Rozmaitości i powiastkiTekst

Autor:Jan Lam
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jan Lam

Rozmaitości i powiastki - całość

Saga

Rozmaitości i powiastkiTytuł oryginału: Rozmaitości i powiastki Copyright © 1878, 2019 Jan Lam i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726106688

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pan komisarz wojenny.
I.

Szanowny czytelniku! Widzę, jak się zabierasz do czytania powieści. Kazałeś służbie, żeby się cicho zachowywała w kredensie, bo skończywszy herbatę i wydawszy ostatnie dyspozycje ekonomowi, udajesz się do spoczynku. Wyciągasz się wygodnie na doskonałych materacach, zakrytych świeżem prześcieradłem, zapalasz fajkę i spoglądasz na zegarek, dziwiąc się że jeszcze tak wcześnie.

Z tego to ostatniego powodu bierzesz dziennik do ręki, uśmiechając się błogo — nie do dziennika — ale do tej myśli, że przeczytawszy kilka kartek, zdmuchniesz świecę, i schowasz głowę w poduszki, zatulisz się mocniej w twoją ciepłą kołdrę i uśniesz tak głęboko, jak jabym spał w tej chwili, gdybym nie musiał pisać dla tego, ażebyś ty tem smaczniej zasypiał.

Nic — nic z tego nie będzie, mój kochany! Ja ci spać nie dam, wywlokę cię z twoich poduszek, prześcieradeł i materaców, z twego ciepłego pokoju. Musisz porzucić fajkę, pantofle, wszystko — nawet nadzieję smacznej kawuńci z bułką, którą pokrzepiasz twój żołądek, niespokojny o przyszłość — musisz pójść ze mną, i to nie do drugiego pokoju, nie na podwórze, nie na folwark, ale daleko, daleko na północ, do lasu — do obozu powstańców. Dostaniesz razem śniadanie, obiad i kolację, w postaci kawałka słoniny, do której, jeżeli masz bujną wyobraźnię, możesz sobie dofantazować krumkę chleba i nieco soli a nawet szklankę piwa, skoro nie masz nic przeciw temu. Potem pójdziesz na wartę, boś nie tak zmęczony jak inni, i będziesz uważał, żeby nie przyjaciel nie sszedł znienacka twoich śpiących braci. A pamiętaj żebyś nie strzelał do pniaków, z którychby ci się przywidywali nieprzyjaciele, albo żebyś nie pytał o hasło puszczyków przelatujących ci nad głową. Nic nieznośniejszego, jak fałszywe alarmy — przekonasz się o tem niezadługo. Nieraz przemokły do nitki, zziębnięty, głodny i znużony, położysz się pod drzewem, sen dobro czynny sklei ci powieki, zapomnisz o niewygodach i zaczniesz marzyć o domowem ognisku, o żonie i dzieciach — wtem wystrzał pada o jakie dwieście kroków od ciebie — wszystko woła: do broni! Twój dowódzca budzi cię i stawia na nogi — nie możesz znaleźć czapki, dubeltówki — rożka z prochem — widzisz już w wyobraźni kilkunastu jeźdźców pędzących prosto na ciebie — dowódzca zrzędzi i krzyczy, a co najgorsza — ma słuszność. Nareszcie zbierasz wszystkie zmysły i siły, broń i czapkę, i stajesz w szeregi na to, żeby się dowiedzieć, że to twemu koledze wypaliła strzelba, właśnie kiedy próbował czy kurki dobrze chodzą.

Cóż, kochany czytelniku? jakoś mi kwaśno wyglądasz? Czy nie masz ochoty iść ze mną? Aha, czekasz aż twój łoszak dorośnie, wolisz być w kawalerji — dobrze, poczekamy trochę. A może czujesz w sobie wyższe zdolności, które się tylko za piecem rozwijać mogą? możeś się urodził na dyplomatę, i chcesz wywołać interwencję przez groźne wyczekiwanie? Bardzo pięknie — ja szanuję wolność zdań, nie będę cię naglił.

Opowiem ci tylko powiastkę, w której byś ty także odgrywał niepospolitą rolę, gdybym miał przyjemność znać cię osobiście. Jeżeli tedy nie spisz, to posłuchaj.

