Trufle. Przypadki księdza Grosera

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Trufle
1

Po dwóch tygodniach „pracy zharmonizowanej z refleksją" Groser miał na swoim koncie drobne zwycięstwa. Kiedy malował płot, który wcześniej musiał oczyścić papierem ściernym i szczotką drucianą, odczuwał autentyczną radość. Po nałożeniu farby na każdy szczebel patrzył na złocisty stok kukurydzy okolonej polem lawendy i zdawało mu się, że nie maluje płotu, lecz impresjonistyczny obraz. Przez cały czas dotrzymywała mu towarzystwa olbrzymia osa. Przechodzący ojciec Dominik — zawsze wydawało mu się, że patrzy niechętnie na jego obecność w klasztorze — powiedział:

— Nie rób gwałtownych ruchów, bądź spokojny, ona nie zrobi ci krzywdy. — I rzeczywiście, rada poskutkowała.

Wacław zapragnął wykonać kolejny krok i oddalić się na tydzień na pustelnię.

— No cóż, normalnie bym odradził… w twojej sytuacji — uśmiechnął się Michał. — Ale skoro musisz przeżyć całe mnisze życie w dwa miesiące…

Wyruszył na drugi dzień po jutrzni. Wziął z sobą Biblię, zeszyt, długopis, ołówek i — na wszelki wypadek — paczkę sucharów.

— Pamiętaj, jakby coś nie tak… wracaj. Źródełko masz na szczęście sprawdzone… — Była to aluzja do wczorajszej rozmowy na temat Mertona, który obok swej pustelni odkopał stare skażone źródełko i po pewnym czasie wylądował w szpitalu. Tam poznał pielęgniarkę, dla której stracił głowę, a o mało co habit zakonny.

Wszedł do środka. Trzy nagie drewniane ściany w znacznej części przeżarte przez robaki. Stolik, taboret. Prycza z siennikiem i dwa koce. Czwarta ściana wymurowana z kamienia. Przy niej piecyk i parę kawałków drewna, gazety. Uklęknął przy stoliku, nad którym wisiał drewniany krzyż z pasyjką. Pan Jezus nie miał rąk.

— Boże, spraw, abym zbliżył się do Ciebie…

Przeczytał ostatni zapisek w zeszycie z wczorajszego wykładu Reguły św. Benedykta: „Przyjacielu, po coś przyszedł".

Zapisał datę. 28 września 2002 roku.

Sięgnął po Pismo.

Wrogowie moi liczniejsi są od włosów mej głowy. Nienawidzą mnie bez powodu. Silni są moi wrogowie, Nieprzyjaciele zakłamani; Czyż mam oddać to, czego nie porwałem?

Boże, Ty znasz moją głupotę I występki moje nie są zakryte przed Tobą.

Cisza w leśnym domku mieszała się z szumem płynącego obok strumyka. Czytał na głos psalmy i powtarzał słowa, nad którymi nieraz przeskakiwał w czasie brewiarza jak koń nad przesz kodą.

„Panie, ukaż mi moje występki i moją głupotę. Co jest moją głupotą? Przecież wszystko, co ostatnio zrobiłem, zrobiłem w zgodzie ze swym sumieniem. A jednak Ty znasz moje występki i moją głupotę. Zbaw więc mnie od głupoty, którą czynię w zgodzie z moim sumieniem.

Kiedy błądzę?

Boże, Boże…

Może po prostu mam pecha.

Powiedz mi: uciekłem czy zostałem wygnany? Stchórzyłem czy byłem pokorny?

A może podświadomie dążyłem, by się to wszystko rozpadło? Dusiłem się i pragnąłem wybuchu, który powybija zamknięte okna. Czy nie byłoby uczciwiej, gdybym w porę mówił to, co myślę? Zacząłem krzyczeć poniewczasie.

Może nie mam sił i tak wędruję, żeby spaść do przepaści, ale z cudzej winy?

Czuję się skrzywdzony. Tyle razy powtarzałem, że jestem śmieciem, ale gdy inni wzięli ten śmieć i wrzucili do kubła, szlocham, by mnie ktoś usłyszał. Jestem śmieciem, który udawał pokorę.

I najgorsze, Boże, sam nie wiem, czy nie pokochałem tego stanu. Czyż nie przestałem pisać, bo nie wiedziałem, jak zwrócić uwagę na swoją ranę?

Panie, pozwól mi nazwać… dlaczego się tak…? Jaki prawdziwy ból chcę ukryć?

