Wielki świat CapowicTekst

Autor:Jan Lam
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jan Lam

Wielki świat Capowic

Saga

Wielki świat CapowicTytuł oryginału: Wielki świat Capowic Przełożyła: Copyright © 1869, 2019 Jan Lam i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726106664

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ROZDZIAŁ I,

w którym szanowna publiczność może zrobić znajomość z najwyższemi sferami urzędowemi miasta Capowic i dowiedzieć się ciekawych szczegółów co do topografii i statystyki powiatu Capowickiego.

Są niedowiarki, którym istnienie miasta Capowic wyda się może problematycznem, bo nie ma tak jasnej i prostej rzeczy pod słońcem, by złość i przewrotność ludzka nie podała jej w wątpliwość. Wszak niedawno jeden z najjadowitszych korespondentów jednego z najprzewrotniejszych organów opinii publicznej ośmielił się zakwestyonować istnienie Prześwietnej Rady powiatowej buczackiej, z powodu, że nawet w najbliższej okolicy starożytnego grodu buczackiego nie słychać było dłuższy czas o żadnej czynności tego ważnego organu autonomii krajowej. I byłby świat uwierzył złośliwie rozszerzonej wieści, gdyby nagle nie była gruchnęła wiadomość, że JW. marszałek powiatowy, jako kawaler orderu św. Grzegorza, i jako kierownik samorządu powiatowego, przy pomocy Wgo wice–marszałka ułożył adres, w którym pp. członkowie Rady, przejęci ważnością stanowiska swego i potrzebą uczynienia zadość położonemu w nich zaufaniu współobywateli, objawić mają Ojcu świętemu głębokie ubolewanie swoje z powodu różnych rzeczy, mających nader pośrednią styczność ze sprawami okolicy buczackiej i wszystkich okolic polskich w ogóle. Czy wiadomość ta potwierdza się, czy nie, zawsze świat nie będzie mógł nadal ignorować istnienia Rady powiatowej buczackiej.

Z Capowicami trudniejsza pod tym względem sprawa, albowiem od roku 1867 miasto to upośledzone jest i pozbawione należącego mu się znaczenia, z powodu zwinięcia istniejącego tamże urzędu powiatowego, i zepchnięte do rzędu nic nieznaczącego partykularza, położonego w obrębie starostwa Kozłowickiego, w jednej z ośmiu wicegubernij galicyjskich. Nietylko tedy właściciela Capowic, Wgo Imci pana Kalasantego Capowickiego, ominęła sposobność przewodniczenia własnej, osobnej, capowickiej Radzie powiatowej, ale nawet propinacya od tego czasu z 3.700 złr. spadła na 3.100 zlr. i ziściły się niezmierne ekonomiczne, socyalne i polityczne klęski, które ludność Capowic i przyległych włości przewidywała w petycyach do sejmu, wnoszonych przeciw przeniesieniu urzędu powiatowego do Kozłowic. Handel, przemysł, rękodzieła i t. d. upadły, bo konsumcya cukru, kawy, rumu, mięsa i innych ważnych artykułów zmniejszyła się o kilkaset złr. rocznie, a szewcy miejscowi, odkąd utracili sposobność zarobku jaką im nastręczali panowie c. k. dyurniści powiatowi, są prawie zupełnie bez zatrudnienia. Jednem słowem, Capowice są dziś jawnym i do nieba o pomstę wołającym dowodem, jak dalece szlacheckie rządy hr. Gołuchowskiego były dla kraju zgubnemi, i jak dalece delegacya nasza w Wiedniu oddała cały kraj ze związanemi rękoma na pastwę centralizacyi, która — dla Capowic — siedzibę swoją założyła w Kozłowicach, z narażeniem na szwank wszelkiej godności narodowej i zasad, od których ani na krok odstępować nie powinniśmy.

Ostatnie te słowa nie są moją własnością literacką: wyjąłem je z korespondencyi, którą p. Kalasanty Capowicki umieścił w pewnym dzienniku, stojącym na straży „godności i ducha narodowego“, a cieszącym się względami JW. właściciela Capowic, odkąd tenże przyłączył się do opozycyi. To nawrócenie się pana na Capowicach, Capówce i Capowej Woli do zdrowych zasad narodowych, nastąpiło tego samego dnia, w którym Rada powiatowa Kozłowicka 14 głosami przeciw 12, wybierając marszałkiem pana Ruderkiewicza, dzierżawcę Głęboczysk i nawet nie szlachcica, przekonała p. Kalasantego namacalnie o zgubności tak zwanej polityki utylitarnej. Od tego więc czasu JW. Capowicki wraz z sąsiadem swoim, Wnym Tadeuszem Bzikowskim z Małostawic, stoją na czele malkontentów w powiecie Kozłowickim, i jeżeli prenumerują Gazetę Narodową, to tylko dlatego, że jak powiadają, dobrze jest wiedzieć, co też mówi się i robi w obozie przeciwnym.

