Trufle. Przypadki księdza GroseraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Trapista
1

Pomachał w kierunku odjeżdżającej furgonetki. Wysiadł w Nyons celowo, aby przez wspaniały średniowieczny most przejechać już na rowerze. Był 25 sierpnia 2002 roku. Do Aiguebelle pozostało mu niecałe pięćdziesiąt kilometrów. Jego wyprawa do Francji trwała już dziesięć dni. Miał w nogach 1237 kilometrów. Licznik wyzerował, wyruszając ze Szklarskiej Poręby. Obrał drogę przez Pilzno, Monachium i Jezioro Bodeńskie. Kilka dni jechał u podnóża zachodnich Alp. To była ósma wyprawa rowerem do Europy. Uwielbiał ten środek lokomocji. Samochodu nigdy nie prowadził, nie miał nawet prawa jazdy. Zawsze głosił, że rowerem można dotrzeć najdalej i przy zachowaniu wolności. Na najtrudniejszych albo nieciekawych odcinkach łapał okazję i wsiadał do tira albo furgonetki, których bez liku jeździło po alpejskich wiejskich drogach. Spał, gdzie popadło. Rozbijał swój mininamiocik na polach, na skraju lasów. Nie bał się zwierząt, słyszał ich nocne odgłosy, ale wiedział, że one nie interesują się śpiącym człowiekiem. Jedynie szyję i twarz smarował środkiem przeciw insektom. Każdego dnia odprawiał mszę w innej katedrze… Raz nawet w obrządku trydenckim. Zafascynowany masywem skalnym w niemieckich Alpach, niedaleko Pfronten, ustawił ołtarz w jego kierunku. W pewnej chwili usłyszał dzwonek. Odwróciwszy się, zobaczył leżącą na łące, w odległości ośmiu metrów, dorodną bawarską krowę. Zmienił więc w trakcie mszy ryt na posoborowy i kontynuował celebrację twarzą do wiernych. Tak był uniesiony tym Franciszkowym nastrojem, że zaczął nawet kazanie do krasuli, ale po jego pierwszych słowach wstała demonstracyjnie i wyszła z kościoła.

Wyjeżdżając z Grignan, minął budynki straży pożarnej i żandarmerii. Tablica informowała, że do Aiguebelle jeszcze 11 kilometrów. Ujechał paręset metrów, a potem zsiadł z roweru. Nie wiedział, co czeka go po przekroczeniu murów opactwa. Czy odseparowanie od świata będzie oznaczało dla niego koniec niepowtarzalnych widoków Prowansji? Szedł więc już, a nie jechał, koło pola słoneczników z opuszczonymi czarno-brązowymi łebkami. Między tymi mumiami stały malutkie żółciutkie słoneczniki, pozostawione chyba na bukiety. Krzaczki lawendy ostrzyżone były na półokrągło. Półmetrowe pasy rozdzielające fioletowo-zielone rzędy sprawiały wrażenie pokrytych śniegiem. To wapień odbijał się w mocnym słońcu.

Pogładził się po dwutygodniowej brodzie. Włosy obcięte niedawno na zapałkę, kiedy szedł na ostatnią rozmowę z biskupem Zdzisławem, osiągnęły klasyczną długość. Wacław w ostatniej chwili zmienił swe zamiary i zamiast po wypędzeniu z Polski udać się do Arki w Trosly, skręcił na południe Francji, by pierwszy miesiąc bądź dwa spędzić u swego przyjaciela trapisty, ojca Michała. Poznał go przed dwudziestu laty, kiedy ten był jeszcze dominikaninem. Spotkali się na zjeździe piszących kapłanów. Michał dopiero zaczynał publikować, Groser miał za sobą dwie książki i — skromne, bo skromne, ale już jakieś — znaczenie wśród braci-literatów. Zaczęli do siebie intensywnie pisać. Była to głównie przyjaźń epistolograficzna. Przez pierwsze lata krążyły jeszcze między nimi tradycyjne listy wysyłane w kopercie, a potem przeszli na pocztę elektroniczną. Żywszą, szarpaną, nieraz krótką jak oddech, ale prawdziwą. W 1995 roku po podjęciu ostatecznej decyzji o wstąpieniu do trapistów Michał wyjechał z Polski, najpierw do Francji, a potem do Afryki. Wacław podziwiał jego decyzję powtórnych narodzin i zamknięcia furtek do dawnego życia. Wybrał drogę większej „nieużyteczności". W pewnym momencie zdało mu się, że dominikanie kładą zbyt duży akcent na sprawność i efektywność działań. A on chciał być sługą nieużytecznym i głównie chwalić Stwórcę. Groser pamiętał jeden z pierwszych listów Michała, gdy już było pewne, że wyjedzie z kraju:

