Blisko i bezpiecznie

Tekst
Autor:Jan Karon
Z serii: W moim Mitford #11
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jan Karon

Blisko i bezpiecznie


ISBN: 978-83-65521-60-6

TYTUŁ ORYGINAŁU: Somewhere Safe with Somebody



Copyright © 2014 by Jan Karon

All rights reserved including the right of reproduction

in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.


Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j.,


Redakcja: Magdalena Wójcik

Ilustracja na okładce:Maciej Szajkowski


Wydanie I


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Dla młodych mężczyzn i kobiet z Grandfather Home for Children, organizacji oferującej pomoc i wsparcie dzieciom będącym ofiarami przemocy domowej

www.grandfatherhome.org

Ja bowiem znam zamiary, jakie mam wobec was — wyrocznia Pana — zamiary pełne pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie.

Księga Jeremiasza 29,11

Serdeczne słowa podziękowania niechaj przyjmą następujące osoby: Candance Freeland, pierwsza czytelniczka, Brenda Furman, królowa scrabble, Jego Ekscelencja Wielebny biskup Frank S. Cerveny, komendant Eric Brown, Polly Hawkes, Dan Caton, John Grotberg, burmistrz J.B. Lawrence, Jenny Dixon, Gerry Newman, Tom Fenstermaker, Brad Van Lear, Terry Pate, profesor Dale Brown, doktor Neal Kassell, doktor Mary Laughlin, Bonnie Setzer, Margery Daniel, ojciec Peter Way, Cathy Kane i liczni oddani czytelnicy powieści o Mitford, którzy kibicowali powstaniu tej książki, doktor Lee Kassell, doktor David Burt, Buck Bland, Becky Dyer, Barbara Bush Foundation for Family Literacy, doktor Daniel Bara, Steve Pekary, porucznik Angel Mahaffey, doktor Leslie Olsakovsky, Carolyn Wilson, Paul Richardson, wielebny Gale Cooper, Beth Tyree, Julie Arbelaez, Steve (pan Wilson) Wilson, Mike Wilcox, doktor George Grant, doktor Elizabeth Hazelgrove, Robert i Lottie May Hazelgrove, Amanda Cempre, Bobby Ball, doktor Ross i Carol Rhoads, Donald i Elsie Orenstein, Carolyn Schaefer, Jerry i Rosalind Richardson („Do boju, Obrona!” Niech żyją!), ojciec Randall Haycock, Christina Ball, Jerry Torchia, doktor Diane Snustad.

O przyjęcie bezgranicznych słów wdzięczności proszeni są wszyscy, którzy przeczytali po raz kolejny cały cykl powieści o Mitford, żeby przygotować się do lektury Blisko i bezpiecznie, oraz doktor Charles (Bunky) Davant, doktor Christopher Holstege, Mark Ratzlaff i Ray Russell.

Pamięci drogiej Margaret Ann Lehmann (1944–2013)

Ach, to niedające się wyrazić słowami poczucie swobody, którego zaznajemy w towarzystwie bliskiej osoby, gdy nie musimy układać myśli czy ważyć słów, ale możemy się nimi po prostu dzielić. Takimi, jakie są: plewami zmieszanymi z ziarnem. Wiemy bowiem, że wierna dłoń weźmie je i przesieje, zostawi to, co wartościowe, a resztę zdmuchnie tchnieniem dobroci.

Dinah Maria (Mulock) Craik (1826–1887)

Rozdział pierwszy

Jego żona była gotowa wyekspediować go do country clubu w najbliższy sobotni wieczór. Co gorsza, będzie musiał się wcisnąć w swój stary smoking, który z pewnością wyeksponuje wszystkie jego krągłości.

Zawiniło irlandzkie śniadanie — a bardziej precyzyjnie: wspaniały bankiet na talerzu. Usiłował ograniczyć się do trzech takich posiłków w czasie pobytu w hrabstwie Sligo, ale skończył, pożerając ich siedem, w tym dwa, gdy nie widziała tego żona. Nie był pewien co do świętego Pawła, ale ponury bagaż cukrzycy był z pewnością cierniem tego kleryka.

— Wciąż nie doszedłem do siebie po locie — oświadczył.

— Nie doszedłeś do siebie po locie? Po dziesięciu dniach? Musisz się bardziej postarać, kochanie.

