Trufle. Przypadki księdza GroseraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Trufle. Przypadki księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
25  18,25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Pamięci Anny Steckiej,

matki samotnych matek

Niektóre fakty i postaci w tej książce są wymyślone. Prawdą jest, że tak to wszystko zobaczyłem.

Autor

Jak w niebie
1

Nie wiedział, czy Gothard rozmawia z nim poważnie, czy kpi sobie z Polaczka, który wykonuje archaiczny zawód. Diabeł na pewno krył się w niuansach językowych, których nie chwytał. Jednakże po regularnych interwencjach Heidi: „Oh, Gothard! Nie przesadzaj", czuł, że gospodarz nie traktuje go na serio. A może tamten po prostu miał wesołą naturę i wyjdzie na napuszonego kretyna, jeśli się na niego obrazi. Uśmiechał się, nie mając pewności, czy robi to we właściwych momentach, tak samo jak nie był pewny odmiany rodzajników.

— Czyli zajmujesz się Bogiem. I z tego żyjesz. Mi Pan Bóg jest niepotrzebny. Moją religią jest Heidi. — Gothard klepnął w pośladek przechodzącą z tacą żonę. — Kiedy jestem z nią w łóżku, jestem w niebie.

Uśmiechnął się.

— Ale akceptuję twojego Boga, bo Heidi jest szczęśliwa, kiedy wraca z kościoła. I dobrze. Bo Pan Bóg, który nie dawałby szczęścia, byłby kompletnym nieporozumieniem. Taki Pan Bóg musiałby iść na bezrobocie. A ty, Paul, no, powiedz szczerze, czy ty jesteś szczęśliwy?

— Jestem już za stary. Starość nie radość, młodość nie wieczność — Paweł ratował się porzekadłem, dumny, że dość zgrabnie udało mu się to powiedzieć po niemiecku. Jeszcze do niedawna uśmiechał się bez względu na to, co kto mówił, byle zrobić wrażenie, że rozumie słowa. „Cholera, i tak cały czas nie mówię tego, co chcę, tylko to, co umiem".

Gothard zaczął się krztusić ze śmiechu. Paweł zaniepokoił się, czy znowu powiedział coś tak uroczo głupiego, że Niemiec nawet nie zachowuje pozorów. W trakcie jednej ze swych pierwszych konwersacji po niemiecku w Goethe Institut myślał, że błyśnie. „Nie mogę się skupić, bo jest duszno". Tak chciał powiedzieć, ale zamiast słowa schwül — duszno, rzucił schwul, co znaczy tyle, co „pedał". I nie mógł pojąć, skąd ten wybuch śmiechu na sali.

— Ile ty masz lat? — spytał Gothard, uspokoiwszy się po chwili.

— Czterdzieści sześć.

— Człowieku, ja mam pięćdziesiąt cztery i śmiem twierdzić, że to mój najlepszy okres. Musisz się zapoznać z osiągnięciami farmacji. Do późnej starości możesz być szczęśliwy jak młodzieniec. — Gothard zapalił cygaro. — A jak z kobietami? Chyba nie masz żalu, że pytam? Tu nie ma żadnych tabu. W Niemczech rozmawiamy o tych sprawach jak o normalnych problemach zdrowotnych.

— Nie istnieją w moim życiu.

— Jesteś gejem?

— Nie, jestem celibatariuszem.

— To znaczy kawalerem.

— Nie, kapłanem.

Na ja, czyli opowiadasz ludziom o Bogu. Ale co to sobie przeszkadza? Frau Berta, nasza znajoma, jest pastorem i lesbijką. Mówi, że codziennie rozmawia ze swoim Bogiem, a wy macie chyba tego samego. — Zaciągnął się z rozkoszą cygarem. — I On jej mówi, że wszystko, co daje szczęście, jest dobre. A ona kocha swoją Petrę. Mówi, że Bóg jest szczęśliwy, jak człowiek robi Jego miłość jeszcze większą. I ona to mówi legalnie w kościele, nie tak jak my tu, przy kieliszku. Mówię ci, Paul, grunt to rozweselić ciało. Ze smutnego tyłka — jak mawia nasz kanclerz — nigdy radosny pierd się nie dobędzie.