Ale nie wyprzedzajmy biegu wypadków. W czasie, w którym się działy rzeczy stanowiące przedmiot niniejszego nader wiarygodnego opowiadania, Capowice używały jeszcze w całej pełni dobrodziejstw własnej swojej autonomii, a JW. Capowicki nietylko nie pisywał do dzienników opozycyjnych przeciw polityce utylitarnej, ale nawet jako prezes stał na czele obwodowego komitetu, złożonego w celu zbierania składek na sformowanie lekkokonnego pułku ochotników narodowych, z niemiecką komendą, który to pułk pod dowództwem JEks. pana hr. Starzeńskiego byłby się niezawodnie mocno naprzykrzył Prusakom, gdyby w zuchwałości swej posunęli się byli aż do Sędziszowa, albo do Ropczyckiej Góry. Nadmienię przy tej sposobności, że JW. Capowicki w owych pamiętnych czasach przyczynił się 50ma guldenami, trzema funtami szarpij i kilkoma bandażami do ocalenia monarchii Austryackiej, za co później nie on, ale starosta obwodowy, p. Mantschberger, otrzymał krzyż kawalerski orderu Franciszka Józefa, bo prawdziwa zasługa nigdy nie bywa wynagrodzoną, i jedyną rzeczą, która zostaje w dzisiejszych czasach każdemu, własną i narodową godność należycie oceniającemu synowi ojczyzny, jest wierne i konsekwentne trwanie przy sztandarze opozycyjnym, jak słusznie powiada JW. Capowicki w innej znowu korespondencyi swojej do dziennika opozycyjnego.

Miały tedy Capowice w r. 1866 własną swoją autonomię i własny swój urząd powiatowy, i nie potrzebowały udawać się po wymiar sprawiedliwości politycznej do Kozłowic, co jest najlepszym dowodem, że Capowice istnieją rzeczywiście, i że należy im się kartka w historyi, tak jak należy Sniatyniowi za to, iż posiada owych znanych dwóch koryfeuszów, albo Brodom za to, że przestały płacić pensyę nauczycielom szkół miejskich i od tego rozpoczęły oszczędność w swoim budżecie, albo stolicy galicyjskiej za to, że wolna od wszelkich przesądów szczepowych i narodowościowych, pielęgnuje tak starannie teatr niemiecki.

Wątpliwość co do istnienia Capowic pochodzi po części ztąd, że podróżny opuściwszy gościniec rządowy, prowadzący ze Lwowa do granicy kraju, i porobiwszy przez kilka godzin bardzo bolesne doświadczenie co do nie doskonałej budowy i jeszcze niedoskonalszej reparacyi gościńca krajowego, prowadzącego w te strony, gdy na przestrzeni 3 mil zapłaci pięć razy myto przy pięciu różnych rogatkach i dwa razy mostowe od mostów, których egzystencya i potrzeba nawet w całej podróży wydaje mu się wątpliwą, gdy następnie minąwszy karczmę należącą do Głęboczysk, i złamawszy dyszel tuż koło piątej rogatki, gdzie zapłacił po 12 centów od konia za dobrodziejstwo używania gościńca krajowego, a złamawszy go z powodu nieprzewidzianej, wielkiej dziury w samym środku gościńca, nieoznaczonej wcale na mapie Kumersberga — gdy następnie, powiadam, podróżny ten dojedzie do wielkiego krzyża, samotnie sterczącego w polu i obok tego krzyża ujrzy i odczyta na białej tablicy napis: Kreis et caet., Bezirk et caet. — Stadt Zappowitz, wraz z przekładem polskim: — ogląda się daremnie na wszystkie strony świata za miastem, którego bliskość zapowiada owa biało pokostowana etykieta, świadcząca oraz o piśmienności i cywilizowanej dwujęzyczności Capowiczan. Zmrok zapadł już bowiem, choć szanowny P. T. podróżny jeszcze przed południem opuścił główny gościniec lwowski, na prawo i na lewo, z przodu i z tyłu, najbystrzejszy wzrok nie spostrzeże niczego, oprócz szarej płaszczyzny, gubiącej się w cieniu, i szarego nieba, na którem samotna jakaś gwiazda migoce i mruga, jak gdyby ją senność zbierała na widok tej wszechszarej przestrzeni, przypominającej puste grządki ogrodu botanicznego we Lwowie, gdzie na miniaturowych białych tablicach można także wyczytać rozmaite napisy, ale gdzie daremnem byłoby szukać za należącemi do nich roślinami.

