Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,90  46,32 
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Leżał i na zmianę rozczulał się nad swoją słabością i starością. I nad przemijaniem. I nad swoją niestabilnością. W jednej godzinie wydawało się, że wszystko zmierza do celu. No choćby sprawa Franka… Będą razem… I nagle przychodził skurcz i docierała do niego świadomość, że Cybula, przyjaciel, na którym wszystko opierał, odszedł. Pojawił się w szpitalu, by dać mu nadzieję, i znikł. Tyle razy uczył wszystkich, że drugi człowiek nie jest w stanie zapełnić naszej wewnętrznej pustki. Że jeśli w tę pustkę nie wejdzie Bóg — zawsze będziemy niespełnieni i smutni. I co z tego, że o tym wiedział? Traktował tę przyjaźń jak rodzaj małżeństwa. Nigdy tak tego nie nazywał, nawet przed sobą. Ich relacja była zdrowym męskim związkiem. Ale była w niej istota małżeństwa. „Jeden drugiego brzemiona noście”. No a teraz tego nie ma. Pozostała dziura, której niczym nie można zasypać. I nikomu nie może powiedzieć o tej samotności. Nawet jeśliby nie wyśmiali, to i tak by nie zrozumieli. Jego stan był dla niego dowodem, że jest słaby. Nagle ta obręcz na jego głowie pękała i ni stąd, ni zowąd czuł, że tuli się do Boga. Przypływy i odpływy.

Przecież musi być szczęśliwy. Magda zaskoczyła go dziś swoim wyznaniem o ojcostwie. Zakochanie przeszło w formę bezpieczną dla nich obojga. Narodziny ojca… Tak długo to trwało. Nie mógł przed sobą zaprzeczyć, że świadomość bycia kochanym w znaczeniu potocznym była mu niemiła… Byłby hipokrytą. W kobiecie widział kobietę. I nie było to łatwe. Jednak to wyznanie go…

Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł „Krzaczasty”. Wydał mu się jeszcze wyższy niż za pierwszym razem, był zmuszony patrzeć niemal w sufit.

— Czy przyjmujemy dziś Pana Jezusa? — zmienił dotychczasową formułę z „pan” na liczbę mnogą.

— Tak… Tylko chciałem księdzu się wreszcie przedstawić. Bo ja też jestem księdzem. Wacław Olbrycht.

Na twarzy „Krzaczastego” malowało się wyczekiwanie. „Każdy może tak powiedzieć”.

— Jakoś nie dostrzegłem specjalnych oznak — rzekł z nieskrywaną ironią.

W pierwszej chwili chciał zażartować, że doktor zabronił mu nosić koloratkę, ale zdecydował się jednak porozmawiać serio.

— Jestem z parafii Pierwszych Chrześcijan.

— Taka parafia istnieje u nas w mieście? — uniósł brwi.

— Tak, właśnie ją buduję — wyjaśnił z emfazą Wacław.

— To wiele tłumaczy.

— Dla niektórych jestem bardziej znany pod pseudonimem Groser — w swojej naiwności czy też determinacji nawiązania kontaktu próbował doprowadzić go do „olśnienia”.

— Ksiądz pod pseudonimem?

— No jestem… to znaczy próbuję być pisarzem, wspomagam moje kulawe kapłaństwo pisaniem — uśmiechnął się usprawiedliwiająco, z nadzieją, że jego pokora rozbroi „Krzaczastego”.

— Nie bardzo rozumiem. Osobiście kapłaństwo opieram na nauce Kościoła i Piśmie Świętym. Raczej nie słyszałem, żeby kapłaństwo wymagało wspomagaczy.

Prysły złudzenia. W tej chwili już wiedział, że jego kolega po fachu stoi za szklaną szybą i nawet jeśli wie, kim on jest, będzie się do końca bawił sytuacją.

Przez chwilę chciał się odciąć szydercy w sutannie. Zrezygnował.

— Chciałbym, proszę księdza, odprawić mszę świętą. Nie bardzo wiem, jak mam sam to zrobić — spojrzał na swe dłonie w nadziei, że wzrok „Krzaczastego” też tam powędruje. — Chciałbym odprawić mszę w pewnej intencji w dzień Marii Magdaleny…

— Niestety, tego dnia nie ma mnie w szpitalu, ale proszę, może oczywiście ksiądz mszę odprawić. Wszystko, co potrzeba jest w szafie w kaplicy, a klucz pod doniczką z kwiatem na stoliku obok. Może jakiś księdza kolega by przyszedł.