Było to w lutym, i to w drugiej połowie lutego, która dla przyczyn wiadomych chyba samemu świętemu Mikołajowi daleko była przykrzejszą, od pierwszej. Oprócz kilku stopni mrozu, mokry śnieg i wiatr dotkliwy dawał się we znaki wszystkim, co nie mieli tak ciepłego pokoju i tak wygodnego łóżeczka jak ty, kochany czytelniku. Do tych „wszystkich“ należałem i ja także, znajdowałem się bowiem wówczas w województwie X*, i nocowałem w krzakach, razem z innymi, w miejscu, gdzie jesienią musi bywać mnóstwo zajęcy. Tą razą atoli, owa leszczyna mogła się poszczycić znacznie odważniejszymi lokatorami. Kilka ognisk dymiło więcej niż płonęło w jej obrębie, naokoło stały czaty porozstawiane w stosownych miejscach, i czekały z upragnieniem zmiany wart, żeby się dostać do kociołków, w których nie zbyt wyrafinowana sztuka kucharska, przemieniała kilka garncy krup na coś podobnego do kaszy czy krupniku. Przy jednem ognisku zatknięta była chorągiew czerwona — jakiej ty może jeszcze nie widziałeś, chyba na haftowanej poduszce, którą ci żona darowała na imieniny. Koło tej chorągwi, na mokrej i rozmiękczonej od śniegu ziemi, leżał obwinięty w burkę nasz naczelnik, i słuchał raportu swego adjutanta. Adjutant ten zdawał się mieć lat szesnaście, miał włosy ciemne i długie, a głos tak dziecinny, że wojownicze wyrazy, a osobliwie powaga, z którą je wymawiał, w dziwnej z nim były sprzeczności. Raport jego był krótki i pojedynczy — a nadewszystko nie zbyt pocieszający. Pokazywało się, że było nas ze wszystkiem stodwudziestu, i że mieliśmy pięćdziesiąt strzelb różnego rodzaju.

— Mniejsza z tem — mruknął naczelnik — jak podejdziemy bliżej, to nie będziem potrzebowali strzelać.

Po tej przekonywującej uwadze, podaliśmy sobie kolejno blaszankę, równie niezbędną, w obozie jak zbyteczną, w domu — i jakoś nam się zrobiło i cieplej i swobodniej.

Właśnie ktoś zaintonował poczciwą, starą, piosnkę: Stańmy bracia w raz! kiedy dano znać, że wedety spostrzegły coś nadzwyczajnego i wołają o patrol.

W okamgnieniu wszystko się zerwało, żeby zobaczyć co to być może.

Wkrótce wyjaśnił nam się powód całego rozruchu. Straże przytrzymały jakąś bryczkę, zaprzęgniętą, doskonałemi końmi. Gdyśmy się do niej zbliżyli, stoczyło się z niej na ziemię ogromne futro niedźwiedzie, z którego u góry wyglądała okrągła czapka z siwych krymskich baranków; pod czapką zaś było widać kawałek nosa, na domiar ostrożności obwiniętego w gruby szal wełniany. Po chwili, szczelina zostawiona między szalem a nosem napełniła się parą, a za tą wydobył się na świeże powietrze jakiś głos tak salonowo-chrypliwy, tak arystokratycznie zakatarzony, że trudno się było nie domyślić, iż wewnątrz owego niedźwiedziego futra znajduje się jakiś hrabia, albo ktoś, co się bardzo blisko o hrabiego, ocierał.

— Gdzie jest naczelnik ? — Tak brzmiało pierwsze przemówienie tego znakomitego męża, który nie dosyć że był właścicielem wyliczonych powyżej przedmiotów, jako to: niedźwiedzi, szala, nosa i czapki, ale nadto jest bohaterem niniejszej powieści, i z tej przyczyny zasługuje na szczególniejszą naszą uwagę. Wyprzedzając zatem bieg opowiadania, muszę oświadczyć, że później, to jest, kiedy się wygramolił z futra i zdjął czapkę, pokazało się iż póki nie wyłysiał, musiał być blondynem. Na ten domysł wprowadzały przynajmniej patrzącego ogromne faworyty, bardzo starannie pielęgnowane, jak niemniej wąsy, świeżo porastające, od czasu jak się skończyła rola dyplomatycznej golizny. Oprócz tego narostu i jego braku na głowie, osoba naszego bohatera nie przedstawiała nic godnego uwagi, wyjąwszy doskonały paltot angielski i godne zazdrości buty z lakierowanego juchtu, któreby mógł był bezpiecznie komu z nas odstąpić, zważywszy, że miał na drogę bardzo dobre berlacze futrzane.

