Trufle. Przypadki księdza GroseraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

„Wyjechać, to jakby trochę umrzeć", mówią Francuzi. A Wacek wrócił. Znów rezydował w Kołomorzu, Cybula promieniał. Sytuacja Grosera była jeszcze bardziej nieokreślona niż przed dwoma laty, gdy siedział tu, czekając, aż Zdzisław znajdzie dla niego jakąś parafię. Nikt właściwie nie spodziewał się jego powrotu. Choć wyjeżdżając do Francji, oficjalnie został delegowany, by przyjrzeć się francuskim wspólnotom, w praktyce oznaczało to wilczy bilet i ukryte wydalenie z diecezji. Jak to odkręcić? Wszystkie sprzeczności i komplikacje rozwiązała śmierć biskupa Zdzisława. Trudno powiedzieć, czy możliwy byłby powrót Wacława za jego życia. W dwa tygodnie po pogrzebie biskup Florian, pełniący funkcję administratora diecezjalnego, wezwał Grosera do kurii.

Wacław wrócił z tej wizyty z bardzo tajemniczą miną. Na rzucone w progu pytanie: „No i co?", odparł ze spokojem, że trzeba usiąść. Cybula przygotował kawę i placek. I siedział cierpliwie, czekając, aż Wacław przemówi.

— Nie uwierzysz — stwierdził wreszcie Groser.

— No rzucaj.

— Warginowo.

— Nie, no jaja sobie robisz.

Wacław pokręcił przecząco głową.

— Rozeszło się, że Wargin jest moim przyjacielem. Powiedział o tym biskupowi przed śmiercią...

— Zdzisławowi? To był stary lis. Zdawał sobie przecież doskonale sprawę, jak się miłujecie. Jeśli nawet chciał, byście się na powrót pokochali, to wiedział, że nic tak nie wzmacnia miłości, jak oddalenie. Nie, nie, przecież nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Sam cię stamtąd wyrzucił.

— Toteż nie wchodzę. „Księżę Wacławie, niebo ma zapewnione ten, kto zbuduje kościół". — Groser udatnie sparodiował aksamitny głos biskupa Floriana. — Wkrótce ma być podział parafii Męczenników. Wiele osób nie chodzi na mszę, bo im za daleko.

— I co powiedziałeś?

— Litości, księże biskupie. Jestem kompletnym laikiem, nie mam pojęcia, jak się buduje. Nawet klatki dla królika w życiu nie zbiłem.

— Teraz to kłamiesz.

— Słowo daję...

— Wacuś, przecież ty już jeden kościół wybudowałeś...

— Ja?

— A kto wyremontował chatkę Burkietowej? Może budowa niejednej katedry mniej się Bogu podobała. — Cybula się uśmiechnął, nie wiadomo, czy do Wacława, czy też przed oczyma stanęła mu szczęśliwa pani Bożenka. — No i co w końcu odpowiedziałeś Florkowi?

Wacław wzruszył ramionami.

— Nic. Powiedział, że daje mi tydzień do namysłu, ale i tak wie, co mu odpowiem.

Piotr Cybulski milczał i popijał herbatę morelowo-truflową. Prezent z Francji.

— Wiesz, można powiedzieć, że albo Pan Bóg pisze prosto po liniach krzywych, albo że biedny Florian kompletnie się pogubił. Nie chodzi o twoją nominację, ale… cała ta jego polityka personalna… — Proboszcz Kołomorza wciągnął i wydmuchnął powietrze, jakby chciał napompować koła traktora. — No weź, zobacz, co zrobił z Leszkiem. Biedaka z problemem alkoholowym daje na wikarego do Antka. No przecież pół diecezji wie, że Antek może zjeść tonę ziemniaków… pod warunkiem, że ktoś mu to przerobi na gorzałę. Czym więc się kieruje?