Po piętnastu minutach Paweł wymówił się bólem głowy. Zostawił Gotharda samego i niewygadanego. Ale zapewne się nie nudził. Prawdopodobnie zażył viagrę, która, jak mówił, była większym dobrodziejstwem dla ludzkości niż szczepionka przeciwko wściekliźnie, i poszedł z Heidi „do nieba".

Nazajutrz Paweł zapytał swego proboszcza, czy pastor Berta otwarcie mówi, że jest lesbijką. Ten potwierdził. „A co w tym dziwnego? Sam pobłogosławiłem kilka związków homoseksualnych. Potępiać? Za co? Nienawiści już dosyć na świecie. Trzeba szerzyć ekumenizm. A poza tym nie może być sprzeczności między prawem państwowym a kościelnym, bo wtedy ludzie już w nic nie wierzą". Paweł szeroko otworzył oczy.

Już po przyjeździe do Niemiec był lekko zdziwiony, gdy proboszcz nakazał, żeby w kazaniach nie mówił o grzechu. „Dawaj ludziom nadzieję i mów im o miłości". Polski ksiądz, który mieszkał tu od dziesięciu lat, objaśnił mu wtedy:

— Ty sobie daj spokój ze spowiedzią, oni się borykają z problemem wyparcia. To jest bezgrzeszny naród: wojny nie zrobili żadni Niemcy, to nie oni zakładali obozy zagłady. To wszystko jacyś „nazi". Czort wie, skąd to bractwo było. Jakaś tajemnicza organizacja. Była i się zmyła. Niemcom trzeba dać spokój.

Nie wiedział, po co tu siedzi. Niemiecki Bóg stawał się dla niego coraz bardziej odległy. On, który do niedawna szalał jako duszpasterz, teraz był czymś w rodzaju kaowca w klubie seniora. Na dodatek owi seniorzy mieli poczucie, że robią łaskę Kościołowi i Panu Bogu, bo swoimi pieniędzmi wspierają ten chory twór. I biednego księdza z Polski.

Podejrzewał, że coś w jego odbiorze niemieckiej rzeczywistości musi być nie tak. Czy to możliwe, aby cały naród zbłądził i wierzył „głupiej", w gorszego Boga? Kontakty z polskimi księżmi miał niewielkie, znał dwóch. Dwa ekstrema. Ksiądz Bogdan rodem z Mielca, ten właśnie, który mówił mu o „nazi" i „bezgrzesznym narodzie", uważał się za misjonarza w Sodomie na pięć minut przed jej spaleniem. Miał poczucie, że albo on nawróci „nazipogan", albo przypadnie mu smutny, acz zaszczytny obowiązek poinformowania Pana Boga, że jego misja poniosła fiasko i nie pozostaje nic innego, jak „ostateczne rozwiązanie". Ksiądz Tadeusz z Torunia z kolei traktował Niemcy jak papierek lakmusowy wskazujący głupotę polskiego zarozumiałego i ciemnego kleru. „Każdego bym przysłał na tydzień rekolekcji do Hansa Künga i po bólu". Poglądy miał w zasadzie zbliżone do pastor Berty, z tą lekką modyfikacją, że swoją miłość rozwijał w relacjach z płcią odmienną. Nie krył się z tym specjalnie. „A co, mam czekać jeszcze trzydzieści lat, kiedy oficjalnie zniosą celibat, i wtedy wystąpić o odszkodowanie?"

Paweł zastanawiał się, czy przeznaczenie przywiodło go do Niemiec, aby poszukał trzeciej drogi. Z miesiąca na miesiąc czuł jednak coraz bardziej, że idzie drogą donikąd. Wiedział, że nie nawróci mieszkańców tutejszej krainy, a korzyści finansowe z faktu bycia księdzem w Niemczech nigdy go nie podniecały.

