Rozmaitości i powiastkiTekst

Autor:Jan Lam
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

II.

Kainów leży nad Dniestrem, w ślicznej górzystej okolicy. Dom państwa Zamirskich, jakkolwiek słynny gościnnością, leży jednak w takiem ustroniu, że nie często kto obcy doń zawita. Jedną z przyczyn tego odosobnienia, w którem żyją państwo Zamirscy, jest może dwudziestoletnia ich córka, panna Wanda — choć zdawałoby się, że przeciwnie powinna być powodem jak najliczniejszych odwiedzin, bo jest tak piękną i miłą, jak tylko nią być można, mając lat dwadzieścia; czarne oczy, jasne włosy, greckie rysy twarzy, płeć lilijową, wzrost królewski, dobroć i łagodność w sercu i nadzwyczaj staranne wychowanie.

Żeby cię kochany czytelniku ująć do reszty na rzecz panny Wandy, powiem ci na końcu dopiero rzecz najważniejszą, i to do ucha: ma stopięćdziesiąt tysięcy posagu w walucie austryjackiej! — Spodziewam się, że każesz zaprzęgać i pojedziesz natychmiast do Kainowa, jeżeli jeszcze nie jesteś żonaty. Poczekaj trochę! nie ma róży bez ciernia. — Co się mnie tyczy, uważam tylko na wdzięk kwiatu i ten tylko opiewam, bom się urodzi! — wprawdzie nie w samej Arkadji, ale w jednym z jej przedsionków — ale po drodze wstąpisz zapewnie do państwa tych i owych, gdzie są także piękne panny na wydaniu. Usłyszysz tam wielkie pochwały panny Wandy — wielkie i szczere, tem szczersze i serdeczniejsze, że na końcu, jak plama z atramentu na ślicznej fotografji, albo jak błąd ortograficzny w czułym i wonnym bileciku, ukaże się fatalne: ale. To ale zamknięte będzie czasem w jednem słowie, czasem poparte rozmaitemi dowodami i wywodami, zawsze atoli treścią jego będzier że panna Wanda jest śliczną i dobrą jak anioł, mądrą jak Salomon — albo nie, to jakoś nieestetyczne porównanie — powiem raczej, mądrą jak Minerwa, ale.... egzaltowaną. — Egzaltowaną! fatalny wyraz, mieszczący w sobie kilkanaście stronnic, z „Portretów Nie-Van-Dyka“ kilkanaście stronnic, które cię obleją jakby zimną wodą, - — nim jeszcze będziesz miał sposobność sparzyć się w Kalnowie. Dowiesz się także powoli i nie zliczysz na palcach liczbę nieszczęśliwych, którym ta egzaltacja odjęła spokój duszy, i nadzieję oczyszczenia tabuli, których serce podarła w kawałki a weksle zostawiła nietknięte w ręku lichwiarza! Dowiesz się, że wskutek egzaltacji panny Wandy, państwo Zamirscy zerwali powoli z całem bliższem i dalszem sąsiedztwem, potrzebującem synowej lub niepotrzebującem rywalki dla córek, słowem, że nie żyją z nikim, i że się nimi tem gorliwiej cały świat opiekuje. Wszędzie wiedzą doskonale co się tego lub owego dnia działo, lub dziać mogło w Kalnowie, kiedy i jak daleko panna Wanda chodziła z matką na spacer, jakie czyta książki i ile godzin codziennie gra na fortepianie lub zajmuje się swoją, szkółką ludową, a wszystko to z mniejszą lub większą, dozą egzaltacji.

W ogólności — w domu państwa Zamirskich zajmowano się daleko mniej wiadomościami z sąsiedztwa. Prowadzono tam życie spokojne, że tak powiem, kontemplacyjne. Pan Zamirski czytywał gazety, palił dobre cygara, dyrygował gospodarstwem, a jak się czasem jaki gość zdarzył, udzielał mu w długich rozprawach spostrzeżenia zrobione przy tem potrójnem zajęciu. Pani Zamirska trudniła się domem — i to wystarczało jej prawie zupełnie na zapełnienie czasu; uważałem bowiem już nieraz, że ministrowie załatwiający interesa czterdziestomiljonowego państwa, mniej mają zaprzątnięte niemi godziny, niż gospodyni czuwająca troskliwie nad tem, żeby czworo ludzi śniadało, obiadowało i wieczerzało o tej samej porze, żeby bielizna ich była czysta, śmietanka nie zwarzona a rosół nie przesolony. Pani Zamirska pamiętała o tem wszystkiem z prawdziwem poświęceniem samej siebie, i zaledwie wieczorem między herbatą a ogólnym capstrzykiem, zapędzającym cały Kalnów do łóżek — dozwalała sobie chwilkę wytchnienia.

