W nawiedzonym zamczyskuTekst

Autor:Jan Łada
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jan Łada

W nawiedzonym zamczysku


ISBN 978-83-8202-356-5


Copyright © by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021

All rights reserved Redakcja i opracowanie Tadeusz Zysk, Jan Grzegorczyk Adiustacja językowa Agnieszka Czapczyk Skład i łamanie Teodor Jeske-Choiński Projekt graficzny okładki Michał Krawczyk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Prolog

Był to okres świetności Rzeczypospolitej. Los szczodrą ręką obdarzył rządzących bogactwem ziem i mężnymi wodzami. Po wspaniałych zwycięstwach hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego nad Moskwą, Szwecją, Turcją i Tatarami nadszedł czas jego zięcia, Stanisława Koniecpolskiego. W Europie były to lata bratobójczych walk religijnych. U granic Rzeczypospolitej trwały krwawe zmagania potężnych Habsburgów z mężnymi Szwedami. Krewniak króla Polski, Zygmunta III Wazy, Gustaw II Adolf Waza, zwany Lwem Północy, odnosił zwycięstwo po zwycięstwie. Wojna trzydziestoletnia przeniosła się na ziemie polskie, zbliżał się kres panowania książąt pomorskich, a Inflanty zdawały się stracone dla Rzeczpospolitej.

Kazimierz Miśniakowski — pochodzący ze znakomitego, lecz zubożałego rodu — po skromnej klasztornej edukacji zaciągnął się do wojska kwarcianego. Żołd jego nie był wysoki, ale i wymagań nie miał wygórowanych. Nie stać go było na uposażenie husara, trafił więc do rajtarów. Wraz z towarzyszami pod dowództwem hetmana Koniecpolskiego ruszył ku Gdańskowi. Bóg wojny Gustaw II Adolf Waza pustoszył Inflanty, Prusy i Pomorze. Był 27 czerwca 1629 roku, gdy pod Trzcianą, przy ujściu Wisły, Kazimierz przeszedł chrzest bojowy. Wczesnym rankiem lekka jazda kozacka i polscy piechurzy z impetem uderzyli w przednie zgrupowanie Szwedów. Salwy z muszkietów i pistoletów przerzedziły polskie szeregi. Kazimierz zaatakował najbliższego szwedzkiego rajtara. Sprawnie sparował cios nieprzyjaciela, by chwilę potem przeprowadzić ripostę i trafić go w odsłonięty bok. Rajtar z jękiem osunął się na ziemię. W tej samej chwili Miśniakowski kątem oka dostrzegł mierzącego z krócicy w jego kierunku Szweda. Czyżby to był jego pierwszy i ostatni pojedynek — przebiegła błyskawicznie myśl. Z tyłu niespodziewanie wyłonił się kozacki jeździec, który ciosem szybkim jak błysk światła odciął dłoń strzelcowi.

Bitwa przeobraziła się w chaotyczne pojedynki, a ciężkie szwedzkie konie zaczęły tratować polskich piechurów. Szala zwycięstwa przechyliła się na stronę żołnierzy Gustawa Adolfa. Szykowali się do staranowania Kozaków. I nagle z pobliskiego zagajnika z krzykiem: „Jezus, Maria i Józef” ruszyła na szwedzką jazdę husaria, na czele której pędził hetman Koniecpolski. Błyskawicznie rozbiła ciężką jazdę wroga i stratowała piechotę. Szwedzi zaczęli panicznie uciekać z pola bitwy. Zmęczeni, ale i niesieni odniesionym zwycięstwem Polacy, a wśród nich Kazimierz, pognali w kierunku znajdującego się o milę szwedzkiego zgrupowania dowodzonego przez Gustawa Adolfa. Śmierć zajrzała w oczy niezwyciężonemu królowi Szwecji. Zahartowani w niezliczonych bojach jego żołnierze zwarli szeregi, desperacko broniąc dowódcy. Ciężka jazda z trudem utorowała drogę ucieczki króla do pobliskiego Sztumu. Wieczorem, przebrany w lichy wieśniaczy strój, cichcem wyrwał się z oblężonej warowni i dotarł do dobrze obsadzonego przez jego żołnierzy Malborka. Siadłszy do kolacji ze swoimi dowódcami, powiedział: „Straciłem w bitwie królewski hełm, ale ocaliłem głowę”.