Zapadła pełna namysłu cisza. Siedzieli oboje w jego pracowni, kończąc pić drugą kawę. Krople deszczu błyszczały na liściach klonu za ogromnym oknem, mgła zakrywała szczyty gór w oddali. „Nasze obserwatorium”, przekonywał się, akceptując niebotyczny koszt takiej dużej powierzchni szkła.

— To ważna okazja, Timothy. Twój doktor przechodzi na emeryturę po kilku dekadach niedosypiania i leczenia pacjentów, którzy nie chcą przestrzegać zaleceń lekarza.

I cóż z tego? Tego, co nakazuje kapłan, też prawie nigdy nikt nie robi.

— Na dodatek wyjeżdża jako wolontariusz, by służyć na obszarach największego niedożywienia na świecie.

Przedstawiała kolejne argumenty na poparcie swojego zdania, a do niego docierał niepokojący fakt — gdy Hoppy Harper zniknie z krajobrazu, on wpadnie w ręce doktora Wilsona, który w jego opinii był jeszcze nieopierzonym żółtodziobem, w sensie medycznym.

— A ojciec Timothy Kavanagh — oznajmiła — wielce szacowny przyjaciel i wieloletni kaznodzieja honorowego gościa, chce zostać w domu.

Przekrzywiona głowa, uniesione brwi, chmurne czoło.

— Masz całkowitą rację — przyznał.

— Więc idziesz!

— Cynthia, Cynthia. Nie powiedziałem, że idę, powiedziałem, że masz rację, iż chcę zostać w domu.

Westchnął.

— Zachowujesz się jak prawdziwy południowiec.

Jego małżonka, która przyszła na świat w Massachusetts, uważała, że południowcy mają skłonność do narzekania, coś, co najwyraźniej było poniżej godności Jankesów. „Wy wygraliście wojnę”, powiedziałby jego ojciec. „Nie macie powodu, żeby narzekać”.

Czy miała tak dużo wolnego czasu, żeby poświęcać go na zajmowanie się jego sprawami? Od kiedy zaczęła nową książkę, powinna być nieczuła na wszelkie wypadki losu, przez co najmniej dziesięć lub jedenaście miesięcy.

— Właśnie przeczytałam artykuł — dodała — o tym, co może się stać z duchownymi, gdy przejdą na emeryturę. Niektórzy z nich kończą tak, że nie chcą w ogóle opuszczać domu.

 

— Ja opuściłem dom w bardzo religijny sposób — oświadczył z uczuciem.

W odpowiedzi jego żona wybuchła gromkim śmiechem. Bardzo trudno było spierać się z kobietą, która nigdy nie pozwalała się zasmucić i wszystko zawsze widziała w różowych barwach.

— Przypuszczam — powiedział — że nie liczy się to, że poszedłem do Hoppy’ego we wtorek i że rozmawiałem z nim długo i pomodliłem się za niego, i życzyłem mu wszystkiego dobrego, i obiecałem, że będziemy w kontakcie z Olivią i Lace, zawsze gdy będzie wyjeżdżał.

Obserwował jej oczy. Najwyraźniej to wszystko nie było wystarczające.

— Podarowałem mu ładne obcążki do paznokci — dodał.

Nie ma potrzeby wspominać, że był to prezent od jego kuzyna.

— W skórzanym futerale.

Lodowate spojrzenie.

— To wszystko jest przemiłe, nie wątpię, ale obecność przyjaciół na tej uroczystości będzie dla niego uhonorowaniem, jak na pogrzebie. Jak byś się czuł, gdyby nikt nie przyszedł na twój pogrzeb, ponieważ mówili ci miłe rzeczy, zanim umarłeś?

— No dobrze, dobrze, pójdę. Bóg z tobą, Kavanagh. Gdzie są moje spinki?

— W komodzie, w pierwszej szufladzie od góry, po prawej stronie. I z tobą.

Wydawało mu się, że wygląda na całkiem zadowoloną z siebie.

Ruszył na górę, żeby przymierzyć smoking, żeby spojrzeć prawdzie w oczy i pozbierać niezbędne dodatki.

Jego pies leżał wyciągnięty i pogrążony we śnie na półpiętrze, ogrzewając się w plamie słońca.

Barnaba podniósł łeb i zamrugał.

Niedługo będzie musiał przenieść Starszego Pana na dół, do pracowni, ponieważ schody stawały się coraz trudniejszą przeszkodą do pokonania dla jego dwunastoletniego bouviera/wilczarza irlandzkiego. Odkładał to od jakiegoś czasu. Będzie to duża zmiana dla wszystkich, nawet dla Violet, kota jego żony.

