W przedwojennej PolsceTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt graficzny okładki i wnętrza, skład i łamanie: Zbigniew Karaszewski

Wydawca: Agnieszka Betlejewska, Dąbrówka Gujska

Redakcja: Elżbieta Betlejewska

Korekta: Bożenna Kozerska

Wybór zdjęć: Maja i Jan Łozińscy

Dział Ilustracji, Kartografii i Archiwum Elektronicznego: Barbara Chmielarska-Łoś

Reprodukcje: Piotr Jacek Jamski

Produkcja: Mariola Iwona Keppel

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN: Michał Latusek


Partnerem wydania jest Narodowe Archiwum Cyfrowe

Copyright © for the text by Maja Łozińska, Jan Łoziński, Warszawa 2020

Copyright © by Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2020

ISBN 978-83-01-21477-7

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2020r. (wyd. II, zmienione)

Warszawa 2020


Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321; faks 22 69 54 288

infolinia: 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl

www.pwn.pl

SPIS TREŚCI

Wstęp

Początki

Pejzaże miast

Na wsi, we dworze, w pałacu

Czas zabaw i bankietów

W kinie, w kabarecie

W podróży

Automobiliści, lotnicy i inni

Ostatnie lata

Bibliografia

Źródła zdjęć

O Autorach

Wstęp


Ulica, Marek Włodarski, 1924 rok

Dla większości europejskich społeczeństw koniec pierwszej wojny światowej stał się początkiem nowej epoki – właśnie wtedy, wraz z upadkiem monarchii austro-węgierskiej, cesarstwa niemieckiego i rosyjskiego imperium, ostatecznie przeminął dziewiętnasty wiek. „Jakiż wspaniały był ten rok 1918-ty! Byłem jeszcze za młody aby pojąć całą piękność finału pierwszej wojny światowej” – pisał we Wspomnieniach polskich Witold Gombrowicz. „Było to jakieś wzruszające budzenie się do nowego życia, pełne obietnic, druzgotanie tronów monarszych i sztywnych kołnierzyków, wąsów i przesądów «honorowych», wolność ciała mieszająca się z wolnością ducha, pogrom tużurków, lakierek, wielkie rozprężanie się młodzieży witającej swój czas, wielki wiatr swobody, gdy kolana kobiece ukazywały się spod spódnic… (…) Europa! To słowo podniecało niemniej niż słowo Polska. Europa skrwawiona, ale już błyszcząca, wschodząca jak księżyc nad do niedawna «prywislanskim» krajem, nad naszą gubernią”.

W wyniku przegranej Państw Centralnych wiele narodów Europy Środkowej rozpoczynało od nowa swój niepodległy byt, wśród nich znaleźli się Polacy. Najbliższe lata suwerennej Rzeczypospolitej były wówczas wielką niewiadomą, tak jak losy sąsiadujących z Polską krajów. Gdy 11 listopada 1918 roku Józef Piłsudski przejmował władzę z rąk Rady Regencyjnej, od dwóch dni Niemcy pozbawieni byli cesarza. W dniu 12 listopada abdykował ostatni monarcha Austro-Węgier. W Rosji trwała rewolucja, zaledwie cztery miesiące minęły od tragicznej śmierci rodziny Romanowów. Młode państwo polskie musiało niemal od podstaw odbudować przemysł, rolnictwo, transport, stworzyć własny skarb, walutę, administrację państwową, armię, określić ustrój i politykę zagraniczną, ułożyć stosunki z mniejszościami narodowymi zamieszkującymi jego obszar, wreszcie – scalić w jeden organizm ziemie byłych zaborów, przez ponad sto dwadzieścia lat funkcjonujące jako prowincje obcych imperiów. Musiało także już w pierwszych latach istnienia odeprzeć atak armii bolszewickiej i w trudnych negocjacjach ustalić granice swojego terytorium.