Po rozejmie ze Szwedami hetman Stanisław Koniecpolski skierował Miśniakowskiego do wojska hetmana polnego litewskiego Krzysztofa Radziwiłła. Przez trzy lata Kazimierz doskonalił swoje umiejętności żołnierskie w chorągwi dragońskiej cudzoziemskiego autoramentu.

Tymczasem kolejny wróg Rzeczypospolitej, łamiąc traktaty pokojowe, rozpoczął oblężenie Smoleńska. Wojewoda Aleksander Gosiewski ruszył na odsiecz atakowanej twierdzy. Rozbił obóz o kilka mil od Moskali. Dołączył do niego hetman Krzysztof Radziwił. Ponaddwutysięczna polska załoga wytrwale odpierała wojska dowodzone przez Michała Szeina i Szymona Prozorowskiego. Żywności im nie brakowało, lecz kończyły się kule, proch i amunicja. Kasa garnizonu była pusta, groził bunt żołnierzy. Obrońcy wiedzieli, że lada chwila mogą nadciągnąć moskiewskie posiłki z ciężką artylerią, a wtedy mury Smoleńska okażą się za kruche, by zatrzymać nieprzyjaciela. Hetman Radziwiłł i wojewoda Gosiewski czekali na odsiecz nowo wybranego króla Władysława IV. Młody król chorował całą zimę i wiosnę, czasu jednak nie marnował. Jego najbliższe otoczenie wiedziało, że gromadzi wojsko, wyposaża żołnierzy, wciela mieszczan i chłopów do armii i tworzy oddziały cudzoziemskiego autoramentu.

Hetman liczył, że odsiecz ruszy lada moment, więc trzeba robić wszystko, aby twierdza smoleńska do tego momentu nie padła. Wcześniejsza próba dostarczenia amunicji i żołdu załodze smoleńskiej powiodła się tylko częściowo. Z prawie tysiącosobowej ekspedycji pancernych, husarii, rajtarii i taboru do twierdzy dotarło niespełna czterystu.

W obozie hetmańskim panowała ponura atmosfera. Szpiedzy donosili, że lada dzień przybędą ciężkie moskiewskie działa. Hetman z wojewodą postanowili zorganizować kolejną wyprawę do smoleńskiego garnizonu. Trzeba było odwrócić uwagę moskiewskich dowódców i utwierdzić ich w przekonaniu, że wysyłani Polacy nie planują kolejnego wzmocnienia twierdzy.

Był Wielki Tydzień. W pobliskim obozie rozpoczęto uroczyste obchody Triduum Paschalnego. Głośne pieśni, msze, droga krzyżowa, marsze pokutne. Wiedząc o wielkiej pobożności polskich dowódców, Moskale zmniejszyli swą czujność. W Wielką Sobotę do twierdzy smoleńskiej ruszyła ekspedycja Polaków i Litwinów. W tym samym czasie dragoni, u których służył Kazimierz Miśniakowski, otrzymali rozkaz pozorować atak na Skowronkową Górę, gdzie stacjonowała piechota moskiewska dowodzona przez kniazia Prozorowskiego.

Gdy wjechali do lasu, Miśniakowski dostrzegł nagle postać samotnego jeźdźca. Odłączył się od dragonów i ruszył za nim w pościg, podejrzewając, że może to być zwiadowca Moskali. I gdy już go prawie dogonił, spoza mgły i ciężkich ołowianych chmur wyłonił się jasny księżyc i oświetlił jeźdźca. Uciekinier gwałtownie zatrzymał konia, a Kazimierz ujrzał twarz upiora. Z jego ust wydobyły się jęki:

— Pomścij mnie…

A potem odwrócił się plecami i ukazał krwawą ranę, w której tkwił bełt z kuszy. Przerażony Miśniakowski pędem ruszył w drogę powrotną do obozu. Tam dowiedział się, że jego oddział stoczył ciężką bitwę z moskiewskimi żołnierzami. W tym czasie polska ekspedycja, niezauważona przez Moskali, dotarła do bram Smoleńska, entuzjastycznie witana przez obrońców twierdzy. Przybyli w sam raz na mszę rezurekcyjną.