— Dobry pomysł. Zapytam. Dzięki za podpowiedź.

— Nie ma sprawy. Zatem… — „Krzaczasty” dał do zrozumienia, że chce przystąpić do udzielenia komunii.

7

— Zobaczyła pusty grób i się rozpłakała. Oczy jej były zasłonięte. Spojrzała na stojących obok aniołów, ale aniołów w nich nie widziała. Zapytali ją, dlaczego płacze. „Zabrano mego Pana i nie wiem, gdzie Go położono”. Odwróciła się i wtedy, jakby w odpowiedzi na jej słowa, ukazał jej się Jezus pod postacią Ogrodnika. Czy Jezus miał inne rysy? Raczej nie, wątpliwe, żeby się z nią tak bawił. Zakładał maskę. Ale ona nie widzi, chociaż patrzy. I dopiero gdy usłyszała Jego głos: „Mario”, wtedy wszystko zrozumiała. Ciekawe, że uczniowie idący do Emaus, którzy przez parę kilometrów słuchali, jak im objaśniał pisma, nie doznali tego olśnienia. Nie poznali Go ani po twarzy, ani po głosie. Poznali Go dopiero po łamaniu chleba. Do każdego Pan Jezus przychodzi inaczej. Są ślepi, którzy Go słyszą, i są głusi, którzy Go widzą. Czy jest jakiś uprzywilejowany sposób, w który do Niego docieramy, a raczej, w który On dociera do nas? Każdy z nas jest niepowtarzalną ścieżką do Boga.

Poczuł wlepione w siebie oczy Kanarka… i nagle zabrakło mu słów. Powróciły sceny. Bał się, że wszystko, co powie, może być odczytane jako aluzja. Chciał jeszcze powiedzieć, że pragnieniem każdego kapłana jest nakarmić drugiego człowieka Jezusem. I że on dziś nie jest w stanie tego uczynić, bo…

Zamilkł na dłuższą chwilę. Ognik po minucie znacząco chrząknął.

Urwał, bo miał przeczucie, że to, co chciał powiedzieć, było już tylko jego rozmową z Bogiem. Usiadł.

W czasie konsekracji wpatrywał się w ręce Franka unoszące kielich i hostię. „Bierzcie i jedzcie”.

Przyjął Jezusa i usiadł na krześle. Miałby problemy z powstaniem z klęczek. Spojrzał na zgromadzonych wiernych. Jakichś dziesięciu chorych. Jedna pielęgniarka i Renata. Nie było jej od początku, musiała wejść przed chwilą, gdy po przyjęciu komunii przymknął powieki. Może przyszła tylko przyjąć komunię? Nie, przecież wyraźnie mu powiedziała, że nie przystępuje. Widział natomiast klękającego przed Ognikiem Kanarka.

To wszystko było jakieś nierealne. Kanarek demonstrujący swoją pobożność i Renata zjawiająca się tylko po to, żeby zaświadczyć o obłudzie doktora. Próbował odegnać nacierające myśli. „Może był u spowiedzi, może…”. Nie jest sędzią sumień. W każdym razie dzięki niesprawnym rękom uniknął dylematu, czy mu tej komunii udzielić.

— Wacek, wszystko w porządku? — usłyszał głos Ognika. Zrobił głęboki wydech, żeby wrócić do rzeczywistości. Zostali sami w kaplicy.

— Chodzi ci o zdrowie?

— Myślałem, że w czasie kazania zrobiło ci się słabo.

— Fizycznie jest okej. Ale nagle z głowy uciekła mi myśl. I blokada.

— To minie. Nabrałeś różnych prochów od cholery. Zresztą, co tam prochy. Miesiąc temu płacę kartą w kasie i nagle zapomniałem swojego pinu. Ja, który myślałem, mam bezbłędną pamięć do cyfr. Taki piękny umysł. Kobieta w kasie spojrzała na mnie podejrzliwie.

Groser spojrzał wymownie na tatuaż Ognika, który obnażył, ściągając albę.

8

O wpół do dwunastej w nocy obudził go Kanarek. Prosił, żeby namaścić młodego chłopaka. Przywieźli go z wypadku, z obciętą nogą i obrażeniami wewnętrznymi. Za chwilę będzie go operował. Nie wiadomo, czy przeżyje. Ma krzyżyk na szyi. Nie ma kapelana.