Who is who
1

W poprzedniej parafii, u Zbawiciela, Frankowi Ognikowi żyło się dobrze. Ale wiadomo, że wikarych się przenosi, żeby nie zakochali się w miejscu, w którym doświadczyli ciepełka, albo też nie popadli we frustrację w przypadku, gdy nie tak wyobrażali sobie kapłański żywot. Stara prawda głosi, że w pierwszych latach kapłaństwa ksiądz powinien zaznać bogatej i biednej parafii, prężnej i duszpastersko podupadłej, miłości i niewdzięczności wiernych. Proboszcz Zbawiciela był bardzo zadowolony z Franka, gromadził bowiem sporo młodzieży. Stwarzał ruch wokół parafii. A to było bardzo ważne — proboszcz miał ambicję, aby jego parafia była najbardziej aktywną parafią w mieście. Aby uzyskać rekordową liczbę organizacji przyparafialnych, przymykał oczy na fakt, że część parafian przynależała do pięciu różnych kółek.

Franek Ognik był jednostką tak czerpiącą radość ze swej pracy, że nie dostrzegał śmiesznostek proboszcza. W ich wyłapywaniu celował za to drugi wikary u Zbawiciela, ksiądz Leonard Węgrzyk. Oj, nie odpuścił okazji do wyszydzenia. Przy najmniej połowę swej niebywałej inteligencji użytkował na produkcję antyproboszczowych złośliwości. Kiedyś przy kolacji proboszcz rzucił pomysł, aby zacząć przypatrywać się wszystkim parafiom w mieście i zbierać najlepsze inicjatywy duszpasterskie. „Proszę księdza, to już było" — odparował Węgrzyk. „Co było?" „Ktoś wpadł na pomysł stworzenia idealnej kobiety. Wziął oczy i włosy Bardotki, usta Sofii Loren, talię Jennifer Lopez, pieprzyk Cindy Crawford i wie ksiądz, co wyszło? Maszkaron!"

Franek był nieprawdopodobnym oryginałem. Uwielbiał eksperymenty. Jako uczciwy badacz przedmiotem owych eksperymentów czynił samego siebie. W liceum był jednym z pierwszych, który obciął się „na pałę", uprzednio nosząc włosy do ramion. Zakochana w nim pani od biologii o mało nie dostała apopleksji. Gdy wkrótce zaczął przedwcześnie łysieć, nikt nie wiedział, czy jego obecna fryzura jest efektem pracy genów czy kolejnego kaprysu. W każdym razie nie było w nim czuć żalu, że Pan Bóg w tak młodym wieku pozbawił go włosów. Ich brak wynagradzał sobie tygodniowym zarostem. Franek był szalony, jak jego patron św. Franciszek. Jego pójście do seminarium było dla otoczenia posunięciem równie bolesnym jak nawrócenie Biedaczyny z Asyżu. Ale i w seminarium nie do końca się ustatkował. Na przykład tuż przed święceniami poprosił swoją przyjaciółkę, którą znał jeszcze z czasów duszpasterstwa, żeby zrobiła coś niezwykle ważnego dla jego kapłaństwa. Poczuła się wyróżniona. „Wszystko dla ciebie, Franku. Wiesz, że cię kocham" — wyznała z teatralną emfazą dziewczyna, która dla żartu też dałaby się na ogniu upiec. „Chciałbym, żebyś się rozebrała i pozwoliła na siebie popatrzeć. Nigdy nie widziałem nagiej kobiety. Chciałbym być bogatszy o to doświadczenie. Zaręczam, że z mojej strony nic ci nie zagraża… Po prostu wiem, że kiedyś moją niewinność wyciągną jako argument, corpus delicti mojej niedojrzałości, a wtedy zawsze będę mógł powiedzieć, że byłem z kobietą. Nagą… Sam na sam. Będziesz symbolem mojego wyrzeczenia". Marzena chwilę się namyślała, a potem kazała zapalić świece.

Franek jako kapłan był jak plastelina. Dla Greków był Grekiem, dla Żydów Żydem, dla pogan poganinem. Jego żywiołem była młodzież, więc był jak młodzież. Gorący. Poszukujący. A czasem nieodpowiedzialny i bez dystansu. Po prostu kochał i płonął. Gdy ktoś z roztropnych kapłanów próbował go ostrzegać, zwykł odpowiadać: „Kochaj i szalej, nie myśl, co dalej".