Zapewne w pięknej ojczyźnie byłbym bezpieczny, ale czy wolny? Czyż nie mówiliby: „za kogo on się ma, czyż nie znamy jego rodziców", „to, co czyni, jest ze wszech miar śmieszne"? Zapewne nie byłoby tak tragicznie, miałbym wszystko, czego dusza zapragnie. A nawet coś więcej: tak zwane środowisko, swoich uczniów i zwolenników, a także swoich oswojonych i przewidywalnych nieprzyjaciół. Mógłbym objadać domy wdów, słuchać ciepłych połajanek.

Wacław przypominał sobie te słowa i szykował się do debaty z Michałem. Ojczyzna nie była tak słodka…

Ostatni raz spotkał się z przyjacielem w 1996 roku, kiedy ten przyleciał do Polski z Afryki po wizę algierską. Miał osiąść na stałe w Thibirine pod Medeą. Właśnie wtedy terroryści porwali jego siedmiu współbraci. Po paru tygodniach w Polsce doszła do niego wiadomość, że w worku zawieszonym na drzewie znaleziono siedem odciętych głów trapistów.

Była potem jeszcze próba powrotu trapistów do Algierii, ale się nie powiodła i od 1998 roku Michał przebywał w dwunastowiecznym, romańskim opactwie w Aiguebelle.

Wacław wsiadł ponownie na rower. Dochodziło południe. Żar lał się z nieba. Mijał właśnie dębowy las, gdy nagle ujrzał unoszący się w dali gęsty obłok dymu. Po chwili przejechały obok wyjące wozy strażackie. Ujechał jeszcze kilkaset metrów i zobaczył scenę jak z apokalipsy. Ściana ognia. Przeszły go ciarki. Stał jak osłupiały, jakby zaraz miał usłyszeć trąby na koniec świata. Nagle z kawałka jeszcze zielonej ściany lasu wypadło ogromne stado dzików, liczące może z trzydzieści sztuk. Duże i małe. Pędziły wprost na niego. Stracił głowę. Najpierw chciał uciekać, zasłonił się jednak rowerem. Myśl była dobra, ale jedna z ostatnich świń zahaczyła o niego i poleciał na leżący obok głaz. Poczuł obezwładniający ból w piszczeli. Stado tymczasem znikło w lesie po drugiej stronie drogi. Spojrzał na swoją nogę, solidnie krwawiła. W pierwszej chwili przeraził się, że jest złamana i do Aiguebelle nie dotrze na rowerze, ale w gipsie. „Kaleka, na pewno się ucieszą". Wyciągnął z torby nóż i podkoszulek, który pociął na pasy. Zabandażował kończynę i krzywiąc z bólu twarz, patrzył na pożar, z którym walczyła straż. Po jakimś czasie ból zaczął powoli odpływać.


Wsiadł na rower i ruszył. Nic tu nie pomoże, a jeszcze ktoś zacznie się zastanawiać, czy jego obecność w pobliżu lasu nie była przypadkowa.

2

O godzinie pierwszej stanął przy furcie klasztornej.

