Święty i błazen

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wstęp

Pierwotnie tytuł miał brzmieć „Król i błazen", ale dla części osób termin „król" jest dziś nieczytelny. Wzięty z odległej przeszłości albo z baśniowej krainy. Różni w dziejach bywali królowie — mądrzy i pobożni, ale też satrapy i rozpustnicy. Dlatego „święty", bo kto nim jest i tak jest królem. Jezus powiedział, że prawdziwymi królami są ci, którzy służą — czyli święci. Jan Paweł II w „Przekroczyć próg nadziei" stwierdził, że święci są istotą chrześcijaństwa. Sól wiary. Większość królów zwietrzała.

Błazen żył na dworze i miał przywilej mówienia królowi prawdy bez cenzury i ogródek. Są jednak też inne skojarzenia. Błazen to tyle, co wariat. Człowiek, który się błaźni, czyli kompromituje. To ktoś, kogo genialny życiowy plan zakończył się klapą.

Jan Góra pozwalał sobie przy Papieżu na zachowania i działania, o których inni baliby się nawet pomyśleć. Niektórzy określiliby je jako nieodpowiednie albo gorszące. A Papież, gdy Góra wsadzał jego rękę do wiaderka z silikonem protetycznym po to, aby uzyskać odlew jego dłoni dla potomnych, stukał się widelcem w czoło i mówił do księdza Dziwisza: „Stasiu, po co z tym facetem zaczęliśmy się zadawać?", i ponownie zapraszał ojca Górę, i wspomagał jego projekty, plany, wizje...

Ale „Święty i błazen" może odnosić się też wyłącznie do Jana Góry. Dla jednych jest on świętym. Bo cuda, których dokonał, są tylko ich domeną. I tylko święci, tak jak on, potrafi ą kochać i płonąć. Dla innych pozostanie błaznem, hochsztaplerem, który dokonuje cyrkowo-diabelskich sztuczek.

„Piotr przypadł do kolan Jezusa, mówiąc: Odejdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny".

Ewangelia Łukasza 5,8

„W tej chwili wydawało mu się, że całkiem łatwo

można było zostać świętym. Wymagało to tylko

odrobiny kontroli nad samym sobą i nieco odwagi.

Czuł się jak ktoś, kto utracił szczęście tylko dlatego,

że spóźnił się o parę sekund na wyznaczone miejsce.

Wiedział teraz, że w ostatecznym rachunku

jedna rzecz się tylko liczy — świętość".

Graham Green, Moc i chwała

Część I


Stryjowstąpienie


Śmiertelny wstyd

Zadzwoniłem do ojca Jana na początku stycznia. Spodziewałem się, że wrócił już z Jamnej. Byłem zagrzebany w pisaniu książki i brakowało mi pewnego znaczącego ogniwa.

— Ojcze, czy mogę zająć chwilę?

— Mów, jestem co prawda dziesięć minut po operacji, ale proszę... — jego głos był niepokojąco spokojny. Jak u zawałowców, których olśniło, że nie ma już co się denerwować i spieszyć.

— Jakiej operacji?

— Miałem usuwaną kataraktę. Bardzo się jej obawiałem. Mój stryj umarł po niej. Wiesz, dzisiaj to właściwie zwykły zabieg, po godzinie można iść do domu. Dawniej nacinało się gałkę oczną na długości 5 centymetrów i wsadzało sztywną soczewkę, a dziś to tylko 2 milimetry. Wtedy po operacji leżało się w zaciemnionym pokoju trzy dni i nie można się było ruszyć. Mój stryj, przedsoborowy kapłan, nie był nawykły, aby wołać o basen, dlatego nie poprosił i... zrobił pod siebie. Pielęgniarka w odwecie, w zimowy dzień, ostro wietrzyła salę. Stryj dostał zapalenia płuc i zmarł. Oczywiście, mówię ci to na ucho...

— Według mnie jest to historia jak najbardziej do opowiedzenia innym. Bardzo ludzka. W wielu wymiarach. Wstyd prowadzi nas często do katastrofy, zarówno gdy chodzi o choroby naszego ciała, jak i duszy. Stryj już nie żyje, patrzy na to z góry i śmieje się, a żywym ta opowieść może się przydać.

— Pomyślimy. Chciałeś o coś zapytać?

— Nie mam serca teraz ojca męczyć. Niech ojciec da mi sygnał, jak dojdzie do siebie...