W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne to swoisty reportaż z przeszłości, w którym wspomnienia, relacje literackie i anegdoty układają się w opowieść o szczególnym okresie historii polskiego społeczeństwa, jakim było dwudziestolecie międzywojenne. Radość z odzyskanej niepodległości, szybkie zmiany cywilizacyjne i obyczajowe, bujne życie towarzyskie, sukcesy – ale i porażki – w drodze do nowoczesnej Europy, tworzyły fascynującą atmosferę tamtych, jakże trudnych w ocenie, lat. W przedmowie do wydanego w 1939 roku albumu Budujemy Polskę Eugeniusz Kwiatkowski, ówczesny wicepremier i minister skarbu, próbował opisać kraj, w którym nędza sąsiaduje z luksusem, nowoczesność z zacofaniem: „Są więc dwie prawdy i dwie rzeczywistości życia polskiego. Obie są ze sobą sprzeczne i obie są realne. Obie mogą się powoływać na liczne dokumenty i liczne dowody rzeczowe. Jedna prawda nie potrafi obalić drugiej”.

Początki


W pierwszych dniach niepodległości przyszły premier Rzeczypospolitej Jędrzej Moraczewski pisał: „Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po stu dwudziestu latach prysły kordony. Nie ma «ich». Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili…”. W tych dniach ów entuzjazm podzielał chyba cały naród pomimo trudnej dziś do wyobrażenia sytuacji, w jakiej znajdowało się odrodzone państwo – „dwa zabory rosyjski i austriacki, prawie całkiem zniszczone, ludność wytrzebiona przez działania wojenne. Głód, tyfus plamisty, brak węgla, lekarstw, odzieży, butów, jednym słowem wszystkiego. Stolica w opłakanym stanie. Brak komunikacji utrudnia kontakty, bo koleje ledwo zipią, tabor zniszczony prawie doszczętnie. Wszystko przypomina raczej jedno cmentarzysko i to rozwalone beznadziejnie. (…) żadnej wytyczonej granicy: ani na wschodzie, ani na północy, południu czy zachodzie. Jedna rzecz tylko była bezsporna: Warszawa była stolicą tego chaosu. (…) jak ci ludzie wówczas w Warszawie, Krakowie, Poznaniu mogli wytrzymać to wszystko, co przechodzili? Tak fizycznie, jak i psychicznie, w tej prawdziwej rewolucji, jaka szalała po upadku trzech potęg zaborczych” – wspominał Wielkopolanin Stanisław Wachowiak, ekonomista i polityk, wojewoda pomorski za czasów prezydenta Wojciechowskiego.


Walki polsko-ukraińskie. Żołnierze Krakowskiej Legii Akademickiej na postoju, 1918 rok


