Trufle. Przypadki księdza GroseraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Śniło mu się, że płoną pola jęczmienia i nagle z nieba na linie zaczął się opuszczać gigantyczny dzwon. On biegnie ku płomieniom i widzi, jak młode warchlaki obejmuje ogień. Chwyta je, unosi z ognia, przytula i płacze. Zanosi je do chaty i od starej kobiety siedzącej w kuchni prosi oliwy i namaszcza poparzone świnki. Wtem ktoś łomocze do drzwi. Uzmysławia sobie, że to nie jest zwykły pożar, tylko wojna. Ogarnia go coraz większy strach. Widzi, że drzwi się otwierają. Szarpie się.

— O Boże! — krzyknął Michał. — A mówiłem, żebyś dał sobie dziś spokój. Ale uparłeś się, bym cię obudził. I tak dwie godziny pospałeś dłużej — usprawiedliwiał się. — Jest wpół do szóstej. Trzeba iść na śniadanie, a potem kapituła.

Zjadł pół bagietki z dżemem. Obawiał się, żeby nie wzięto go za obżartucha.

— Najedz się do syta, żeby ci sił nie zabrakło — szepnął Michał. — Uzgodniłem z ekonomem, że będziesz pracował na polu lawendowym. Trzeba wyzbierać kamienie. Ziemia co roku rodzi kamienie…

Na kapitule czuł się jak na próbie w teatrze. To nie było jego prawdziwe życie, przynajmniej w tej chwili. Przypatrywał się twarzom mnichów w czasie wykładu. Każdy zapadnięty w swoim świecie, w uszach jakby morskie muszle, szumiące swoje. Niewiele zrozumiał z nauki opata, ale esencja do niego dotarła. Pěre Louis mówił, jak to św. Benedykt w gościach, chorych, najmniejszych widział Chrystusa. Wacław uśmiechał się co chwila, sądząc, że słowa te były przygotowane jakby specjalnie dla niego.

O dziewiątej ruszył z koszykiem i grabiami, które mu wręczył ekonom, na pole. Między rzędami lawendy były pasy przeoranej ziemi, które należało wygrabiać z kamieni. Groser za bardzo nie rozumiał, czy kamienie przeszkadzają w wegetacji roślin, czy też są towarem wykorzystywanym do jakichś celów w opactwie. Nie pytał. Miał wygrabiać i wynosić na skraj. Po wygrabieniu kilku metrów jednej rajki dostrzegł poważną przeszkodę. Pszczoły. Przybywało ich z minuty na minutę. Nie wiedział, czy zbierać kamienie, czy opędzać się od pszczół, które traktowały go jak intruza. Do południa udało mu się oczyścić niecałą rajkę. Dotarł do celi, spocony, brudny i pokąsany przez jakieś nieznane mu muszki. Wszedł pod prysznic, otworzył kran, ale nie pociekła z niego ani kropla. Zaklął siarczyście. Teraz pokojarzył, że widział dziś jakieś wykopy. Pewnie coś grzebią z rurami. Wylał na ręcznik resztę wody mineralnej z butelki i poszedł na obiad. Michała nie było. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Poczuł się… nie najlepiej.

Ale na drugi dzień woda w kranie popłynęła. Był dumny, że wytrzymał niedogodności dnia pierwszego. Tuż po rozpoczęciu pracy jego grabie odwróciły przedziwny kamień. Płaski, w kształcie serca, z czerwono-złotą pręgą w środku. Krwista żyła mineralna, która w słońcu połyskiwała całą gamą barw, złotem i srebrem. Połączenie wapnia z dolomitem. Kamień sprawiał wrażenie obrobionego w warsztacie rzemieślnika. A właściwie nie wyglądał ani na dzieło rąk ludzkich, ani… Uśmiechnął się. „To niemożliwe, aby ziemia rodziła takie kamienie…" Zaniósł go do swej celi. Miał potem wyrzuty sumienia, że nie pokazał go mnichom, ale po pierwsze, się wstydził — pewnie to dla nich nic wielkiego — a po drugie, miał przeświadczenie, że ten kamień przynależy do niego.

Trzeciego dnia pojawił się Michał. Przeprosił za nieoczekiwany wyjazd. W ramach popołudniowej sjesty zaprowadził Wacława do pracowni, w której „pisał" bajki dla niewidomych.