— Jestem umówiony z pěre Michel — zwrócił się do furtiana. Ten sięgnął bez słowa po słuchawkę, dając gościowi znać, żeby poczekał. Trafił do zakonu kontemplacyjnego, w którym jak wiedział, słów używa się w ostateczności. Oparł rower o kamienny murek i przysiadł na ławce.

Nagle usłyszał nad sobą jakiś bulgot. Przed nim stał staruszek o lasce, przygarbiony i najwyraźniej po wylewie. Słowa wychodziły z jego sparaliżowanej twarzy i ust tak zniekształcone, że Groser nic nie mógł zrozumieć.

— Ja chcę z pěre Michel.

C’est moi…! — staruszek z ekspresją pokazywał ręką na siebie.

Cholera! Groser był bezsilny. Nawet po najcięższych przejściach w legii cudzoziemskiej nie można się postarzeć o pięćdziesiąt lat. To niemożliwe. Michał miał bardzo charakterystyczną urodę. Prawdopodobnie płynęła w nim domieszka krwi tatarskiej, w wyniku czego brano go zwykle za Araba, Cygana albo pozdrawiano: szalom. To nie on. Staruszek jeszcze chwilę poutyskiwał i w końcu podnosząc jedną rękę do góry, podreptał w kierunku furty. Początek wypadł głupio. Zobaczył, jak furtian daje mu znaki.

— Może chodzi panu o pěre Mikael? — spytał.

Groser pokiwał głową, bo nie miał innego wyjścia. Obawiał się jednak, czy za chwilę nie przyleci jakaś babcia na miotle.

Po dziesięciu minutach zjawił się Michał. Żyje, świetnie wygląda w biało-czarnym habicie. Śmiech i przeprosiny. Tłumaczy, że to już tradycja. Pěre Michel to przykład mnicha, który nie może wytrzymać samotności i ucieka do ludzi. Prawdziwy łowca turystów, zaczepia ich i ofiarowuje się jako przewodnik po okolicach kościoła.

— Na pewno chciał cię zaprowadzić do sztucznej groty z Lourdes. To rzeczywiście niezwykła sprawa. Jest wyciosana w litej skale i to z taką precyzją, że szczęka opada, dokładna replika, a nie jakieś tam murowane cudeńko…

Groser zrobił młynek przy uchu, jakby usprawiedliwiając się, że szkoda, ale ni w ząb nie mógł zrozumieć ojca Michel.

Michał, zobaczywszy obandażowaną nogę i usłyszawszy o wypadku Wacława, postanowił mimo jego protestów udać się od razu do infirmerii.

— Nie, nie, to trzeba opatrzyć, zdezynfekować. Jean-François zaaplikuje ci nasze najlepsze ziołowe preparaty.

Infirmarz był akurat zajęty rozmową z pacjentem, też zakonnikiem, o nosie à la Pinokio — w chwili mówienia nieprawdy — i odstających uszach. „Pinokio" chwytał się za głowę i robił rozpaczliwe miny. Stali koło szafki z lekami. Jean-François wzruszał ramionami. Wyciągał różne pudełka i czytał ulotki. Mikael wskazał Wacławowi krzesło. „To może jeszcze chwilę potrwać".

— No, to miałeś mocne wejście. Może powinienem cię wcześniej uprzedzić, że te świnie się tak tu wyroiły. Wyobraź sobie, idę raz lasem, a tu taka góra liści się rusza. I śmierdzi. Myślę: kloszard… albo ranny pies? Zbieram się w sobie, przezwyciężam strach. No, trzeba pomóc. Biorę kija i zaczynam gmerać w tej kupie. Nic, jeszcze głębiej, nic, wreszcie zniecierpliwiony rzucam ten kij na liście i wtedy wyskakuje z nich ogromny dzik. Mówię ci, tak się tu rozpanoszyły, że gdy psy myśliwskie zapędzą się w miejsce, gdzie leży stado, to te świnie nawet nie uciekają. I pies musi udawać, że właśnie tu zgubił klucze do mieszkania i bardzo przeprasza.