W maju na rozkaz króla Władysława IV, który obawiał się, że wspierające Moskali wojska tureckie ruszą na Polskę, część żołnierzy spod Smoleńska skierowała się na Podole. Wśród podążających do wojsk hetmana Stanisława Koniecpolskiego była chorągiew Kazimierza Miśniakowskiego, która w lipcu 1633 roku wzięła udział w pogromie Tatarów budziackich pod Sasowym Rogiem w Mołdawii.

Chwilę tylko cieszono się z pobytu nad Dniestrem, wkrótce bowiem nadszedł królewski rozkaz wymarszu nad Dniepr, gdzie król gromadził siły przeciw Moskwie.

Po rozgromieniu Moskali pod Smoleńskiem wojska polskie ruszyły na Koługę nad Oką. Lotne oddziały docierały pod Moskwę. Chorągiew Kazimierza brała udział w pościgu za wrogiem aż pod Rżew i Możajsk. W czerwcu 1634 roku podpisano w Polanowie kończący wojnę pokój z Moskwą.

Dla Rzeczypospolitej nadeszła chwila wytchnienia, jakiej najstarsi nie pamiętali.

Droga powrotna Kazimierza Miśniakowskiego była jednak długa. Musiał teraz pogonić swych żołnierzy w stronę Dniestru i zdać ich oficerowi wyższemu rangą. Dopiero w Kijowie, gdzie awansowano go na rotmistrza, zażył nieco spoczynku. Sporo czasu spędził na nabożeństwach u ojców jezuitów. Po kilku dniach wraz ze starym sługą Tryfonem ruszył do swej rodowej siedziby — Horodyszcza.

Część pierwsza. Noc Kupały. Lato 1635
1. W Maksymowym chutorze

Prawie dwa lata minęły, odkąd Michał Miśniakowski opuścił ten świat po życiu pełnym utrapień. Opłakawszy śmierć ojca, Kazimierz od razu był gotów osiąść w rodzinnym gnieździe, jednak nie chcąc być dezerterem, wrócił do wojska. Przeznaczenie bywa mocniejsze od ludzkich planów.

Był czerwiec. Kraj cały, z tej strony Dniestru nietknięty wojną, wcześniej opuszczony i dziki, ale szybko zaludniający się ludźmi wolnymi i chłopstwem, nurzał się w puszystym kobiercu traw, w zielonym płaszczu odwiecznych borów, w klekocie miriadów ptactwa i powodzi słońca, barw i woni. Kazimierz jechał, nie śpiesząc się, bo i nie było do czego. Nocował po chutorach, popasał na leśnych polanach albo na wonnych stepowych burzanach i wesoło zagadywał spotykanych wieśniaków i rejestrowe kozactwo wracające z wojny do domu jak on.

 

Za Chwastowem zaczynały się lasy i kraj prawie bezludny. Tu spotkała go dziwna przygoda. Od wczesnego ranka bez popasu jechał na Hulaju, pięknym arabie, wąską i krętą ścieżyną leśną, przedzierając się przez gąszcz krzaków i potykając o wystające korzenie dębów. Dzień był upalny i duszny. W borze nie czuło się chłodu ani wilgoci, wszystko wokół drzemało, senne i ciche. Kazimierz odmawiał pacierze, którym wtórował stary sługa, choć sam należał do wschodniego obrządku. Potem od czasu do czasu jeden do drugiego powiedział jakieś słowo. Wreszcie zaczęli obaj kiwać się na kulbakach.