Wspomnę tu nawiasem, że capstrzykiem tym było uderzenie dziesiątej godziny, i że po jego wybiciu wszystko rozbiegło się tak skwapliwie do swoich kącików, jak gdyby sen był rozrywką — urozmaicającą jednostajność tego na pół klasztornego życia.

W ten sposób płynął dzień za dniem w Kalnowie, i to od roku prawie, to jest, od kiedy panna Wanda dała ostatniego niegrzecznego koszyka ostatniemu konkurentowi, co się ośmielił pojawić na wysokości Kalnowa. Mówiłem już, że uchodziła ogólnie za pannę bardzo egzaltowaną — chcąc streścić inne zarzuty, które jej czyniono, i tym sposobem dodać więcej cieniów do powabnego obrazu, jaki sobie z niej w wyobraźni twojej może utworzyłeś, szanowny czytelniku, powiem ci, że mi panna X mówiła, że słyszała od panny Y, u której służy pokojówka przed miesiącem odprawiona z Kalnowa, że ta ostatnia twierdzi dowodnie, że panna Wanda jest nadzwyczaj niereligijną i naśmiewa się z księży i t. p. — panna Q zaś utrzymuje, że wie z pewnych źródeł, iż panna Zamirska zajmuje się tłumaczeniem... Messjady Klopsztoka na język angielski czy nawet holenderski, zapewne w celu nawracania protestantów. Możesz sobie to skombinować według upodobania, ja nie lubię się trudnić plotkami, nie powtarzani ich nigdy i nie komentuję. Sądzę tylko, że przypuszczenie co do istnienia Mesjady w Kalnowie jest bardzo prawdopodobnem, zważywszy senność mahometańską prawie tamtejszych mieszkańców. Nie znam człowieka, któremu by się oczy nie kleiły na samo wspomnienie tego arcydzieła heksametrycznego. Co się zaś tyczy panny Wandy, mogę zapewnić, że zajmowała ją głównie szkółka założona we dworze, gdzie się zgromadzało codziennie dwadzieścia kilka dzieci wiejskich, którym nie wykładała ani filozofemów katolika Woltera ani luterskiej Mesjady Klopsztoka, ale zasady abecadła polskiego i katechizmu aprobowanego przez zwierzchność dyecezalną.

Kiedy przyjechałem do Kalnowa, jednostajny tryb życia tamtejszego zmienił się nieco, a to z powodu obecnych wypadków. Z mnóstwa rodzin szukających schronienia przed dziczą zawołżańską, która zaprowadza, reformy w Królestwie, niektóre zabłądziły do Kainowa i doznały tam jak najserdeczniejszego przyjęcia. Czasem zjawił się także jaki powstaniec, ścigany w tych ustroniach, z obawy dostania się w ręce władz powiatowych, obwodowych i krajowych, i bawił tam, póki idąc o lepsze z obywatelstwem krajowem, nie zaproszono go w gościnę do Igławy lub Znajmu. Niechcąc finansów państwa narażać na tak niepotrzebne koszta, pan Zamirski przechowywał swoich gości jak mógł najlepiej. Gdym się zjawił, syn jego, młody Józef — o którym zapomniałem dotychczas wspomnieć, i który był zawsze bardzo dobrym chłopcem, ale miał wzrok nadzwyczaj krótki, — młody więc Józef, przywitawszy mię uprzejmie, szepnął mi tajemniczo do ucha:

— Wiesz? Henryk Plantagenet jest tutaj.

Otworzyłem oczy i uszy tak szeroko, że nawet Józio to spostrzegł, i zapytał mię z zadziwieniem równającem się mojemu:

— Jakto, nic nie wiesz o nim?

— Bardzo mało — odpowiedziałem — wiesz że już parę lat jak zdałem maturę; zapomniało się niejedno. Cóż on tu robi?

— Co robi, co robi! jest przecież komisarzem wo jennym województwa .......skiego, i wyparty przeważnemi siłami moskiewskiemi na terytorjum galicyjskie, schronił się do nas, bo go mają aresztować. Czegóż tak stoisz jak wryty?

— Bo widzisz mój Józiu, to wszystko mi się jakoś w głowie pomieścić nie może.

— A mnie się zdaje, że to rzecz bardzo naturalna.

— Jednak, uważasz, nie sądziłem, żeby potomek tak znakomitego królewskiego rodu, zrobił nam ten zaszczyt, zostać komisarzem wojennym w województwie .......skiem — i party przeważnemi siłami moskiewskiemi, retyrował się do Kalnowa! Jestto bardzo wielki honor dla terytorjum galicyjskiego! Musieliście pewnie sprawić nową liberję Maćkowi z tego powodu?