Przyprowadzony przed naczelnika, oświadczył, że ma z nim coś niezmiernie ważnego do pomówienia. Tajemniczy a zarazem jakoś bardzo stanowczy ton jego mowy, zaimponował nam prawie drugie tyle, co okazałe niedźwiedzie; ustąpiliśmy się więc spiesznie w przekonaniu, że oboz nas odwiedziła jakaś okropnie ważna figura.

Rozciekawieni zbliżyliśmy się do bryczki, żeby się wypytać woźnicę, jak się nazywa i zkąd jedzie jego nie pospolity chlebodawca.

Dowiedzieliśmy się wkrótce, że to pan Henryk Łąkowski, z ......skiego, który przed trzema tygodniami wyjechał z domu, w celu odwidzenia swojej matki, mieszkającej w Augustowskiem.

Nie wiele potrzeba było wiadomości jeograficznych, żeby przyjść do przekonania, że pan Henryk Łąkowski nie obrał najprościejszej drogi w Augustowskie, jaką mógł znaleźć. Zdawało się owszem, że jedzie w całkiem przeciwną stronę. Udzieliliśmy to spostrzeżenie nasze jego woźnicy, który je znalazł zupełnie trafnem.

— Kiedy bo proszę panów, powiadają, że tam w Augustowskiem wielki niespokój — zauważał woźnica z swej strony.

— Wszak teraz nigdzie nie ma spokoju; czy u was może siedzą cicho?

— Ale gdzie tam! Nimeśmy wyjechali z domu, jakiś pan z Warszawy był u naszego księdza, i zaraz na drugi dzień cała gromada przyszła do dworu, i nuż prosić pana, żeby ich poprowadził na Moskali, co byli w Stożnicy.

— I cóż twój pan na to?

— Ej — odparł z miną arcyważną, której się musiał nauczyć od swego pana — gdzieby tam mój pan chciał się włóczyć z chłopami! On im powiedział, że ma bardzo pilne interesa od komitetu, za któremi musi wyjeżdżać z domu, a potem jeszcze jest bardzo słaby, i że nie może wstać z łóżka. Dopiero oni zaczęli go prosić, żeby koniecznie choć na dwa dni poszedł z nimi, nim przyjedzie pan naczelnik wojenny, że oni go na rękach poniosą, byle im tylko mówił, co mają robić. Ale pan im pokazał jakiś papier z pieczęcią, na którym stało, że ma objechać wszystkie partje, i zobaczyć, czy jest porządek. Jak już zobaczyli, że żadnym sposobem pana nie uproszą, wybrali sobie starszym naszego ekonoma, co dawniej bywał w wojsku, i poszli wszyscy ze wsi, a z nimi także Jaśko lokaj, i stary Maciej kucharz z dworu, i cała służba. Wtenczas pan kazał mi zaprzęgać konie, i pojechaliśmy w Augustowskie, ale po drodze pan wstąpił do pana Zalickiego w Korniowie, i tam siedzieliśmy dwa tygodnie, aż teraz obróciliśmy się oto w te strony.

 

Byli tam między nami ludzie z różnych ziem polskich, byli i tacy, którym opowiadanie woźnicy o chłopach pana Łąkowskiego snem się wydawało, bo przywykli do innego stanu rzeczy, nie przypuszczali nawet, żeby się coś podobnego mogło wydarzyć w naszej ojczyźnie. A jednak nie był to fakt pojedynczy, izolowany, naliczyćby ich można nie mało na tej przestrzeni kraju, której frymarki możnych zostawiły dawną nazwę dziejową całej naszej ojczyzny!

Ledwieśmy skończyli przytoczoną powyżej rozmowę, gdy pan Henryk, prowadzony przez dyżurnego, szybkim krokiem zbliżył się do bryczki, i wyskoczywszy na nią tak żwawo jak mu tylko pozwalały niedźwiedzie i berlacze, zawołał: Poganiaj! — a to z takim pospiechem, że ledwie kilku z nas zdążyło odezwać się do niego:

— Jakto, czy pan nie zostajesz z nam i?

Wielki człowiek obejrzał się dumnie dokoła, ale ujrzawszy tylu szyderczych a marsowych fizjenomji, zmiękł jakoś i odezwał się głosem z pańska uprzejmym:

— Nie, moi kochani, muszę jechać... mam ważne zlecenia do Galicji. No, bywajcie mi zdrowi — dodał łaskawie — a miejcie się na ostrożności, bo Moskale ztąd o dwie wiorsty nocują.