Gdy Cynthia przeniosła się do jego łóżka w noc poślubną, Barnaba, jak zawsze wrażliwy na cudze potrzeby i taktowny, usunął się do holu i zaanektował dla siebie nowe terytorium. Potem, gdy przenieśli się z jego domu do sąsiadującego z nim domku Cynthii, Barnaba ponownie na miejsce nocnego czuwania wybrał hol. Mimo postępującego artretyzmu tylnych nóg uczynił z niego ostatnio swój dom, rezygnując ze wszelkich komfortów, które oferował parter.

Może urządzi przenosiny dzisiaj — zniesie na dół miskę z wodą, posłanie i koc, a także rozprutego szopa pracza.

Przykucnął i podrapał psa, zanurzając palce głęboko w jego kręconym futrze.

— I co ty na to, przyjacielu?

Barnaba spojrzał na niego poważnie. Poranne promienie słońca rozświetliły bursztynowe plamki w ciemnym źrenicach jego oczu.

Nie zrobi tego dzisiaj. Nie potrafiłby. Dzisiaj wieczorem jeszcze raz odbędą tę samą wędrówkę, na dół, żeby coś zjeść, potem spacer pod żywopłot, a następnie powrót na górę. Z trudem będą pokonywać każdy stopień, by za każdym razem odnieść triumf. Jutro w takim razie.

Stał, rozmyślając o tym, jakim ciosem okazało się dla niego samego przejście na emeryturę. Próbował zrozumieć, dlaczego nadal czuł się tak, jakby dostał obuchem w głowę. Minęło już pięć lat, od kiedy przestał pełnić aktywnie obowiązki duchownego i mimo że miał nadal mnóstwo zajęć, porażające poczucie straty czy też braku czegoś cały czas nie chciało go opuścić. Cynthia miała rację. Jeśli nie będzie się miał na baczności, z łatwością ugrzęźnie w swoim fotelu w pracowni i nikt go nie znajdzie. „Oddalić się”, brzmiała definicja przejścia na emeryturę z szesnastego wieku, „w celu znalezienia samotności”.

Emerytura, oczywiście, nie była jego pomysłem. Nakłonił go do tego lekarz, ze względów zdrowotnych. Cynthia się z tym zgodziła, aż w końcu ustąpił.

Co do jego przechodzącego na emeryturę lekarza, Hoppy był w tak świetnej formie jak czterdziestolatek i nie miał przeciwwskazań zdrowotnych. Czyż lekarze, jak duchowni, nie są powołani, by biec wytrwale do samego końca? Tylko wtedy mogą w pełni zasłużenie odebrać wieniec zwycięstwa. W jego przypadku cukrzyca, przepracowanie i stres zadecydowały o przejściu w stan spoczynku w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, chociaż sprawował zastępstwa tu i tam przez cały ten czas.

Dobrze pamiętał, jak to wszystko się odbyło. Gdy biskup obwieścił parafianom nowinę, że Tim Kavanagh przechodzi na emeryturę po szesnastu latach pracy jako główny robotnik w ich winnicy, zauważył, że wielu obecnych otwarło szeroko usta jako wyraz absolutnego zdziwienia. Usłyszał syk wciąganego powietrza, głównie po lewej stronie kościoła, pojawiła się też jedna czy dwie chusteczki. Tego należało się spodziewać.

Po początkowym szoku jednak przyszło coś zupełnie niespodziewanego, a mianowicie ich całkowita obojętność.

Podczas poczęstunku wszyscy zgromadzili się wokół niego, śmiejąc się, klepiąc go po plecach i życząc mu wszystkiego najlepszego, a potem, jak na komendę, wszyscy rozbiegli się do swoich domów, do swojej pieczeni, jakby nie wydarzyło się nic wiekopomnego.

Gdzie były te załamania nerwowe, których się obawiał, albo nawet na które z poczuciem winy miał nadzieję? Gdzie był ten długi, posępny szereg na zakończenie nabożeństwa, z przynajmniej jedną lub dwoma osobami rzucającymi mu się w ramiona, może nawet łkając, i błagającymi go o zmianę decyzji?

Mógł sobie jedynie pomarzyć. W istocie, skończyło się na: no to żegnaj, stary, i baw się świetnie w szlafroku i kapciach.