Magda…"

Ogarnęła go żałość. Twarz Magdy w czasie ostatniego spotkania. I on wypluwający słowa jak kawałki plastiku. Magda wciskała się jak woda w dziury tonącej łodzi. Zamykał oczy, ale dziewczyna nie znikała.

„Może powinienem uczciwie powiedzieć: jest mi ciężko, ciężko wytrwać w wierności, w której sens czasem wątpię. A ja wciąż niezłomny. Albo niezłomnie gram rolę niezłomnego.

Może mozolę się jak wtedy, gdy znosiłem te kamienie z pola tylko po to, by się okazało, że równie dobrze mogłem gonić muchy po łące. Michał powiedział: Nic się nie stało. Jak to nic się nie stało? Kawałek mojego życia zmarnowany… Jestem pęknięty jak ten kamień… Tylko moja rana nie jest taka…"

Zabrakło mu słów. Bał się wypowiedzieć cokolwiek… Wo lał nie kończyć.

„Czasem czuję się jak duże dziecko. Trwonię czas, a prawdziwe życie przechodzi obok. Znoszę kamienie z cudzego pola. A obok trwa uczta, ludzie się kochają i cierpią, i wołają o pomoc.

Uciekam, jadę tysiące kilometrów i znoszę kamienie na polu lawendy. I ani nie wdycham zapachu, ani nie noszę kamieni. Oganiam się od muszek. Nie jestem ani tu, ani tam. A kto żywi wątpliwości, jest ponoć jak fala morska, wzbudzona wiatrem i miotana to tu, to tam. Zostawiłem parafian, zostawiłem matkę, zostawiłem tych, którzy być może mnie potrzebują, i znoszę cudze kamienie.

Panie, zbaw mnie od udawania, daj mi życie prawdziwe.

Daj mi robić to, czego naprawdę ten świat potrzebuje. Nie chcę usuwać się ze świata, obżerać się duchowo, i zbawiać jedynie swoją duszę. Chcę iść w samo jego centrum i stamtąd wołać do Ciebie".

2

Trzeciego dnia, gdy wyszedł przed domek i patrzył przed siebie między drzewa, dopiero po jakimś czasie zorientował się, że przed nim tańczy para wróbli. Co chwila leciały do strumienia i po krótkiej kąpieli znów wracały. Poczuł przypływ smutku. Uzmysłowił sobie, że widzi cuda, które go wcale nie cieszą. Posiedział jakieś pół godziny i wrócił do pustelni. Wziął ze stolika brewiarz. Nie potrafił go nawet otworzyć. Nagle uniósł go do góry i z całej siły trzasnął nim w blat. „Dość, dość tego mielenia nie moich słów. Tych wszystkich rydwanów, królestw, topieli i strzał". Wzrok padł na leżącą przy piecyku stertę gazet. Podszedł i zaczął w niej przewracać jak biedak w kuble na śmieci. Wyławiał z nich kolorowe szpalty…

Nazajutrz zamierzał wrócić do opactwa i powiedzieć Michałowi, że wyjeżdża. W pewnej chwili pomyślał jednak, że stan apatii, w którym się znalazł, jest spowodowany głodem, którego już nawet nie czuje, ale który zżera go od środka. Sięgnął po suchary. Zjadł wszystkie w ciągu paru minut. Po godzinie był jeszcze bardziej głodny i załamany. Nie miał już ani sucharów, ani celu. Do tej pory zmaganie z głodem dawało mu odrobinę satysfakcji. Przerwał post po czterech dniach. Nie był w stanie naśladować nie tylko świętych, ale nawet przeciętnych amatorów postu.

Rzucił się na łóżko i modlił się o sen…

Obudził się w nocy i wyszedł na dwór. Dotarł do niego jakby gwizd fletu na nucie „fa", służącej do melorecytacji brewiarza. Podniósł wzrok. Miał wrażenie, że jeszcze nie widział tak rozgwieżdżonego nieba. Ogarnęło go poczucie, że albo ono runie na niego, albo on uleci. Chwycił gałązkę sosny i spojrzał poprzez nią w granatowo-srebrną przestrzeń. I nagle spokój.

„Pamiętasz, mamo, jak kupiłem lunetę na targu i patrzyłem na Gwiazdę Polarną? Podobno stamtąd spływają Boże decyzje. Uśmiechnęłaś się i powiedziałaś mi: »I po co ci znać los, po co ci wdzierać się już dziś do nieba przez ciasny świecący otwór, skoro nie jesteśmy wcale inni niż wszyscy inni?«.