Miał sporo pseudonimów, ale najczęściej mówiono na niego „Przecinak"; sprawy załatwiał krótko: „tak, tak", „nie, nie". Nie bawił się w dyplomację.

Mówił młodzieżowym slangiem. Nie tylko używał słów typu „kolo", „nara", „rela", „spoko", ale na przykład wsławił się powiedzeniem, że „Jezus jest zajebisty". Chciał tym zwrotem trafić do ucznia z prawdą, że Jezus może być jego najwspanialszym przyjacielem. Franek nie dość, że pogląd ten wyraził w klasie, to powiedzenie rozpowszechniał jeszcze w Internecie. Skończyło się na reprymendzie od biskupa. Od tej pory Franek skorygował swoje słownictwo i mówił: „zajebardzofajny".


Od trzech miesięcy Franek Ognik był wikarym Męczenników. Jego relacje z nowym proboszczem, Krystianem Palecznym, były bardzo dobre. Wargin był dla Franka do rany przyłóż, wychodził naprzeciw każdej jego inicjatywie. Pozwolił mu, aby katechezę — tak samo jak u Zbawiciela — prowadził w salce parafialnej. W kręgu, przy świecach. „Niepowtarzalny klimacik". Klasa szkolna nigdy nie stwarzała takiej atmosfery. Ławki stanowiły barykadę między uczniami i katechetą.

A że jak dotąd Franek nie wszedł w drogę Warginowi, wszystko układało się idealnie, zwłaszcza że Franek, zostawszy wikarym u Męczenników, nadal mieszkał u Zbawiciela. Pokój dla niego miał być dobudowany przy okazji planowanej wkrótce przebudowy plebanii.

2

Nie miał absolutnie ochoty tam jechać. Na myśl, że po raz trzeci będzie musiał poprosić szefa o przedłużenie terminu oddania projektu, robiło mu się niedobrze. Dawno by się z tym uporał, gdyby nie ten cholerny pech. Potem poszło lawinowo. Czy do końca życia ma płacić za jeden niemądry ruch? To niesprawiedliwe. Chciał oskarżyć Pana Boga, ale ponieważ w Niego nie wierzył, nawet przeklinając, nie wzywał Jego imienia. Zamknął tylko oczy i zrobił głęboki wydech. „Szlag by to trafił". Stefan Blizenko uświadomił sobie, że już chyba po raz tysięczny wypowiedział w ciągu ostatniej godziny to życzenie. Uświadomił sobie także, że właśnie wsiadł do taksówki. W lusterku uśmiechała się do niego brodata twarz kierowcy, schowana za przydymionymi okularami.

— No to jakie życzenie szanownego pana?

— Jakie życzenie? — burknął Blizenko, na którego uśmiech Mackiewicza podziałał jak płachta na byka.

— Adresik, bez tego nasz komputer pokładowy jest bezradny.

— Brzezińska — rzucił Blizenko i ostentacyjnie wbił spojrzenie w szybę, żeby temu bałwanowi nie przyszła ochota na taksiarskie pogaduszki. Mackiewicz zobaczył kątem oka obrażoną minę pasażera i dał za wygraną. Ruszył i zaczął obracać pierścionek z różańcem. Po jakichś dwóch minutach zreflektował się jednak, że nie zna ulicy wymienionej przez klienta. W pierwszej chwili sądził, że wie, gdzie jechać, ale teraz naszły go wątpliwości. Mijali właśnie kościół św. Mikołaja. Jak zawsze przeżegnał się, choć teraz miało to dodatkowo inny wymiar. „Chryste, co tu robić?" No niestety, będzie musiał znowuż zwrócić się do gbura siedzącego na tylnym siedzeniu.

 

— Przepraszam, a pan się orientuje, gdzie jest ta Brzezińska? Może chodzi panu o...

— To, czy ja się orientuję, nie ma tu nic do rzeczy — odparł wściekły Blizenko. — Nie ja zdawałem egzamin na taksówkarza. Jeżeli pana na kursie zamiast topografii miasta uczyli, jak się żegnać, to nie moja wina.