— No, daj pokój z żartami, domyślasz się może że to jest tylko pseudonim wojenny — na każden sposób jest to człowiek, na którym wiele zależy — a co za odwaga, co za poświęcenie!

Józio chwycił się przy tych słowach za głowę obiema rękami, nie dla nadania sobie postawy tem większego wielbiciela Plantagenetów, ale z powodu, że sobie nabił guza na czole, uderzywszy się o szafę, której nie dojrzał przed sobą.

Proszę mi nie mieć za złe, że wytykam krótkowidzącemu Józiowi niektóre przypadki, zdarzające mu się od czasu do czasu, mimo okularów, bez których się na krok ruszyć nie może. Krótki wzrok jego posłuży mi później do bardzo ciekawych uwag nad egzaltowanemi pannami w ogóle, a w szczególności nad panną Wanda Zamirską.

Nie chcąc psuć chronologicznego porządku faktów, stanowiącego główną zaletę tej mojej powieści, nie powiem teraz jeszcze, jaki może być związek między okularami Józia a egzaltacją jego siostry, zaostrzywszy zaś bodaj czemkolwiek ciekawość czytelnika, przechodzę do dalszej relacji z moich odwiedzin w Kalnowie.

Uporządkowawszy nieco, przy pomocy poczciwego Józia, moje toaletę powstańczą — zostałem przez niego wprowadzony do salonu państwa Zamirskich. Dziewięć pań i panien różnego wieku, wzrostu i koloru włosów siedziało na sofach, fotelach i krzesłach dokoła stołu, na którym oprócz lampy i nożyczek, znajdowały się różne kawałki płótna i kupki szarpji, całe zaś towarzystwo mocno było zajęte skubaniem tej ostatniej — a jeszcze mocniej zdawało się interesować opowiadaniem, które przy pomocy efektownej giestykulacji wygłaszał siedzący we środku mężczyzna. Ten ostatni obrócony był plecami do drzwi, tak że z początku nie mogłem widzieć nic z jego fizjonomii, prócz znakomitych faworytów, sterczących po obu stronach głowy, i będących w groźnej harmonji z rycerskiemi czynami, które właśnie opiewał. Trzeba bowiem wiedzieć, że mówił o wojnie, i właśnie w chwili, kiedy wszedłem do salonu, szarzował z pałaszem w ręku i pędził przed sobą całą kupę nieprzyjaciół, bodaj czy nie bataljon kompletny, z majorem na przeciwnej stronie frontu.

Zdumiony tem bohaterstwem, stanąłem we drzwiach jak wryty, i uważałem, że starsze panie wzdychały często i głęboko, a młodsze obracały się od czasu do czasu do zwierciadła wiszącego nad sofą. Byłbym tak stał nieruchomy, pókiby ów pan z faworytami nie zgruchotał własnoręcznie tron Romanowów, Hohencolernów i td., gdyby mię była nie spostrzegła pani Zamirska, i nie przywitało wykrzyknikiem zdziwienia:

 

— Zkąd się pan tu bierzesz?

— Był w korpusie majora Rębajły — wtrącił Józio pospiesznie.

— A, ładnieście się, tam spisali! — zawołała z oburzeniem panna Wanda — bardzo ładnie! Siadaj pan, każę panu zaraz przynieść kądziel!

Zgłupiałem do reszty na takie dictum acerbum. Wszystkie panie, w liczbie dziewięciu, patrzały na mnie z wyrazem politowania i zgrozy. Lord Henryk Plantagenet, tak się bowiem nazywał ów pan z faworytami, obejrzał się także, ale odwrócił się prędko i wydobywszy chustkę, zaczął nią systematycznie nos obcierać.

Na pierwszy rzut oka poznałem, że ów znakomity lord Henryk Plantagenet nazywał się po polsku, pan Henryk Łąkowski, ten sam, którego niepowstrzymany ruch, ogarniający nie same już tylko umysły, wypędził z domu, nie przeszkodziwszy mu jednak zaopatrzyć się w legalny paszport, jak się później dowiedziałem.

Zmięszany niekoniecznie pochwalną apostrofą panny Wandy, nie prędko przyszedłem do siebie, i kłaniałem się w około jak mogłem najniezgrabniej, gdy mię pani Zamirska przedstawiała swoim gościom. Gdy przyszła kolej na pana Henryka, wyjąknąłem z pokornem niedowierzaniem sobie:

— Zdaje mi się, że miałem już przyjemność... to jest, że miałem już to szczęście... mieć ten zaszczyt... poznać podobno pana dobrodzieja... w naszym obozie...