Początkowo cieszył się, że znalazł się na pustyni, że odpocznie od ludzi, intryg, problemów. Ale po jakimś czasie ta wolność i spokój zaczęły mu ciążyć. Nie miał natury kontemplatyka. Chyba kiepski z niego kapłan, skoro nie potrafi „w każdym położeniu dziękować". Gdyby wierzył, każda chwila i każdy metr drogi byłyby dla niego błogosławieństwem. A on wył jak pies do księżyca za drugim człowiekiem. On, który w Polsce musiał opędzać się od ludzi. Gdyby choć mógł co jakiś czas przyjechać do kraju, zaczerpnąć powietrza. Wygadać się, napompować. Ale jechać tam, skąd został wypędzony? Nikt mu, co prawda, nie mógł zabronić odwiedzin Vaterlandu, ale Paweł był ambitny. Ponad miarę.

2

We wtorek, a był to czternasty miesiąc jego pobytu w Niemczech, zadzwonił do Reinharda, księdza, którego poznał na spotkaniu ekumenicznym. Zdawało mu się, że była między nimi jakaś nić sympatii.

— Reinhard, muszę się z tobą zobaczyć.

Schön! Oczywiście. Kiedy chcesz?

— Jak najszybciej.

— Poczekaj, wezmę kalendarz. Wir müssen einen Termin ausmachen. Dzisiaj mamy wtorek... Może w piątek? Mam wolny wieczór.

— A dziś?

— Przykro mi, ale idę na basen.

Zaklął po niemiecku. To mu dawało namiastkę zakorzenienia w języku. Człowiek się modli i klnie w mowie, która jest mu najbliższa.

A jednak upokorzył się — pojechał w piątek do Reinharda. Gospodarz ujął go. Na stole czekała ciepła kolacja. Wnet zapłonęły świece. „Może Niemcy rzeczywiście muszą wszystko z kalendarzem ausmachen, bo jak już się spotkają, to spotkanie celebrują. Spotkanie z człowiekiem jest jak święto w kalendarzu". Z głośników płynął Mozart.

Rzucił okien na regał zapełniony w całości kompaktami z muzyką poważną. Setki, jeśli nie tysiące płyt. „Chyba cały czas przebywa w przestworzach klasyki".

Jak się okazało, Reinhard tydzień temu wrócił z wycieczki na Daleki Wschód.

— Następnym razem musisz koniecznie wybrać się ze mną. Człowiek bez podróży przestaje być istotą metafizyczną. Trudno, aby ktoś, kto za życia nie wzleciał, miał w sobie tęsknotę za czymś wyższym. Musisz zobaczyć radość życia tych ludzi, w każdym geście ciała. Oni nie chodzą, lecz płyną. Nie poruszają się, ale tańczą. Koniak czy whisky?

— Whisky.

Paweł w zasadzie nie pił, ale Reinhard był tak sugestywny, że nawet gdyby mu zaproponował cygaro, to pewnie by się skusił. Usiadł na żółtej skórzanej kanapie. Reinhard podał szklaneczkę.

— Pokażę ci zdjęcia.

Przysiadł się do Pawła i zaczął objaśniać fotografie. Nagle niezdarny ruch i solidna porcja whisky wylądowała na spodniach gościa.

— Przepraszam. — Reinhard się uśmiechnął i dłonią próbował zetrzeć plamę. Ręka zastygła na rozporku Pawła w sposób niepozostawiający wątpliwości, w jakim celu się tam znalazła. To był odruch. Paweł odtrącił ją, jakby wybijał piłkę meczową. Szklaneczka Reinharda poszybowała w kierunku telewizora. Kineskop eksplodował.

Nie wiedział, czy uderzyć, czy przeprosić gospodarza. Reinhard uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem.

 

Macht nichts. Nic się nie stało.