Nikt go nie uprzedził, że potem przyjdzie coś zgoła innego. Po obojętności pojawiły się gniew i niechęć. Cała Main Street zakipiała oburzona afrontem, jakim okazało się jego przejście na emeryturę. O tak, pamiętał to bardzo dobrze.

W repertuarze z cyklu „jak mogłeś” doświadczył wszystkiego, od pełnego boleści spojrzenia i braku powitania do pełnowymiarowego świętoszkowatego oburzenia. Był ich, należał do nich, przyzwyczaili się do niego, a teraz zmuszeni byli zacząć szukać kogoś nowego, co nigdy nie jest wdzięcznym zadaniem, i Bóg raczy wiedzieć, kogo uda się im znaleźć, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. I to nie tylko jego parafianie czuli się tak podstępnie zdradzeni, ale i baptyści, i prezbiterianie, i metodyści, i każdy pojedynczy Tom, Dick czy Harry. Niczym zdradziecki generał Benedict Arnold przemykał chyłkiem po ulicach, zanim cała sprawa przycichła i zanim znowu go polubili. Nic dziwnego, że duchowni na emeryturze nie chcą opuszczać domu.

Misjonarski zryw Hoppy’ego był oczywiście szlachetny, on, Timothy, też miewał takie zrywy, ale czyż bycie małomiasteczkowym lekarzem w dzisiejszym świecie nie jest samo w sobie dość szlachetne?

Przedostał się do tylnej części ich przepełnionej garderoby, która prawdopodobnie była kiedyś pokojem dziecięcym, i w słabym świetle żarówki, którą zamierzali zastąpić halogenem, znalazł tę żałosną rzecz, leżącą w przykurzonym pokrowcu. Zdjął pokrowiec, kichnął i zabrał smoking do sypialni.

Położył go na łóżku i wpatrywał się w ubranie niewidzącymi oczami. Na jaką okazję musiał go ostatnio włożyć?

Przyjęcie panny Sadie z okazji ślubu Harperów, oczywiście. Jakie to niezwykłe, że oszczędna panna Sadie zrobiła coś tak cudownego i ekstrawaganckiego, kazała nawet odrestaurować z tej racji nieużywaną salę balową w Fernbank. Przypomniał sobie stoły lśniące od kryształów i srebra, muzykę graną przez ośmioosobową orkiestrę, kopułę sufitu, na której tłoczyły się malowane anioły z pozłacanymi skrzydłami, a wszystko to skąpane w blasku świec. Był to wieczór, jakiego Mitford nigdy nie widziało i nieomal na pewno już nigdy nie zobaczy.

Zdjął spodnie z wieszaka, pełen optymizmu. Wszystko będzie dobrze, smoking będzie odrobinę dopasowany i trzeba go pewnie wyprasować, ale nic ponadto, bez przesady.

Spojrzał w róg pokoju na stojące lustro, które mówiło całą prawdę rano, w południe i wieczorem, czy się tego chciało, czy nie. W istocie, jeśli tylko potrzeba, żeby ją poznać, nie była krytyczna, rzadko w nie spoglądał.

Ponieważ tym razem potrzeba była krytyczna, zrzucił ubranie i podszedł do lustra w spodenkach i skarpetkach.

Wydał z siebie nieartykułowany dźwięk, niczym małe zwierzątko zaskoczone w lesie.

Wzdychając bardzo głęboko, przystąpił do robienia tego, co musiało zostać zrobione. Zamek w spodniach w ogóle nie dał się zapiąć, nie mówiąc o guziku, wszelkie nadzieje, jakie wiązał z marynarką, okazały się płonne, a ozdobny szeroki pas, mimo że na rzepy, okazał się gwoździem do trumny.

Podszedł do drzwi sypialni i zamknął je. Nie chciał, żeby nawet jego pies był tego świadkiem. Co do sobotniego wieczoru, było oczywiste, że miał nie opuszczać domu.

Znalazł Cynthię w kuchni i przyznał się jedynie do „niewielkiego przybrania na wadze od czasu przyjęcia panny Sadie dekadę temu, ale jednak wystarczającego, by, no wiesz…”.

— Mogę je popuścić — oświadczyła.

Na ile się orientował, nigdy w swoim życiu nie użyła igły. Pozwolenie Cynthii Kavanagh, by przerabiała jego ubranie, było równie nieodpowiedzialne, jak pozwolenie jego synowi, Dooleyowi, by obciął mu włosy.