Niektórzy chcieli go jeszcze zatrzymywać, bądź żeby się dowiedzieć coś bliższego o tych Moskalach, bądź też w nadziei pomnożenia obozu o dwóch przynajmniej żołnierzy; ale dyżurny zawołał:

— Puścić! Naczelnik kazał! — i trójka pana Łąkowskiego ruszyła sążnistym kłusem po rozbryzgujące się błocie, w stronę, gdzie do niedawna stały jeszcze słupy graniczne, zatknięte przez Aleksandra I., a gdzie stoją dotąd czarno-żółte słupy domu Lotaryńskiego...

Po odjeździe pana Łąkowskiego, kazano nam wystąpić pod broń, o ile kto takową posiadał; bezbronni zabrali na plecy kociołki i inne przybory obozowe, a rozchwyciwszy na prędce resztę zgotowanej kaszy, ruszyliśmy w pochód.

Przyczyną tak nagłego nocnego wymarszu, była wiadomość o zbliżaniu się nieprzyjaciół, którą przywiózł pan Henryk. Dążyliśmy ku poczciwym, starym naszym lasom, co to nie dozwalając wrogom policzyć nas od razu, ani zniszczyć z daleka niecelnym ale gęstym ogniem, stały się dzisiaj postrachem ich niewolniczej czerni, pędzonej bez miłosierdzia na mordercze strzały dubeltówek, i na ostre nasze kosy mazowieckie.

Zaprawdę pan Łąkowski uczynił nam niechcący bardzo wielką przy sługę, zbłąkawszy się między nas i ostrzegłszy przed niebezpieczeństwem, bo w miejscu tem gdzieśmy obozowali, bylibyśmy z pewnością co do jednego ulegli przemocy.

Wiarusy nasi nie poczuwali się jednak do wielkiej wdzięczności dla niego, raz że potrzeba było maszerować parę mil nocą i po błocie, a potem dla tego, że tak jakoś zdawał się unikać sposobności podzielenia z nami trudów i niebezpieczeństw.

— Kto wie, co to za wiara — ozwał się jeden — może szpieg jaki! Ja nie lubię tych jegomościów z faworytami, co golą wąsy i wyjeżdżają z domu, kiedyby się do czego innego wziąć mogli.

— Jakże możesz tak zaraz każdego tytułować szpiegiem, dla tego, że ci się jego nos nie podoba? — odparł jakiś senzat, organista podobno z profesji, którego dla poważnej miny i ogromnych w róg oprawionych okularów, nazywano w obozie panem konsyljarzem. — Pan P... z K... także ma podobniuteńkie faworyty i łysinę jak pan Łąkowski, a mimo to jest bardzo porządnym człowiekiem!

— Mów sobie co chcesz — prawił pierwszy — mnie się ten jegomość wydaje bardzo podejrzanym. Kto wie czy Moskale nie zrobili jakiej zasadzki właśnie z tej strony, w którą idziemy?

— Nie bójcie się — odezwał się trzeci — ja znam tego Łukowskiego. To lamparcina i nic więcej.

— Jakto, ty go znasz? — zawołało kilka głosów.

— O, znam go bardzo dobrze — odpowiedział zapytany — i ktoś jeszcze w naszym obozie zna go doskonale.

— No, kto taki, mówże, panie sekretarza, i nie rób tak tajemniczej miny, bo cię wypędzimy do Gralicji w ślad za tym safandułą w niedźwiedziach!

Zagadnięty obejrzał się w koło, czy go kto więcej nie słucha, i mimo groźby koleżeńskiej, szepną! nie mniej tajemniczo jak przody:

— Adjutant naszego naczelnika.

— Cóż w tem tak cudownego, że się boisz powiedzieć głośno, jakbyś się spowiadał z grzechu śmiertelnego?

— Wiecie przecież, że naczelnik: zakazał surowo wszelkich uwag nad jego adjutantem — odparł nasz mowca, oglądając się raz jeszcze dokoła. — Wczoraj dopiero oberwałem tęgą burę za to, żem się wyrwał niepotrzebnie. Nasz naczelnik nie zna żartów!

— Osobliwie tak dowcipnych jak twoje, stary borsuku — wtrącił któryś z kolegów. — No, ale w tem wszystkiem musi być jakaś historja, którą nam musisz opowiedzieć; będzie nam się maszerowało weselej.