Święto zjednoczenia Armii Polskiej. Planty w Krakowie, październik 1919 roku

Dla Polaków rok 1918 nie był jeszcze prawdziwym końcem wojny. Walki w Wielkopolsce, na Pomorzu, powstania śląskie, konflikt z Litwą o Wilno, wojna z Ukrainą i wreszcie najbardziej dramatyczna, zagrażająca niepodległości, wojna z bolszewicką Rosją, ostatecznie ustaliły granice Rzeczypospolitej, które w rezultacie otoczyły terytorium niemal dwukrotnie większe niż zakładały wstępne ustalenia konferencji wersalskiej. Dopiero jesienią 1921 roku odwołano stan pogotowia bojowego w polskiej armii, a zdemobilizowani żołnierze mogli dołączyć do społeczeństwa odbudowującego swój kraj. Pojęcie odbudowy nie w pełni oddaje charakter i ogrom działań, jakie podjęto z chwilą proklamowania niepodległości w listopadzie 1918 roku. Obok likwidacji zniszczeń wojennych najważniejszym zadaniem było przecież scalenie w jeden spójny i sprawnie funkcjonujący organizm ziem byłych zaborów, stanowiących dotąd odrębne prowincje obcych mocarstw, ujednolicenie polityki gospodarczej, prawa, sądownictwa, oświaty… „Trzy okaleczałe, nienaturalne twory, żyjące życiem odrębnem, swojem, nie myślące i nie troszczące się o części pozostałe”, jak pisał o porozbiorowym dziedzictwie Edward Rydz-Śmigły, nie poddawały się łatwo zabiegom unifikacji. Dysproporcje w stopniu zamożności mieszkańców Śląska, Wielkopolski i Pomorza a reszty kraju, zwłaszcza Galicji i Kresów, utrudniały szybkie zespolenie gospodarcze wszystkich ziem. Najbogatszy Górny Śląsk, gdzie znajdowały się majątki niemieckiej arystokracji i niemieckich przemysłowców, przed włączeniem do Polski wynegocjował znaczną autonomię – w Katowicach utworzono Sejm Śląski, a także własny Skarb, który większość dochodów mógł zatrzymać do dyspozycji władz lokalnych. Wielkopolska i Pomorze, niemal nietknięte zniszczeniami wojennymi, do 1923 roku utrzymywały odrębną administrację, obawiając się zubożenia w zetknięciu z chaosem gospodarczym reszty kraju. Ministerstwo byłej Dzielnicy Pruskiej, utworzone w 1919 roku, pełniło funkcję samodzielnej władzy dzielnicowej, reprezentowanej przez ministra w rządzie ogólnokrajowym. „Pomorzanie, podobnie jak wszyscy Polacy, spodziewali się, że w wolnej Polsce ludziom będzie się żyło lepiej, także w sensie materialnym. Długi okres życia w ramach państwa pruskiego spowodował, że ludzie mieli poczucie stabilności gospodarczej oraz zaufanie do instytucji kredytowych i pieniądza, w pewnym stopniu także do instytucji państwa, a raczej prawa pruskiego, które było przestrzegane” – wspominał ziemianin z Pomorza, Jan Sikorski. „Tymczasem po roku 1920 stabilna dotąd marka niemiecka spadała, marka polska również. Zarówno w Niemczech, jak i w Warszawie, a także w dawnej Galicji i Królestwie, ludzie orientowali się, jaka była deprecjacja waluty i przyjmowali jako rzecz naturalną zwyżkę cen. Natomiast Pomorzanie upierali się przy tym, że marka jest marką i absolutnie nie chcieli dopuścić do zniżki jej wartości. Dopiero odgórne, warszawskie, zrównanie marki niemieckiej, obiegowej dotąd na Pomorzu, z marką polską otworzyło im oczy, ale było już za późno. Skutki tej decyzji były katastrofalne dla Pomorzan, gdyż Polacy z innych dzielnic obładowani bezwartościowymi markami polskimi przyjeżdżali na zasobniejsze Pomorze i wykupywali wszystko co się dało: gęsi, bydło, meble, inne towary, także majątki ziemskie. (…) Na dewaluacji tracili w świecie i Polsce wszyscy, ale dla Pomorza była to klęska. Przepadły w bankach niekiedy fortuny, najczęściej kapitały uciułane przez lata”. Także w poznańskiem, jak pisał po latach Stanisław Wachowiak, „rozpoczął się raj dla szmuglerów, przemytników i wszelkiego rodzaju «tałatajstwa». (…) Z praktyki osobistej znałem wypadki, że gospodarz spod Kutna sprzedał dwie krowy i dwa konie kupując za to gospodarstwo w Wielkopolsce. Zawsze czyniłem zarzut mym ziomkom, że nie rząd warszawski, jak mówili wtedy, tak ich urządził, lecz odrębny rząd dzielnicowy, którego żądali”.

 

Przejmowanie władzy z rąk okupanta niemieckiego. Warta studencka na ulicach Warszawy, po 11 listopada 1918 roku


Przed gmachem warszawskiej Zachęty po zamachu na prezydenta Gabriela Narutowicza, 16 grudnia 1922 roku