— Puny mogłaby mi pomóc — dodała optymistycznie. — Jest w tym bardzo dobra.

— Nie mamy maszyny do szycia — oznajmił.

— Jest po sąsiedzku! Pamiętaj, że Hélène ma maszynę do szycia. Stoi w salonie obok fortepianu, leżą na niej te wszystkie nuty. Może Hélène szyje.

— Ludzie, którzy szyją, nie trzymają nut na maszynie.

Nie był aż tak głupi, na litość boską.

— Poza tym to antyk, nie działa.

Poczucie katastrofy nieomal pozbawiało go tchu.

— Użyłybyśmy jej na miejscu — kontynuowała, nie zwracając na niego uwagi. — Jest zbyt ciężka, żeby przenieść ją przez żywopłot. Należała do jej babci.

— Czy kiedyś…?

— Nigdy. Pokazałabym tylko Puny albo Hélène zapasy na szwy i powiedziałabym, ile trzeba popuścić. Zrobiłyby resztę.

Od lat Puny Guthrie prowadziła mu dom, gdy był kawalerem, a potem gdy się ożenił, nigdy nie słyszał jednak, żeby wspominała kiedykolwiek, że posiada umiejętności krawieckie.

— Sprawdziłaś zapas? — zapytał.

— Pójdę na górę i zrobię to teraz. Gdzie jest ten smoking? A przy okazji, czas na rodzynki.

— Wisi na drzwiach.

Był zbyt zmęczony, żeby powiedzieć na których. Podała mu pojemnik z rodzynkami, a on wysypał kilka na dłoń.

Gdyby pił alkohol, wychyliłby teraz podwójną szkocką — był to w stanie precyzyjnie określić. Albo gdyby chciał pozostać wierny swoim irlandzkim korzeniom, może wybrałby whiskey Paddy?

Zastała go wyglądającego przez okno w pracowni, nadal z rodzynkami w dłoni.

— Smoking nie ma zapasów — oznajmiła pobladła.

— Oczywiście, że ma. Jak inaczej trzymałby się razem?

— Och, chciałam powiedzieć, oczywiście, że je ma, ale są takie wąskie…

Wyglądała na zrozpaczoną.

— Tani — stwierdził.

— Co?

— Był tani. Musi kosztować więcej, żeby mieć zapasy, które można popuścić.

Usiedli na sofie, na której omówili do tej pory tak wiele życiowych spraw.

— Internet — oznajmiła. — Natychmiastowa dostawa, co daje nam czas, żeby podwinąć spodnie.

— Nie ma mowy — stwierdził.

Nie chciał mówić o tym, jak ostatnim razem ulegli kaprysowi zakupów przez Internet i o tym, jak ich zakup został dostarczony bez śrub potrzebnych, żeby go skręcić. Nie wspomni już nigdy, jak poszukiwał śrub, przedzierając się przez gąszcz wiadomości nagranych na automatycznych sekretarkach, które w końcu doprowadziły go do żywego człowieka, który obiecał, że zajmie się tym natychmiast. Nie wspomni już nigdy o wielu kolejnych telefonach, których nie odebrał żaden żywy człowiek, i o tygodniach, które minęły, zanim dostarczono śruby — nie, nie do jego domu, ale do Sklepu na końcu ulicy, gdzie maluteńka paczuszka w jakiś niewyjaśniony sposób wpadła do koszyka z kalifornijskimi owocami awokado i gdzie przeleżała kolejny tydzień.

— Dlaczego robimy to na ostatnią chwilę? — zapytał.

— Ponieważ przez cały czas myślałam, że się wybierasz. Dlaczego nie miałbyś pójść na przyjęcie z okazji przejścia na emeryturę człowieka, który był twoim parafianinem przez szesnaście lat, twoim lekarzem przez tyle samo, jest twoim bliskim przyjacielem i przybranym ojcem tak jakby narzeczonej Dooleya?

Ujął rodzynkę pomiędzy kciuk i palec wskazujący i przyglądał się jej, rozmyślając.

— Warto wspomnieć, że uratował ci życie — dodała. — Dwa razy.

W tym oczywiście tkwił sęk.

— No dobrze, dobrze. Powiedziałem, że idę.

Jak tak dalej pójdzie, to wyląduje w łóżku, przykuty do niego i będzie popijał wodę przez zgiętą rurkę.