Mackiewicz zobaczył nienawistne spojrzenie w lusterku. „Świr" — przeleciało mu przez głowę. Wiedział z doświadczenia i z rozmów z wytrawnymi taksówkarzami, że tacy się zdarzają. Najlepsze, co można zrobić, to nie dać się sprowokować i uwolnić się od niewygodnego bagażu jak najszybciej, za jakąkolwiek cenę.

— Wie pan, mam taką propozycję, odstawię pana na postój, a tam bardziej kompetentny kolega zawiezie pana do celu.

— Pan raczy żartować, nie będę pokrywał kosztów pańskiej ignorancji...

— Ten kurs jest darmowy. Nie chcę od pana złotówki.

Przystanął na postoju przy Jana Pawła II. Znalazł się na końcu kolejki liczącej jakieś piętnaście samochodów. Zobaczył jeszcze tylko, jak jego klient, oczywiście bez słowa, zmierza ku srebrnemu mercedesowi. „Dzięki Ci, Panie, za łaski, którymi mnie obdarzasz od rana, za to, że pozwalasz mi omijać zasadzki. Spraw jeszcze tylko, żeby wpadło dziś choć parę groszy, inaczej kolacja będzie cieniutka. Tak, Panie, słusznie powiadają: lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć". Zamknął oczy i odetchnął z ulgą, jak po dobrze wykonanym zadaniu.

3

— Na Brzezińską — zwrócił się do taksówkarza Blizenko. Srebrny mercedes ruszył majestatycznie niczym żaglowiec wychodzący z portu. Z radia dobiegały słowa starego przeboju Mniej niż zero.

Samochód wykonał parę skrętów, po czym wjechał w Białostocką prowadzącą ku wylotowi z miasta. Po chwili Blizenko się zaniepokoił.

— Pan wie na pewno, gdzie jest ulica Brzezińska?

— Nie — odpowiedział ze spokojem kierowca, żując gumę.

— He, he — Blizenko parsknął histerycznie, jakby zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z kiepskim komediantem. — To jak w takim razie chce pan tam trafić?

— Przypuszczam, że panu chodzi o Brzeźnicką.

Blizenkę zamurowało, a raczej oświeciło. Oczywiście, że o Brzeźnicką. Dobrze, że ten poprzedni naiwniaczek się nie zorientował...

Po kwadransie byli na miejscu.

— Ile płacę? — spytał.

Taksówkarz zerknął na licznik.

— Pięćdziesiąt złotych.

— Co? Za te parę minut jazdy? He, he, to ja chyba zmienię zawód. Jeżeli w piętnaście minut zarabia się tyle, ile ja nie jestem w stanie przez pół dnia...

Kierowca spojrzał na Blizenkę z pogardą, z czego ów mógł odczytać tylko jedno: „Nie radzę, facet, zaczynać".

— Może jakiś rabacik? — próbował się nagle przymilić Blizenko.

— Rabaciki to ja mam dla kurew, policjantów i biznesmenów, czyli klientów, na których mi zależy. Jak pana nie stać, to trzeba było zdzierać zelówy.

Blizenko skulił ogon pod siebie. Był tak rozdygotany, że z trudem wygramolił się z mercedesa.

— Do widzenia — rzekł z lekkim uśmiechem.

Taksówkarz nawet nie spojrzał w jego kierunku i ruszył.

4

Stojąca przy lasku dziewczyna z czarnymi do ramion włosami pokiwała zalotnie. Stare audi przyhamowało. Kierowca jadącego za nim citroëna odruchowo skręcił na lewy pas. Z na przeciwka jechała jednak furgonetka. Pozostało mu odbić jeszcze bardziej w lewo, na pobocze drogi. Samochód uderzył przodem maski w ziemię, kilka razy przekoziołkował w powietrzu, po czym zawisł do góry kołami, wbity między konary dwóch potężnych sosen. Widok był niesamowity. Wyglądało, jakby ktoś z powypadkowego wraka postanowił zrobić dziuplę dla ptaków.