Wacław zaśmiałby się głośno z opowieści Michała, ale w rozmowie, która toczyła się przy szafce, wyczuwał jakieś napięcie. Po chwili „Pinokio" skierował się do wyjścia.

 

— Co się dzieje? — spytał Mikael.

— Uuu. — Machnął ręką Jean-François. — Głowa boli! To normalne, jak człowiekowi robota brzydnie, to na głowę się rzuca. — Infirmarz uśmiechnął się w kierunku gościa.

Wacław pomyślał, że za chwilę padnie pytanie: „No, a nasz drogi symulant na co się skarży?", ale Mikael je uprzedził:

— Mamy kandydata do zakonu, ale dzik próbował go powstrzymać — wskazał na zabandażowaną kawałkiem koszulki nogę Grosera.

— Uuuu! — Jean-François wydał „uuuu" tym razem w tonie niezwykle poważnym, jakby zastanawiał się nad koniecznością amputacji kończyny, i wyjął z szafki nożyczki.

3

Rana okazała się niegroźna, ale tak czy owak Wacław wkraczał w życie opactwa dowartościowany. Był od razu rozpoznawalny. „Będą o tobie mówili: to ten, któremu dzik rozharatał nogę". Mikael zaprowadził Wacława do pustego już refektarza. Pora obiadu właśnie minęła. Trafił na tłusty dzień. To znaczy — rybny. Mięsa w Aiguebelle nie spożywa się w ogóle, jedynie dwa razy w tygodniu jest ryba. A tak warzywa, kalafior, marchewka, groch i różne korzonki. Na stole dużo chleba i wino. Klasztorny sikacz. O tym wszystkim Wacław wiedział już z zapraszająco-ostrzegającego listu od Michała. Rozwiewał w nim wszystkie złudzenia, które Groser mógłby wiązać z urokami życia w klasztorze kontemplacyjnym w Prowansji. „Jest tu ogólnie niewyobrażalny zapieprz, a na modlitwę musisz czas kraść w czasie snu". Groser nie dał się zniechęcić. W książce o trapistach wyczytał, że pracują oni tyle, aby mieli wystarczająco sił na modlitwę, i to uznał za rzeczywistość. Uważał, że jego życie kapłańskie będzie ubogie, jeśli na własnej skórze nie przekona się, co to kontemplacja. I „zapieprz" w kontemplacyjnym klasztorze.

Z refektarza poszli do gościnnej celi w nowicjacie. Opat wyraził zgodę i Groser na zasadzie wyjątku miał zostać przez miesiąc albo dwa czymś na kształt „półtrapisty". Mikael mówił opatowi, że Groser jest wybitnym pisarzem i że jeśli opisze ich wspólnotę, to kto wie, czy nie wybuchnie nowa epidemia „mertonki". W latach 60. na skutek niebywałej popularności pism Tomasza Mertona kandydaci do życia mniszego wprost oblegali trapistów. Taka epidemia na pewno się przyda, bo średnia wieku 35 mnichów w ich opactwie wynosiła 65 lat.

— No to słuchaj, ty teraz sobie odpocznij, ja biegnę na produkcję, do naszego ukochanego alexionu, na którym stoi opactwo. Potem zaprowadzę cię do fryzjera i będziesz już pełnowartościowym mnichem.

Groser rozejrzał się po pustej właściwie celi i wszedł do maleńkiej łazienki. Woda. W czasie jazdy do Francji raz skorzystał z prysznicu na stacji benzynowej, z reguły kąpał się w jeziorach. Perspektywa gorącego prysznica była niewątpliwą nagrodą. „No tak, ale co zrobić z opatrunkiem na nodze?" Skonstruował z prześcieradła coś w rodzaju podnośnika do nogi, który uwiesił za kabiną prysznicową. I stojąc na jednej nodze, zażywał rozkoszy, na którą się solidnie napracował, a ściślej mówiąc, napedałował.