Inflacja marki polskiej wywołała anormalne zjawiska społeczne w całym kraju. „W pewnych – niestety nawet i licznych warstwach społeczeństwa – perspektywa łatwych zarobków posiada wzrastającą z dniem każdym siłę przyciągającą – wspominał generał Jan Jacyna. – Jak grzyby po deszczu rosną najróżniejsze przedsiębiorstwa bez kapitału, bez konkretnych podstaw. Nie tylko na giełdzie lub w bankach, ale w restauracjach i cukierniach roi się od geszefciarzy. Pełno ich i w poczekalniach wyższych urzędników…”. We wspomnieniach o życiu rodzinnego Lwowa profesor Marian Tyrowicz opowiadał jak „po fenomenie «paskarzy», pospolitych w czasie każdej wojny, narodził się typ nuworiszów, czyli spekulantów wzbogaconych na nielegalnym (o wiele rzadziej legalnym) handlu obcą walutą i dobrami powszechnie niedostępnymi”. Koszmar inflacji, która sprawiała, że nawet cena pudełka zapałek rosła z dnia na dzień w tysiące marek, skończył się w 1924 roku dzięki wprowadzeniu złotego i reformie walutowej Władysława Grabskiego, powołanego na stanowisko premiera i ministra skarbu. „Ale anomalia w sferze moralno-psychicznej u pewnych elementów społecznych w całym kraju – jako margines życia publicznego – przetrwały” – ubolewał Tyrowicz.


Marszałek Józef Piłsudski odbiera defiladę wojsk wielkopolskich w Poznaniu, październik 1919 roku

Odrębność poszczególnych dzielnic jednoczącego się państwa komplikowała codzienne życie obywateli Rzeczypospolitej. Szczególnie uciążliwe były podróże. Istniejąca sieć kolei, zamiast spajać polskie terytorium, podkreślała niedawne podziały. Najgorzej sytuacja wyglądała w byłym Królestwie Kongresowym, gdzie porosyjskie linie kolejowe miały zaledwie kilka połączeń z dawnymi ziemiami Prus i Austrii. Konieczna stała się całkowita zmiana układu ruchu: dotychczasowe stacje graniczne utraciły przecież swoje znaczenie, należało wybudować nowe, na przykład w Zebrzydowicach, Turmoncie, Stołpcach, Zbąszyniu, Mohylanach. Funkcje głównych połączeń kolejowych musiały pełnić linie dotąd drugorzędne, peryferyjne, nieprzystosowane do obsługi pociągów dalekobieżnych. W pierwszych powojennych latach tabor polskich kolei, zarówno wagony, z których zestawiano pociągi, jak i lokomotywy, stanowił istną zbieraninę. Parowozy pochodziły na ogół z fabryk niemieckich, austriackich, belgijskich, rosyjskich, szwajcarskich, a nawet amerykańskich i japońskich. Jakże kłopotliwe musiało być kompletowanie części zamiennych, naprawy i codzienna eksploatacja tak różnorodnego sprzętu w czasach, gdy brakowało nawet węgla, a kotły opalano mało wydajnym drewnem lub torfem. Teresa Tatarkiewiczowa tak zapisała swoje wrażenia z jazdy pociągiem w 1919 roku: „Dojazd do Wilna nawet z Warszawy był ciężki: pod Grodnem most kolejowy na Niemnie był podczas wojny wysadzony w powietrze. Zastąpiono go tymczasowym drewnianym, ale jego trwałość podawana była w wątpliwość nawet przez władze wojskowe, które go zbudowały. Toteż pociąg posuwał się po nim zaledwie z szybkością kroku piechura. Bardzo to było emocjonujące, wiele osób odwracało głowy od okien wagonu lub zakrywało sobie oczy, aby nie widzieć rzeki o kilkanaście metrów poniżej toru kolejowego. (…) Z Wilna pociągów było bardzo mało, brak było taboru zabranego przez cofające się kolejno wojska niemieckie i rosyjskie. Trzy dni z rzędu jeździliśmy w Wilnie na dworzec kolejowy, nim dostaliśmy się wreszcie do pociągu, zdobywając z trudem siedzące miejsca, a jechało się wtedy do Warszawy kilkanaście godzin”.


Żydzi na rynku w Słomnikach, lata 20.