Świadków tej sceny było trzech. Kierowca audi i przydrożna prostytutka uciekli. Kierowca furgonetki zadzwonił z komórki na policję, powiadomił o zajściu, po czym podbiegł do wiszącego samochodu. Gdy ujrzał, jak z uchylonych drzwiczek ścieka solidna strużka krwi, najpierw zwymiotował, a potem zemdlał.

Policjanci zjawili się niebawem, nie sposób jednak było dotrzeć do wiszącego wysoko ponad ziemią samochodu. Przez chwilę bezradnie patrzyli na spadające koło ich stóp krople krwi. Nie zaryzykowali wspinania się po drzewie z obawy, że biały citroën runie w dół. Sierżant Bolesław Knyra, zwany Imadełkiem, zawiadomił strażaków i zajął się leżącym pod drzewem nieprzytomnym mężczyzną. Obok niego leżała komórka. Na szczęście szybko udało się go ocucić. Z jego słów wynikało, że kierowca audi zahamował, by popatrzeć na stojącą po drugiej stronie szosy tirówkę. Jadący za nim citroën próbował go wyminąć. W efekcie wylądował na drzewie.

— No tak, jest kurwa, to znaczy była, i policjanci, a temu biedakowi potrzeba bardziej lekarza albo księdza. Nawet jeśli żyje, to za chwilę się wykrwawi. Co tobie, Norbert? Też ci niedobrze? — zwrócił się do kolegi, który zamknął oczy i poruszał wargami, jakby szeptał modlitwę.

Nie minęła minuta, jak jednocześnie na miejsce nadjechały karetka pogotowia i straż pożarna. Akcja wydobycia ofiary wypadku przebiegła bardzo sprawnie. Strażacka drabina załatwiła wszystko. Obyło się bez nożyc do cięcia metalu. Kierowca prawdopodobnie żył, choć nie było wiadomo, czy dotrze żywy do szpitala. Gdy nosze wkładano do karetki, kapral Pospieszny wykonał nad nimi znak krzyża i wypowiedział po cichu słowa:

— I ja odpuszczam tobie grzechy, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

— Norbert, co ty, jaja sobie robisz? W księdza się bawisz? — rzekł osłupiały sierżant Bolesław.

Policjant pokręcił głową.

— Nie, ja jestem księdzem.

5

Kiedy się skończy ten koszmar? Dramat w trzech aktach. Blizenko pił do lustra. Usiadł przed nim celowo. Postawił na toaletce Ewy butelkę Słonecznego Brzegu. Chciał po raz pierwszy w życiu się przekonać, co to znaczy pić do lustra. Może to śmieszne, ale ta teatralizacja była dla niego jedynym sposobem na rozpacz, jak tabletka na ból głowy. To wszystko nieprawda. To jakaś koszmarna sztuka. „Dostałem rolę, do której się kompletnie nie nadaję". Zaczął analizować nieudany dzień. „Szlag by to trafił", wrócił do swej mantry. Najpierw odegrał rolę chama i o mało co zbłaźniłby się przed taksówkarzem. W drugim akcie próbował się przymilić i od kolejnego taksówkarza oberwał, że aż go zatkało. W trzecim akcie jego szef, dyrektor instytutu, zlekceważył jego kłopoty. Zakomunikował mu, że nie ma mowy o przesunięciu terminu. Nie widzi żadnych trudności obiektywnych. „Przecież masz teraz zupełnie wolną głowę. Ewa w Szwajcarii. Nic, tylko pracować. Nie poznaję cię. Spełniło się twoje marzenie, a ty się rozpadasz. Chyba że masz kogoś na boku". Dowcipy. „A może on coś wie? Nie, niemożliwe. Cholera, zrobił aluzję, jakby coś wiedział".

Spojrzał w lustro. Ze wszystkich ludzi największe obrzydzenie miał chyba do siebie samego. Nienawidził swego nieudacznictwa. Swojej wyblakłej twarzy. Wypranych oczu. „Jestem zerem na utrzymaniu przedsiębiorczej żony". Wymarzony wyjazd Ewy, który miał im zapewnić bezstresową egzystencję, przywiódł go do upadku. Żałosny kochanek. Wiedział, z kim zdradzić swoją żonę. Z szesnastoletnią dziewicą. Trochę czułości, jeden dotyk i kupa chrustu stanęła w płomieniach.