3

Zatrzymał się w odległości trzydziestu metrów od plebanii. Tuż przy furtce załatwiał się właśnie wilczur trzymany na smyczy przez starszego mężczyznę w dresie. Po skończonej akcji właściciel psa wyciągnął z kieszeni torebkę i wsadził w nią za pomocą plastikowej łopatki odchody swego podopiecznego. Schludność i odpowiedzialność najbardziej uderzyły Pawła na początku pobytu w Niemczech. W trosce o czystość podeszew bliźniego dopatrywał się w ogóle poszanowania godności drugiego. Co prawda ksiądz Bogdan, stary sceptyk, próbował go wyprostować: „Eee. Oni są tacy porządni, jak wiedzą, że ktoś patrzy i mieliby karę zapłacić". „Może — odparł wówczas Paweł — ale tak czy owak w efekcie jest to kraj mniej zasrany niż Polska".

Odczekał, aż porządny Niemiec się oddali, i wszedł na plebanię. Był na półpiętrze w drodze do swego pokoju, gdy doszedł go głos proboszcza:

— Paul, przyjdź na chwilę. Biskup chce cię poznać.

„Biskup, poznać? Przecież spotkał się ze mną dwukrotnie".

Cofnął się.

— Księże biskupie, przedstawiam księdza Paula, naszą podporę.

Patrzyła na niego uśmiechnięta, poczciwa twarz.

— Emeryt, masz przed sobą szczęśliwego emeryta.

Uświadomił sobie, że parę razy już słyszał legendy o biskupie emerycie, Hansie Schneiderhanie. Założył szkołę modlitwy i robi to, na co przez lata nie pozwalał mu urząd i brak czasu. Spotyka się z ludźmi i uczy ich modlitwy.

— Na chwilę was zostawię, muszę wykonać pilny telefon. Możesz się, Paul, poskarżyć na proboszcza, ile wlezie.

Schneiderhan przyjrzał się pogodnie Pawłowi.

— Jak się księdzu wiedzie w Niemczech?

Nie miał ochoty na żadne konwenanse.

— Szczerze mówiąc, nie najlepiej. Proszę mnie źle nie zrozumieć, proszę wybaczyć… Przed chwilą… — Chciał wyrzucić z siebie to, co go spotkało przed niespełna godziną. Ale zrezygnował. — Ponad rok temu wyjechałem z Polski, by jak mi polecił mój biskup, spojrzeć z dystansem na moje kapłaństwo. Ale to mi się chyba nie udało… Trudno być księdzem w kraju, który pogodził się albo raczej zadekretował śmierć Kościoła. Który nie wie, czym jest pokuta. To kraj nazipogan.

— Ostro to ksiądz widzi…

— A biskup wierzy, że ten Kościół ocaleje? Parafie się zamyka jak sklepy, które nie przynoszą dochodu.

— Ja wierzę, że Bóg nie opuści człowieka.

— Ale człowiek opuścił Boga.

— Kiedyś klęczałem na adoracji i miałem nawet myśli, żeby porzucić to miasto, nie byłem jeszcze biskupem. I przyszło mi wtedy do głowy: „A Ty, Panie, stąd nie odchodzisz?". Dokładnie nawet pomyślałem: „Nie spieprzasz?". Du willst nicht abhauen? Dopóki ty nie stracisz wiary w Chrystusa, Kościół przetrwa. — Schneiderhan uśmiechnął się do Pawła. — Pokażę coś księdzu. Proszę zobaczyć. — Wyciągnął stary obrazek z Panem Jezusem. — Dostałem go przed wojną, kiedy miałem szesnaście lat. Niech ksiądz przeczyta ten cytat z Jeremiasza: „Pójdziesz, do kogokolwiek cię poślę, i będziesz mówił, cokolwiek tobie polecę". Te słowa uratowały mnie w obozie. Hitler — nie wiem, czy ksiądz wie — zamykał także Niemców.

Schneiderhan czekał na słowo Pawła. Ale ten milczał.