Odłożywszy komórkę, odszukałem na półce zieloną książeczkę „Pióro plebana", wydaną w 1986 roku przez pallotynów. Już kiedyś ją dokładnie przegryzałem, przygotowując się do różnych rozmów. Dobrze pamiętałem, że tam jest źródło zjawiska znanego jako „Jan Góra". Książeczka to szumna nazwa dla kilkudziesięciu doszczętnie rozklejonych, pozakreślanych karteczek, w okładce z rysunkiem plebanii w Paleśnicy. Właściwie nie muszę jej czytać, przebiegam tylko różnokolorowe zaznaczenia.

„Usiłując zrozumieć cokolwiek z tej drogi, którą już od wielu lat idę, potykam się o pióro i wracam do Paleśnicy, na plebanię. Moje korzenie sięgają właśnie tam, i tamto miejsce, wbrew metryce, uważam za właściwe miejsce mego urodzenia, ponieważ stamtąd wyniosłem, o czym miałem się dopiero z czasem przekonać, zaszyfrowany tajemnie plan".

Przeglądam dalsze fragmenty i uświadamiam sobie, że wszystko, co działo się przez kolejnych trzydzieści lat w życiu ojca Jana, było właściwie dopowiedzeniem tej historii. Niesamowite.

Na biurku Jana Góry leżał zawsze złoty waterman, wieczne pióro z zacementowaną atramentem końcówką. Nikt nie chciał go przyjąć do naprawy, więc latami to pióro leżało bezużyteczne. Ale dzięki niemu powstała przed laty ta książeczka. Niewydolność pióra miała swoje symboliczne wymiary. Kryła się za nim opowieść nie do opowiedzenia. Z wielu względów. Góra opowiedział wtedy pewne strzępy dramatu swego stryja, coś odsłonił, ale nie do końca. Choćby dlatego, że negatywnymi bohaterami tej opowieści były osoby ze stanu duchownego, a ojciec przecież z natury nie znosi złego opowiadania o księżach. A poza tym ta opowieść rozwijała się w czasie.


Pośmiewisko i kłosy zboża

— Pisząc słowa w „Piórze plebana" o zaszyfrowanym tajemnie planie życia, nie zdawał sobie ojciec sprawy, że wypowiada proroctwo na temat samego siebie. Myślę, że wtedy oznaczały dla ojca fakt, że tam, w Paleśnicy, zrodziło się ojca powołanie. Ale przez te trzydzieści lat wydarzyło się tyle zadziwiających spraw, że ojca drogę można nazwać STRYJOWSTĄPIENIEM. I jest to tajemnica...






— Bolesno-radosna... Nigdy nie przypuszczałem, że moje kapłaństwo tak bardzo będzie przypominało jego. Kochałem go i fascynował mnie, ale tak naprawdę myślałem, że jako kapłan zajdę znacznie wyżej, to znaczy, że moje kapłaństwo będzie wolne od ograniczeń przedsoborowych czasów i galicyjskiej przestrzeni. Poszedłem do dominikanów, jakby na innego księdza. Wyzwolonego z tych wszystkich balastów, które ciążyły nad kapłaństwem stryjowym. Należał do pokolenia kapłanów galicyjskich zwanych agricole cum facultate sacrificandi, rolnikami obdarzonymi prawem sprawowania sakramentów. Pokolenia odchodzącego, które moce swego kapłaństwa lokowało w ziemi. Ja byłem zafascynowany inwestowaniem w człowieka.

— Co ojca w stryju tak urzekło, że zapragnął ojciec zostać kapłanem?

— Zaangażowanie w sprawę Bożą. Uczestnictwo w innej przestrzeni, dostęp do innych światów...

— To trochę abstrakcyjne. Do młodego człowieka fascynacja wdziera się poprzez jakieś obrazy, zdarzenia.

— Przedmiotem mojego podziwu była miłość we wszystkim, co robił. Zabierał mnie na przechadzki. Niezapomniane spacery po wsi do chłopskich domów. Chadzaliśmy też polami, między zbożem. I było wtedy tak dobrze i uroczyście. On, stary ksiądz, radował się jak dziecko, że zboże takie ładne i że ma kłosy pełne i ciężkie... Nauczył mnie spotkań z przyrodą. Pokazał mi pierwsze w życiu źródełko. Stryj nie był mistrzem słowa, pomimo że kiedyś zapraszano go z kazaniami odpustowymi. Mówił niewiele, w rozmowach z ludźmi był nieporadny, jakby zakłopotany. Ale słuchał. I to było dla ludzi najważniejsze. Po prostu był.