Wtem, nagle, woźnica skręca w bok, bryczka stacza się z niesłychaną szybkością z jakiejś nader przykrej pochyłości, najeżonej niemniej przykremi przeszkodami w kształcie różnych kamieni, prętów, wybojów i t. p., błoto bryzga szanownemu P. T. podróżnemu wyżej uszu, woźnica woła na przemian to: het, hejt! to znowu: wiśt! wiśt! bryczka skacze, nurza się, przechyla, szybkość jej pędu wzrasta z każdą chwilą, aż nakoniec — traf! łamie się koło, szanowny P. T. podróżny znajduje mięciutkie posłanie w błocie, na trzy stopy głębokiem, jego tłomok, parasol, koc i słoma z bryczki, jako też worek z obrokiem, nakrywają go i osłaniają przed dalszemi przeciwnościami, woźnica woła: A bodajś! a trzysta ....... i tam dalej — i oto znajdujemy się na samym środku rynku w Capowicach, i tem samem wskazujemy in medias res naszego opowiadania.

Od czasu, jak kosztem konkurencyi gminnej dworów przyległych, i dzięki staraniom niezapomnianego naczelnika powiatowego, p. Maulschellhofera, obdarzonego za to inseratem w gazetach, wyrażającym mu dozgonną wdzięczność powiatu Capowickiego, powiodło się za nic nieznaczącą sumę 180.000 złr. w. a. wykończyć projektowane oddawna połączenie Capowic z tak zwaną „cesarską drogą“ za pomocą krajowego gościńca i pięciu czerwono–niebieskich rogatek, niepamiętną jest rzeczą, by ktokolwiek, nieobeznany bliżej z topografią Capowic, odbył swój wjazd do tego miasta inaczej, aniżeli w sposób powyżej opisany — osobliwie, jeżeli nie przenocował w Wygodzie Głęboczyskiej i nie czekał białego dnia do odbycia tego tryumfalnego wjazdu. Szanowna publiczność, której przychylny los pozwolił czytać powieść niniejszą, odniesie tedy znaczną korzyść z tej lektury, i będzie to uważała za zbawienną ostrożność, wysiąść z bryczki koło tablicy „Stadt Zappowitz“ i odbyć resztę drogi pieszo.

 

Ale bądźcobądź, jesteśmy już w Capowicach, i mamy po lewej stronie „ratusz“, a po prawej koszary c. k. żandarmeryi, opodal zaś gmach urzędu powiatowego, czyli używając krótszego wyrażenia lokalnego, becyrk. Ratusz jest oczywiście oraz domem zajezdnym, i różni się od Wygody Głęboczyskiej co do budowy swojej i całej zewnętrznej okazałości tylko tem, że podczas gdy lewe skrzydło, przybudowane do głównego korpusu, zawiera tylko takie same „kuczki“, jak na Wygodzie, natomiast prawe skrzydło, oprócz jakiegoś budyneczku, mogącego służyć za chlewek, gdyby Mojżesz nie był zabronił starozakonnym hodowania nierogacizny, zawiera jeszcze i bazar capowicki, mieszczący w sobie dwa najokazalsze sklepy, jako to: korzenny handel pani Heni Silber i bławatny handel pana Abrahama Gold, vulgo Abrumka — o czem świadczą zresztą bardzo wymownie dwa szyldy, jeden niebieski z białym, a drugi z czerwonym napisem, a obydwa z ortografią, nieustępującą w niczem tej, jakiej używają pp. kupcy lwowscy ku zbudowaniu i rozweseleniu przechodniów. Cały „ratusz“ jest własnością JW, Kalasantego Capowickiego, pana na Capowicach, Capówce i Capowej Woli; dzierżawcą zaś tego uwagi godnego gmachu jest Dudio, jeneralny propinator, a oraz właściciel handlu win, dostarczającego węgierskich i austryackich nektarów całej okolicznej szlachcie i całemu Prześwietnemu c. k. becyrkowi, z wyjątkiem tych podrzędnych reprezentantów władzy, których miesięczna płaca, po odtrąceniu czynszu za pomieszkanie i należytość Herszkowi w jatkach, nie wystarcza na kupienie butelki nawet takiego wina, jakie sam Dudio uważa już za „cokolwiek podlejsze“. Jaki smak ma to wino, o tem nie wie nikt, kto według wschodniego obrządku nie komunikował się pod obydwoma postaciami, albo przynajmniej nie bywał na prażnikach, gdzie zwykle serdeczność przyjęcia i obfitość darów bożych przeważa nad ich jakością. Jeżeliby jednak który z szanownych czytelników dla wydoskonalenia się w znawstwie winnem, zapragnął wiedzieć, co Dudio nazywa „cokolwiek podlejszem“ winem, niechaj do kwaterki tęgiego, burakowego barszczu doda parę naparstków żytniówki, nieco soku z kwaśnych ogórków, kilkanaście miałko utłuczonych ziarnek pieprzu, i łut papryki — a podniebienie jego dozna tak błogich i rozkosznych wrażeń, jak moje na imieninach w Capowej Woli u ks. proboszcza Łuckiewicza, którego liwerantem od lat kilkunastu jest Dudio.