— Być może powinien ksiądz wrócić teraz do Polski. Zobaczył ksiądz inny Kościół, to na pewno miało jakiś sens. Bo wszystko ma sens. Tylko niech ksiądz pamięta, że Niemcy to związek landów. W każdym jest zupełnie inaczej. Żyłem w trzech diecezjach, każda była inna i każda była prawdziwym Kościołem. Mamy nazipogan, jak ksiądz to ujął. Z pewnością istnieje zjawisko wyparcia. Ale mamy też Sühne Zeichen. Kościół pokutujący, ludzi, którzy doskonale wiedzą, co Niemcy zrobiły, i próbują to wynagrodzić i o tym pamiętać. Niektórzy wręcz nie potrafią sobie poradzić z poczuciem winy. Schuldig geboren. Urodzeni z winą. Zawstydzeni swoimi rodzicami. Ale to wszystko jest człowiek. Istota skazana na przebaczenie. Przebaczenie stanowi jej wielkość, której czasem nie może udźwignąć.

Opowiadali mi księża z Polski, że kiedyś nie do pomyślenia było u was zjawisko bezrobocia. Dzisiaj podobno macie go więcej niż my. To samo może się stać z waszym Kościołem. Dopóki pewnych rzeczy się nie widzi, wydają się niemożliwe. Czegokolwiek doświadczysz, nigdy nie bądź zgorszony człowiekiem. To tak, jakbyś gardził Bogiem. Nie jesteśmy obrońcami Kościoła. Mamy być świadkami.

Patrzył na twarz biskupa, starego człowieka, który prawie nie miał zmarszczek. A raczej miał, ale jakoś tak dziwnie wygładzone jak fale na uspokojonej tafli jeziora. Pomiędzy wargami jaśniała biała szufladka sztucznej szczęki. Siwe gęste włosy. „Człowiek po obozie, czerstwy staruszek".

Wszedł proboszcz. Radosny jak nigdy.

— Dobre wieści. W sobotę będziemy mieli ślub w parafii. Siódmy w tym roku, a mamy dopiero koniec lipca.


Nie mógł zasnąć. Zmówił brewiarz, a potem aż do zaśnięcia szeptał: „Ukaż mi, Panie, swą twarz".

4

O dziesiątej rano wykręcił numer do Polski. Zamknął oczy. Telefon odebrał osobiście biskup Zdzisław.

— Ksiądz Paweł! To cud! Skąd ksiądz wiedział, że właśnie zamierzałem do księdza dzwonić! Z przykrością muszę księdza poinformować, że koniec wywczasów. Czas wracać do domu.

Nie wiedział, czy śni.

— Jeszcze dziś wykręcę do biskupa Schmidta i omówię formalności. Liczę na księdza energię.

Odłożył telefon. I w tej samej sekundzie aparat zadzwonił.

— Ksiądz Paweł?

— Tak, słucham.

— Tu Rita Weismüller. — Głos był spokojny, ale wyczuwało się w nim smutek. — Mój mąż odchodzi. Czy mógłby ksiądz przyjść…? Lekarz powiedział, że to może stać się w każdej chwili.

Pamiętał dobrze panią Ritę, przychodziła zawsze na herbatę po mszy. Miała może siedemdziesiąt pięć lat. Nazywał ją w myślach „słoneczko", gdyż nigdy z jej twarzy nie znikał uśmiech. W latach osiemdziesiątych, w czasie stanu wojennego, podobno bardzo zaangażowała się w szykowanie pomocy dla Polski. Słyszał to od proboszcza. Ona sama nigdy tego nie mówiła. Powtarzała zawsze tylko: „Jaki ten Pan Bóg dobry…". Nigdy jednak nie sięgnął poza ten uśmiech. Nigdy z sobą nie porozmawiali. Uznał, że w przypadku pani Rity dobroć Pana Boga polegała na obdarzeniu jej tym uśmiechem. Tylko raz, na początku jego pobytu, wypowiedziała więcej słów. Przygotował specjalną mszę dla młodzieży. Zapalił mnóstwo świec, śpiewali wspólnie kanony z Taizé. Kazanie mówił o tym, co w życiu warto wybrać, by nie przegrać młodości. Po mszy pani Rita powiedziała mu: „Tak się cieszę, bo widzę, że ksiądz naprawdę myśli o nas, starych drzewach...".