— No dobrze, ale ojciec napisał: „Żył jako pośmiewisko i przykład nieumiejętności życia w swojej rodzinie i w swojej parafii. Nigdy nie ułatwił okazywania ciepłych dla siebie uczuć, pozostawiając to wielkodusznej wyobraźni serca, gotowej wznieść się ponad błahostki". I dalej: „nigdy też nie przypuszczałem, że właśnie on pozostanie w mej pamięci jako wzorzec, więcej jako przesłanie". Co się zatem stało?


Nocny szloch

— Pewnej nocy usłyszałem płacz... Nie mogłem zasnąć, pewnie objadłem się jabłkami, i wtedy usłyszałem szloch stryja — szloch przerywany modlitwą. Próbował napisać list, by wytłumaczyć się z wytaczanych przeciwko niemu zarzutów... Fatalnie mu szło to pisanie. Pismo miał szkaradne i nie potrafił się obronić przed podłościami, które dotykały.

 

— Jakie to były podłości?

— Donosy... Że kieruje się prywatą, że pomaga rodzinie... Że stary... Byłem wtedy bardzo młody. Ten jego żal odbierałem jakby ogólnie. Szesnaście lat po jego śmierci, kiedy pisałem „Pióro plebana", chciałem się dowiedzieć, jakie były przeciw niemu zarzuty. Dotarłem do teczki personalnej stryja w kurii. I nie znalazłem tam nic wielkiego. Za mało, żeby wytłumaczyć jego płacz. W zasadzie dwa donosy na stryja, jeden o tym, że proboszcz pomaga z „plebańskiego" jakiemuś człowiekowi, „a to się informatorowi, jak i całej parafii, bardzo nie podoba", a drugi o tym, że pasącym bydło poza granicami parafii nie odpowiada godzina mszy świętej, bo po zapędzeniu bydła do obór nie mogą zdążyć na mszę... Pomyślałem, że musiał tu być ktoś przede mną i wyczyścił teczkę. Ale jaki miałby w tym interes? A może te zarzuty to tylko wytwór zalęknionej starczej wyobraźni stryja, która nie nadążała za tym, co nowe i postępowe? Myślę, że płakał nad sobą. Nad swoim niedołęstwem. I nad tym, że był w tym niedołęstwie samotny. Ludzie, o których myślał, że mu pomogą, odpłacając za miłość, znaleźli interes i zabawę w jego wyszydzaniu. Nikt się za nim na starość nie ujął. Pisałem tę książkę przed laty jako jego obronę, gdyż ten jego modlitewny szloch dobiegał mnie bardzo długo.

— Zastanawiam się, ojcze, na ile ojca kapłaństwo zrodziło się z zauroczenia posługą stryja, a na ile było wynikiem jakiegoś wyrzutu sumienia, zobowiązania do podparcia chylącego się Kościoła, którego obrazem był zniedołężniały kapłan... Jego nocny szloch. Czy tak się nazywa ojca powołanie?

— Nie wiem, czy to się da ująć w procentach. Myślę, że jego niedołęstwo i samotność w żaden sposób nie opisują wystarczająco mojej decyzji, bym został księdzem, ale i pewnie sama jego miłość do świata nie wystarczyłaby. Pan Jezus też pociąga swoją miłością, ale wielu, którzy za Nim idą, porusza szczególnie Jego samotność i droga krzyżowa.

— Poszedł ojciec do dominikanów, co nie było marzeniem stryja.

— Nie, jego marzenie było proste. Miałem zostać księdzem diecezjalnym, a po jakimś czasie proboszczem, który przygarnąłby go na swoją parafię jako rezydenta. Stryj marzył o tym, by mi pomagać w parafii i w ten sposób dożyć szczęśliwej starości. Tak się nie stało. Z jednej strony, zadecydował mój kontakt z dominikanami w Prudniku, a z drugiej, wstępując do zakonu, chciałem uniknąć losu stryja — samotnego i wyszydzonego kapłana, który na starość nie bardzo mógł liczyć na pomoc ze strony parafian i Kościoła, bo nastały inne czasy, nikt nie chciał się narażać nowemu proboszczowi.

— Ale myślę, że były jeszcze inne powody ojca wstąpienia.

— Tak, jeden z nich to mój ksiądz katecheta, który się ożenił. Został potem urzędnikiem stanu cywilnego i udzielał ślubów. W miasteczku powiadano, że tak czy owak nie ma ślubu bez księdza. Ślubu zawsze udziela ksiądz.

— To znów określa ojca kapłaństwo jako RATUNEK. Ojciec czuł się od początku obrońcą, tak jakby ojciec chciał łatać dziury w statku. Czy ojcu nie zapaliły się lampki ostrzegawcze? Tu Kościół źle traktuje swego kapłana, tam kapłan występuje...