I są jeszcze ludzie, którzy twierdzą, że sprowadzamy z zagranicy wielką część artykułów, potrzebnych nam do codziennego życia!

Okazalszym nad wszelką okazałość Capowicką jest becyrk — dziś niestety ogołocony już ze swojej świetności i niemieszczący więcej tych biór, których obecności Capowice zawdzięczały swój ruch handlowy i kwitnący rozwój ekonomiczny. Budynek ten piątrowy, murowany, kryty gontami, na dole w sześciu obszernych pokojach mieścił owego czasu kancelarye urzędu i sądu powiatowego, na górze zaś, oprócz bióra prezydyalnego, znajdowało się pomieszkanie pana naczelnika powiatu, czyli — dlaczegóż mamy używać jakichś obcych wyrazów, skoro mamy swoje? — czyli więc pana forsztehera, wraz mit der werthen Familie.

Die werthe Familie stanowił najprzód sam pan forszteher, Wacław Precliczek, piszący się naówczas Wenzel Pretzlitscheck, a teraz, odkąd jest na pensyi i osiadłszy we Lwowie, należy do besedy czeskiej, używający z upodobaniem rodzinnej swojej pisowni: Vaclav Precliček. Pan forszteher, jako głowa powiatu, był oczywiście najpierwszą i najważniejszą osobą w Capowicach, i powinienbym był wspomnieć o nim pierwej niż o Heni, o Abrumku, o Herszku, o Dudiu, gdyby nie nawyknienie miejscowe, które wbrew wszelkiemu porządkowi nie szykowało znakomitości miejscowych nach den Diaetenklassen, ale kazało zawsze uważać Dudia za pierwszą osobę w powiecie, poczem szła Henia, Herszko, Abrumko, a dopiero po nich pan forszteher. W istocie, mniemanie to było zapewne mylnem i ubliżającem powadze urzędowej pana forsztehera i becyrku, ale niemniej jednakże jest rzeczą pewną, że kto miał bardzo trudny i bardzo ważny interes w becyrku, ten udawał się zwykle do Dudia, jeżeli mógł komunikować się bezpośrednio z tak morejmorejną osobistością, a jeżeli nie, to wpływał na niego za pośrednictwem jego bratowej, pani Heni Silber, albo jego szwagra, p. Abrahama Gold, albo jego zięcia, pana Hersza Fiszer, i dopiero przez te wszystkie instancye trafiał do bióra prezydyalnego i — nigdy źle na tem nie wychodził. Nie można wątpić, że brak prawdziwej lojalności, który nawet w Capowicach nurtował potajemnie w sercach kilku indywiduów, bardzo pod politycznym względem podejrzanych, i zwykła zresztą złośliwość ludzka — rodziły mniemania tego rodzaju; ale były fakta, które przez fatalny jakiś zbieg okoliczności stwierdzały niezwykły wpływ zacnej rodziny Silberów, Goldów i Fiszerów na bieg administracyi politycznej i sądownictwa w powiecie Capowickim. Niektórzy starozakonni, zarażeni nowoczesnemi, rewolucyjnemi pojęciami o wolnej konkurencyi, nie mogli pojąć, dlaczego oprócz Herszka nikomu nie wolno było trzymać jatek, mimo ustawy o wolności zarobkowania, i mimo złego towaru a wysokich cen, w których p. Fiszer miał szczególne upodobanie. Oczywiście, iż gdy na stół p. forsztehera dostawało się zawsze tylko bardzo wyborne mięso, i to funt po 8 centów, więc wszystkie te złośliwe szepty nie miały najmniejszej podstawy... ale jak w kwestyi jatek, tak i w innych drobiazgowych materyach tego rodzaju malkontenci nie przestawali szerzyć głośnych utyskiwań, które w końcu sprowadziły kilka razy do Capowic rozmaite komisye, to z namiestnictwa, to sądu obwodowego. Lecz komisye te, zaprzysiągłszy po kilkadziesiąt świadków, i zasuspendowawszy jednego lub drugiego kancelistę powiatowego, zmuszone były uznać, że jakkolwiek skarb publiczny wydał każdą razą po kilkaset złr. na dyety i koszta podróży, to wydatek ten jest niczem wobec świeżo potwierdzonego i nader pocieszającego przekonania, iż postępowanie pana forsztehera jest ściśle prawne, sumienne i nienaganne, i że wszystkie skargi przypisywać należy, den fortwährenden Umtrieben der rastlosen polnischen Umsturzpatrtei.