Drzemali tak przez kilka pacierzy: żołnierz na przodzie, Tryfon, stary sługa, za nim, kiedy nagle zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Nie wiadomo dlaczego konie, skądinąd niestrachliwe, spłoszyły się, stanęły dęba, poczęły wierzgać, pienić się, szaleć. Kazimierz z największym wysiłkiem opanował Hulaja, ale gdy spojrzał za siebie, zobaczył Tryfona leżącego bez zmysłów na ziemi z głową ociekającą krwią. Podwody z jukami stały, konie wierzchowe też, ale całe spocone, drżąc i strzygąc uszami z widocznym przerażeniem.

Rotmistrz zeskoczył i podbiegł do rannego. Posadził go pod pniem drzewa, o które Tryfon rozbił sobie głowę tak szpetnie, i sięgnął do manierki po wodę. Nie było jej. Wlał więc nieprzytomnemu słudze parę kropel gorzałki między zaciśnięte zęby, a potem rozejrzał się, czy nie ma gdzie w pobliżu źródła. Zdało mu się, że słyszy w dali jakiś szum jakby leśnego ruczaju, że mu coś migoce między gałęziami, ale gdy ruszył w tę stronę i powędrował spory kawał drogi, szum zlał się z szelestem starych dębów. Błysk, który go złudził, okazał się promieniem słońca wśród gałęzi.

Zniechęcony zawrócił do towarzysza. Naraz wstrzymały go dźwięki jakieś. Tryfon rozmawiał z kobietą. Musiała być młoda, bo głos jej był mocny i świeży. Zasłaniał ich krzak leszczyny. Rotmistrz uchylił gałązkę i spojrzał.

Nad Tryfonem pochylała się, omywając mu ranę zwilżoną płachtą, dziewczyna wyjątkowej urody. Spod wianka z czerwonych maków zwisały jej prawie do ziemi ciężkie czarne warkocze, śniada cera miała przezroczystość bursztynu, rysy były nadzwyczaj foremne. Oczy aksamitne, słodkie i głębokie, wabiły i więziły w sobie nieprzepartą mocą. Była bosa i odziana jak wiejskie dziewczęta. W prostej, ciemnej zapasce z wełnianego samodziału, owiniętej dokoła bioder na koszuli. Koszula jej lśniła śnieżną białością, gorset świecił bogatym, wzorzystym haftem, a szyję owijało kilka sznurów korali.

Ujrzawszy młodego oficera, dziewczyna się nie speszyła, jak to nakazywały wstydliwość i obyczaj. Błysnęła mu oczyma świecącymi jak gwiazdy.

— A skąd ty tu, krasny młodzieńcze? — zagadnęła, pokazując w uśmiechu śliczne zęby.

Rotmistrz, choć z natury nielękliwy, a wojennym życiem do wszelkich przygód zahartowany, zmieszał się daleko więcej od niej i przez chwilę jej nie odpowiadał.

Wyręczył go Tryfon, rozpływając się w pochwałach dla tej jakby z nieba spadłej wspomożycielki, która go i otrzeźwiła, i napoiła, i ranę opatrzyła, niczym najlepszy medyk. Ona jednak nie dała mu mówić długo.

— Cóż teraz będzie z wami? — spytała, zwracając się do Kazimierza. — Jechać dalej nie możecie, bo choć rana lekka, leczenia wymaga.

Rotmistrz ochłonął z pierwszego wrażenia. Przysunął się do dziewczyny i chciał poufale pochwycić ją w podziękowaniu za rękę. Ona jednak cofnęła się z zalotnym, ale i karcącym spojrzeniem.

— Dziękować nie ma za co, a jak już chcesz, to odpowiednio. — Zaśmiała się. — To dopiero kłopotów waszych początek, nie koniec. Dokąd jedziecie?

Rotmistrz ramionami ruszył.

— Do wsi albo choć do chutoru — rzekł. — Pokażesz nam drogę?