 

— Dlaczego nie mogę po prostu ubrać garnituru i koloratki?

Obrzuciła go wielce wymownym spojrzeniem, następnie spojrzała na półki z książkami, zastanawiając się prawdopodobnie nad kurzem. On przyglądał się swoim mokasynom, nie myśląc o niczym konkretnym.

Był zachwycony, gdy rozległ się dzwonek. Zerwał się i pobiegł przez korytarz jak przestępca wypuszczony na wolność.

— Puny!

Jej dobroduszna twarz z piegami i całą resztą podnosiła go na duchu od chwili, gdy ujrzał ją po raz pierwszy, ponad dekadę temu.

— Wiem, że mam dzisiaj wolne, ale coś ojcu przyniosłam.

— A gdzie bliźniaki?

Wiedział, że starsza dwójka będzie o tej porze w szkole.

— W aucie. Mam tylko chwilę. Właśnie widziałam Joe Joe na posterunku, może zostanie komendantem.

Cała promieniała, aż biła od niej radość.

— A niech mnie. Dopiero co został kapitanem.

— Proszę nikomu nie mówić, tylko pannie Cynthy.

— Oczywiście. Kiedy będzie wiadomo? — zapytał.

— Może za tydzień lub dwa, mówią.

— Czy Rodney Underwood odchodzi?

— Tak jakby.

— Tak jakby?

— To jeszcze tajemnica, ale tak, odchodzi na komendanta w Wesley.

— Duży awans.

— To będziecie się modlić, dobrze? A tutaj coś dla ojca przyniosłam.

Podała mu małą kopertę.

— Proszę to popić szklanką wody na wieczór i nie wychodzić z domu.

Wsunął paczuszkę do kieszeni, czując, jak twarz oblewa mu gorący rumieniec.

— To… miło z twojej strony — podziękował.

— Chester McGraw! — wykrzyknęła, gdy wchodził do pracowni.

— Co masz na myśli?

— Nosił twój rozmiar. Pamiętam, że zobaczyłam go od tyłu w Logan’s w Wesley i myślałam, że to ty. „Timothy!”, zawołałam. „Co robisz w dziale rajstop?” Ale to był Chester.

— A co on robił w dziale rajstop?

— Nie mam pojęcia, nie powiedział mi. W każdym razie, jak wiesz, on …

— Nie żyje — dokończył zdanie. — Morte. Zmarł w lutym rok temu. Dobry był człowiek ten Chester. Byliśmy razem w Klubie Rotariańskim.

— Kto nas odwiedził?

— Puny.

— Naprawdę? Co chciała?

— Tak tylko zajrzała, mówi, że Joe Joe może awansować na komendanta.

— Cudownie. Kiedy?

— Nie wiemy — odpowiedział. — Nie mów nikomu, to tajemnica. Poczęstuj się rodzynką.

— Dziękuję, nie. On miał smoking.

— Joe Joe?

— Chester. Chester miał bardzo ładny smoking.

— Hola, hola, Kavanagh.

— Miał go na sobie na imprezie dobroczynnej w Szpitalu Dziecięcym rok temu, pamiętasz? Gdy przekazywał ten ogromny czek. Więc jeśli Irene go nie wyrzuciła…

— Poczekaj chwileczkę…

— Dlaczego nie? Zarobił krocie na handlu drewnem. To będzie bardzo ładny smoking. Zadzwonię do Irene, jest taka kochana.

Poczuł nagłą potrzebę, żeby uciec do Lord’s Chapel i uklęknąć przed ołtarzem.

— Irene nie odbiera, jest zapewne w ogrodzie.

Nie miał pojęcia, skąd jego żona wie tak dużo o Irene McGraw. On wiedział jedynie, że o Irene mówi się, iż wygląda jak pewna gwiazda filmowa, której nazwiska nie znał. Przez chwilę myślał intensywnie o państwu McGraw: Baptyści. Mieszkańcy Florydy przez obowiązkowe sześć miesięcy z hakiem. Dużo wnuków.

— Czy nie powinienem… to znaczy…

Jeśli miał nosić strój innego mężczyzny, to czy nie powinien on pochodzić od kogoś z jego własnej parafii?

— Może ktoś w Lord’s Chapel… — zaczął nieśmiało i poczuł się całkiem upokorzony.

— Nikt w Lord’s Chapel nie nosi twojego rozmiaru, Chester był idealną kopią.