Ta Umsturzpatrtei była zmorą, która trapiła ciągle pana forstehera, odbierała mu sen w nocy, apetyt we dnie, zatruwała mu goryczą każdy zajdel piwa, każdą fajkę schwarzdrei–konigu. — Spisywał o niej obszerne memoranda prezydyalne, więził wszystko co tylko nie było całkiem niepodejrzanem, i całe sągi sześcienne protokołów, rysopisów, listów gończych, okólników itp. były owocem tej niezmordowanej pracy. Sam pan Kalasanty Capowicki, jakkolwiek prezes komitetu w celu formowania Krakusów, nie uszedł kilku nader ścisłym i surowym „amtshandlungom“; sam ksiądz Zając, proboszcz i dziekan capowicki, musiał stawać do protokółu, jakkolwiek wiadomem było powszechnie, że przed drzwiami plebanii skonał raz w roku 1864 z głodu i nędzy powstaniec, przed którym zamknięto na klucz drzwi tego zacnego kapłana.

Niestety! Pan Precliczek, wiecznie tropiący za emisaryuszami, za ludźmi, niezaopatrzonymi w paszporty i w karty pobytu, za transportami broni i amunicyi sam, na pierwszem piętrze gmachu becyrkowego, w najbliższem swojem sąsiedztwie, pod urzędowym bokiem swoim, miał mały wulkan rewolucyjny, którego wybuchy dostarczą nam wątku do dalszego opowiadania naszego.

Pan Precliczek miał bowiem żonę i córkę...

ROZDZIAŁ II,

w którym autor maluje jaskrawemi barwami utylitarną politykę pana forsztehera, i opozycyjne stanowisko (der werthen Familie).

Pani Precliczkowa, czyli, jak ją powszechnie nazywano, pani forszteherowa, z domu Hanserlówna, córka c. k. komisarza cyrkularnego z Rzeszowa, Bochni, czy z Jasła, od lat dwudziestu kilku była wierną i przykładną towarzyszką p. prefekta departamentu Capowickiego w pozaurzędowym jego żywocie: najprzód, gdy był konceptspraktykantem w rodzinnem jej mieście, później, gdy przechodził dalsze stopnie hierarchii urzędowej przy namiestnictwie we Lwowie, a nakoniec, gdy zaufanie rządu powołało go do piastowania ważnej posady, na której go zastajemy w r. 1866. We wszystkich tych miejscach pobytu, najżądniejsza potwarzy złośliwość ludzka nie zdołała podnieść przeciw niej innych zarzutów, jak tylko te, których ofiarą padają wszystkie mniej więcej żony nasze. I tak n. p. było rzeczą autentycznie stwierdzoną, że pani forszteherowa posiadała o jedną suknię jedwabną i o dwa kapelusze mniej niż gospodyni ks. proboszcza, Zająca, w Capowicach, co rzucało oczywiście jak najmniej korzystne światło na jej dobry smak, na jej elegancyę i na jej poczucie tego wszystkiego, co była winną sobie samej i stanowisku swojego małżonka. Dalej, jak utrzymywano, posiadała pani kontrolorowa Langbauerowa niezbite dowody, że futro pani naczelnikowej miało tylko kołnierz tumakowy, pod spodem zaś były proste lisy, czy nawet farbowane króliki. Okoliczność ta zmniejszała w bardzo znacznym stopniu uszanowanie całego wielkiego świata capowickiego dla pani Precliczkowej. — Co mi to za naczelnikowa, zwykła była mawiać pani kasyerowa — kiedy prosta kanceliścina potrafi się ubrać lepiej od niej, gdy idzie w niedzielę na mszę do kościoła! Księża gospodyni wygląda przy niej, jak jaka hrabina. Gdyby nie mąż, każdy miałby ją za nic, i t. d.