Po niejakich ceregelach, które się dały załatwić fajką tytoniu, kolega nasz, świeżo ochrzczony starym borsukiem, dał się nakłonić wezwaniom, niecelującym zbytnią grzecznością, i opowiedział nam w ten sposób epizod z życia pana Henryka Łąkowskiego.

— Wiecie, że byłem do niedawna leśniczym u stryj naszego adjutanta, pana Kotwickiego. Brat mego pana, pan Władysław Kotwicki, brał udział w powstaniu w roku 1831, a po nieszczęśliwym końcu onegoż, wraz, z wielą innymi poszedł tułać się w obczyźnie. Ojciec jego był bardzo majętny, i jak wielka, bardzo wielka część naszych panów, nadzwyczaj oględny, może aż nadto. Kiedy jeden syn walczył, — drugi musiał zostać w domu; a na domiar ostrożności pan Kotwicki wydziedziczył niby to Władysława, żeby w razie niepowodzenia naszej sprawy, nie skonfiskowano jego schedy. Ostrożność ta, chwalebna może z punktu widzenia rodzicielskiego, okazuje nam jednak, jak mało było wówczas silnej wiary w sercach tych ludzi, co powinni stanowić czoło narodu. W bogatych rodzinach kraju, zdarzało się to bardzo często, że jeden brat służył sprawie narodowej, a drugi umizgał się do jej przeciwników, żeby majątek i stanowisko familji z obu stron były zabezpieczone. Staremu panu Kotwickiemu nie udało się wszakże zapewnić przyszłości obydwóch swoich synów. Póki żył ojciec, pan Władysław otrzymywał z domu regularne zasiłki pieniężne, mimo wszelkich trudności, z jakiemi to było połączone. W krótce atoli ustała ta pomoc, bo po śmierci starego, młodszy syn, pan Karol, któremu ojciec na, łożu śmiertelnem gorąco polecił pamiętać o tułaczu, złakomił się na fortunę — i odtąd coraz rzadziej i cc raz słabsze wsparcia dochodziły pana Władysława, a w końcu całkiem ustały. Pan Karol tłumaczył się trudnościami przez rząd stawianemi przysyłkom pieniężnym dla naszych emigrantów. Brat jego, zbyt dumny żeby prosić o to, co mu się prawnie należało, wziął się do pracy, i uzyskawszy jakąś posadę, która mu chleb dawała, ożenił się we Francji z piękną ale ubogą panienką. Z tego małżeństwa urodził się nasz adjutant, panna Henryka Kotwicka.

Po kilkunastoletnim pobyciu za granicą — pan Władysław uwierzył w to, co nazwano „amnestją“ i zapragnąwszy widzieć rodzinne strony, wrócił do kraju.

Według zrobionego potajemnie układa familijnego, którego dotrzymanie pan Karol ojcu był poprzysiągł, powinien był oddać teraz bratu połowę majątku. Wiedziano o tem w sąsiedztwie, a gdy pan Władysław zjechał do Zabrzeziniec, swego ojcowskiego gniazda, wszyscy byli pewni, że wkrótce odbierze swoję schedę. Majątek był bardzo znaczny, panna Henryka była piękną i jedynaczką; nie dziw tedy, że zaraz po powrocie tułaczów, Zabrzezińce poczęły zwabiać wielką liczbę gości z bliska i z daleka. Między najczęstszymi był pan Henryk Łąkowski, który wśród ciągłych zabiegów około podreperowania zadłużonej fortuny, ponawoził już był mnóstwo koszyków do domu; tą razą atoti podobał się pannie, nie wiem dla czego — ale panny miewają zwykle dziwne gusta. Zdaje mi się nawet, że się panna Kotwicka bardzo w nim zakochała, musiały w tem pewnie być jakieś gusta. Dość, że trwało to prawie rok cały, ale wśród tego wszystkiego, pan Karol ociągał się z oddaniem bratu ojcowskiej puścizny — a nareszcie oświadczy! stanowczo, że pan Władysław będąc za granicą, wybrał już wszystko, co mu się należało — i kazał mu się wynosić z Zabrzeziniec.