— Tu masz wszystko, czego używam. To moja drukarnia.

Na stole kreślarskim zaopatrzonym w fachową lampę leżały ścinki różnych filców, skór, brokatu, piór, kamieni, papieru ściernego.

— Najpierw przygotowuję model, a potem według niego powielam te scenki, obrazki. Po kilkunastu egzemplarzach nieraz jestem już tak zmęczony, że krowie przyklejam ośle uszy, a koniowi rogi. Materiał szorstki oznacza dla dziecka niepokój, zło, czarny charakter; miękki jak aksamit — przyjaźń, miłość, bezpieczeństwo. Między elementami wyklejanej postaci trzeba zachować 3 milimetry odległości, żeby paluszek dziecka mógł je rozróżnić. Narzędzia to, jak widzisz, nożyczki, klej kazeinowy, skalpel.

Wacław pokiwał głową i zaczął wodzić wzrokiem po pracowni.

— Piękny — zwrócił nagle uwagę na krzyż-ikonę wiszący na ścianie. Chrystus zamiast ran miał gwiazdy.

— To krzyż z Thibirine, świadek porwania braci… Przywiozłem go tu, gdy nie powiodła się próba ponownego założenia wspólnoty w Algierze.

„Świadek". Chrystus, który patrzył, jak zabierają Jego uczniów, żeby poderżnąć im gardła. Pomyślał, czy Chrystus miał wówczas to samo spokojne spojrzenie, czy nie chciał oderwać rąk od krzyża i powstrzymać morderców.

— Bracia modlili się codziennie: „Uczyń nas bezbronnymi, uczyń ich bezbronnymi". Chodziło o terrorystów.

„Bracia" to znaczy także Michał. Teraz pod tym krzyżem wykleja bajki dla niewidomych. Lepiej być niewidomym, by nie zobaczyć tego, co tam się stało. „Za pomocą jakiej materii wykleiłbyś im baśń o pomordowaniu siedmiu braci?" Bał się nawet myśleć.

Wacław podszedł do ramki wiszącej z boku krzyża. „Testament ojca Christiana de Chergé".

Gdybym pewnego dnia — choćby i dziś — stał się ofiarą terroryzmu, który jak sądzę, jednakowo traktuje wszystkich żyjących w Algierii obcokrajowców, chciałbym, aby moja wspólnota, mój Kościół, moja rodzina, pamiętali, że moje życie było dane Bogu i temu krajowi. Chciałbym, aby zrozumieli, że jedyny władca wszelkiego życia miał udział w tym odejściu, nawet brutalnym. Niech modlą się za mnie.

— Michał… Masz gdzieś kopię tej modlitwy? — Chciał ją przeczytać w samotności.

Michał skinął głową.

6

Dochodziła jedenasta, co w Aiguebelle oznaczało środek nocy. Wacław klęczał przy biurku i czytał po raz nie wiadomo który testament ojca Christiana. Słowa, w których rozpoznawał Boga, i był przerażony. Słowa ojca Christiana, które Michał przetłumaczył na polski.

Niech umieją połączyć tę śmierć z tyloma innymi równie gwałtownymi, które dla wielu pozostają obojętne i anonimowe. Moje życie nie jest ani więcej, ani mniej warte niż jakiekolwiek inne... Żyłem wystarczająco długo, by dostrzec, że i ja współdziałałem ze złem, które wydaje się, że — niestety — w świecie zwycięża. Czuję się nawet wspólnikiem tego zła, które ślepo we mnie uderzy… Oczywiście po mojej śmierci zatriumfują ci, którzy mnie uważali za naiwnego idealistę. „Teraz niech powie, kto miał rację". Chcę im powiedzieć, że jeśli Bóg tak zechce — zdołam zaspokoić moją nieposkromioną ciekawość. Będę mógł zanurzyć moje spojrzenie w spojrzeniu Ojca i razem z Nim widzieć Jego dzieci wyznające islam, widzieć je takimi, jakimi On je widzi.

Dziękuję Bogu, że zechciał przeznaczyć całe moje życie… na tę właśnie radość… W tym „dziękuję" zamykam i ciebie także, przyjacielu z ostatniej minuty, który nie będziesz wiedział, co czynisz… dziękuję i do zobaczenia…

Wacław drżał. Wiedział, że dotyka w tej chwili rany świata, która ma na imię albo absurd, albo wieczność.