— Biegnę na salę. Niech ksiądz przyjdzie pod blok operacyjny, zaraz go tam przywiozą. Oleje będą… — i wypadł.

Nie zdążył nawet dopytać, skąd oleje.

Po chwili stał już w półmroku w umówionym miejscu. Czekała na niego pielęgniarka, w ręku trzymała naczyńko z olejem. Zobaczył pchane przez pielęgniarzy łóżko z zarysem postaci. Chłopak nakryty był cały białym prześcieradłem. Wystawała tylko twarz, włosy skrywał bandaż. Podjechali pod drzwi, jeden z sanitariuszy nacisnął łokciem dzwonek. Kiedy się otworzyły, ujrzał w białym kwadracie światła, jakby w innym świecie, dwie ubrane na zielono pielęgniarki i za nimi Kanarka, też ubranego na zielono.

— Księże, jak najszybciej, nie mamy czasu…

Doszedł do głowy nieprzytomnego chłopaka. Pielęgniarka wyciągnęła nasączony olejem wacik i przytknęła do jego palca. Dotknął nim czoła chłopaka.

— Przez to święte namaszczenie niech Pan w swoim nieskończonym miłosierdziu wspomoże ciebie łaską Ducha Świętego. Pan, który odpuszcza ci grzechy, niech cię wybawi i łaskawie podźwig­nie. Amen.

Wacław skinął głową. Łóżko przejęły pielęgniarki z bloku operacyjnego. W tym nowym zielonym świecie wszystko w rękach Boga.


Wrócił do siebie, położył się na łóżku, ale po chwili wiedział, że nie zaśnie. Cały czas był przy operowanym chłopaku… Widział jego kawałek twarzy, z czerwonymi rysami zakrzepłej krwi, pewnie cięcia od zbitego szkła. Emanował z niej dziwny spokój i ufność. I nagle przeszyła go myśl — odprawi za niego mszę, musi zbombardować niebo. Wyszedł z pokoju w piżamie, wsiadł do windy, nie miał wyobraźni, jak tę mszę odprawić. „Jakoś” będzie przesuwał wszystko sztywnymi rękoma, może lewą da radę? Jakoś… W kaplicy było pusto, paliło się delikatne boczne światło. Doszedł do doniczki z kwiatem. Postanowił ręką w ortezie przechylić ją, a sprawniejszą lewą wyciągnąć klucz. Niestety doniczka wysunęła mu się i spadła na kafelki. Huk!

Po chwili do kaplicy zaglądnęła pielęgniarka. Ta sama, która czekała z olejami. Spojrzała na skorupy zmieszane z ziemią i złamany kwiat.

— To ksiądz? Co ksiądz tutaj robi? — spytała zdziwiona.

— Chcę odprawić mszę…

— O tej porze? Pasterkę?

— Za niego…

Pokiwała głową. Zrozumiała od razu. Spojrzała wymownie na jego ręce.

— Czy mogę jakoś księdzu pomóc?

— Tak, gdyby mi siostra otworzyła szafę, tam są hostie, wino i mszał.

 

Wyciągnęła wszystko i położyła na ołtarzu. Założyła mu też stułę na piżamę.

— Czy pani też przyjmie komunię?

Potaknęła.

— To proszę pomóc mi przełamać hostię…

Położyła dwie połówki na patenie.

— Muszę teraz lecieć powiadomić koleżankę, co się ze mną dzieje. Jestem na dyżurze. Będę za parę minut. Te skorupy… potem wszystko posprzątam — usprawiedliwiła się i wyszła w pośpiechu.

„Boże, Boże, wysłuchaj mojej modlitwy — szeptał z zamkniętymi powiekami. — Ochroń tego chłopca i jeśli to może pomóc, dołóż mi wszelkich cierpień, a jemu odejmij. Daj moc Kanarkowi, niech będzie Twoją łaską tu na ziemi…”

Wróciła akurat przed konsekracją.

Wskazał jej ruchem głowy, by wzięła z pateny hostię. Ułożył swe ręce w kołyskę. Na każdej z nich spoczęła połowa.

— On to, gdy dobrowolnie wydał się na mękę, wziął chleb i dzięki Tobie składając, łamał i rozdawał swoim uczniom…

Słuchała tych słów w takim napięciu, jakby miał powiedzieć coś, czego nigdy nie słyszała.

