lubił rywalizację w swoim otoczeniu.

To było widać. On intuicyjnie wychwytywał napięcie pomiędzy Geremkiem i Mazowieckim i chyba się bawił, widząc kolejne fale konfliktu. Nie wiem, na ile sprawiało mu przyjemność patrzenie na waśnie pomiędzy panami inteligentami, na ile czerpał satysfakcję ze śmiesznych zabiegów inteligentów o jego łaskę, a na ile prowadził przemyślaną grę polityczną. Podejrzewam, że i jedno, i drugie, i także trzecie. Co jakiś czas sobie kombinował, co może z tego wyniknąć dla niego, a na co dzień zwyczajnie go to bawiło. Myślę, że jeśli przy okazji decyzji o liście robił jakąś bardziej przemyślną politykę, to w tym sensie, że chyba intuicyjnie czuł, iż im węższa środowiskowo, im bardziej „geremkowska” będzie lista wyborcza, tym łatwiej znajdzie w przyszłości sojuszników do jej podważenia. Dzikie polityczne zwierzę siedzące w Wałęsie zawsze mu podpowiadało, kiedy coś budował: być może, chłopie, będziesz chciał jeszcze cały ten układ wywalić! Dlatego zresztą Wałęsa nigdy żadnego trwałego bytu politycznego nie zbudował. W tamtym sporze Geremek wykorzystał tę cechę Wałęsy na swoją rzecz. Mazowiecki myślał jednak bardziej „instytucjonalnie”, „państwowo”: chyba się obawiał przyszłej delegitymizacji całej polityki porozumienia z komunistami i dlatego chciał w nią wciągnąć szerszy krąg opozycjonistów. To sprawiało, przypuszczam, że obok swoich kolegów – zawodowych katolików politycznych – dopuściłby pewnie do Sejmu także niektórych chociaż radykałów antykomunistycznych. Tak w każdym razie sobie kombinowałem wtedy, gdy popierałem Mazowieckiego w Komitecie i przegrywałem razem z nim.