Modlić się, aby zobaczyć swego mordercę oczyma Boga. To jest albo jedyna recepta na zbawienie człowieka w tym rozpadającym się świecie, albo choroba, rozpacz ofiary, która próbuje uzasadnić swój ból.

Bo — niestety — wydaje się, że zło na tym świecie zwycięża.

Michał i Wacław, dwaj wygnańcy, uciekinierzy. A może Michał już przestał uciekać, jest cząstką pomordowanych braci. Może jego „tak" oznacza, że trzeba pozwolić się w sercu zamordować. Wszystkim terrorystom tego świata. I spojrzeć na nich oczami Boga. Dopiero wtedy człowiek przestaje być uciekinierem.

„Gdyby ojciec Christian nie zapisał swego testamentu… Pozostałby bezsens…" Na stole leżał dwustukartkowy zeszyt, który dał mu dziś Michał ze słowami: „Publikować nie musisz. Ale pisz…".

Wacław chwycił długopis.

„Gdyby ojciec Christian…"

7

Nie czuł się już intruzem w opactwie. Ciągle krążyły mu po głowie słowa opata o tym, kogo trapiści widzą w gościu. Delikatne uśmiechy mnichów mogły oznaczać, że widzą w nim swego prawdziwego współbrata. Wacławowi nawet błysnęła myśl, aby do nich dołączyć. Ale natychmiast ją zgasił. Wiedział, że te parę tygodni w Aiguebelle to tylko ścieżka prowadząca do jego drogi.

Wszedł do infirmerii na zmianę opatrunku. Kątem oka zobaczył leżącego w pokoju „Pinokia". W drugim kącie pokoju siedział na wózku staruszek, który darł na drobniutkie kawałeczki jakieś kolorowe czasopismo. Infirmarz jedynie uśmiechem i mrugnięciem oka skomentował tę scenę.

Wieczorem Groser podzielił się swoimi spostrzeżeniami z Michałem. Jeśli chodzi o „Pinokia" — o imieniu Daniel — to w zakonie ma opinię artysty i leniucha. Ma przechlapane, zwłaszcza u pracusiów. Bo są bracia pracusie i lenie, którzy poruszają się jak muchy w smole. Pracoholicy kręcą się w kółko, gdy jest jakieś święto, z utęsknieniem wyczekują komplety i jutrzni, żeby zacząć... działać. I jest trzecia grupa, tak zwanych pryncypialnych — godzina wybiła, niech się wali, niech się pali, oni biorą prysznic i idą medytować.

— Daniel uwielbia przede wszystkim rozmawiać z ludźmi i grać na gitarze. Skarży się od tygodnia na ból głowy, ale tabletki mu jakoś nie pomagają. Infirmarz mówi, że chłop symuluje, bo ma ochotę odpocząć i pobrzdękać. Twierdzi, że to musi być coś psychosomatycznego, coś z psychiką.

Staruszek, który darł gazetę, to Włoch imieniem Pierre. Ma 93 lata. Czyta namiętnie „Famiglia Cristiana", a potem ją drze na kawałki. Co ta czynność oznacza? Czy lektura bezbożna, czy traktuje ją jak tajny rozkaz, który po zapoznaniu się z nim należy zniszczyć? Nie wiadomo. Wiadomo, że zawsze to robi i zawsze zostawia nietknięte zdjęcie Jana Pawła.

 

Cudze pole
1

Dziesiątego dnia pobytu w Aiguebelle — Wacław znał dokładnie datę, ponieważ od kilku dni prowadził zwięzły dziennik swego pobytu u trapistów — dowiedział się, że przez tydzień zbierał kamienie nie z tego pola, z którego należało. Był wściekły, choć próbował to ukryć. Nie chciał być darmozjadem. Owszem, chciał wykonać pracę niewiele znaczącą, ale mającą choćby minimalny sens, którą zarobi na jedzenie. Zaparł się. Cały tydzień chodził jak w pijanym widzie. Wieczorami nie mógł zasnąć, z kolei rano był nieprzytomny. Jego zegar biologiczny był rozregulowany, a każdy dzień rozbity. Na modlitwach i komplecie głowa leciała mu na stół. Prawie nic nie rozumiał z tego, co mówiono. Nawet gdyby mówiono po polsku, niewiele by do niego dotarło. I na koniec dowiedział się, że tak naprawdę to jego zaparcie nie za bardzo było potrzebne. Dałby głowę, że ekonom, wskazując mu pole, powiedział à gauche — na lewo, a nie à droit. Zresztą sądził, że cała ziemia wokół opactwa jest trapistów. Dziwiło go, co prawda, że nikt się nie interesował jego pracą, ale przyjmował to z pokorą.