Pożyteczny nawet po śmierci — wszyscy o tym marzyli.

— Poza tym — dodała — każdy, kto ma smoking w Lord’s Chapel, będzie go miał na sobie w sobotę wieczorem.

Jego żona wiedziała wszystko. Ukończyła z wyróżnieniem szkołę Smith, oczywiście. Ciekawe, czy wszyscy absolwenci są do niej podobni.

— Jedź ze mną — zaproponowała, zdejmując kluczyki z haczyka obok drzwi do kuchni.

— Dlaczego?

Spojrzała na niego czule.

— Ponieważ kocham twoje towarzystwo.

Ale w jego towarzystwie nie było nic ekscytującego. Był licencjonowanym zrzędą ostatnimi czasy. Nie, żeby tego chciał, ale wydawało się, że nie potrafi zapanować nad tą nutą ponurości, która dopadła go podczas wyprawy za wielką wodę, być może gdzieś w okolicach Grenlandii.

— Poza tym — stwierdziła cała w skowronkach — właśnie na tym polega bycie na emeryturze.

— Wciąż próbuję dociec, na czym polega bycie na emeryturze.

— Na tym, żeby wskoczyć do samochodu i pojechać gdzieś pod wpływem impulsu.

— Ja wolę zostać tutaj — oświadczył, nie chcąc prosić świeżo upieczonej wdowy o jałmużnę.

— Irene nawet cię nie zobaczy. Zaparkuję przed żywopłotem, a nie na podjeździe. Zabierz gazetę i poczekaj chwilkę. Potem możemy zajrzeć do Sklepu.

Spojrzała na niego porozumiewawczo, co oznaczało zgodę zakup rarytasu, jakim było wiaderko lodów Ben & Jerry’s. Nagle poweselał.

— Wchodzę w to — zgodził się.

Wycofała swoją mazdę z garażu.

— A co, jeśli oddała go Armii Zbawienia? — zapytał.

— Myślę, że to jeszcze za wcześnie.

— To znaczy, że jest jakiś przyjęty czas na uporządkowanie garderoby zmarłego małżonka?

— Zazwyczaj sześć miesięcy, do roku. Niektórzy robią to natychmiast po.

Rozważał w myślach tę tajemną informację, szczególnie zaintrygowany małżeńską rewelacją o „natychmiast po”.

— Przy okazji — oświadczyła — jeśli odejdę z tego świata pierwsza, moje ubrania daj Puny, moją biżuterię Lace, z wyjątkiem obrączki twojej mamy.

— A komu mam ją dać?

— Jeśli Dooley i Lace się pobiorą, daj Lace. Jeśli nie, możesz ją dać swojej kolejnej żonie.

Postanowił na to nie reagować.

Skręciła w prawo, na Main Street.

— Żartowałam oczywiście. Myślisz, że ożeniłbyś się ponownie?

— Z pewnością nie. Ledwie byłem się w stanie ożenić pierwszy raz, co dopiero drugi.

Zadała mu to samo absurdalne pytanie niedawno w Irlandii.

Czuł, jak mu się przygląda.

— Co? — chciał wiedzieć.

— Wiem, jak nie cierpisz, gdy ci to mówię, ale…

— Ale.

— Musisz się ostrzyc.

— Dopiero co się ostrzygłem. Dwa czy trzy tygodnie temu.

— To było podcięcie, nie strzyżenie. Trochę za mało ci wtedy podcięli.

Jego żona potrzebowała stałej płatnej pracy, nie takiej, w której sama była sobie panią i zostawało jej dość czasu, żeby zajmować się jego sprawami.

— Mądrej głowie dość dwie słowie — stwierdziła.

Spojrzał z uwagą na Main Street, która dosłownie błyszczała po prysznicu, jakim był poranny deszcz. Po raz kolejny zdał sobie sprawę, jak bardzo Mitford podobne jest do irlandzkiej wioski. Kolorowe fronty sklepów, wiszące kosze z kwiatami, ławki, budzący się do życia handel w sklepach.

— Wielka nowina z czasu naszej nieobecności — oznajmiła — Avis pomalował pojemniki przed sklepem.

Jak mógł tego nie zauważyć podczas swoich dwóch ponurych porannych przejażdżek przez miasto? Pod zielonymi markizami Sklepu stały słynne pojemniki na produkty rolne, teraz czerwone jak pomidor. Wewnątrz znajdowały się donice z żółtymi chryzantemami.