— Nie, to nie budziło moich obaw. To nie było żadnym argumentem w stosunku do dobra, które widziałem w Kościele.

— Był jeszcze element objawienia innej natury. Lekko humorystyczny.

— Tak, zanim zdążyłem pomyśleć, że chciałbym zostać księdzem, objawiła to światu gosposia stryja, Honorka. Kiedyś wlazłem pod łóżko w pogoni za kotem, a ona krzyknęła: „Jasiek, zostaw kota. Ty masz być księdzem!". To zwiastowanie odbyło się w sposób mało uroczysty i mało poważny. Może miało to jakiś wpływ na to, że mój styl posługi kapłańskiej jest dla niektórych, delikatnie mówiąc, nietypowy.

— Czy Honorka służyła potem u nowego proboszcza?

— Nie, wziął sobie nową, Justynę, która zginęła tragicznie. Wpadła pod autobus, przechodząc z kościoła do plebanii, która była po drugiej stronie szosy. Stryj był stary, kiepsko chodził, czasem Honorka podała mu rękę i szli do kościoła, i jego następca kpił sobie, że oto małżeństwo mistyczne.


Ostatni i jedyny

— Jest znaczące, że ostatnią mszę stryj odprawił u dominikanów. Czyli w jakiś symboliczny sposób przygarnął go ojciec „na swoją parafię".

— Tak, w naszym klasztorze w Krakowie, w bocznej kaplicy Świętego Krzyża w przeddzień pójścia do szpitala na operację oczu. Służyłem. Byliśmy sami. No i oczywiście Aniołowie. Jeden z nich „zaniósł tę ofiarę na ołtarz w niebie przed Oblicze Boskiego Majestatu... abyśmy otrzymali obfite błogosławieństwo". Tak słabo już widział, że wszystko, co było możliwe, czytałem. Ewangelię zaczął jedynie. Ja, chociaż wtedy nie byłem nawet diakonem, musiałem ją skończyć. Ledwie stojąc na nogach i trzymając się ołtarza, zwracał się ku mnie jako ku jedynemu reprezentantowi Ludu Bożego, oczekując odpowiedzi i udzielając błogosławieństwa. Byłem ostatnim i jedynym.

— Zawsze ojciec powiada mi, że msza jest centrum ojca życia, że główna myśl każdego dnia to, jak ją zorganizować. Czy czuje się jakoś ojciec przez tę mszę naznaczony? Ojciec wtedy szedł drogą ku kapłaństwu. Najpierw dane było ojcu zaznać smaku słabości...

— Tak, smak słabości. On był nie tylko w czasie tej mszy. Potem odwiedzałem stryja w szpitalu. Pewnego dnia poprosił mnie, bym go ogolił. Nie miałem w tej materii doświadczenia. Taką przysługę wyświadczałem pierwszy raz w życiu, sam od niedawna się goliłem. Nie bardzo to mi się powiodło, zapychającą się co rusz mydłem żyletką gładziłem jego pomarszczoną twarz, aż w końcu biała piana zaczęła zabarwiać się na czerwono. „To nic, nie przejmuj się" — powiedział. Nie było w tym żadnego wydziwiania, tak samo jak w poproszeniu mnie o tę przysługę. Uczył mnie w tamtej chwili stawania się człowiekiem i kapłanem. Gdy przyszedłem po raz drugi, by go ogolić i zdać mój egzamin poprawkowy, okazało się, że się spóźniłem. Był wczesny ranek, pierwszy dzień nowego roku 1970. Pielęgniarka nie chciała mnie wpuścić, twierdząc, że jestem niepotrzebny...

— Kiedy się ojciec dowiedział o prawdziwym powodzie śmierci, o wstydzie stryja?

— Wtedy, od pacjentów z oddziału okulistycznego.

— A czy był ojciec u stryja już po operacji?

— Ostatni raz go widziałem przed operacją. Podobno nocą wołał jakiegoś Jaśka.

— Czy wcześniej ktoś z ojca bliskich umarł?

— Nie, to była pierwsza śmierć, jaką przeżyłem. I to od razu kogoś tak dla mnie ważnego. Po pogrzebie stryja, który odbył się w niesamowitej aurze — ciepły styczeń, zwariowany jak tego roku — wyjechałem, strząsając pył, a raczej błoto, z butów i nogawek. Przysięgałem w duszy, że nigdy do Paleśnicy nie wrócę. Nie tak wyobrażałem sobie pogrzeb księdza, który czterdzieści lat poświęcił tej parafii. Biskup nie raczył przyjechać ani przysłać oficjalnego delegata.