Pociechą tego dnia była wyprawa do pracowni. Po raz drugi.

— Oczywiście najpierw powstaje słowo. — Michał rozjaśnił wątpliwość Wacława, czy na podstawie samych ilustracji niewidomy może poznać fabułę. — Rzeczywiście piszę bajkę. A dzięki tym wyklejankom dzieci poznają smak słowa. Teraz piszę bajkę o Świętej Rodzinie, która ma osiołka. A mówiąc ściślej, o osiołku, który ma Świętą Rodzinę. Był to zwierz krnąbrny i uparty, spragniony wycieczek i towarzystwa innych osłów, lekkoduch i pyszałek, który za nic miał tych dwoje biedaków: Maryję i Józefa. Na małego Jezusa ani spojrzeć nie chciał, traktował Go jak krzyczący kłębek gałganków. Król Herod w tym czasie już obmyślał swoją zbrodnię. Oczywiście, że nagłą ucieczkę osła można było przewidzieć, znając jego charakter, ale Józef miał co innego na głowie niż studiowanie oślej psychiki. Może gdyby Anioł przyszedł nie tylko do Józefa we śnie, osioł porażony wizją zostałby tej nocy w zagrodzie. Święta Rodzina zbierała się pospiesznie do drogi, już miała wyruszyć i tu okazuje się, że po ośle pozostał tylko zerwany postronek. — Wacław patrzył na Michała, który mówił z taką ekscytacją, jakby czuł na sobie oddech siepaczy Heroda. — Na drodze ucieczki Świętej Rodziny pojawiają się raz po raz silne i rosłe zwierzęta, które za nic w świecie nie chcą użyczyć swojego grzbietu zmęczonej Maryi. No, oprócz ogromnego dobrotliwego żółwia i dziwnie usłużnego krokodyla wylegującego się nad rzeką…

Nagle otworzyły się drzwi pracowni i wszedł opat, pěre Louis. Szpakowata broda i szczecinka, ale tylko po bokach czaszki. Groser uśmiechnął się do niego. Opat odwzajemnił się miną przypominającą przekwitły słonecznik. Same pestki.

Był wyraźnie podenerwowany. Gdyby nie obecność Wacława, pewnie posypałyby się gromy. Michał zrobił minę oczekującego na zamówienie kelnera: S’il vous plaît, monsieur.

— Co ty robisz? — spytał opat.

Groser — choć pytanie nie do niego było skierowane — poczuł się jak mały kajtek złapany przez tatusia kolegi na paleniu papierosów. „To wszystko, od kiedy zadajesz się z tym łobuzem!". Przełknął ślinę.

— No wyklejam… — odrzekł zdziwiony Michał. — Opat mi dziś osobiście zezwolił.

— Tak, oczywiście, ale nie zakazałem ci jednocześnie używać rozumu. Czy ty nie widzisz, co się dzieje? Możemy zamknąć produkcję alexionu i iść na żebry. Albo liczyć na to, że nasze pieski zbiorą nagle pół tony trufli. Nie widziałeś, że brakuje ludzi przy taśmie? Jednego głowa boli, drugiemu wysiadł kręgosłup… Nie mam nic przeciw twojemu hobby, ale z tego chleba nie będzie. — Ciśnienie zeszło. Pěre Louis uśmiechnął się w kierunku Wacława. — Przepraszam. — I rzekł, spojrzawszy na krzyż z Thibirine: — Troszkę zrozumienia i odpowiedzialności…

Jeszcze się nie zamknęły drzwi za opatem, a Michał już wybuchnął serią min wyrażających skruchę i boleść à la Louis de Funes.

— Jasny gwint! Czy go porąbało? — Groser dał głęboki i pełen najwyższego zdziwienia komentarz do zajścia.