Mijała druga godzina od chwili, gdy po namaszczeniu usiedli razem przy łóżku umierającego. We czworo. Pani Rita, syn Manfred, córka Christine oraz Paweł. Milczeli, ale ta cisza nie ciążyła. Odmówili różaniec. Pani Rita trzymała przez cały czas męża za rękę. Patrzyła na niego ze spokojem. Paweł był pewien, że widzi całe ich długie życie. Kątem oka spojrzał na jej twarz. Uśmiech i smutek zlane w jedno. Nagle wyrwały mu się słowa psalmu.

Der Herr ist mein Hirte. Es wird mir nichts fehlen. „Pan jest pasterzem moim…"

Christine, która siedziała po drugiej stronie łóżka i delikatnie głaskała siną rękę ojca, pokiwała głową. Nad nią wisiał portret ślubny rodziców sprzed kilkudziesięciu lat. Wyretuszowany, podkolorowany. „Boże, zrobić im teraz zdjęcie. Miłości aż do śmierci, silniejszej od śmierci. Tyle razy błogosławiłem małżeństwa, tyle razy widziałem, jak prowadzą się do ołtarza, ale nigdy nie widziałem, jak się odprowadzają do wieczności". Weismüller zaczął wciągać łapczywie powietrze. Otworzył na chwilę oczy, jakby nerwowo chciał coś zobaczyć. Christine chwyciła rękę brata, a Paweł poczuł dłoń pani Rity. Stanowili teraz łańcuch. Miał poczucie, że pośrodku nich nie ma śmierci, ale że uczestniczą w narodzinach.

Er atmet nicht mehr. Już nie oddycha — powiedziała pani Rita.

I nagle Weismüller się uśmiechnął i wydał ostatnie tchnienie. Zamknęła jego oczy i pocałowała w czoło. Po twarzy męża spłynęła łza żony.

Manfred, czterdziestoletni mężczyzna, także pocałował ojca, a potem podszedł do Pawła i go przytulił:

— Od tej pory ksiądz jest członkiem naszej rodziny.

Z trudem opanował wzruszenie. Nigdy nie czuł tak głęboko, że był potrzebny. Wiele razy był przy śmierci jako kapłan, ale zawsze czuł się jakoś z boku, jak urzędnik Pana Boga. A teraz zaproszono go, by dotknął rany, w której jest życie.

5

Gdy po trzech tygodniach od rozmowy z biskupem Schneiderhanem wsiadł do golfa wyładowanego prezentami od parafian i ruszył do Polski, nie próbował powstrzymać łez. Już w niedzielę, gdy po mszy urządzono mu pożegnanie, z trudem panował nad emocjami. Czuł się jak zdrajca, a może raczej jak człowiek, który nie rozpoznał swoich owieczek i odszedł. W ostatnią niedzielę zobaczył ludzi, którzy kręcili się przez te wszystkie miesiące przy kościele, choć najczęściej do niego nie wchodzili. Młodzież, która przychodziła pograć na salę duszpasterstwa w ping-ponga, posłuchać muzyki. Choć mogła pójść gdzie indziej. Na koniec uświadomił sobie, że być może w ogóle nie zrozumiał tego społeczeństwa, tego Kościoła, tej wiary. Był w mocy swojej słabości i lęku. „Wrócić tu kiedyś, ale inaczej. W innych okolicznościach".

6

Biskup Zdzisław przygarnął go ze wzruszeniem godnym miłosiernego ojca z obrazu Rembrandta. Tylko że Paweł nie czuł się synem marnotrawnym, a synem wypędzonym.

— Dlaczego, dlaczego ksiądz mi nie powiedział całej prawdy? Przecież gdyby rodzice dziewczyny nie odwołali tych kalumnii…

— Jakich kalumnii?

— No, że ksiądz skrzywdził ich córkę.

— To znaczy, że jej nie skrzywdziłem?

— Oj! — Zdzisław pogroził mu palcem. — Nie żartuj ze swojego biskupa. Nie wódź na pokuszenie.

Paweł uśmiechnął się na siłę.