— Bardzo to irlandzkie, wszystkie te kolory, prawda?

— O tak.

Ujrzeli też Avisa Packarda, który stał przed swoim sklepem i palił papierosa.

Koniec końców, prawdziwa różnica pomiędzy Mitford i irlandzką wioską była zasadnicza: Mitford było jego domem, a Main Street jego rewirem. Po roku w Whitecap, kolejnym roku w Meadowgate, długim pobycie w Missisipi i Memphis oraz wyprawie do Irlandii dobrze było w końcu znaleźć się w domowych pieleszach.

— Irene jest utalentowaną artystką — oznajmiła. — Maluje dzieci. Rozmawiałyśmy o urządzeniu wspólnej wystawy, imprezie dobroczynnej na rzecz Szpitala Dziecięcego.

— Nic mi o tym nie mówiłaś.

Szpital Dziecięcy w Wesley był instytucją, którą najchętniej wspierał w swojej działalności charytatywnej. Mimo że nigdy nie przepadał za proszeniem o pieniądze, udało mu się pomóc w zebraniu trzystu pięćdziesięciu tysięcy dolarów podczas ostatniej akcji. Dzięki ci, Boże, za mieszkańców Florydy, którzy spędzali lato w Mitford i okolicach.

— Czekamy, aż wykrystalizuje się jej kalendarz. Jej córka straciła dziecko rok temu, ale kolejne jest już w drodze. Ma też dwójkę wnucząt w Kalifornii, czwórkę w Teksasie i jedno w Niemczech. Jest bardzo zajęta.

— Zatrąb — polecił.

Opuścił szybę. J.C. Hogan, wydawca „Mitford Muse”, przechodził właśnie przez ulicę, kierując się w stronę ratusza.

— Herbaciarnia, jutro w południe! — zawołał.

Uniesione kciuki J.C.

Nie podobało mu się, że musi krzyczeć na całe miasto, iż wybiera się do herbaciarni, jutro czy też jakiegokolwiek innego dnia. Muszą zmienić tę cholerną nazwę, uczynić ją bardziej przyjazną dla mieszkańców Mitford.

Zostawił otwarte okno i wdychał oczyszczone deszczem wrześniowe powietrze.

— Może powinniśmy spróbować tym razem nowy smak?

— Trwało całe wieki, zanim przeszedłeś o poziom wyżej, od wanilii do kremu orzechowego.

— Nie można przejść o poziom wyżej od wanilii. Wanilia to crèmè de la crème, a krem pekanowy to zaledwie chwilowa zachcianka. Jednak od kilku lat odczuwam wewnętrzną potrzebę spróbowania zupełnie innego smaku, ale nigdy nie miałem dość odwagi, żeby go kupić. Co powiesz o Cherry Garcia?

Carpe diem.

Poklepała go po kolanie, śmiejąc się.

— Jesteś szalonym i zwariowanym facetem.

Nie był pewien, czy podoba mu się to poklepywanie. Gdy to robiła, a robiła to dość często, czuł się, jakby miał cztery lata albo jakby stał tylko nieco wyżej od małej rasy czworonoga.

Odsunął kolano, niezadowolony i otworzył „Mitford Muse”. Lokalny tygodnik zrobił się ostatnio dużo cieńszy, ale pierwsza strona nadal atakowała pełną gamą kolorów druku czterobarwnego.

— Timothy.

— Mów, Kavanagh.

Mule Skinner zamieścił reklamę swojego biura obrotu nieruchomościami na jedną czwartą strony tuż pod reklamą miejskiej oczyszczalni ścieków. Niezbyt dobre miejsce. A tutaj była „Pomocna domowa porada tygodnia”. Nigdy nie przyzna się nikomu z wyjątkiem Puny, że czeka na nią w każdy czwartek.

— Czy ty mnie słuchasz? — upewniła się.

— Tak, tak, słucham.

Buty można wypolerować skórką od banana. Zetrzyj pozostałości suchą szmatką.

Skręciła w prawo w Lilac, jego zdaniem nieco zbyt ostro.

— Myślisz, że mógłbyś zastosować się do tej rady, którą dała ci wczoraj Puny? — zapytała.

Słynąca z tego, że nie umie trzymać języka za zębami, Puny Guthrie powiedziała mu, że potrzebuje wziąć dobry…

Inne książki tego autora