Lord Plantagenet oglądał się niespokojnie na wszystkie strony, panna Wanda ściągnęła ramiona, pani Zamirska zaczęła mi robić jakieś telegraficzne znaki, całe towarzystwo spoglądało po sobie i po mnie, jak gdybym coś bardzo niestosownego powiedział. Darujesz mi więc szanowny czytelniku, że z przestrachu nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Domyśliłem się tylko, żem zrobił jakieś głupstwo, zaczerwieniłem się po uszy i dla odzyskania kontenansu, zacząłem się rozglądać po pokoju, ale nie zauważałem nawet, że się w nim znajdował lokaj, który wszedł był właśnie po jakieś instrukcje, tyczące się herbaty, i w którego przytomności nie potrzeba było wyjawiać, że w naszym obozie mógł się znajdować jaki Plantagenet. Ten ostatni raczył mię powitać lekkiem ale łaskawem skinieniem ręki, i odpowiedzieć na moję najuniżeńszą przemowę:

— A, przypominam sobie, podobno pan byłeś u majora Rębajły?

— Tak jest, panie dobrodzieju, byłem przy nim do ostatka — odrzekłem przywołany do przytomności wspomnieniem kochanego naszego naczelnika.

Lord Henry zerwał się na to z miejsca, chwycił mię za rękę i zaprowadził w najodleglejszy kącik pokoju. Tu staliśmy chwilę, ja pełen oczekiwania, co mi powie zacny komisarz wojenny, on zaś, z czołem zmarszczonem głębokiemi myślami, z wargą dolną wyrzuconą do góry, z oczyma wlepionemi w sufit, zupełnie jak minister finansów szukający sposobu naprawienia waluty.

Po chwili odwrócił się, spuścił głowę i oczy ku podłodze, pochylił górnią część ciała naprzód, i założywszy ręce w tył, począł się szybkim krokiem przechadzać po pokoju.

Dostrzegłeś już może kochany czytelniku, że mi bardzo łatwo można zaimponować, nie dziw się tedy, gdy ci powiem, że w tej chwili wydało mi się, jakoby nie kilka kijów starego Kotwickiego, ale przynajmniej dziesięć tajemnic stanu ciężyło na pochylnym grzbiecie pana Henryka. Nareszcie zatrzymał się znowu przedemną, przybrał na nowo poprzednią postawę, i zapytał szybkim i jakby urodzonym do rozkazów głosem:

— Gdzie jest Nemira?

Nemira, był to młody człowiek, nasz towarzysz broni, znany z gorliwości około prac przygotowawczych, a później z męstwa. Rząd narodowy przeznaczył go był do pomocy majorowi Rębajle. Wydało mi się z początku rzeczą bardzo naturalną, że jedna znakomita figura pyta o drugą, i nie domyślając się wcale, co się święci, odpowiedziałem:

— Pojechał do Warszawy.

— Hm, to źle — odrzekł Plantagenet — trzeba żeby był tutaj. Musisz go pan natychmiast tu sprowadzić. Postarasz się pan o paszport, pan Zamirski da panu konie do granicy — a ja napiszę list do Nemiry, który mu pan wręczysz.

Nie wiem, o ile tam pan Łąkowski potrzebował Nemiry, ale wiem i poznałem zaraz, że mnie nie potrzebował w Kalnowie. Z przyjęcia jakiego doznałem od panny Wandy i z opowiadania jego, którego koniec słyszałem wchodząc do salonu, wniosłem, że na konto oddalenia Kainowa od granicy i braku styczności jego ze światem, ten co nosił królewskie imię Plantagenetów odegrał rolę polskiego Münchhausena. Po takich antecedencjach. naoczny świadek lub ktokolwiek przybywający ze stron co miały być widownią jego czynów, musiał mu być niedogodnym.

Zmiarkowałem tedy, że pragnął mię czemprędzej i wyprawić z Kalnowa, a ponieważ jako gente Ruthenus jestem niesłychanie uparty, postanowiłem zabawić tam jak będzie można najdłużej. Nie miałem jednak czasu oświadczyć to prawnukowi Ryszarda Lwie-serce, bo zawołano nas wszystkich do herbaty.

Stół, który na ten cel nakryto, nie wystarczał dla całej kolonii emigrantów, mieszczących się w domu państwa Zamirskich.

Panna Wanda obracając się do mnie i do Józia, rzekła nibyto żartując:

— Dla uciekinierów i krótkowidzących, jest osobn stolik w tamtym pokoju; możecie sobie tam opowiadać wasze czyny bohaterskie!