Kto tylko ma najmniejsze wyobrażenie o przyzwoitości, o wymaganiach światowych, ten odrazu potrafi ocenić słuszność tych zarzutów. W ogóle powtarzano sobie po cichu w całych Capowicach, że pani forszteherowa nie umie prowadzić domu jak należy. P. pocztmistrzowa zaręczała raz ks. wikaremu, że u forszteherów przez trzy dni, dzień po dniu, był na obiad rosół, zasypany hreczanemi krupami, i sztuka mięsa z chrzanem octowym. Szczegół ten dostarczył przedmiotu do żywej i nader wyczerpującej dyskusyi przy kawie u państwa kontrolorstwa, gdzie ks. wikary bywał częstszym, niż codziennym gościem, i p. asystentowa zaręczała słowem honoru, że w życiu swojem nie słyszała nic podobnego. Poczem, wiedziona zapewne chrześciańskiem uczuciem, które nam każe ostrzegać bliźniego, gdy błądzi przez niewiadomość, p. asystentowa wracając do domu wstąpiła do pani forszteherowej, i opowiadała jej słowo w słowo wszystko, co p. pocztmistrzowa mówiła ks. wikaremu, a ks. wikary pani kontrolorowej , i jak po tem wszystkiem wyraziła się następnie pani kasyerowa i p. Kuszkiewiczowa (żona wielkorządzcy Capowic, Capówki i Capowej Woli), jakoteż pan kasyer, p. kontrolor, p. pocztmistrz i p. aptekarz, a nadewszystko dr. Rzeźnicki, młody medyk z bardzo ostrym językiem, który niedawno przybył ze Lwowa. Nazajutrz gdy p. Precliczek zażądał, jak zwykle, chrzanu do swojej sztuki mięsa, p. forszteherowa opowiedziała mu ze łzami w oczach, że musi się obejść bez tej przyprawy, „bo i tak już to a to rozpowiadają wmieście.“ P. forszteher obszedł się tego dnia bez chrzanu, ale sądny dzień nastał zato w Capowicach. Pan kasyer nie dostał urlopu, którego potrzebował do poratowania zdrowia; panu kontrolorowi odmówiono zapomogi, którą już miał prawie jakby w kieszeni; zamiast dr. Rzeźnickiego, doktor Herz otrzymał z urzędu polecenie spisywania włościan, zmarłych na tyfus i dysenterye, i zapisywanie lekarstw tym, którzy dopiero umierać mieli; ks. wikary popadł w niełaskę u księżej gospodyni (bo p. forszteher żył bardzo dobrze z ks. proboszczem), i odtąd nic dostawał na wieczerzę nigdy nic innego jak tylko kaszę z mlekiem — w skutek czego stał się jeszcze częstszym, niż częstym, codziennym gościem u pp. kontrolorstwa. Pana Kuszkiewicza, rządzcę klucza Capowickiego, obili włościanie, których chciał grabić za to, że paśli konie w nasiennej koniczynie JW. Capowickiego, a gdy się udał do becyrku ze skargą, zapłacił najprzód karę stępiową, a następnie zawikłany jeszcze w proces o gwałt publiczny z tego powodu, jak gdyby nie był obitym, ale bijącym. Rzecz cała oparła się aż o kronikę Gazety Narodowej, może i byłoby przyszło nawet do interpelacyi w sejmie, ale na nieszczęście sejm odroczono. Wszystkich tych przykrych następstw nie byłby doznał pan Kuszkiewicz, gdyby p. Kuszkiewiczowa nie była brała udziału w owej nieszczęsnej rozmowie przy kawie u pani kontrolorowej, i gdyby pani forszteherowa nie była dawała panu forszteherowi przez trzy dni rosół, zasypany hreczanemi krupami, sztukę mięsa z chrzanem na occie. Gdyby mu była dała, przynajmniej raz, dla odmiany, chrzan ze śmietaną, albo ćwikły, albo sos pomidorowy — ależ co dzień chrzan z octem!!!

Wniknęliśmy za pomocą powyższych szczegółów w najważniejsze sprawy, poruszające opinię publiczną w Capowicach, i byliśmy w możności poznać odrazu, że horyzont małżeński państwa Precliczków nie był bez chmur, i że według zdania jednych, p. Precliczek był godną pożałowania ofiarą hreczanych krup i chrzanu, a według innych p. Precliczkowa była najnieszczęśliwszą forszteherową pod c. k. galicyjsko–lodomeryjskiem słońcem, forsteherową z tumakowym kołnierzem i z farbowanemi królikami, forszteherową o trzech tylko jedwabnych sukniach i trzech kapeluszach!

 

Ale są rzeczy, które zwracają mniej może uwagi w tak wielkim i znakomitym świecie jak świat capowicki, a któremi interesować się zwykli tylko dziennikarze, literaci, emigranci i inni ludzie bez stałego i bliżej określonego sposobu zarobkowania. Są kwestye narodowościowe, polityczne i literackie, o które toczy się nieraz bój zawzięty w gazetach, podczas gdy na prowincyi obojętnie, z politowaniem prawie patrzą na zapaśników.