Dochodziła trzecia. Rozpakował rzeczy. Wyciągnął Biblię i brewiarz, jedyne książki, które przywiózł z Polski. W Biblię włożony był wydrukowany ostatni e-mail od Michała. Przejrzał po raz kolejny fragment dotyczący „rozkładu jazdy".

Wstajemy o 3.30, potem o 4.00 wigilia, następnie idziemy do scriptorium na lectio divina. Dalej śniadanie: kawa, chleb, dżem, ser. Potem kapituła o 6.45 — tu opat komentuje Regułę św. Benedykta i robi uwagi, napomnienia, często bez imion. Potem laudy i msza św. Przerwa niby na lectio divina do 9.15, ale i tak święta lektura idzie na bok, bo już przygotowujemy robotę, przyjeżdżają ciężarówki z butelkami, cukrem etc. 9.15 tertia, potem do 12 praca. 12.15 sexta i obiad, potem sjesta, najczęściej zajęta, bo jest coś do roboty, potem nona o 14.15. Po nonie praca do 17. Potem lectio divina, ale zawsze jest coś do roboty, więc następnym pewnym punktem są nieszpory o 18.00. Potem kolacja, koniec modlitw dnia — kompleta i o 20.00-21.00 można spać, ale...

Położył się i zasnął snem kamiennym.

Dwie godziny później po wizycie u brata, który zajmował się reperacją butów i strzyżeniem, a właściwie goleniem na łyso zakonników, spojrzał w lustro. Przymknął z wrażenia oczy. Niby nic wielkiego. Raz do roku strzygł się na zapałkę, ale zawsze ten centymetr włosów jakoś „ubezpieczał" czaszkę. Teraz poczuł się naprawdę nagi. Całe zresztą dziwactwo polegało na tym, że miał ogorzałą, spaloną przez jazdę rowerem w słońcu twarz, a skóra w miejscu zgolonych włosów i brody była biała. Wyglądał nie na mnicha, ale na idiotę albo klauna. „Teraz rozumiem, dlaczego Michał śmiał się do łez". Jako wyraz pokory nowa twarz mogła go cieszyć, ale ukłuła go wątpliwość, czy nie bierze udziału w spektaklu teatralnym „Kapłańska błazenada".

Zdusił to w sobie.

Michał zapukał po nieszporach, by zabrać go na kolację, następnie udali się na kompletę. Rozumiał z ledwością połowę wypowiadanych modlitw. Nie potrafił się jeszcze sprawnie posługiwać francuskim brewiarzem.

4

— To co, chcesz zobaczyć moją pustelnię? — Uśmiechnął się Michał. — Może to za duże słowo, ale…

Po chwili doszli do niezbyt głębokiej groty przedłużonej dachem. Koza do palenia, stół i szeroka ława. Przed nimi ścielił się lekki stok obrośnięty lawendą. Jej aromat docierał aż tu i mieszał się z zapachem rosnącej tuż przy pustelni olbrzymiej sosny. Zapach Prowansji. Groser przeciągnął się z całej siły, zamknąwszy oczy.

— O Boże, nie mogę uwierzyć, że to prawda!

Michał rozpalał ogień w kozie. Wieczory były już chłodne. Ale nie tylko o to chodziło. Wacław uwielbiał siedzieć w blasku płomieni, przy trzaskających szczapach i gałęziach. Dzisiaj jednak widział zupełnie inny ogień, ogień-żywioł, który wobec jego braku doświadczeń z pożarami miał wymiar apokaliptyczny. Michałowa koza na powrót czyniła z ognia symbol spokoju i ciepła, oswajała płomienie. Ogień był też dla Wacława wyrzutem sumienia. Przed śmiercią jego ojciec, leżąc w szpitalu, prosił go, aby pojechał z nim na działkę i rozpalił ogień w podobnym piecyku, w którym teraz rozpalał Michał. „Wacuś, napalimy, będzie tak ciepło". Nie spełnił prośby ojca. Lekarz nie był entuzjastą tego pomysłu, a i Wacławowi było wtedy trudno go wykonać, bo miał na drugi dzień ważne spotkanie. To była ostatnia prośba, którą ojciec miał do niego w życiu.