Rzecz całą zlecono potem rozstrzygnięciu sądu polubowego, który oczywiście wydał wyrok korzystny dla pana Karola, jako powszechnie znanego i poważanego obywatela, podczas gdy pan Władysław uchodził za Bóg wie co, za zawołokę, demagoga, czy jak tam oni to nazywają. Prawda, że przywiózł był z sobą wiele francuskich konceptów, między innemi chciał koniecznie uwłaszczać chłopów, kazano mu tedy iść z kwitkiem.

Pan Łąkowski widząc co się święci, zwinął także chorągiewkę, chociaż się już był formalnie oświadczył, i chociaż panna Henryka, nietająca się wcale ze swoją miłością, mocno się była skrompromitowała dla niego.

Ojciec, stary wiarus, nierozumiejący się na żartach, wziął się ostro do panicza i wyzwał go na pojedynek, ale pan Łąkowski odpowiedział, że mu jego zasady tego nie pozwalają i że się nie myśli strzelać o takie głupstwo. Skończyło się na tem, że go stary raptus gwałtownie kijem przetrzepał; lecz pan Henryk miał stosunki wszędzie, a nawet z władzami warszawskiemi, i tak ni ztąd ni z owąd, pan Władysław ujrzał się w cytadeli, zkąd go wysłali do aresztanckich rot, do Orenburga.

Otóż i cała historja znajomości naszego adjutanta a panem Łąkowskim.

Opowiadanie to, przerywane od czasu do czasu, a powodu że albo mówca albo który ze słuchaczy przy ciemnej nocy utknął i przewrócił się w błoto, zainteresowało nas tak mocno, że aniśmy się spostrzegli, kiedy się skończyły przeznaczone nam trzy mile drogi.

Zająwszy nowe stanowisko, tą razą w wysokim lesie, zabraliśmy się do krótkiego spoczynku. Niektórzy jednak nie mogli się tak prędko pozbyć wrażenia, które na nich zrobiła powieść „starego borsuka“, obstąpiono więc naczelnika z narzekaniem, że wypuścił takiego ptaszka.

— Cóż chcecie — tłumaczył im ten ostatni — mówił mi, że ma ważną misję do G...., przekonałem się, że wie o rzeczach, którychby nie powierzano człowiekowi niepewnemu. Musimy się odzwyczaić od ciągłego podejrzewania ludzi niewinnych, bo tym sposobem, zrażamy najlepszych przyjaciół.

Nasz naczelnik należał do rzędu tych ludzi zbyt; szlachetnych; zbyt dalekich od wszelkiej myśli podstępu lub udawania, co to dopiero wtenczas przestają wierzyć w prawość drugich, gdy przez nich dziesięć razy byli oszukanymi. Stary żołnierz z roku 1831, przepędził on, za granicą lat 33, dzielących nas od tej wielkiej epoki dziejowej, — brał udział we wszystkich walkach, stoczonych od tego czasu na starym i nowym kontynensie, posiadał wszystkie krzyże i oznaki waleczności, jakie tylko można było nabyć w tak długim lat przeciągu, na stu różnych polach bitwy — posiadał doświadczenie każdego rodzaju, prócz tego jednego, co nam pozwała na każdy rzut oka ocenić prawdę lub kłamstwo w spojrzeniu i głosie człowieka. Ceniąc honor nad życie, nife lubił lekkomyślnych podejrzywań — a że umiał równie wzbudzić zaufanie jak i utrzymać karność między podwładnymi, kilka słów jego wystarczyło do uspokojenia, burzy, zbierającej się za plecami pana Łąkowskiego.

Zresztą, nie wiele mieliśmy czasu do zajmowania się reputacją tego jegomości: trzeba było spoczywać czemprędzej, bo zaledwie dwie godzin zostawało da wschodu słońca. Las chronił nas nieco od wiatru i śniegu, zmęczenie służyło za pościel, nie tedy dziwnego, że spaliśmy słodko i głęboko.

Równo ze świtem huk dział przebudził nas i postawił na nogi. Huk ten dawał się słyszeć w odległości całej mili, a zważywszy, że na wiele mil dokoła nie znajdował się żaden oddział powstańczy, nie mogliśmy zrozumieć, coby znaczyło strzelanie moskiewskie? Później, dopiero wyjaśniła nam się przyczyna tej kanonady. przyjaciele, nie mogąc nas znaleść od razu, schwytali jakiegoś chłopka, i kazali się prowadzić na miateżników. Biedny chłopak nie wiedział wprawdzie nic o naszem stanowisku, ale wiedział, że mu Moskale wierzyć nie zechcą i będą bić, póki nie zginie lub nie pokaże, gdzie się schowali Laszki. Wskazał im tedy jakiś kawałek lasu, jako miejsce naszego obozu. Moskale, dawszy mu kilka kopijek na drogę, puścili go na wolność i zaczęli bombardować bez miłosierdzia niewinne sosny i jodły, za to, że wyrosły na polskiej ziemi. Gdy im się zdawało, że już dosyć zaimponowali artylerją swoją mniemanym buntowszczykom, kazali podstąpić piechocie, i rotowym ogniem wypłoszyć ich do reszty.