Widocznie uwzięła się na mnie, i jeżeli mi się jeszcze kiedy zdarzy drapnąć do Galicji, to z pewnością nie pokażę się w Kalnowie, ani w żadnem miejscu gdzie będą panny. Na ówczas jednak nie zostawało mi nic, jak albo pójść do wójta i dać się zawieźć do becyrku, a ztamtąd do Igławy, albo znosić z rezygnacją i pokorą wszystkie zasłużone i niezasłużone pociski, które co chwila na mnie spadały. Chcąc atoli przynajmniej z kimś trzecim jeszcze podzielać moję niedolę, zapytałem, czy pan Plantagenet nie będzie także należał do naszego towarzystwa. Niestety! lepiej mi było zaczepić sotnię Dońców, albo dać się zaamnestjonować na śmierć jakiemu policmajstrowi, niż poruszyć taką kwestję. Piorunujące spojrzenie, które mi miało służyć za odpowiedź, było tylko zapowiedzią dalszych kroków nieprzyjacielskich — od tej chwili w oczach panny Wandy zasługiwałem już chyba tylko na powieszenie i nigdy w życiu nie miałem i nie będę miał zaciętszej nieprzyjaciółki.

Okropna ta prawda stanęła mi już wtenczas jasno przed oczyma, a dalsze doświadczenie pokazało mi tylko srogie jej konsekwencje. Widocznie trzy czy cztery dni pobytu w Kalnowie, wystarczyły były panu Henrykowi, jeżeli nie do zupełnego zdobycia niepokonanej dotychczas — twierdzy, to przynajmniej do zajęcia głównych jej punktów obronnych.

Zamyśliwszy się nieco nad tym fenomenem, zmuszony byłem w głębi ducha złożyć hołd zdolnościom tego niepospolitego wojownika. Nie mogłem pojąć, jakie były właściwe powody tego niesłychanego powodzenia, i dotychczas jeszcze dobrze ich nie rozumiem.

Pan Henryk liczył lat trzydzieści kilka, był słuszny, silnie zbudowany, rysy twarzy miał takie jak wszyscy, a wykształcenie wcale nie nadzwyczajne — jednę tylko rzecz umiał lepiej niż inni, to jest, potrafił się zawsze przedstawić w jak najkorzystniejszem świetle, skoro nie było nikogo, coby sobie zadał pracę udaremnić jego usiłowania. Jeszcze i w takim razie trzeba było zręcznego przeciwnika, żeby mu wyrównać, bo kłamał tak doskonale i z taką nieustraszonością, że czasem w naocznego świadka wmawiał rzeczy, o których się temu nie śniło.

Dowiedziałem się naprzykład od Józia, że pan Łąkowski był z nami w bitwie pod Zabnikami, że przyprowadził do naszego obozu sto chłopów ze swojej wsi dziedzicznej, że ci dali się wszyscy wysiekać w jego obronie, że potem w miejscu zabitego naczelnika objął dowództwo nad nami, żeśmy go haniebnie odbiegli, a on sam jeden do późnej nocy tłukł się z kozakami, których byłby niechybnie wytępił, gdyby mu były ciemności nie przeszkodziły, ułatwiając odwrót rozbitkom.

Wszystkie te szczegóły umiał opowiedzieć tak naiwnie i skromnie, że słuchacze nie dostrzegli w nich ani krzty przechwalstwa, a gdym je próbował demontować, Józio przyznał mi się otwarcie, że nie wie, komu wierzyć. Apelacja do dzienników nie wiele mi pomogła, bo w tych znachodziły się trzy różne wersje o potyczce pod Zabnikami, z których żadna nie zgadzała się z prawdą. Prawdopodobnie korespondenci gazet, referujący o tym wypadku, należeli wszyscy do rodziny Plantagenetów z .....skiego. Bądź co bądź, musiałem milczeć, żeby nie ujść za łgarza obok achillesowskiej postaci i spartańskiej prostoduszności lorda Henryka. Zresztą nie wiele miałem czasu do zajmowania się cudzemi sprawami, bo wszystkie myśli i starania nasze były i są jeszcze ciągle zwrócone w inną stronę.

Bój nieustający wzywał nas wszystkich do powrotu, na pole czynu, a obok silniejszych i ogólniejszych bodźców nagliła mię do tego pośrednio i bezpośrednio panna Wanda. Uważałem atoli, że im więcej się zbliżał dzień rozstania, tem była smutniejszą i — kochany czytelniku, niech to zostanie między nami — opryskliwszą, nieznośniejszą niż kiedykolwiek.

Kompletna łagodność panien zdarza się w romansach daleko częściej niż w rzeczywistości, a zmartwienie nie zawsze robi je podobnemi do cichej brzozy płaczącej nad powolnym pniem swojej siostry, albo nad niestałością ptasząt pieszczących się z jej gałązkami.