W tamtych latach dla tysięcy ludzi przemieszczających się po kraju, często z całym dobytkiem, zatłoczona kolej pozostawała jedynym środkiem lokomocji, oczywiście oprócz wozu konnego, którym nieraz pokonywano nawet kilkudziesięciokilometrowe trasy. Podróżowanie automobilem jeszcze długo należało do rzadkości. W 1924 roku w całej Polsce doliczono się zaledwie 7500 pojazdów samochodowych. W Kongresówce drogi bite były nieliczne, a na Kresach praktycznie nie istniały. W Galicji, tak jak w całej dawnej monarchii habsburskiej, przez pewien czas obowiązywał jeszcze ruch lewostronny, choć można się domyślać, że przy tak znikomej liczbie aut nie przysparzał większych problemów zmotoryzowanym przybyszom z innych dzielnic.

Temat podróży – wszak swoboda podróżowania była jednym z radosnych przywilejów życia we własnym, niepodległym kraju – pojawiał się niemal we wszystkich wspomnieniach opowiadających o pierwszych latach wolnej Rzeczypospolitej. Pociągi przewoziły z jednego krańca Polski na drugi zdemobilizowanych żołnierzy wracających do domów, ludzi poszukujących pracy czy choćby okazji do zrobienia dobrego interesu, urzędników potrzebnych na nowych stanowiskach w administracji państwowej, profesorów obejmujących katedry na otwieranych właśnie polskich uczelniach. Z głębi dawnych monarchii zaborczych wracali ci, którzy zamiast w Berlinie, Wiedniu czy Pradze mogli nareszcie żyć i pracować we własnym kraju. Pełne dramatycznych przejść były powroty rodaków z ogarniętej rewolucją Rosji, dla wielu z nich droga prowadziła przez sowieckie obozy i więzienia. Niektórzy wiele lat, czasem większość życia spędziwszy z dala od rodzinnych stron, z wytęsknieniem oczekiwali na przekroczenie polskiej granicy. Mamert Stankiewicz, niegdyś komandor w carskiej Flocie Bałtyckiej, w Drugiej Rzeczypospolitej współtwórca Szkoły Morskiej w Tczewie i legendarny dowódca wielu polskich statków, tak wspominał tę chwilę: „Późną nocą pociąg nasz wjechał na granicę w Stołpcach, gdzie przez całą noc trzeba było nosić wszystkie bagaże do pociągu polskiego, oddalonego o dobry kilometr. Wartownicy bolszewiccy zachowywali się w sposób denerwujący, informując nas, że wcale nas nie chcą w Polsce przyjąć. W pewnej chwili stanąłem poza granicą bolszewicką na ziemi polskiej. Ujrzałem uniform żołnierza polskiego. Byłem niezmiernie wzruszony. Chciałem paść na tę ziemię i podziękować Najwyższemu, że zezwolił, by tułaczka nasza się skończyła i że zdrowi i cali możemy wrócić do siebie. Było jednak dużo ludzi dokoła, przeważnie powracająca z Rosji inteligencja. Wszyscy tak samo głęboko wzruszeni, ale też wszyscy powstrzymujący się od szczerego wyjawienia swoich uczuć”.

Im z dalszych stron ściągali Polacy do swojej ojczyzny, tym bardziej zaskakiwały ich tak wyraźne różnice między dzielnicami zjednoczonej Rzeczypospolitej. „Gdy po minięciu Torunia wjechałem na terytorium dawnego zaboru pruskiego, trudno mi było uwierzyć, że się znajduję jeszcze w Polsce. Kolejarze nosili uniformy typu pruskiego, wyglądali jak Niemcy i prawie nie umieli po polsku, a w każdym razie często rozmawiali w najczystszym dialekcie niemieckim. Za to kraina dookoła nie nosiła żadnych śladów zniszczenia, jak to było wszędzie między Warszawą a Turmontami. Na polach pracowicie zbierano buraki i kartofle” – opisywał Stankiewicz swą pierwszą podróż do Tczewa w 1920 roku, gdzie miał objąć stanowisko kierownika Wydziału Nawigacyjnego, w tworzącej się właśnie Szkole Morskiej.