— Tak widocznie miało być, żeby się wypełniło, co się miało wypełnić… — udawał dystans, obracając w żart to, co go wpędziło w rozpacz.

Biskup nie zaufał mu przed rokiem, on nie ufał mu teraz. Przedwczoraj, zaraz po przyjeździe, dowiedział się, że rodzice dziewczyny wyjaśnili sprawę pół roku temu. Dlaczego zatem przełożony tak długo zwlekał? Tajemnica prawdopodobnie miała swe wyjaśnienie w wyjeździe Grosera. Kolega, który przyjaźnił się z sekretarzem biskupa, powiedział mu w zaufaniu: „Kiedy Zdzisio wywalił z diecezji Grosera, ździebko się chyba wystraszył, że wpada w nałóg. Po wyjeździe Wacka chodził jak struty. I pewnie twój przyjazd ma mu podreperować psychikę. Że ma ojcowskie odruchy. Biskupi też lubią mieć poczucie, że są dobrzy".

— Proszę siadać. Zjemy kolację. Skończył się sierpień, możemy napić się legalnie. Proponuję wino, które przed sześcioma laty przywiózł mi arcybiskup Stroba, największy koneser w episkopacie. — Biskup usługiwał przy stole, pokazując w praktyce, że kto służy, króluje. Paweł przypatrywał się gospodarzowi.

„Co za cyrk? Pewnie ciągle nalewa do tej samej butelki. Nie przypuszczam, żeby dostał takich sto". Niemcy rozbudziły w Pawle ironię, by nie powiedzieć cynizm.

— Tak, księże Pawle. Hannibal ante portas. Wkrótce się wleje Unia, czy tego chcemy, czy nie. Niektórzy się cieszą: „Unia was zeżre, ona nienawidzi Kościoła". Najgorszym doradcą jest lęk. Trzeba się mądrze przygotować, wykorzystać każdą sekundę, która pozostała. Ludzie będą przychodzić do kapłana, gdy będzie miał coś do powiedzenia. Do wiernych nie można już mówić jak do kmiotków. Oni są często bardziej wykształceni od nas. Księża nie mogą się bać przyszłości, dlatego wysyłam ich za granicę, choć to boli, bo potrzebuję kapłanów, także tu i teraz. Nie mówię o klerykach. Oni też. Niech jadą. Choć, niestety, część nie wraca, a część wraca zaczadzona. Myślę o mojej doświadczonej gwardii. Nie dalej jak trzy tygodnie temu wysłałem do Francji Wacka Grosera.

Paweł pokiwał głową.

— Zawsze o tym marzył. Taaak. — Biskup z uznaniem odniósł się do swych wywodów. Nie miał wątpliwości, że musiały przekonać księdza Pawła. Poprawił „pożyczkę" na czole.

— No i co z księdzem zrobimy?

— Hmm — westchnął bezradnie Paweł.

— Do Męczenników…

 

Zaskoczenie. Po co odbył tę całą drogę? Żeby stanąć w tym samym punkcie?

— Chyba nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

— Oczywiście, bo też plany mam wobec księdza inne. Chcę, żeby ksiądz robił doktorat z teologii pastoralnej. Trzeba spożytkować doświadczenia niemieckie.

— Wydaje mi się, że jestem kiepskim ekspertem od Niemiec. Kompletnie tego kraju nie zrozumiałem. A to, co widziałem, to w krzywym zwierciadle.

Biskup zamknął oczy i jakby ręką odpychał słowa Pawła. „No, dobrze, dobrze, wiemy, że ksiądz jest skromny".

— A co do Męczenników… Chcę, żeby ksiądz po mógł wejść w parafię księdzu Krystianowi Palecznemu, którego mianowałem proboszczem. Taka pokerowa zagrywka. Ksiądz zna tam ludzi.

Paweł wypił cztery kieliszki Strobowego wina, a golf na niemieckich rejestracjach stał przed pałacem biskupa. Zatrzymał się pod pomnikiem Papieża. Dopiero teraz sobie uzmysłowił, że to jest ten pomnik, którego nie widział, a który jak słyszał, był źródłem nieszczęść Grosera. Przypomniał sobie o Mackiewiczu, parafialnym taksówkarzu. Wyciągnął komórkę.