Dla obojętnego widza zakochana panna, nad której widokręgiem miłosnym gromadzą się chmury, może być tak nieznośną jak dziecko, któremu grożą, że nie dostanie podwieczorku.

Gdybym umiał tak doskonale anatomizować serce ludzkie, jak pani Sand, wytłumaczyłbym może jak najfilozoficzniej, co się właściwie stało pannie Wandzie, ale naówczas opowiadanie moje zajęłoby parę tomów, i kosztowałoby nakładcę daleko więcej pieniędzy; ponieważ zaś żądał odemnie tylko kilkoćwiartkowego szkicu, ograniczę się na prostem przytoczeniu faktów, bez psychologicznej analizy.

Panna Wanda rozkochała się w panu Henryku, pan Henryk znalazł, że Kainów jest nie źle zagospodarowany, i rozkochał się w pannie Wandzie, ale tak, jakby od niechcenia, albo przez grzeczność. Im mniej okazywał swoję wzajemność, tem bardziej panna szalała; nareszcie wystąpił raz z długą perorą o obowiązkach ku ojczyźnie, o trawiącem go męztwie bohaterskiem, i zakończył patetycznym frazesem, z którego wynikało, że się chce koniecznie dać zabić. Myśleliśmy, że się dziewczyna rozchoruje z rozpaczy po tem kazaniu. Nie wiem, zkąd mi przyszło do głowy, poprowadzić dalej rzecz zaczętą przez bohatera z pod Żabnik, i utwierdzać go w tak szczytnych zamiarach.

— Wyście wszyscy powinni pójść — rzekła Wanda — i pan, co masz tak homeryczną szybkość w nogach, i ty panie Józefie; nie wielka was będzie szkoda. Ale ci, co się na coś więcej przydać mogą, niech teraz jeszcze zostaną w domu! — Mówiąc to, zachodziła się od płaczu.

— Zapewne — odrzekłem — ja i pan Plantagenet, powinniśmy już byli dawno opuścić Kalnów; ale Józio ze swoim krótkim zwrokiem, małym wzrostem i filigranowem zdrowiem, nie powinien się ruszać z domu, ho będzie tylko ciężarem tam, gdzie chodzi głównie o siłę fizyczną.

— Dobrze, dobrze, niech zostanie, ale niech się potem nie przyznaje, że jest moim bratem! — Ależ ja nie myślę zostać! — zawołał Józio z miną człowieka, który się rzuca na oślep przez Rubikon paragrafu 66. c. k. kodeksu karnego.

— Ani ja, ani pan Plantagenet, jak się spodziewam!

Lord Henry wyglądał zupełnie jak Kurcjusz, kiedy miał runąć z koniem w otwartą paszczę otchłani. Panna Wanda przynajmniej wyczytała na jego czole tę niezłomną determinację wielkiego Rzymianina, i zawołała słabnącym głosem:

— Kto ma takie zdolności i takie zaufanie współobywateli, powinien się oszczędzać dla ich dobra!

Chór dziewięciu panien zabrzmiał potakiwaniem, na te słowa, i uchwalono jednogłośnie, że lord Plantagenet popełni wielką zbrodnię, jeżeli narazi swoje drogie życie.

Lord Henry Plantagenet zdawał się słuchać z uwagą, zdań tego kobiecego areopagu, i kiwał poważnie głową, jak gdyby chciał powiedzieć, że już to wszystko sam dawno rozmyślił i rozważył. Ale jak już wszystko ucichło, powstał z krzesła, założył lewą rękę za klapę, surduta, prawą zaś zostawił wolną, dla dobitniejszej gięstykulacji, i począł rzecz z emfazą w te słowa:

— Zbrodnią dzisiaj byłoby sądzić, że można gdziekolwiek lepiej służyć sprawie narodu, niż na polu bitwy. (Tu groźnie głos podniósł.) Kiedy po tylu latach doczekaliśmy się nareszcie upragnionego widoku tych ojczystych sztandarów, wiodących do boju naród orężem, wsławiony. (Tu nastąpiła chwila głębokiego namysłu.) Powinniśmy wszyscy spieszyć za nimi, wszyscy, starzy i młodzi, uczeni i prostaczkowie. (Tu spojrzał znacząco po całem zgromadzeniu, jakby gatunkował obecnych!) Ojczyzna wymaga od nas tego podatku krwi, bo krew ją tylko zbawić może, i dla tego postanowiłem walczyć do ostatka, nie oglądając się na nic więcej, jak na głos powinności, który mi każe umierać obok moich braci! Powiedziałem!