Usłyszał klucz w zamku. Ewa. Miała być dopiero wieczorem. W pierwszej chwili chciał uciec z butelką sprzed toaletki, ale było już za późno.

— Co ty wyprawiasz?

— Czekam na ciebie.

— Przed lustrem, z butelką?

— Miałem dziś okropny dzień.

— Ciągle masz okropne dni, ale nigdy przedtem nie chwytałeś z tego powodu za butelkę.

Blizenko milczał. Po chwili zerwał się i próbował wziąć Ewę w ramiona.

— Co ci? Uspokój się.

— Ewo, proszę cię, nie zostawiaj mnie samego. Nie jedź już tam. Wszystko przez tę zakichaną Szwajcarię. Nie wiem, co zrobię.

— Mam nadzieję, że już nic nie zrobisz. Dzwonił do mnie ksiądz Paleczny, znalazł klasztor, który przygarnie twoje dzidziusie.

— Błagam cię, przestań! Jeśli nie jesteś w stanie mi przebaczyć, to powiedz wprost, że mam odejść i sprawa będzie załatwiona.

— Nie bądź żałosny. Dokąd odejdziesz? Z kim odejdziesz? Z tym dziewczątkiem? Gdzie zamieszkacie? Pod mostem? — ochłonęła. — Nieważne, czy ci przebaczyłam, ale co dalej?

Ewa spojrzała na Stefana z odrazą. Pomyślała, że najgorsze w tym jest to, iż cała ta sytuacja jakoś jej w ogóle nie zaskakuje. Świadomie wyszła za miernotę. Strach przed staropanieństwem był silniejszy od zdrowego rozsądku. Nasłuchała się opowieści o kobietach, które padły ofiarą własnego wybrzydzania. Wierzyła, że potrafi nawet z tego „wybrakowanego towaru", z tego kawałka, z tej namiastki mężczyzny, wyhodować prawdziwego chłopa. Nie przeszkadzało jej nawet to, że jej przyszły mąż obnosił się ze swoim ateizmem, podczas gdy ona od dziecka była zawsze w Kościele. Ślub kościelny był marnym spektaklem. Zapewnianie Pana Boga o jedności, która nie jest jednością. Stefan nie wypowiedział formuły: „Tak mi dopomóż, Panie, Boże Wszechmogący...". Nigdy nie zapomni zapłakanej twarzy matki. Ojciec na znak protestu wyjechał na czas ślubu w góry.

— I co, ona ma żyć w klasztorze? — usłyszała. — To nie średniowiecze. Czy ty sobie zdajesz sprawę, jaką krzywdę w psychice tej dziewczyny mogą wyrządzić zakonnice?

Pokręciła głową z politowaniem.

— Czy ty w ogóle wiesz, co mówisz? Skoro jesteś tak oświecony, to szkoda, że nie wiedziałeś, skąd się biorą dzieci. Ja mam się przejmować spustoszeniem psychicznym? To dziewuszysko powinno się znaleźć raczej w poprawczaku.

Stefan chciał się odgryźć jak zraniony zwierz, miał już na czubku języka słowa, po których by ją krew zalała, ale postanowił przerwać ten pojedynek. Wszystko, co dziś powie, tylko go pogrąży.

Po dłuższej chwili Ewa postanowiła postawić kropkę nad i.

— Sama nie wiem, po co to wszystko robię, dlaczego was ratuję. Kombinuję jak koń pod górkę. Za nie swoje grzechy... Ale ostrzegam, jeśli nic z tej lekcji nie zrozumiesz, to po moim przyjeździe wymienię zamek w drzwiach.

Milczał. Odbijał się w lustrze jak kupka gruzu. I Ewa właśnie uświadomiła sobie, że nie wiedzieć dlaczego, ona tę kupkę gruzu kocha. Z niewytłumaczalnych powodów. Może czuje się po prostu za nią odpowiedzialna albo dlatego, że niczego na świecie poza tą kupką gruzu nie ma.

— Chodź do kuchni, trzeba zrobić jakąś kolację.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?