Mamo, czy ja jestem taki sam jak wszyscy inni? Każdy cierpi i każdy kocha, ale każdy inaczej. A może nie…"

Nie wiedział, która była godzina. Nie wziął ze sobą zegarka, celowo. Chciał żyć poza czasem. Mogła dochodzić pierwsza w nocy. Słyszał nawoływania nocnych ptaków.

Siedział pod nagim kasztanem. Pod nogami miał dywan z zeschłych, poskręcanych, trędowatych liści. Obok niego była Magdalena. Patrzyła w gwiazdy. Rozgarnął liście i podniósł leżący obok kijek. Zaczął żłobić w piasku litery. Potem chciał zasłonić napis liśćmi, ale każda próba kończyła się fiaskiem, bo wiatr wszystko rozwiewał. W pewnej chwili dziewczyna dostrzegła napis: ADIEU. Z jej oczu popłynęły łzy. „To nie tak" — zaczął kręcić głową, ale ona coraz bardziej płakała. „To znaczy zupełnie coś innego" — przekonywał, tłumaczył. Nie wierzyła w żadne jego słowo. Przytulił ją jak małe dziecko. „Nie płacz". Powoli jej ciało przestało drżeć. Czuł, jak oddycha. „Boże, jestem spokojny i szczęśliwy". Głaskał dziewczynę po szyi i nagle wyczuł maleńkiego guza. Odgarnął włosy. Ciemnobrązowe znamię. „Powinnaś iść z tym do lekarza, coś z tym trzeba zrobić…" „To nic, to czasem się pojawia, gdy niebo jest tak gwiaździste". „Tak czy owak nie lekceważ tego". „Przytul mnie jeszcze". Objął ją z całej siły. „Pokaż, jak mocno mnie kochasz". Dziecięce dowody miłości. Kochający ojciec. I nagle czuje przez koszulę pulsujące gorące ciało. To nie dziecko… Zastrzyk w kręgosłup. Próbuje wyplątać się z sieci. „Nie, nie, jestem za ciebie odpowiedzialny…!" — krzyczy. Dziewczyna kiwa głową. „Czego się boisz? Nikt o tym się nigdy nie dowie". „To nie ty…" Uświadamia sobie, że teraz trzyma w objęciach Gośkę, koleżankę z liceum, siedzą w przedziale pociągu z Przemyśla, ale są sami. Za oknami jest piasek pustyni. Piasek płonie, a oni wjeżdżają w ogień. Z płomieni wyrastają zielone gałęzie. Drzewa. Pada deszcz. Ulewa. Mokre płomienie. Czy to możliwe? Próbuje wstać i pociągnąć za hamulec. Jej ręce oplatają go w pasie i ściągają na dół. Siada z powrotem. Pociąg pędzi coraz szybciej. Przenikają przez pnie sosen, dębów. Gośka chwyta jego rękę i wiedzie ją w dół. Odgarnia ściółkę, wbija palce w wilgotną ziemię. Jeszcze parę centymetrów. I czuje. Jest! Całe jego ciało ogarnia smak. Boże! Co za aromat! Śmieje się. Nigdy nie przypuszczał, że smak można odbierać całym ciałem. Że sam zapach jest smakiem. Dlatego tak ludzie tego szukają…? Chce krzyczeć z radości, ale wtedy dopadają go dwa psy i wyszarpują mu z rąk trufla. Ktoś bije go kijem po twarzy. „To rozkosz nie dla nas! — słyszy znajome głosy. — Za kilo trufli możemy żyć pół roku. Nie bądź dzieckiem, ty świnio! Oddawaj!" Wyje i płacze. Kuli się. Psie łby nagle przeobrażają się w twarze opata i Michała. Michał wyciąga język i mruga porozumiewawczo w kierunku opata. Il est lunatique!

 

Obudził się rozdygotany. „Gdzie ja jestem?" Przez okienko pustelni wpadało światło księżyca.

Boże! Boże! Chcę dalej śnić…

Poczuł się obrabowany.