Raj odzyskany

— Ale wrócił ojciec do Paleśnicy, by przeżyć przygodę, której ojciec w najśmielszych snach nie przewidział.

— Wbrew zapowiedziom parę razy jeszcze w okolice Paleśnicy wróciłem, już jako kapłan. Musiałem odprawić tu mszę, przy ołtarzu, przy którym tysiące razy stawał mój stryj, przy którym służyłem jako ministrant. Parę razy też byłem tu z młodzieżą na obozach wędrownych. Ale nie mogłem podejrzewać tego, co stało się w roku 1991, że miejsce mojej goryczy stanie się przestrzenią mojej największej radości. „Niewdzięczna ziemia", która wzgardziła mną, wzgardzając stryjem, odpłaciła mi też dobrem.

— Stała się rajem odzyskanym.

— No tak... Chciałem na sylwestra 1991 roku pojechać gdzieś z młodzieżą w Tatry. A wtedy ojciec Tomasz Pawłowski, legendarny prawie dwumetrowy „Kruszyna", powiedział: „Ty snobie, twierdzisz, że masz wyczucie formy, a jedziesz na Krupówki... Jedź na Jamną".

— Dlaczego powiedział akurat na Jamną, a nie do Paleśnicy?

— Bo on to miejsce znał. Tomasz każdą dziurę w Polsce przetarł swoją stopą i portkami. Bywał tam ze swoją młodzieżą.

— Czyli w pewnym sensie to on odkrył Jamną...

— No niestety, nie byłem Kolumbem. I sprzedał mi to jako swój sekret duszpasterski. Powiedział: „Jedź na Jamną, tam jeszcze pamiętają twojego stryja księdza". Zatkało mnie. Pamiętają? Być może, ale od najgorszej strony. Głos Tomasza nie dał mi spokoju. Coś obudził. Uruchomił podświadomość.

Zaczęło się fatalnie. Z trzydziestu osób deklarujących chęć wyjazdu raptem ostało się pięć: cztery dziewczyny i jeden chłopak. Co ja z nimi będę tam robił? Któregoś dnia, idąc w rozpaczy do sklepu po wódkę... Maria Talarczyk, która była w tej czwórce dziewcząt, twierdzi, że szedłem po chleb. Nieważne, każda legenda ma różne wersje. Człapiąc, napotkałem dwóch miejscowych, którzy zapytali: „Co ksiądz taki zbolały, czego księdzu do szczęścia brakuje?". „Gdybym miał jakąkolwiek budę na własność, to wziąłbym się do roboty, a nie łaził po wsi...", odpowiedziałem.

— Czyli miał już ojciec plan zdobycia tej budy, przed zejściem do wsi...

— Nie, nie wiem, skąd mi się to wyrwało, nie byłem jeszcze wtedy zapamiętałym budowniczym. Gdyby nie to pytanie paleśniaków, to pragnienie nie dobyłoby się ze mnie. Myślę, że ono wezbrało po Światowym Dniu Młodzieży na Jasnej Górze. Nasze duszpasterstwo odniosło wielki sukces. Zaistniało publicznie. Chyba podświadomie zrodził się we mnie instynkt kapłana-kwoki, który wie, że musi zagarnąć pod skrzydła swoje pisklę ta. Musi je zgromadzić, a nie uda się to, jeśli im nie zapewni schronienia. A gdy to pragnienie się poczęło, to potem poszukało sobie ziemskiej materializacji. Życiowe scenariusze są na usługach naszych marzeń. Ziarnem są marzenia.

— I dokonał się cud. Jak to ojciec ciągle powtarza — górale Górze podarowali górę.

— A potem ten cud wyzwolił cały łańcuch cudów otwierania ludzkich serc i portfeli, co pozwoliło przemienić spacyfikowaną przez Niemców w 1944 roku wioskę, która miała raz na zawsze umrzeć, w miasteczko nadziei, w którym młodzi, i nie tylko, zdobywali wiarę.


Troska o prawdę

— Napisał o tym ojciec książkę „Pijani Bogiem". Bo tylko w kategoriach mistycznego upojenia można było o tej przygodzie opowiedzieć. O budowie Domu Wiary św. Jacka.

Jeden z pokoi w tym domu nazwał ojciec „pokojem stryja", no i dolepił ojciec parę słów wspomnienia. Wzruszył się ojciec, że wraca na ziemię stryja.