Zabawka ta trwała kilka go d zin, i kosztowała skarb carski nie mało, zważywszy ilość wystrzelanych nabojów.

W końcu zameldowano jenerałowi, że banda powstańców już się zupełnie rozpierzchła.

 

Ten kazawszy kozakom, żeby się puścili w pogoń za niedobitkami, zapytał meldującego oficera:

— A kolko ubili buntowszczyków?

— Czterysta! — odpowiedział zapytany, bez zająknienia.

Natychmiast wysłano do Warszawy raport, opowiadający Europie, żeśmy zostali zupełnie rozbici i wystrzelani, a jenerał kazał sobie zapewne na mundurze przygotować miejsce na świeży order, tak słusznie mu się należący.

Tymczasem wysłani w pogoń kozacy dotarli aż do nas, i przyjęci kilkoma celnemi strzałami, wrócili się, żeby czemprędzej dać znać o tem, iż w lesie znajduje się druga banda, nie mniej liczną od tej, którą dopiero co rozbito. Moskale pełni otuchy po świeżo odniesionem zwycięztwie, a niezadowoleni z tego jedynie powodu, że im się nie udało odszukać na polu walki nic prócz połamanychgałęzi, które można było obłupie chyba tylko z kory, ruszyli szybko w pochód, wśród dzikich; przekleństw i dzikszych może jeszcze śpiewów.

Oczekiwaliśmy ich w miejscu, gdzie nas nie łatwo i mogli otoczyć przemożnemi swojemi tłumami, bo rzeka i rozległe bagna zasłaniały nasze flanki, a z frontu nasi strzelcy, poustawiani za grubemi drzewami, gotowi byli na ich przyjęcie. Kosyniery stali w rezerwie, naczelnik z młodziutkim adjutantem swoim udali się między tyralierów, żeby kierować ich ogniem i zapobiegać niepotrzebnemu marnowaniu amunicji.

Moskale wypalili najprzód przepisaną zapewne jakimś ukazem liczbę wystrzałów armatnich, które zamiast trwogi wywołały w nas tylko dobry humor, bo wszystkie kule, granaty i kartacze gwizdały sobie jak mogły najwyżej po drzewach, obrywając ich wierzchołki i wypłaszając do reszty wszystkie kruki i wrony, które tam jeszcze mieli wytępić do szczętu, ale podsunąwszy się bliżej przekonali się, że to zadanie przewyższa ich siły.

Stanowisko nasze zbyt obronne, żeby nam mogli wiele szkodzić, nasze strzały prawie nigdy nie chybiały celu, a zbliżająca się noc, sprzymierzona nasza, byłaby ich zmusiła do zupełnego odwrotu, gdyby nie okoliczność fatalna a nieprzewidziana, która nas niemal wszystkich nie przyprawiła o zgubę.

Wśród toczącej się jeszcze walki nadjeżdża ksiądz, proboszcz unicki z pobliskiej wsi, i donosi nam, że z tyłu nadciąga inny oddział nieprzyjacielski, że już jest w lesie. Czcigodny kapłan z narażeniem własnego życia, pospieszył nas ostrzedz o tem niebezpieczeństwie — zostawiwszy w domu niespokojną żonę i drobne dziatki.

Nie mieliśmy czasu wynurzyć mu naszą wdzięczność, bo roztropność nakazywała nam odwrót jak najspieszniejszy, i naczelnik zarządził go bezzwłocznie.

Ruszyliśmy więc — kosyoiery naprzód, za nimi strzelcy, ostrzeliwując się bez ustanku.