Gośka. Tak bardzo chciałby być teraz przy niej, choć nigdy o niej do tej pory nie myślał. Przed oczyma zaczęły przesuwać się różne dziewczyny. Wioletta, Ewa… Nie, Gośka, ona jedna go pożądała. Zapragnął jej pożądania. Miał wrażenie, że usycha, że zaraz się rozpadnie. „Byłem głupi!" Sekunda po sekundzie odtwarzał ten wieczór, kiedy wracając z gór, spotkał na dworcu Gośkę. Idą do jej domu. Świece, wino z Izraela i Włoch. Zwabiła go, kusiła, błagała. Znalazł się na bezludnej wyspie z kobietą, która mogła dać mu wszelkie rozkosze. Uciekł. Dlaczego? Widzi jej nabrzmiałe piersi. Odpycha dotyk, którego tak pożąda. Czuje do siebie wstręt i żal, i chciałby… Chciałby cofnąć czas. Wszystko naprawi, będzie odwzajemniał pieszczotą każdy jej uśmiech…

Zaraz rozsadzi mu serce. Chwyta się za głowę. Tętnica na lewej skroni wije się i pulsuje jak żmija połykająca żabę.

Wyszedł, wybiegł z domku. Wpadł w kipiel głosów i dźwięków. Usłyszał płacz dziecka albo marcowe miauczenie kota. Ale to nie były koty. Głos dochodził z góry, z wysokich gałęzi. Z konarów przysłaniających gwiazdy. Płacz to mieszał się, to ustępował urywanym śmiechom, chichotom. Groser poczuł, jak coś ściska jego serce kleszczami, a potem drży całe jego ciało. Bezlitosne dźwięki. Sowa, która pohukiwała w czasie wieczornych rozmów z Michałem, była zwykłym żartownisiem w porównaniu z tym, co teraz na niego nacierało. Został wrzucony w upiorną nocną dyskotekę w murzyńskiej dzielnicy, nocny sabat czarownic. Płacz, flet, śmiech. Wszystko jakieś oddzielone od przyrody. Wyrafinowane, zimne, sztyletowate, bez związku z człowiekiem. Złe duchy, bezcielesne istoty szydzące z cielesnego świata.

Widnieje. Wskoczył w zimny strumień. Poślizgnął się. Upadł na kamień. Uderzył się znowu w to samo miejsce, co wtedy, gdy powalił go dzik. Smużka czerwieni wije się w wodzie. Pobiegł do domu zabandażować ranę. I zaraz wrócił. Nie może pozwolić, by zdławił go lęk. Chce zobaczyć świt.

Uklęknął przy obalonym pniu dębu. Oparł czoło o mech. Ukojenie.

Do jego uszu dotarło kwilenie jastrzębia. A potem coraz wyraźniejsza symfonia ptaków śpiewających na chwałę poranka. Przeleciał mu przez głowę jakiś obraz z widzianego w dzieciństwie westernu. Słychać w oddali głos trąbki. Okrążonym w forcie ostatnim niedobitkom przychodzi z odsieczą armia. Uśmiechnął się. Co tu robi John Wayne? „Boże, Boże, co się ze mną dzieje?!" Podniósł wzrok ku górze i zaczął wciągać głęboko powietrze przez nozdrza.

Boże, Boże otwórz me serce na działanie Twej łaski.

Wejrzyj z miłością na człowieka zbłąkanego w nocy zwątpienia.

Przywróć mu światło nadziei, niech drogę wiary odnajdzie.

Nakarm zgłodniałego nędzarza, daj zasmuconemu pociechę.

3

Po siedmiu dniach wrócił z pustelni. Spóźnił się na kompletę. Zdążył zobaczyć, jak bracia wchodzą na wieczorne modlitwy i zamykają za sobą drzwi. To zamknięcie odebrał symbolicznie. „Przynależysz gdzie indziej". Nie chciał robić zamieszania swoim dołączeniem, choć pewnie nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Znowu złapał się na rozmyślaniu, czy jest, czy nie jest zauważany. Od dalszych bezsensownych dywagacji uratowała go czapla. Sfrunęła nagle i stanęła jak pomnik. Zgarbiona, ale pierś wypięła do przodu, jakby jej mieli przypiąć niebawem order papieski. Rozejrzała się wokół dla potwierdzenia, że wszystko zgodnie z planem. Upewniwszy się, że jest sama, wzleciała nad położony w głębi ogrodu staw rybny. Po chwili uniosła się znad wody z połyskującą w dziobie zdobyczą. Groser uśmiechnął się. „Ta wie, gdzie raki zimują. Jedni się modlą, by jeść mogli drudzy".

Skierował się do refektarza.