— Coś tak spoważniał? — Michał uśmiechnął się, wstając od piecyka.

Pokręcił głową.

— Nic, nic… nastrój… melancholia.

— No, na powitanie napij się alexionu. Nasz napitek z 52 ziół. Ukoi wszystkie twoje bóle. Bez alkoholu. Na wszelki wypadek mam też butelkę sikacza. Nie zaproponuję ci najlepszych smaków Prowansji. Markowego wina na co dzień nie dostajemy, a trufli, które wyszukują nasze dwa psy, w życiu moje podniebienie nie zaznało. Wszystko na sprzedaż.


— Po prostu: „Nie dla psa kiełbasa, nie dla mnicha trufle".

— O właśnie, ale może się kiedyś wybierzemy na poszukiwanie trufli i zobaczysz chociaż, jak je wydobywają. To drogocenne cholerstwo rośnie kilkanaście centymetrów pod ziemią w symbiozie z drzewami. Ułatwia korzeniom wchłanianie minerałów, a za to dostaje od drzewa produkty fotosyntezy. Trzeba mieć nieprawdopodobny węch, żeby to znaleźć. Używamy do tego dwóch psów. Przynoszą opactwu więcej zysku niż pięciu mnichów. Ale jak wiesz, praca nie jest u nas celem samym w sobie, więc pieski nie robią zakonnej kariery. Znakomitymi poszukiwaczami są też świnie, ale mają ten mankament, że jak znajdą trufla, zaraz chcą go zeżreć. Trzeba wtedy walić kijem po ryju. Za przeproszeniem. A poza tym to zakłada się im kagańce. To znaczy świniom.

Siedli na szerokiej ławie.

— Czyli masz przed sobą rok wolnego? — Michał oparł podbródek na rękach.

— A może i więcej… Jestem persona non grata. Może w ogóle nie wrócę. Popadłem w niełaskę u biskupa… Co gorsza, wiesz, odczuwam z tego powodu pewną satysfakcję. Czuję się szczęśliwy, że z nim zadarłem. Kiedy wyjeżdżałeś z Polski, to mimo wszystko episkopat nie był odbierany jako twór bizantyńsko-komuchowaty. Wiadomo, że na tę gębę pracuje tylko część z nich. Ale ilu musi być tych cudaków, że nie można ich wyciąć?

Michał nalał białego wina do kubków.

— A co z twoim pisaniem? Nie przywiozłeś mi żadnej książki.

— Postanowiłem z tym skończyć. „Słowo napisane, nieszczęście zasiane". Moje słowa zaczęły ranić. Pisałem ci przecież, jak z powodu mojego tekstu o papieskich pomnikach ludzie poszli na bezrobocie.

Michał ziewnął.

— Przepraszam, jestem lekko senny, ale zaraz mi to przejdzie. — Dokończył ziewanie i bardzo zadowolony pokręcił głową. — Bzdury opowiadasz. Ty chyba rzeczywiście masz jakąś prostrację duchową.

Groser umoczył usta w winie.

— Nie wiem, czy wytrzymam, ale na razie chcę bardziej zająć się ciałem niż słowem. Jak się u was wzmocnię, jadę do Arki jako kapelan… A ty co piszesz?

Na odległość pięciu metrów podbiegła wiewiórka i zaczęła szukać czegoś w igliwiu pod sosną. Wymienili uśmiechy.

— Właśnie te stworzonka roznoszą zarodniki trufli. — Michał westchnął. — Co ja piszę? Obecnie głównie bajki dla niewidomych.

— To znaczy?

— Jutro zaprowadzę cię do pracowni… Pokażę ci.