— Tak, i wysłałem tę książkę biskupowi Tarnowa Józefowi Życińskiemu, do którego diecezji należała Paleśnica. Parafia stryja. Sądziłem, że biskup jakimś ciepłym słowem w cudzysłowie zrehabilituje stryja, myślałem, że uraduje się tym moim raportem, że miłość zwycięża nad czarnymi snami z przeszłości. Niestety, list, który od niego otrzymałem, był szalenie gorzki w wymowie. Najpierw mnie zmroził, a potem rozdrapał na powrót ranę.

— Mógłby mi ojciec pokazać ten list?

Drogi ojcze Janie, dziękuję za egzemplarz „Pijani Bogiem", z jego entuzjastami spotkałem się jeszcze przed otrzymaniem tomu. Cieszę się, że jego recepcja w kręgu młodych czytelników jest równie serdeczna i serdecznie gratuluję ojcu stylu, w którym poetyka osobistego kontaktu z Bogiem staje się zaproszeniem do wejścia dla innych w tę samą przestrzeń Bożej bliskości. Jako że struktura eklezjalnej poetyki czasem wchodzi w konflikt z biurokracją, mogą się pojawiać głębokie różnice przy ocenie niektórych osób. Jedna z takich różnic występuje w przypadku biografii księdza Jana Góry, proboszcza z Paleśnicy. Otóż dostępne mi dane wskazują niestety jednoznacznie, że prowadził on działalność w PAX-ie w tym okresie, gdy łamano kapłańskie charaktery.

— Działalność, działalność!... Wiejski proboszcz chowający 20 krów, konie, świnie, kury prowadził działalność... Sprowadzał „Słowo Powszechne" i „Za i Przeciw", bo nic innego nie było. No czytaj dalej...

 

Stąd też rezerwa kurii tarnowskiej w czasie pogrzebu nie wynikała z biurokratycznych uprzedzeń, lecz z troski o prawdę. Kiedy przy trumnie defilował przedstawiciel PAX-u ze specjalnym wieńcem, który w tamtych czasach miał smutną wymowę, milczenie nieobecności było wtedy jedyną formą wyrażenia dystansu wobec działań naznaczonych skądinąd piętnem dramatu. Bolesne to, ale niestety prawda nie zawsze chce się podporządkowywać kanonom poetyki. Wierząc, iż piękno można odkrywać nawet w pejzażu naznaczonym przez zdradę i ból, które nie przekreślają całkowicie wartości człowieka, łączę słowa serdecznych pozdrowień w Chrystusie. Józef Życiński Biskup.

— A więc zamiast rehabilitacji stryja, nadeszły słowa zawoalowanego potępienia. Myślę, że wielu młodych czytelników w ogóle już nie rozumie, o co tu chodzi. Jaki PAX? Dlaczego słowo oznaczające pokój staje się tutaj paragrafem, z którego skazuje się stryja.

— PAX oczywiście był wielkim problemem dla Kościoła powojennego w Polsce. Organizację założył Bolesław Piasecki, który uważał, że można pogodzić ogień z wodą, że można służyć Kościołowi i komunistycznemu państwu, które ze swej natury dążyło do zniszczenia Kościoła i wytępienia religii w społeczeństwie. Oczywiście strategia PAX-u została oceniona negatywnie, prymas Wyszyński nie dawał się nabrać na żadną współpracę z Piaseckim, nazywając go jednoznacznie szkodnikiem i grzesznikiem... ale nie ulega wątpliwości, że niektóre działania PAX-u niosły jakieś dobro. Książki, które PAX wydawał, budowały wiarę wielu ludzi. To jest skomplikowana rzeczywistość. Ale tu nie o to chodzi. Mój stryj nie był żadnym działaczem PAX-u, a jedynie utrzymywał kontakty z ludźmi, którzy do niego przynależeli. Bo wzorem Pana Jezusa nie przekreślał nikogo. Nie da się być w życiu konsekwentnym. Sam prymas Wyszyński, który osądzał PAX bardzo ostro, przyjaźnił się i cenił Jana Dobraczyńskiego, a ten, jak wiadomo, PAX firmował. Zresztą to jest ogromny temat w chrześcijaństwie, w życiu każdego człowieka, czy i jak utrzymywać kontakty z ludźmi, którzy w jakiś sposób mogą być źródłem zgorszenia. Papieża też wielokrotnie oskarżano o to, że spotykał się z ludźmi, którzy wlekli za sobą jakieś winy. Za Arafata terrorystę, za Kurta Waldheima nazistę, za Fidela Castro komunistę etc. Gdyby Jana Pawła II rozliczono za wszystkich „gorszycieli", z którymi się spotkał... Ale to absurd! Albo się wierzy w uzdrawiającą moc dobra, albo bardziej wierzy się w zaraźliwą moc zła. Ci, którzy dbają o „czystość kontaktów", z reguły wpadają w faryzeizm. A ile razy ja dostawałem za to, że na Lednicę „wpuściłem" Marka Kotańskiego czy prezydenta Komorowskiego...