4

Siedzieli w pracowni, choć rozsądek podpowiadał, aby już pójść spać, jeśli o świcie mają ich zbudzić dzwony. Michał na jutro miał wykleić pięć egzemplarzy bajki o nawróconym osiołku. Był autorem i „drukarnią" w jednej osobie. Spieszył się, pojutrze wyjeżdżał z opatem na beatyfikację współbrata. Przez dwa tygodnie nie będą mieli okazji pogadać. Wacław opowiadał mu bez „lakierowania" o swej duchowo-fizycznej próbie. O świtach i zmierzchach, jakich nigdy nie przeżył. O myszołowach i sowach. O tym, jak atakowały go demony, które nie miały w Polsce do niego dostępu. Zawsze wydawało mu się, że nie jest skoncentrowany na sobie, a tu zaczął odkrywać, że nawet pozornie najbardziej duchowe poczynania były przeniknięte próżnością. Opowiedział też sen z Magdaleną przemienioną w Gośkę.

— Najgorsze, że marzyłem nie we śnie, kiedy można wszystko zwalić na podświadomość, ale w pełnej świadomości. Te wyobrażenia wypełniają pustkę, którą stwarza cisza pustelni. Chciałem się od nich oderwać, skończyć z nimi i nie potrafiłem. Wracały. Modliłem się, a one przebijały się przez modlitwę. Byłem wygłupiony. W pewnym momencie nie wiesz, czy to pokusa czy twoje pragnienie. Zaczynasz podejrzewać, że rzeczywiście przespałbyś się z tą czy z tamtą, gdybyś tylko miał możliwość. Gdyby to były jeszcze piękne marzenia o miłości do kobiety. Ale nie mam się co oszukiwać. Te wyobrażenia były bardziej pornograficzne niż romantyczne. Straszliwe upokorzenie. Poczułem się zwykłą świnią, szmatą. Nigdy tak o tych kobietach nie myślałem, nigdy nie chciałbym w ten sposób ich traktować. Czułem do siebie obrzydzenie i jedyne, co chciałem, to uciekać z tej pieprzonej ciszy…

Spojrzał na Michała pochylonego nad kawałkiem kory. Zero reakcji. Urządzenie nagrywające, a nie słuchający kierownik duchowy.

— Nie wiem — ciągnął dalej Groser — czy człowiek nie powinien zachować minimum intymności nawet przed samym sobą i nie zapędzać się w rejony okryte mgłą… Po co włazić na bagna? Może nie należy wszystkiego poznawać… Po co bawić się z tym jądrem ciemności?

Oczy Michała były nakierowane na skalpel. Wyklejanie bajek wymagało szalonej precyzji. To jego zaabsorbowanie chroniło trochę jak kratki konfesjonału. Wacław był zadowolony, że Michał nie patrzy na niego. Czułby się skrępowany. Tym bardziej, że jak dostrzegł w lusterku po powrocie z pustelni, pękła mu żyłka w oku. Pewnie wtedy, gdy tak tętnica rozsadzała mu skroń. Matce często pękało naczyńko w oku z powodu nadciśnienia…

— O tym wszystkim, przynajmniej teoretycznie, wiedziałeś — przyjaciel odezwał się w końcu — ale musiałeś dotknąć. Pustynia to nie jest bezkres rozgrzanego piasku, ale hałdy popiołu i wszelkich niedopalonych śmieci, które z sobą przywozisz. Trudno się pogodzić, że to jest nasz dar, który mamy złożyć Bogu. Nasza ofiara całopalna. To może być upokarzające. Wiem. Jesteś tu już od paru tygodni, wystarczający czas dla nowicjusza, żeby się zniechęcić i zapragnąć ucieczki. Znalazłeś się w innym świecie. Chcesz się przekonać, że nadal żyjesz, czujesz. Nie masz odbicia z zewnątrz. W takich chwilach człowiek zaczyna reagować bardziej prymitywnie, myśli o jedzeniu i seksie. Świętego Antoniego też okrążały orszaki nierządnic. I nie tylko jego. Doznajesz niepowodzenia, ale to jest nieodzowny początek drogi kontemplacji. Musisz stworzyć w sobie pustkę, w którą wejdzie Bóg. Ale to się nie dzieje za pierwszym razem. Czasem to może nigdy nie nastąpić i w pustkę wejdą demony. Dlatego cię ostrzegałem… Możesz mi podać tamtą skórkę? — Michał po raz pierwszy spojrzał na Wacława. Jego twarz była w półcieniu, za to ręce, w których trzymał skalpel i materiały, były oświetlone jak na stole operacyjnym.