Moskale leniwo nas ścigali, i już sądziliśmy, że się wymkniemy bez trudności, gdy nas z przodu także przywitały strzały. Łatwo pojąć, że położenie nasze nie należało do najmilszych — najśmielszych odstąpiła — nie odwaga, ale przytomność umysłu. Jeden tylko naczelnik na chwilę nie stracił zimnej krwi swojej, i z uśmiechem obracając się do swego adjutanta, rzekł takim tonem, jakim by może figlował w salonie:

— Ciasno nam trochę panie Henryku; musim sobie miejsce zrobić! Niech dowódzca kosynierów sformuje swój oddział w kolumnę, o ile miejsce na to pozwoli.

Adjutant poskoczył z rozkazem — wśród śwista kul bijących w drzewa i wyrywających wióry i gałęzie. Na jego czole był jakiś spokój natchniony — oko tylko zdawało się wyzywać śmierć w zapasy, i różniło jego piękną twarz od marmurowego posągu dziewicy orleańskiej. Z pistoletem w ręku, nieruchomy na koniu wspinającym się i ociągającym na widok zniszczenia grożącego w około, wykonał szybko rozkaz wodza, który dawszy jeszcze jakieś instrukcje tylnej straży, rzucił się na czoło sformowanej na prędce kolumny. Tuż obok niego widzieliśmy młodziutkiego adjutanta; nieustraszony ksiądz także przyłączył się do nas, i wydobywszy krzyżyk, błogosławił nim czerwoną chorągiew naszą, a potem zawoławszy: Naprzód dzieci! Bóg i Najświętsza Panna Częstochowska z nami! — porwał za kosę i rzucił się między pierwsze szeregi walczących.

Tyraliery moskiewscy pierzchliv:aa widok nieustraszonej naszej garstki, ich rezerwy przyjęły nas rotowym ogniem, zmięszały się i poczęły uciekać, ale świeże tłumy wstrzymały je i poparły naprzód, Rozpoczęła się jedna z owych walk zaciętych, na które Moskale odważają się chyba wtedy, gdy ich jest dwudziestu na jednego.

Strzały ucichły prawie zupełnie — tylko dzikie wrzaski azjatyckiej hordy mieszały się z jękiem rannych i szczękiem kos o bagnety carskie.

Szyk naszej kolumny zmieszał się zupełnie. Kilkunastu najśmielszych i najżwawszych kosynierów otoczyło wodza, i roznosząc postrach w gęstym tłumie wrogów, torowała drogę dla reszty. Kilka razy czerń upojona wódką, rozgrzana nadzieją łupu i parta następującemi za nią coraz to liczniejszemi rotami, dotarła do naczelnika. Widzieliśmy, jak siekł pałaszem na prawo i na lewo, jak ksiądz i adjutant zasłaniali go przed przemocą; nareszcie wystrzał przeszył mu p ie rsi; podnieśli go towarzysze, i z tym drogim ciężarem na ramionach przebiliśmy się nareszcie przez ostatni szereg nieprzyjaciół.

Noc już była ciemna, wróg nie śmiał ścigać przerzedzonej garstki naszej — tylko kozacy alarmowali nas ciągle, przepłacając nieraz drogo tę śmiałość. W ten sposób uszliśmy dwie mile lasem, a że te ostatnie napaście ustały — stanęliśmy na chwilowy spoczynek.

Naczelnik nasz nie żył — liczba towarzyszy zmniejszyła się o połowę — jedni wyginęli w boju, lub ranni zostali w lesie, gdzie ich dobiło wyuzdane żołdactwo — inni dostali się żywcem w ręce wroga, między innymi ów stary borsuk, niegdyś leśniczy u stryja panny Kotwickiej.

Po obliczeniu tych wszystkich strat, wkradła się do nas owa dezorganizacja, której przykłady — tak częste niestety — dla tego tylko nie są nadto zastraszające, że oddziały rozbite formują się napowrót z niesłychaną łatwością, że każde uzbrojenie dla nich jest dobre. Ile otuchy regularnym wojskom dodaje gwintowane działo, tyle nam jeden karabin zdobyty na nieprzyjacielu i starannie ukrywany, póki nie przyjdzie pora wydobyć go z kryjówki. N ie będę się więc rozszerzał nad katastrofą naszej rozsypki — bo nie była ona klęską niepowetowaną. Każdy z nas udał się w inną stronę, najwięcej do Galicji, dokąd było wcale blisko i dokąd nas już wyprzedziła wiadomość o stoczonej krwawej ntarczce pod Zubnikami. Mając tam znajomych państwa Zamirskich w Kainowie, udałem się do nich, choć mieszkali trochę daleko od granicy.