— Czy próbował ojciec kiedyś porozmawiać bezpośrednio z Życińskim o sprawie stryja?

— Nie, na rozmowę nigdy się nie zdobyłem, nawet jak biskup był na Jamnej, jakoś poniechałem rozliczeń. Ale napisałem do niego list.

Masz...

Przewielebny i Drogi Księże Biskupie!

Dziękuję za trudny dla mnie list. Dotyczy on człowieka, któremu po Panu Bogu i Rodzicach najwięcej w życiu zawdzięczam. To on pokazał mi drogę, którą idę do dziś.

List Księdza Biskupa obudził we mnie struny, które wyciszałem przez lata, struny żalu, poczucia niesprawiedliwości i posądzeń pod adresem niedołężnego starca. Dla tych wszystkich, którzy go znali osobiście i chociaż raz widzieli na oczy, formułowane zarzuty są po prostu śmieszne. Najzwyczajniej fizycznie do niego nie przystają.

Z odpisaniem na list czekałem, aby ochłonąć, aby raz jeszcze zmierzyć się z dramatem, aby odszukać ludzi, którzy mogliby coś na ten temat powiedzieć, zaświadczyć.

Dramat osoby stryja polegał na tym, że po trzech latach współpracy z księdzem wikarym poprosił biskupa o pozostawienie go na dłużej. Wikary czuł się w Paleśnicy dobrze i prosił stryja, aby wstawił się za nim u biskupa. Co też stryj uczynił. I wówczas wszystko się odmieniło. Młodszy kapłan objawił w stosunku do starca okrucieństwo syna, któremu ojciec, przepisawszy majątek, stał się nienawistny. Teraz stary proboszcz stał się już do niczego niepotrzebny. Młody i rzutki wikary zdobył całkowicie zaufanie biskupa. Na początku ksiądz Zdzisław Gierałt przyjaźnił się z naszą rodziną, bywał u nas, w Prudniku na Śląsku, a w archiwum rodzinnym znalazłem kilkanaście listów okolicznościowych od niego. Później ta przyjaźń zamarła i przerodziła się we wrogość.

Piszę o tym przedziwnym zjawisku, aby przybliżyć podłoże dramatu. W sierpniu bieżącego roku przyszedł do mnie człowiek, kiedyś ogromnie zaufany księdza Gierałta, aby się wytłumaczyć z tego, że na polecenie następcy stryja wpisywał niepochlebne treści na temat naszej rodziny spędzającej wakacje na plebanii w Paleśnicy do kroniki parafialnej. Nadużywanie przez rodzinę gościnności plebanii — to był również jeden z zarzutów w stosunku do stryja.

Tymczasem wakacyjne pobyty członków naszej rodziny na plebanii były stawianiem się do nieodpłatnej pracy, podczas kiedy inni jeździli na kolonie i obozy nad morze i w góry do miejsc bardziej atrakcyjnych. Ja sam kopałem rowy pod wodociąg na plebanię, kaligrafowałem duplikaty metryk dla Kurii, pasałem plebańskie bydło, pomagałem w żniwach, a wcześniej nosiłem śniadania i podwieczorki żniwiarzom, podawałem snopki w stodole i chodziłem po robotników do pracy na plebańskich polach. Podobnie albo jeszcze bardziej pracowali inni.

Doszedłem zatem do wniosku, że urabianiem negatywnej i kompromitującej opinii o śp. stryju plebanie paleśnickim zajął się z nakładem sporej energii i niemałym, jak widać, skutkiem jego następca.

Jeżeli w podobny sposób powstawała opinia o stryju jako działaczu paxowskim... i jeśli źródło informacji jest to samo, to mam wszelkie podstawy, aby traktować ją jako nieprawdziwą, a wygodną, aby usprawiedliwić wszelki brak miłosierdzia w stosunku do starca, potrzebującego pomocy, a nie osądu. W dniu 5 stycznia 1970 roku na cmentarzu w Paleśnicy grzebano człowieka, kapłana, a nie działacza, i nie ideologię.