— Czemu nie — odparła. — Wsi tu blisko nie ma, ale chutor jest. Znajdziecie tam wszelką wygodę.

— Daleko?

— Tuż zaraz. Widzielibyście go, gdyby nie las.

— A przyjmą nas?

— Przyjmą, jak pięknie poprosicie — rzekła dziewczyna.

Kazimierz się zdziwił.

— Kogóż to trzeba będzie prosić? — spytał.

Dziewczyna się zaśmiała.

— Mnie, bo ja tam gospodyni!

Oficer w dłonie klasnął.

— A to przednio się składa! — zawołał. — Takiej gospodyni nie żal pokłonić się o gościnę, a jakby nie chciała, to można i gwałtem wziąć chatę!

Dziewczyna rzuciła mu ostre spojrzenie.

— Nie z takich ja, którym gwałt poradzi — rzekła. — A chaty jest też komu strzec.

Kazimierz się stropił.

— Nie gniewaj się na żołnierski żart, kalino — szepnął. — Po prośbie przyjdę do ciebie, a nie wbrew twej woli. — I dodał jeszcze: — Nie moje to rzemiosło na baby siłą iść!

Dziewczyna znów mu zęby pokazała w uśmiechu.

— To i lepiej, bo są też baby, co starczą za żołnierza!

I pochwyciwszy dzban z wodą, który stał obok Tryfona, odwróciła się w stronę przeciwną tej, z której przybył Kazimierz.

— Wsadź więc sługę na konia i za mną. A może nie zdołasz dźwignąć go na siodło? To pomogę!

Rotmistrz się oburzył, ale ona, nie czekając długo, przyskoczyła do Tryfona i dźwignęła go z ziemi silnym ramieniem.

— Ot, widzisz. Dziewka na coś przydać się może! — zaśmiała się znowu.

— Czekaj! Daj pokój! — upominał i narzekał rotmistrz. Ona jednak tymczasem pomagała staremu wgramolić się na siodło. Czyniła to istotnie zręczniej niż jego pan, któremu interwencja niewieścia najwyraźniej mieszała szyki. Za chwilę Tryfon był już w siodle, a dziewczyna stanęła przy Hulaju.

— Może i tobie pomóc?

Kazimierz chciał jej odpowiedzieć jakimś żołnierskim słowem, ale w tejże chwili coś dziwnego stało się z jego wierzchowcem. To samo, co przed godziną było przyczyną wypadku. Koń zaczął się znów niepokoić i szarpać. Pozostałe zwierzęta również zdawały się przelęknione.

— Co się dzieje? — zawołał podrażniony rotmistrz. — Wściekły się czy co?

— Tfu! Urok diabelski! — mruknął, spluwając Tryfon.

Dziewczyna się żachnęła.

— Wstyd staremu brednie pleść! — rzekła. — W lesie słońce miga między liśćmi, a konie się płoszą. Ot i cały urok!

Potem zaś nachyliła się do ucha Hulaja i zdało się, jakby mu coś szepnęła.

— Teraz ja mu zadałam urok i będzie spokojny! — Uśmiechnęła się wesoło.

Konie istotnie uspokoiły się i obaj jeźdźcy pośpieszyli śladem przewodniczki, która, nucąc piosenkę, biegła przodem tak szybko, że w uciążliwym przeciskaniu się między krzewami i pniami ledwie potrafili konno za nią nadążyć.

— Oto i chutor! — zawołała, stając na pobrzeżu lasu.

Na niewielkiej polanie stała zagroda obszerna i solidna, okolona wysokim częstokołem, spoza którego wyglądał żuraw studzienny i nastroszony w górę dach słomiany. Po bokach widać było kilka budynków gospodarskich, z tyłu zielenił się gęsty sad wiśniowy. Spomiędzy żerdzi ogrodzenia uśmiechały się malwy i słoneczniki.