Na prowincyi każdy mówi takim językiem jaki umie; każdy uważa politykę za rzecz dobrą tylko dla próżniaków, i każdy czyta to, co mu się podoba, to jest, nie czyta właściwie nic, bo jak słusznie twierdzi pan kontrolor Langbauer, od jakiegoś czasu nawet w kalendarzach piszą same głupstwa.

Otóż właśnie tego rodzaju rzeczy w rodzinie państwa Precliczków były nieraz większym powodem nieukontentowania, niż rosół z krupami i chrzan z octem, większym, niż domyślać się mogła zrazu p. pocztmistrzowa i ks. wikary.

P. Precliczek, póki używał jeszcze dawniejszej swojej pisowni jako Wencel Pretzlitscheck, twierdził o sobie, że jest ein biederer Deutscher. Co do rzeczownika, zgadzał się z nim cały powiat, co do przymiotnika zaś, niektórzy byli innego zdania. Zresztą, p. Precliczek nie potrzebował bynajmniej legitymować się, do jakiej narodowości należy, bo wiadomo było powszechnie, że mówi tylko po niemiecku, i trochę po czesku — tyle mianowicie, ile potrzeba zwykłemu śmiertelnikowi, ażeby nigdy nie mógł się nauczyć po polsku. Kwestya, do jakiej narodowości należał p. Precliczek, była tedy zupełnie jasną, a jeżeli zostawała jeszcze jaka wątpliwość w tej mierze, usuwała ją p. forszteherowa, gdy w chwilach złego humoru apostrofowała swego małżonka: „Ty Szwabie!“

Anielska ta kobieta miewała bowiem dnie, godziny, minuty, w których opuszczała ją zwykła cierpliwość, i wówczas nietylko okazywała karygodne lekceważenie zwierzchności małżeńskiej i urzędowej, reprezentowanej w osobie pana becyrksforsztehera, ale nawet dopuszczała się przekroczenia, przewidzianego w c. k. kodeksie karnym jako Aufreizung zum Hass itd.

Jestem pewny, że niejedna dobra szlachcianka, herbu Poraj, Sas, Rawicz, Gozdawa, lub innego, zapyta z zadziwieniem, jakim sposobem p. Precliczkowa, z domu Hanserle, mogła męża swojego nazywać „szwabem“, i czy może Niesiecki, albo Paprocki, wspomina o jakich starych Polusach, którzyby się nazywali „Hanserle?“ Hanserle. Hanserle!

Niestety — nie! Żaden Hanserle nie był z Bolesławem Chrobrym przy wzięciu Kijowa, żaden nie zginął pod Warną, żaden nie zrywał sejmów, żaden nie służył za podstarościego u Radziwiłłów, Lubomirskich lub Rzewuskich, żaden nie wykonywał przysięgi homagialnej Najdostojniejszemu domowi Lotaryńskiemu przy zajęciu Galicyi. Znany był tylko jeden Hanserle, w Rzeszowskiem, czy w Tarnowskiem, z wielkiej gorliwości, którą rozwijał w r. 1846 i za którą otrzymał później order i 200 złr. ad personam.

Jest to tedy fakt, co do przyczyn swych niewyjaśniony, ale zawsze fakt, że pani Precliczkowa, z domu Hanserle, nazywała męża swego „szwabem“, że umiała i rozmawiała zawsze tylko po polsku, i po polsku wychowała swoją córkę.

Pan Precliczek łamał sobie nieraz głowę nad przyczynami tego zagadkowego faktu, równie jak ty teraz czynisz, szanowny czytelniku. A jeżeliś łaskaw, i zastanawiasz się nad tą okolicznością, to chciej też przy tej sposobności rozważyć, dlaczego na odwrót nieraz damy, których przodkowie posłowali od Krzywoustego do cesarza Henryka, rzucali z dumą pierścieni swoje do skarbca cesarskiego, i otrzymywali zato tak historyczne odpowiedzi, jak np. Hab' Dank! — dlaczego, mówię, takie damy nie znają różnicy między szwabem a nie–szwabem, i córki swoje wychowują.... jużci nie po polsku?

Ale na teraz, dość nam będzie wiedzieć, że p. Precliczek nie mógł pojąć, zkąd się jego żonie wzięła ta polszczyzna? Zkąd się to wzięło, że jego własna krew, jego córka, mein Milchen, nie mogła czy nie chciała nigdy nauczyć się po niemiecku, i lekceważenie swoje dla panującej narodowości posuwała tak daleko, że język Metternicha i Kriega, język verordnungów i protokółów nazywała..... ach, włosy mi stają na głowie, jak go nazywała! Sam byłem świadkiem, gdy c. k. becyrksforszteher w Capowicach na zapytanie swoje, czy już nakryto do stołu, otrzymał odpowiedź: Et, niech tatko nie mówi do mnie tym baranim językiem!