Było już po zachodzie słońca. Na jasnogranatowym niebie wschodziły pierwsze gwiazdy.

— Wiesz, Michał, jechałem, pedałowałem i nabierałem coraz większego przekonania, że warunkiem posłuszeństwa jest miłość, jeśli w posłuszeństwie nie ma miłości… Może źle mówię, miłość do mojego biskupa pewnie mam, ale gdzieś coraz bardziej zanika szacunek. A wzrasta poczucie, że ten człowiek krzywdzi Kościół.

Z kozy dochodziło delikatnie ciepło, co jakiś czas strzelały szyszki. Michał w końcu przemówił:

— Oddałem życie i to życie zostanie wzięte. I zawsze będzie inaczej, niż sobie wyobrażałem. Zawsze. Człowiek musi przejść przez takie nic totalne i podczas tego przechodzenia zostawia to „swoje", „ukochane". Wtedy trochę blakną te wszystkie biskupy, ich decyzje i wybryki. Najlepsze lekarstwo na bunt to dyspozycyjność, chociaż to słowo ohydnie się kojarzy i odpycha. Dyspozycyjność wobec wszystkiego, co przychodzi na człowieka, ciągłe „tak", bo to przynosi pokój. Po co to „tak"? Bo to jest jedyny sposób na poskładanie połamanych kości w Ciele-Kościele. To bardzo boli. Kiedy człowiek zaufa Bogu, nawet jeśli dostaje po ryju, to w tym zaufaniu wie, że nikt nie może mu nic zrobić.

Groser przez chwilę milczał, gryząc pestki słonecznika.

— To jest wszystko mądre... — rzekł po chwili. — W końcu każdy z nas przed święceniami przyrzekał dozgonne posłuszeństwo biskupowi. Próbujemy więc w nim oddzielić to, co ludzkie, od tego, co jest znakiem Chrystusowym. Ale wielu ludzi, zwłaszcza młodych, nie ma oporów. Mówią: jeżeli Kościół jest w rękach konsekrowanych bucy, to o czym tu gadać. Tuż przed wyjazdem miałem rozmowę z dziewczyną z tak zwanego odzysku. Miała burzliwe życie, no ale zaczęła chodzić do kościoła, odkrywać Boga. Wyczuła, że jestem po prostu wypieprzony z diecezji. Spytała mnie na koniec, dlaczego pozwalam, aby o moim życiu decydowali podli ludzie. Powiedziałem jej parę mądrych rzeczy i myślę, że przestałem dla niej być jakimkolwiek autorytetem. Nie wiem, jak zachować posłuszeństwo wobec władzy i być wiarygodny dla ludzi.

Pohukiwanie sowy sprawiało wrażenie, że przysłuchuje się ona rozmowie.

— Głupio mi cokolwiek radzić, bo jesteś i starszy, i mądrzejszy… A przede wszystkim możesz powiedzieć, że sam szukałem dla siebie najwygodniejszej pozycji duchowej… Uciekłem do trapistów, choć krzywda mi się nie działa.

— No załóżmy, że jestem mądrzejszy. Ale osłabiony… i przychodzę do ciebie jak do guru.

— Bo mi się wydaje — rzekł Michał — że nie wystarczy cierpieć dla Kościoła, trzeba też cierpieć przez Kościół. To już wyższa szkoła jazdy. I wtedy sklejają się kości... Tak, Wacek, zawsze jest inaczej. Już się cieszysz, że to będzie twoje, już, już i nagle się okazuje, że trzeba zwijać namiot i wynocha, fora ze dwora. Zabili moich braci… Postanowiliśmy się nie poddać. I jak już rozpoczęliśmy na nowo w Algierze, to jeden głupek zniszczył przez swój terror psychiczny i szantaż całą wspólnotę. Piekło. Zamknęliśmy dom. I gdzie wylądowałem? W słodkiej Francji... — Mikael zaczął się śmiać. — We Francji, której unikałem zawsze ze wszystkich sił.