Na przyzbie przed chatą siedział starzec o długiej, zmierzwionej brodzie, białej jak mleko, i grzał się w słońcu, wodząc dokoła szklanym, bezmyślnym wzrokiem. Obok dwudziestokilkuletni parobek, wysoki i gibki jak młody dąbek, z piękną, ale posępną twarzą, zajęty był czyszczeniem starej rusznicy, od której oczy raz po raz odrywały mu się i biegły w stronę lasu, jakby stamtąd czegoś wyglądał. Ujrzawszy dziewczynę, a za nią dwu obcych mężczyzn, zerwał się i szybkim krokiem pośpieszył naprzeciw nim. Rusznicę rzucił na ziemię, ale szedł z ręką na wiszącym u pasa czekanie.

— Chciałem już iść i szukać ciebie, Motro — rzekł półgłosem i jakby z wymówką. — Nawet dziaduś niepokoi się o ciebie. A cóż to za ludzie z tobą?

— Goście! — odparła niedbale, tonem, jakim przemawia się do służby. — Zabierz ich konie i postaraj się, żeby mieli u nas wszystko, czego dusza zapragnie.

Chłopak rzucił nieufne i nieprzyjazne spojrzenie na przybyszów, ale spełnił rozkaz i odprowadził konie do stajni. Potem wraz ze starą, bezzębną babą o świdrujących oczkach i szybko pytlującym języku zakrzątnął się celem przyjęcia gości.

Tryfon cierpiał coraz bardziej i zaczynał od rzeczy gadać. Trzeba go było położyć w stodółce. Kazimierzowi tymczasem przygotowała stara Jewdocha w świetlicy obfity posiłek z wędzonych kiełbas, sera, miodu, białych kołaczy i jagód leśnych. Rotmistrz jadł z apetytem. Jewdocha posługiwała, zapraszała i obsypywała go gradem pytań i uwag, na które on z rzadka i półgębkiem tylko odpowiadał, zerkając wciąż na dziewczynę, która siedziała na zydlu koło drzwi. Nie brała udziału w rozmowie ani nie posługiwała gościom. Przywlókł się także i zasiadł przy stole starzec, bełkocąc od czasu do czasu jakieś wyrazy, których nikt nie rozumiał. Parobek siedział na zewnątrz, na przyzbie, czyszcząc jak poprzednio broń i słuchając rozmowy, z której dzięki otworowi okiennemu, pozbawionemu błon z powodu gorąca, nie mogło mu ujść ani słowo.

Kazimierz, nawet nie pytając, dowiedział się od starej, że starzec, którego nikt nie rozumiał i na którego nikt zdawał się nie zważać, to właściciel chutoru, Maksym, najbogatszy bojar na całą okolicę. Motra to jego jedyna wnuczka i dziedziczka, zaś Artem to parobek, krewniak i wychowanek Maksyma, a po śmierci Maksymowego jedynaka, ojca Motry, jedyna podpora i obrona ich wszystkich. Okolica to niebezpieczna, złych ludzi dużo się włóczy i z cudzego żyje, a są i tacy, co radzi błotem na cnotliwych rzucać i Bóg wie, jakie zbrodnie przypisać im gotowi.

Młodzieniec słuchał i spoglądał na Motrę, która przypatrywała mu się zaciekawiona, uważnie i przenikliwie. Zdawało się, że jego spojrzenia nie czynią na niej najmniejszego wrażenia, a ta zupełna obojętność drażniła mimo woli Kazimierza, który choć nie był próżny i o kobietach myślał dotychczas niewiele, przywykł jednak, jako chłopak wielce urodziwy, zwracać na siebie ich uwagę.

Miał już, otarłszy usta, wstać od stołu i wyjść na podwórko, by się uwolnić od gadaniny starej gospodyni, kiedy nagle Motra odezwała się do niego swym pełnym, dźwięcznym głosem, po raz pierwszy od tych paru godzin, które spędził w chutorze.

— A ty, panie, ze trzy dni musisz u nas zostać, chcesz czy nie chcesz, bo stary nie utrzyma się na koniu, choćbyś go do siodła uwiązał.