Nie tylko Pomorze i Wielkopolska, ale także Kresy i Warszawa – stolica młodego państwa – potrzebowały rodzimych fachowców. Ich cennym źródłem stała się Galicja, zwłaszcza Lwów i Kraków – tam, polskie środowiska inteligenckie i niepodległościowe pod liberalnymi rządami Franciszka Józefa działały i rozwijały się z największą swobodą. Mieszanie się Polaków pochodzących z najróżniejszych stron kraju, choć sprzyjało konsolidacji społeczeństwa to jednocześnie ujawniało przywiązanie do tradycji dzielnicowych, do małych „ojczyzn”, jakimi były ziemie dawnych zaborów. Jeszcze długo podkreślano odrębność kulturową Galicji, Kresów, Kongresówki czy Poznańskiego, wytykano niemieckie lub rosyjskie naleciałości w polszczyźnie, w zwyczajach kulinarnych, śmiano się ze skąpstwa krakowskich „centusiów”, warszawskiego bałaganiarstwa i cwaniactwa, z dobrodusznej naiwności kresowiaków i „pruskiego wdzięku” Wielkopolan. Przybyszów z innych dzielnic „rdzenni poznaniacy, niechętni zmianom niesionym przez intruzów zwłaszcza w sferze obyczaju, wobec zajmowania przez nich tylu stanowisk, nazywali «Galileją z Kongresówy», choć nowi zjeżdżali z różnych stron” – wspominał Jerzy Waldorff. Nawet w wojsku dochodziło czasem do konfliktów między byłymi żołnierzami trzech armii zaborczych. Spierano się o sposób salutowania, noszenia pasa wojskowego, o umundurowanie. I choć skłóconych usiłowano pogodzić stawiając za wzór tradycję wypracowaną w Polskiej Organizacji Wojskowej i Legionach, w tych pierwszych latach armia wyglądała dość pstrokato. Noszono mundury austriackie, rosyjskie, niemieckie, francuskie (armia Hallera), ale także pochodzące z demobilu mundury włoskie, amerykańskie i brytyjskie. Wśród żołnierzy przybyłych w 1920 roku z Rosji poprzez Daleki Wschód zdarzały się nawet mundury chińskie i japońskie – wszystkie znaczono polskimi emblematami.

Nie tylko różny stopień zniszczenia i zacofania gospodarczego poszczególnych ziem, odmienność tradycji i różnorodna mentalność ich mieszkańców określały tak niejednolity charakter młodego państwa. Trudnym zadaniem, przed którym stanęło społeczeństwo Rzeczypospolitej, było ułożenie jak najlepszych stosunków z mniejszościami narodowymi zamieszkującymi nasz kraj w granicach, jakie ostatecznie ustaliły się w latach 1918–1922. Według pierwszego spisu powszechnego, który przeprowadzono w 1921 roku, ponad jedną trzecią wszystkich obywateli stanowili Ukraińcy, Żydzi, Białorusini, Niemcy i Litwini. Niektórzy, zwłaszcza spośród zachodnioeuropejskich polityków, przyczynę istnienia tak znacznego odsetka ludności obcej etnicznie (jednego z najwyższych w Europie) upatrywali w „terytorialnej zachłanności” Polski. Inni z kolei twierdzili, że owa „zachłanność” zapewniła stabilność polskich granic na blisko dwadzieścia lat.

 

Życie codzienne w Rzeczypospolitej, pomimo wielu jeszcze problemów i politycznych wstrząsów – zabójstwa pierwszego polskiego prezydenta, Gabriela Narutowicza, krwawo stłumionych protestów robotniczych w Krakowie, wreszcie przewrotu majowego – w drugiej połowie lat dwudziestych XX wieku nabierało z wolna cech normalności. Choć nadal, tu i ówdzie, powtarzano sobie gorzki żart pewnego polskiego arystokraty, który w 1918 roku wyznał: „Dałbym połowę tego, co posiadam, żeby tylko Polska odzyskała wolność. Z drugą połową zaraz bym wyemigrował”…


Wojna polsko-radziecka. Zapisy ochotników zgłaszających się do biura werbunkowego w Warszawie, 1920 rok


Warszawa, Zamek Królewski, koniec lat 20.