— No cóż, każdy ma swoją pojemność. Wymienimy zatem przepalony bezpiecznik u kochanego Louisa i wszystko będzie w porządku.

Wacław patrzył na Michała w milczeniu. „Widocznie nie pierwszy raz ci tak w dupę dali, że się nie rozłożyłeś. Może ździebko udajesz, że cię to nie boli, ale nawet jeśli, to wytrzymałość na cios masz niezłą".

— To co, pójdziesz ze mną podgonić plan pięcioletni?

Avec plaisir — odparł Wacław, próbując odnaleźć się w konwencji.

Michał ze spokojem dokleił uszy osłu i rzekł:

On y va. Idziemy.

2

W piwnicy z romańskimi łukami stało dwanaście zbiorników z uwarzonym napitkiem. Pięćdziesiąt dwa zioła w płynie, bez alkoholu. Tajemniczy zestaw, który dawał człowiekowi ukojenie, zdrowie, poczucie błogości, a trapistom podstawę utrzymania.

Z każdego zbiornika niczym z wymiona krowy żywicielki odchodził wąż, w którym pod ciśnieniem napój przetaczany był do maszyny butelkującej.

W pomieszczeniu pracowało sześciu trapistów. Każdą maszynę obsługiwało dwóch, jeden zajmował się „guziczkami i dźwigniami", jak to fachowo mógł nazwać Wacław, a drugi dostawiał i odstawiał skrzynki z butelkami. Panował monotonny hałas. Michał, chcąc wynagrodzić Wacławowi zajście z pracowni i dać do zrozumienia, że naprawdę nic się nie stało, zagadywał go ponad miarę. A przy braku wprawy Wacława było się co uwijać.

— No i w końcu nie powiedziałeś mi, jak się skończyła bajka — zdołał sformułować pytanie, by dowieść, że kontaktuje.

— Ano oczywiście osioł się nawróci…

Nie potrafi odtworzyć, jak to się stało. Nagle usłyszał huk i zobaczył, jak oszalały wąż rozbryzguje wokół brunatną ciecz. Ściekała ze ścian, z maszyn. I mnisich habitów. Pomieszczenie wypełniły akty strzeliste nie wypowiadane bynajmniej w łacinie liturgicznej. Trwało to może kilkanaście sekund, nim ktoś przytomny zamknął zbiornik i unieruchomił maszynę. Ile wyciekło? Na pewno kilkanaście litrów. Ale najgorszy był przestój. Uruchomienie linii z pewnością potrwa. Klasyczny sabotaż. Ulubiony temat socrealistycznych opowiadań.

Michał dyskretnie wyprowadził Wacława z piwnicy i polecił, aby poszedł do swej celi. Wiadomo, że zaraz zbiegnie się „naczelna komisja" i zacznie badać przyczyny awarii. Tryb, w jakim został usunięty z miejsca zdarzenia, nie pozostawiał złudzeń, kto z definicji będzie kozłem ofiarnym.

3

Nie poszedł ani na nieszpory, ani na kolację. Modlił się w celi. Modlił i zadręczał. Wyobrażał sobie, ile Michał musi zbierać teraz „za kolesia z Polski". „Robota stoi, straty, a tu jedno wielkie gadanie".

O dwudziestej do celi zapukał Michał.

— Chodźmy do pustelni.

Wacław bez słowa podreptał za przyjacielem. Siedli przy stole. Michał wyciągnął z torby pół bochenka chleba, ser i wino.

— Nie byłeś na kolacji.

— Nagle opuścił mnie apetyt.

— Jedz. Napalę.

Wacław zauważył, jak na czubku sosny oddalonej o trzydzieści metrów zasiadła sowa. „Pewnie zaufana opata".

— I co, dostałeś wycisk?

— Za co?

— Za Polaczka.

— Ale daj spokój, tu nikt tak nie patrzy. Mamy tu wysokie noty. Poprzednio wielkimi opatami byli tu Jan Tyszkiewicz i Jan Przyłuski. A ta cała awaria to bzdura. Nie pierwszy raz to się stało. Mamy poważniejsze zmartwienia. Wzięli Daniela na badania. Zrobili mu tomografię. Nie wygląda to wesoło.

Wacław pokiwał głową. Zauważył między liśćmi jaszczurkę, która co kawałek na przemian zatrzymywała się i startowała z szybkością pocisku.