— Ostałbym chętnie, ale widzę, żem krasnej gosposi gość nie w smak. Więc jakże mi sprzeciwiać się twojej woli?

— Wola twoja, nie moja — odparła obojętnie dziewczyna. — Ani ja chcę, ani nie chcę. Chata otwarta, miejsca ani jadła nie zbraknie. Taki u nas ojców obyczaj! Chcesz, zostań, chcesz, idź sobie! Ale myślę, że nie pójdziesz, bo ci sługi żal będzie, a on niegotowy na drogę.

— Mogę go i gdzie indziej zostawić, choćby i we wsi najbliższej. Tyle pewnie dojedzie! — rzucił rotmistrz, podrażniony chłodną obojętnością jej słów.

— Nie dojedzie, bo i wsi nie ma, jak wam już mówiłam. Musicie zostać choć trzy dni. A za trzy dni kupała.

— Jaki kupała? — spytał Kazimierz.

Jewdocha w dłonie uderzyła z podziwu.

— Święta Przeczysta! Jestże taki człowiek na świecie, co nie wie o kupale?! I to taki wielki żołnierz! Pewno jesteś z bardzo dalekiego kraju i nigdy u nas nie bywał, że nie wiesz o nocy kupały?

— Przeciwnie, jestem z tych stron, ale od małego włóczę się po świecie i dlatego nie wiem, co tu wiedzą wszyscy. Powiedz, kobieto, to i ja będę wiedzieć!

— A jakże! Powiem! Czemu nie powiedzieć! — zawołała z ożywieniem Jewdocha i zaczęła szeroko rozwodzić się nad opisem święta ognia w wigilię Jana Chrzciciela. Mówiła mu więc o pląsach leśnych i o dziwnych obrzędach odprawianych przez parobków i dziewczęta, a nawet przez największych panów, którzy tej nocy jednej z chłopami kumają się, ucztują i hulają, jako nigdy w dożynki nie bywa. Wspomniała o wielkim, gorejącym drzewie, które ma być jak słońce, i o Świętym Janie, który może nie jest wcale Świętym Janem, a starym bożkiem, Kupałą. Za cześć sobie oddaną wiele dobra ludziom czyni. O kwiecie paproci, przy którym znaleźć można nie tylko skarby, ale i umiłowane serce. O wielu jeszcze innych rzeczach, wielce ciekawych, od których wkrótce uczuł rotmistrz nieznośny szum i zawrót w głowie.

Nagle rozległ się młody, rozkazujący głos:

— Milcz, Jewdocho!

Stara urwała w pół wyrazu, a Motra stanęła przy rotmistrzu i uważnie spojrzała mu w oczy swym głębokim, przenikliwym wzrokiem.

— Święto Iwana Kupały to wielkie święto — rzekła, ściągając z lekka czarne brwi. — Ubogi znaleźć może skarby, a głodny miłowania miłość. Każdy, kto tego pragnie — a kto tego nie pragnie? — światło, radę, pomoc. Na kupałę serca się schodzą i związują. Losy się łączą. Przeznaczenie się dopełnia. Idź pokłonić się Świecącemu, idź zapytać wróżb, idź zarzucić sieć, by złowić szczęście i miłość! Idź, panie, na kupałę!

 

— Pójdę! — zawołał Kazimierz. Po chwili zaś dodał, zaglądając jej w głąb oczu: — A ty pójdziesz?

— Ja tam zawsze idę! — zapewniła. I jakby chcąc złagodzić nastrój tych słów, dorzuciła z uśmiechem: — Wszystkie dziewczęta tam idą!

— A mówiłaś, że okolica pusta?

— Na kupałę schodzą się ludzie z daleka — rzekła dziewczyna.

— Pójdziesz ze mną? — zapytał rotmistrz.

W tejże chwili w otworze okiennym ukazała się twarz Artema, blada, z zaciśniętymi ustami i płonącą źrenicą.

— Z tobą i z Artemem — skwitowała Motra. — On mój sługa, ty gość. Pokażemy tobie razem drogę!

Inne książki tego autora