Wiem od samego stryja i innych członków rodziny, że nigdzie do niczego nie należał. Księdzem patriotą nie był, a do PAX-u księży nie przyjmowano.

— Młodzi też dziś już pewnie nie wiedzą, co to „księża patrioci".

— Też tak myślę...

— Związek Księży Patriotów, powołanych przez Urząd Bezpieczeństwa do wspierania „władzy ludowej". No to czytaj...

Być może, że tą paxowską działalnością była zgoda na sprzedawanie pod kościołem w niedzielę po mszy św. paxowskiego tygodnika „Za i Przeciw", którego prenumeratę załatwił brat Wojciech z Brzeska, jako jedynie wtedy dostępnego pisma religijnego.

Być może, że paxowską działalnością było to, że odwiedzali go dwaj redaktorzy „Kierunków" w latach sześćdziesiątych, pochodzący z jego rodzinnych stron, z tej samej szczepanowskiej parafii, którzy, widząc mizerię jego życia, usiłowali mu po ludzku pomóc (...) w dotarciu do lekarza (...).

Drogi Księże Biskupie, poniżenie i bezradność tego człowieka oglądałem na własne oczy. Jego samotność i izolację... Ja sam widziałem, jak po zakończeniu proboszczowania dostawał jeść osobno, w swoim pokoju, na blaszanej misce i na gazecie... aby nie plątał się niepotrzebnie po plebanii. To nie była poezja. (...)

Nie mogąc którejś nocy zasnąć, usłyszałem jego bezsilny płacz w pokoju za ścianą, kiedy próbował coś napisać do ówczesnego biskupa i nie mógł tego uczynić, ponieważ starcze ręce odmówiły mu posłuszeństwa. Niechże ten mój list będzie tym nienapisanym wtedy przez niego. I tak proszę go potraktować.

Stąd też słowa o działalności paxowskiej — w stosunku do człowieka poruszającego się z trudem o lasce... On, który mówiąc, twarz zasłaniał chusteczką, tamując wybuchy chronicznego kaszlu. Jego po prostu trudno było ludziom pokazać. Sam przecież słyszałem i widziałem naigrawanie się następcy, przedrzeźniającego mojego stryja, jego chód, pokręconą sylwetkę i kaszel. To było żenujące. Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że nie wedle tej miary będą chowani ludzie oddani Kościołowi, którzy w różnych czasach i większej jeszcze skali współpracowali z PAX-em, tam drukowali czy odbierali paxowskie nagrody. (Zresztą historia powtarza się dzisiaj, gdzie w pewnych kręgach należy do dobrego tonu współpraca z laickimi instytucjami czy mass mediami, które nie grzeszą nadmierną przyjaźnią i szacunkiem wobec Kościoła).

Ileż stryj przecierpiał z powodu tej dorobionej mu gęby paxowskiej, sam widziałem. Wiem to wszystko również od niego samego. (...)

Kochany Księże Biskupie!

Długo nosiłem się z napisaniem tego listu, a napisawszy, długo czekałem. Pokazywałem go starszym ojcom, wyciszając emocje i ważąc słowa. Ostatecznie wysyłam, aby nie zrezygnować z obrony kogoś, kogo wytłumaczenia do końca nikt nie wysłuchał i kto dzisiaj już sam bronić się nie może. (...)

Myślę, że Miłośnikowi Prawdy moje dopowiedzenie i moje widzenie osoby i sprawy stryja nie przeszkodzi w budowaniu dnia jutrzejszego.

Piszę to, bo dzięki Opatrzności Bożej sam wróciłem na ten teren z entuzjazmem, i bardzo pragnąłbym, aby było to wspólne budowanie Boże, bez cienia osobistych obciążeń.

Załączam wyrazy przywiązania i swojego oddania w Chrystusie.

— I co, serce biskupa się skruszyło?

— Nie bardzo. Zresztą sam oceń:

Tarnów 24 10 1994 roku.

Drogi księże Janie, dziękuję za list i rozumiem trudne księdza wybory, pełne rozterek. Ufam, że kiedyś, gdy się spotkamy, pomówię o wszystkim, co boli, a co niezręcznie przelewać na papier. Moja sytuacja jest o tyle trudniejsza, że jako biskup mam być ojcem wszystkich, unikać czarno-białych schematów, rozumieć księdza Górę, jak i tych, którzy mieli do niego wiele zastrzeżeń. Ta życiowa kwadratura koła jest bardzo trudna, nie musi jednak znikać z niej prawda, choćby była bolesna. Pozdrawiam księdza bardzo serdecznie.