— Michał, pewnie niedługo polecę…

— Znudziło ci się życie kontemplacyjne?

Zaprzeczył gwałtownie.

— Nie chcę być ciężarem. Mam wrażenie, że przynoszę ci pecha.

— Czyś ty zwariował?! Sądzisz, że swoim najazdem zmieniłeś życie tego opactwa?

Michał pociągnął nosem.

— Zimno się robi. A co prawda, to prawda. Coś się zmieniło… takich trunków przed twoim przyjazdem nie piłem. — Zaczął odkorkowywać butelkę. Côteaux du Tricastin.

Groser dopiero teraz zobaczył etykietę na butelce. Gwizdnął.

— No widzisz, opat zauważył twoją nieobecność na kolacji i poczuł się winny. To bardzo wrażliwy człowiek. Z tej wrażliwości raz człowieka wyzwie, raz wycałuje. Pulsujące serce. Il est lunatique. Szalony, ale kochany.

Co za dzień. Aiguebelle nie było dziś bezchmurnym niebem.

Na koniec Groser dowiedział się, że od jutra ma poważną robotę. Budowa toalet. W niedzielę, gdy jest najazd pielgrzymów, robią się korki. Szalety mają być oczywiście wybudowane zgodnie z prawidłami architektury romańskiej.

4

I tak oto następnego dnia po dokonaniu sabotażu przy produkcji alexionu i bezmyślnym oczyszczeniu z kamieni pola sąsiada został pomocnikiem brata Erica, który całe lata coś w Aiguebelle muruje, dobudowuje, przerabia. Kiedyś Wacław usłyszał o jakimś mistrzu zen, że był prawdziwym mnichem, bo jego duchowość wyrażała się nawet poprzez sposób, w jaki otwierał drzwi i wchodził do pokoju. Dokładnie to samo mógł teraz on powiedzieć o trzymającym kielnię bracie Ericu. Kiedy Groser podawał mu kamień do wmurowania, przyjmował go jak matka, której podają dziecko tuż po urodzeniu. Wszystko, co chwytał, stawało się przedłużeniem jego osoby. Pełnej spokoju i miłości. W każdej chwili był całkowicie w czynności, którą wykonywał. Groser natomiast z pewnością nie mógł o sobie powiedzieć, że jego praca była modlitwą. Próbował, starał się, ale daleko mu było do mistrza. Kiedy pierwszego dnia zapatrzył się zafascynowany na ruchy brata Erica, przez nieuwagę spowodował, że cała zawartość betoniarki znalazła się na jego nogach. Po tygodniu pracy był pokaleczony, wykończony, zniechęcony, choć nadal pod urokiem brata Erica.

Wyznał Michałowi, że ma poczucie cofania się. Pod pewnymi względami jest gorzej niż przed przyjazdem. Zbyt długo myśli o spaniu i o tym, że marnotrawi czas. Podejrzewa nieraz, że otrzymuje pracę na siłę albo z litości, że każdy inny wykonałby ją lepiej i szybciej. Zataił albo oszczędził przyjacielowi swego wrażenia, że przez niektórych ojców jest traktowany jak zawalidroga, czuje ich niechętny stosunek, na czytaniach zaś i modlitwach, nawet gdy czytane są hymny wielbiące, on rozmyśla o swoim odrzuceniu.

Michał zamyślił się na chwilę.

— Wacku, po pierwsze, nie obwiniaj się, nie martw się i rób tyle, na ile cię stać. Brak snu i dieta bezmięsna na początku wykańczają prawie wszystkich. Po drugie, gdybyś zamierzał z nami zostać dłużej, próbowałbym cię przekonać, że życie ascetyczne bez głębszej refleksji ma sens. Po pewnym czasie sam byś zauważył, że kontemplacja nie polega na wielkich ideach, lecz na małych codziennych doświadczeniach. Ale ty przyjechałeś tu na krótko i ważne, żebyś mógł łączyć doświadczenie z myśleniem. Musisz zaznać przedsmaku harmonii pracy i refleksji, której normalnie mnisi zwykle doznają po kilku latach.

Wacek, poznałeś swoje słabe strony i to jest dobre. A teraz wprowadzimy płodozmian. Pogadam z ekonomem. Jeden dzień pracy, jeden dzień refleksji.