Przynajmniej ja nie byłem urzędową figurą, i Milcia nie mogła przedemną skompromitować pana Pretzlitschka. Ale raz wydarzył się w Capowicach wypadek okropny, straszniejszy od klęski pod Königgrätz, od koronacyi w Peszcie, od usunięcia p. Wolfahrta z Złoczowa, jednem słowem — straszny. P. Precliczek w rok potem jeszcze bez oglądania się na wszystkie strony i bez dreszczu w kościach nie mógł opowiadać o tem nawet najściślejszemu swemu przyjacielowi. Rzecz miała się tak:

Jego Ekscelencya, rzeczywisty tajny radca i szambelan J. c. k. Ap. Mości, jenerał–feldmarszałek–porucznik hr. Mensdorff Pouilly, namiestnik i t. d., przejeżdżając do Kołomyi, Zaleszczyk czy Tarnopola, raczył zatrzymać się przez całą godzinę w Capowicach, gdzie zebrali się byli różni reprezentanci różnych większych, mniejszych i żadnych posiadłości, dla złożenia winnego hołdu J. Ekscelencyi. Pan Jakób Bykowski, herbu Koźlerogi, w najpyszniejszym swoim kontuszu i litym pasie, szlachcic mierzący 6 stóp wysokości i 28 stóp peryferyi, okazałą postawą swoją zwrócił na siebie uwagę Jego Ekscelencyi, który raczył zapytać go w sposób najgrzeczniejszy, co tam słychać w okolicy? Pan Jakób, choć nie tęgi Niemiec, zdobył się przecież na tyle, że obcierając pot z czoła wysapał z siebie: — Schlecht, kaiserliche Exzellenz — Kartoffel sich nicht geboren, Heu pfutsch, alles Mości Dobrodzieju pfutsch, grosse Steuer Mości Dobrodzieju!

Poczem Jego Ekscelencya raczył zaśmiać się i kiwnąć łaskawie ręką zgromadzonym reprezentantom powiatu, a sam udał się na pierwsze piętro gmachu becyrkowego dla zwiedzenia kancelaryi pana naczelnika. Jego Ekscelencya raczył iść naprzód, za nim adjutant, a za tym dopiero p. Precliczek, który widział wprawdzie, że Jego Ekscelencya wszedłszy na kurytarz, otwiera niewłaściwe drzwi, ale w służbistej pokorze nie śmiał robić żadnych uwag tak wysokiemu przełożonemu. Zdarzyło się tedy, iż c. k. tajny radca i szambelan zajrzał najprzód do kuchni, i przekonał się naocznie, że p. Precliczkowa przygotowywała tego dnia na obiad barszcz z uszkami, pierogi z serem i inne przysmaczki. Adjutant nadmienił, że to nie te drzwi, Jego Ekscelencya otworzył przeto drugie — ale i te nie prowadziły do kancelaryi, lecz do bawialnego pokoju, gdzie fatalnym i nigdy nieodżałowanym zbiegiem okoliczności, siedziała na kanapie panna Emilia Precliczkówna, zajęta czytaniem — Dziennika Literackiego! Na widok mężczyzny ze złotym kołnierzem i z czerwonemi lampasami na pantalonach, powstała i zarumieniła się, a choć miała na sobie tylko bardzo skromną perkalikową sukienkę, wyglądała dalibóg piękniej niż pan Jakób Bykowski w granatowym kontuszu z karmazynowemi wylotami i w sutym, antenackim pasie, z rycerskim węzłem na sarmackim brzuchu. Jego Ekscelencya zatrzymał się chwilkę w drzwiach, i raczył być prawie tak grzecznym, jak gdyby był jeszcze ambasadorem u dworu petersburgskiego, a nie komendantem stanu oblężenia w Galicyi. Uśmiechnął się tedy i rzekł: Das ist warscheinlich Ihre Tochter, Herr Pretzlitscheck! Pan naczelnik ukłonił się do samej ziemi. — Hübsch mein Fräulein, Sie beschäftigen sich wohl viel mit Lektüre? — Do usług pana dobrodzieja, odpowiedziała Milcia, z przynależnym dygiem. Jego Ekscelencya zamknął drzwi, i zwracając się nakoniec ku kancelaryi, mruknął dobrodusznie pod nosem: Merkwürdig.... Diese Polen mit ihren Pantoprotscheju!