— Panie Marku, tu mówi Paweł. Ksiądz, dla wyjaśnienia. Czy pan mnie sobie przypomina…

— O święty Józefie… Myślałem, że ksiądz w Reichu.

— Wróciłem i jestem pod pałacem biskupa. Czy mógłby pan wziąć taksówkę i przyjechać po mnie?

— Przyjadę…

— Ale nie swoją taksówką. Potrzebuję kierowcy.

— Przyznam, że jak żyję, nie jechałem jeszcze taryfą jako pasażer!

Stanął przed dobrze znanymi drzwiami. Wytarta klamka. Ten sam domofon. Nawet ta sama wycieraczka. A więc po raz drugi… Nie mógł pogodzić się z tym, że nie ujrzy już starego Bronka, którego kochał jak ojca. Westchnął i pokręcił głową. W ciągu trzech dni po powrocie z Niemiec dowiedział się właściwie wszystkiego o swoim nowym szefie i o tym, co działo się na parafii w czasie jego wygnania. Nadusił na podświetlony kwadracik z napisem proboszcz i zamknął oczy. „Boże, daj mi siły, by nie wiedzieć, by zapomnieć".

— Ho, ho… Paweeełek! — Krystian klepnął go z obu stron w ramiona. Znali się trochę, głównie z lat seminaryjnych. Paweł należał do wybijających się kleryków, Krystian, który miał ambicje trzymania z wszystkimi „możnymi", w sposób naturalny przykolegował się do niego.

— Masz jakieś preferencje pokojowe?

— Chyba tam, gdzie byłem.

— Zobaczymy, czy ten pokój w ogóle się nadaje do zamieszkania…

Wzrok Pawła po wejściu od razu padł na buty, w których jego ojciec pokonał szlak bojowy na Monte Cassino, a on sam przeszedł w nich kilka pielgrzymek. Nie chciał zamienić ich na żadne inne.

— Patrz, moje traktory, nikt ich nie wyrzucił. Skąd wiedzieliście, że wrócę?

Krystian pokiwał głową w zadumie.

— A dokąd byś poszedł? Tylko Kościół przygarnia synów marnotrawnych. Nawet jakbyś buty zgubił, dałby ci nowe. I pierścień. — Klepnął Pawła w plecy. — Cieszę się, że razem pociągniemy ten wózek. Nie przeszkadza ci, że masz proboszcza o dwa lata młodszego?

— Nie, władza nigdy mnie nie pociągała.

— Podobnie jak mnie. Zrezygnowałem nawet z doktoratu, bo wystraszyłem się, że mogą mnie zrobić biskupem. — Krystian zaśmiał się ze swojego dowcipu. — Podobno to ty namalowałeś. — Wskazał głową na portret Popiełuszki.

— Tak. Kiedyś Jerzy się tu zatrzymał. Był przelotem. Nie wszedł nawet do kościoła. — Paweł zamyślił się. — Może by warto kiedyś jakąś tablicę przywiesić.

— Świetny pomysł. To mogłoby rozruszać parafię. Na wszelki wypadek nie kolportuj tego, że był tu tylko na kolacyjce…

Paweł spojrzał na rysunek pod obrazem, nie zwracając uwagi na słowa swojego nowego proboszcza.

— A to co? Baletnica czy zakonnica?

Krystian zbliżył się do ściany i zaczął się uważnie przyglądać rysunkowi. Po chwili na jego twarzy zakwitł uśmieszek.

— Widzisz? — Odwrócił się do Pawła. — Temu Wacusiowi jedno w głowie siedziało. Kobitki. Ale jego dramat polegał na tym, że nie umiał tańczyć.

— Dlaczego dramat? Zdzisław mówił mi, że wysłał go do Francji, bo ma wobec niego ambitne plany.

— Poczciwy z ciebie księżulo. Właśnie o takiego wikarego mi chodziło…