— Nam, mnichom, w pewnym sensie jest łatwiej — zatopił ponownie wzrok w skalpelu — ponieważ dla nas pobyt tutaj to nie są wakacje, ale wybór na całe życie. Cokolwiek by mnie spotkało, to moją jedyną reakcją może być „tak". Wiem, że nie mam innej możliwości. W tobie budzi się natychmiast pragnienie zmiany i bunt.

Kiedy już nikt nie pisze, kiedy już nawet nie myśli o tobie ani nie zastanawia się, jak sobie radzisz; kiedy jesteś po prostu jednym z braci robiących to samo, ani lepiej, ani gorzej, kiedy zostałeś zapomniany przez ludzi, wtedy twoje serce i umysł są być może oczyszczone na tyle, że stwarzasz Bogu szansę, by dał ci znać o swej obecności.

Groser słuchał przyjaciela, ale chyba bardziej walczył ze swoimi myślami.

— Nie wiem, Michał, na ile takie oglądanie się w duchowym lusterku nie jest próżnością. Czasem wydaje mi się, że to zwykłe obżarstwo. Można tak samo się obeżreć duchowo, jak fizycznie. Czy nie lepiej patrzeć na twarz Boga w drugim człowieku, niż bezustannie spoglądać, czy jakiś pryszcz mi na nosie nie wyszedł i biegać do kosmetyczki? Całkiem możliwe, że to wszystko we mnie siedzi, ale normalnie człowiek nie idzie do lekarza, by dowiedzieć się na wszelki wypadek, czy nie jest chory. Przyjdzie kryska na Matyska, to przyjdzie. Jak czerniak ma się uaktywnić, to trudno, ale nie należy go rozdrapywać.

— Nigdy nie odpowiesz sobie wstecz, czy twoje wybory były dobre, one były jedyne z możliwych, one były twoim życiem. Jedyna recepta dla każdego, kimkolwiek jest — to aby z ust jego nie schodziło dziękczynienie.

Aha, jutro będziesz miał okazję zobaczyć, jak wygląda u nas pogrzeb. Odszedł do Pana ojciec Pierre. Ma numer 618. Liczymy zgony mnichów od czasu naszej refundacji w 1815 roku. Chowamy braci bezpośrednio w ziemię, nie ma trumny, nie ma całunu. — Michał uścisnął Wacława. — Trzeba iść spać. Zajdź jutro do Jean-François. Żyłka ci pękła w oku…

5

Rano, gdy szedł na pole lawendy — tym razem miał już stuprocentową pewność, z którego ma zbierać kamienie, gdyż ekonom wskazał mu je palcem — minęła go mała wielofunkcyjna kopareczka zakupiona w zeszłym tygodniu przez opactwo.

— Co za cacko! — chrypiącym głosem krzyknął do niego z daleka brat Klemens. Zbliżał się o lasce, ale trzymał ją chyba tylko dla fasonu. Jego łysa główka z małymi odstającymi uszami, wiecznie wyciągnięta przed siebie, przywodziła na myśl żółwia. Z kolei jego szybki chód kojarzył się z kaczką. Kaczka z laską. Miał bladą pergaminową skórę, lecz gdy uśmiechnął się, nabierała koloru, z powodu żółtej szczęki. Kiedyś, jeszcze na samym początku, zaczepił Wacława i opowiadał mu, jak to 13 grudnia 1981 roku, w dniu ogłoszenia w Polsce stanu wojennego oflagował całą furtę na biało-czerwono. Opatem wtedy był Jan Przyłuski. Często, gdy mijał Wacława, padało z jego ust to najbardziej chrześcijańskie powitanie: Brave Pologne! C’est un grand pays. Gardez-le! „Dzielna Polska! To wielki kraj. Strzeżcie go!". I Wacław miał w tych chwilach wrażenie, jakby stary brat Klemens był uosobieniem wolnego świata, a on młodym Wałęsą, który właśnie przeskoczył płot stoczni.

— W czasach mojej młodości traktor był dziesięć razy większy i o połowę mniej wydajny. Świat idzie do przodu!

Wacław uśmiechnął się potwierdzająco i pognał na swoje pole. Nie był pewien, czy brat Klemens wiedział, że to cacko jechało wykopać dół dla ojca Pierre’a, który tak lubił czytać „Famiglia Cristiana".