 

Nowe okrzyki podziwienia wybuchły w całym pokoju, lord Henry zdawał się jaśnieć jakiemś nadziemskiem światłem, przy którem gasła sława wszystkich dawnych bohaterów.

Panny coraz troskliwiej spozierały do zwierciadła, pomne na wiersz królowej Hortenzji:

Amour à la plus bette, honneur au plus vaillant!

Panna Wanda bliską była spazmów. Po raz to pierwszy miłość owładnęła była jej serce, i nie wiem w skutek jakich to niedocieczonych psychicznych i niepsychicznych pobudek, owładła je absolutnie, nie cierpiąc żadnych ograniczeń, żadnych innych potęg obok siebie. Dosyć powiedzieć, że panna Wanda była bez wątpienia dobrą Polką, że pędziła prawie z domu Józia, na pół ślepego, chorowitego chłopca, którego lada silniejszy powiew wiatru z nóg walił, podczas gdy lord Henry, zdrów jak ryba, silny jak niedźwiedź, miał koniecznie zostać i przydać się na co innego.

I Jestem przekonany, że pan Henryk podzielał w zupełności jej zdanie, ale to jeszcze nie było dosyć, bo oprócz dwojga głównie interesowanych, trzeba było jeszcze mieć wzgląd na zdanie rodziców, i na to, co świat powie. Państwo Zamirscy nie zakochali się w nim byli tak na zabój, żeby go aż mieli wstrzymywać tam gdzie żony wyprawiają mężów, matki synów — gdzie codziennie i w każdym prawie domu odbywają się sceny wznioślejsze niż owe sławne czyny i powiedzenia spartańskie — wznioślejsze powiadam, bo u nas życie familijne ściślejszym niż gdzie indziej węzłem kojarzy członków rodziny, i ani moda, ani żelazne prawo Likurga nie każą nam wyrzekać się naszych dzieci na korzyść mamki lub zakładu wychowania, a żony wykluczać z towarzystwa, jak to czynili słynni ziomkowie Leonidasa. Dlatego też nasze Spartanki godniejsze są uwielbienia od starożytnych, i przykro mi bardzo, że panny Wandy nie mogę policzyć w ich poczet, jak z drugiej strony ubolewam niezmiernie nad tą okolicznością, że lord Henry Plantagenet także nie był Spartańczykiem, bo naówczas powieść moja mogłaby była przybrać nastrój patetyczny, który pasjami lubię.

Pan Henryk osiągnął już był wszystko, co się osiągnąć dało w Kalnowie, panna zakochała się w nim niesłychanie, rodzice poważali go wysoko, — nie zostawało mu nic, jak tylko oświadczyć się i ożenić czemprędzej. Ale tam na północy huczą działa moskiewskie, krew się leje strugam i, ojczyzna wszystkie swoje dzieci woła w bój o życie lub zagładę — uwaga całego światu zwrócona w tę stronę, Anglicy i Francuzi o niczem innem nie dyskutują, jedni wymachując rękoma, a drudzy trzymając je w kieszeni — trudno w takich okolicznościach myśleć o rzeczy na pozór tak mało wojennej, jak ożenienie. Pan Henryk rozumiał to doskonale, że i najgorętsza miłość nie uniewinni go w polskich oczach z najprzykrzejszego zarzutu, jaki można zrobić mężczyźnie, i wynalazł na to sposób całkiem nowy, który swojego czasu nje omieszkam ci opisać, szanowny czytelniku, żebyś wiedział jak sobie radzić w podobnych wypadkach. Tymczasem zaś odbywała się w Kalnowie dla panny.

Wandy prawdziwa tragedja, pełna męki i boleści, nad któremi powinienbym się właściwie nieco obszerniej zastanowić, gdybym wiedział choćby o jednym jeszcze nowym frazesie, służącym na opisanie cierpień kochanków. Niestety! nie czuję się na siłach po temu, może z tej przyczyny, że dotyczczas jeszcze dzięki Bogu, nie byłem nigdy zakochanym. Za to biedny Józio, który był trochę poetą, musiał z rozkazu panny Wandy przetłumaczyć na polskie pożegnanie Hektora z Andromachą:

Will sich Hektor ewig von mir wenden?

Wyszukano do tego jakąś muzykę, i panna Wanda śpiewała to co wieczora przy fortepianie, aż się serce krajało. Przyszła nakoniec chwila rozstania — zapakowano troskliwie rewolwery — bulion i szarpje — konie pana Zamirskiego stanęły przed gankiem, panna Wanda zachorowała na serjo i położono ją do łóżka, a ja, Józio i wielki Plantagenet ruszyliśmy w drogę, każden z innemi myślami. Józio medytował, czy nie możnaby strzelać ze sztućca za pomocą lornety — i czy nie lepiej mu pójść do kosynierów, gdzie dosyć jest widzieć Moskala na dwa kroki. Ja zastanawiałem się nad futrem i nad berlaczami pana Henryka, które miały w sobie coś nadzwyczaj powabnego, i zaczynałem pojmować doktryny komunistów francuskich. Byłem przekonany, że pan Henryk nie myśli nam towarzyszyć do końca — i próbowałem odgadnąć, jak się później z tego wykłamie w Kalnowie, o czem nie wątpiłem, że mu się uda. On zaś rozważał w myśli wszystkie szanse, które go czekały, gdyby się rzeczywiście dał zawieźć napowrót do Królestwa. Moskali można było spotkać kilka albo kilkanaście tysięcy, wszyscy uzbrojeni w gwintowane karabiny, i zaopatrzeni w sześćdziesiąt ostrych nabojów, co czyni razem stotysięcy wystrzałów, albo jeszcze więcej. Prawda, że większa część kul idzie za wysoko albo za nisko, albo bokiem, ale któż mógł ręczyć, że jedna z nich nie wybierze sobie właśnie to miejsce, gdzie będą niedźwiedzie pana Henryka? Pięć i pół stopy wysokości, a dwie szerokości, to jest jedynaście stóp kwadratowych, na tej przestrzeni możnaby pomieścić tyle ołowiu, ile go wystrzeli bataljon dający ognia obydwoma szeregam i, a w takim razie pan Henryk wyglądałby zupełnie jak przetak, odliczywszy już nawet wszystkie mankamenta, jakie go mogły spotkać przy ataku na bagnety. Uwagi tego rodzaju spowodowały go, że postanowił pojechać na bok z jaką misją, zaraz z pierwszego miasteczka, gdzie będzie można dostać konie pocztowe.

Niezadługo zawitaliśmy też na popas do Rogocina, gdzie się mieści urząd powiatowy, podatkowy i pocztowy na przestrzeni kilku błotnistych uliczek, po których się snują, czarni nasi, starozakonni bracia.

W środku znajduje się wielki czworokątny rynek, a w nim tak zwany ratusz, to jest, budynek mieszczący propinację i dom zajezdny, nad którego bramą uderza zdumionego widza napis na starej bardzo tablicy, ale zupełnie nową ortografią skreślony: Dum pański i trakther. Do tego pańskiego domu, jako do pierwszego hotelu w Rogocinie, zajechaliśmy z ogromnym trzaskiem, witani z wielką atencją przez gospodarza, jego surę i miszuresów.

W sieniach stała już jakaś inna bryczka, a około niej krzątał się oprócz parobka człowiek w siwej kapocie z czarnemi pętlicami, którego mina i postawa na pierwszy rzut oka wydawała powstańca. Nie wiem zkąd to pochodzi, ale to pewna, ze waleczni nasi bracia z Kongresówki mają coś tak cechującego w sobie, że ich od razu rozpoznać można.

Zbliżyłem się do wspomnianego właśnie koroniarza, i jakie było moje zdziwienie, gdy poznałem w nim owego starego borsuka, którego prawie w moich oczach porwali byli Moskale, w chwili gdy wypaliwszy ostatni nabój ze swojej dubeltówki, złamał jej łoże na karku jakiegoś twardokościstego Czuchońca.

— Co pan tu robisz, jak się pan wydarłeś szponów kacapskich? — było pierwsze moje zapytanie.

Jak się wydarłem? — Zębami! — odpowiedział z flegmą.

Nie dałem mu spokoju, póki mi nie opowiedział swojej historji od czasu potyczki pod Żubnikami, Treść jej była taka:

Porwany i poszturkany przez piechotę, został potem oddany pod straż kozakom, którzy go mieli odprowadzić wraz z innymi do najbliższego miasta, gdzie się znajduje więzienie dla nieszczęśliwych jeńców. Kozak zarzucił mu rzemień na szyję, jak to zwyczajem szlachetnych, rycerzy carskich, i ciągnął go za sobą, okładając od czasu do czasu pletnia, a w przerwach popijając wódkę z manierek, zdobytych na pobojowisku. Biedny borsuk wlókł się jak mógł za nim, aż gdy zmrok zapadł, począł z głodu i złości kąsać rzemień na którym go wleczono. Zdaje się, że rzemień był nieco zużyty, a nasz wiarus gryzł go z takim zapałem, że wkrótce udało mu się przeciąć go zupełnie i skoczyć w gęstwinę, w której go kozacy nie znaleźli i nie bardzo nawet gorliwie szukali, zważywszy że już był całkiem obdarty, i to co miał na sobie, nie warto było pół kopiejki.