— Niech On nas uczyni wiecznym darem dla Ciebie…

Skończywszy modlitwę, zwrócił się do pielęgniarki:

— Proszę mi podać.

Spojrzała najpierw niepewnie, ale po sekundzie schwyciła Ciało Chrystusa w palce i uniosła do jego ust.

— A teraz pani — powiedział po chwili.

— Jak? — spytała zdezorientowana. — Ja… jak kapłan?

— Proszę wziąć — uśmiechnął i wskazał jej oczyma.

Podniosła Hostię. Oboje wpatrywali się w nią przez chwilę. — Ciało Chrystusa — powiedział, a ona włożyła je sobie do ust, a potem uklękła i zamknęła oczy.

Niepojęte.

Dary.

Królik
1

Ze szpitala odebrał go Mackiewicz. Pierwszy taksiarz IV RP, jak go tytułował. W radio leciał „Dziwny jest ten świat”.

— Zobacz, to już ponad rok, jak się Czesiu zawinął… Nikt mu nie dorówna — westchnął Macek.

— Zgadza się — potwierdził Wacław. — Cała moja młodość.

Przed bramą parafii Pierwszych Chrześcijan stał Franek Ognik, Zbigniew Szatan z żoną i Agatką Bocianówną, która trzymała na smyczy Bacę. Pies na przemian jęczał i szczekał, chciał jako pierwszy powitać proboszcza.

— Gzecny, nie widzisz, ze pan jest chory — beształa go Agatka.

Obandażowane ręce księdza nie powstrzymywały jednak psa. Opatrunki traktował jako dodatkową zachętę. Szatan, widząc, że dziecko nie daje rady, przejął smycz.

Groser przytulił dziewczynkę. Rozpłakała się.

— Wies, mój tata nie zyje…

— Wiem, Agatko.

Przytulił ją jeszcze mocniej.

— Usuńmy się lepiej z widoku, bo za chwilę będziemy mieli zbiegowisko — ostrzegł Franek.

— Już tu parę osób składało pod ruderą Ryżego Bronka kwiaty. W miejscu twojego męczeństwa.

Groser dał znak głową, by Ognik zaprzestał żartów.

— No co? Najczystsza prawda. Były kwiaty. — Szatanowa z mężem pokiwali zgodnie.

Groser skierował się do kaplicy. Ognik dał dyskretnie znać wszystkim, żeby mu pozwolili pobyć samemu.

Stanął przed ołtarzem, uklęknął. Przyłożył czoło do kamienia z Aiguebelle. Kamień miłosierdzia przywieziony z Francji.

— Boże, dzięki za powrót. I prowadź.

Po chwili wyszedł. Jego „gwardia” wpatrywała się w niego, jakby miał wydać jakieś oświadczenie.

— No to pięknie… — uśmiechnął się. — Nareszcie w domu.

— O której podać obiad? — spytał Zbiniu Szatan.

— O trzynastej — odpowiedział Ognik. Szatan z Agatką przestępowali z nogi na nogę i patrzyli w jednym kierunku. Groser powiódł wzrokiem. I nagle dotarło do niego, że na kościele stoi więźba — drewniana więźba pokryta zielonym impregnatem. Widok imponujący, jego marzenie.

— Boże, co to jest? Cud?

— A jak myślisz? — rozpromienił się Ognik. — Czekaliśmy, czy ty to w ogóle zauważysz.

— Franek, nie żartuj. Jak to się stało?

— Ano wieczorem się pomodliłem, rano wstaję, patrzę…

Na twarzy Grosera malowało się zaniepokojenie pomieszane z niebywałą radością.

— Przecież to…

Ognik spojrzał znacząco na Szatanów i Agatkę, którzy się przykleili do nich jak guma do żucia.

— Kochani, my teraz z proboszczem mamy do obgadania sprawy polityczne.

Szatanowie zgarnęli Agatkę i poszli.

— Skąd kasa?

— Co? No zdobyłem sponsora…

— Kogo?

— Zastrzegł sobie anonimowość. No dobrze… Florek Szczodrobliwy sypnął kasą.

— Żartujesz? Kiedy błagałem go o ratunek, powiedział mi, że kuria sama ledwo kwęka.

— Zapytaj u źródła, jak mi nie wierzysz.

— No dobra, chodźmy zobaczyć, jak to wygląda od podszewki.

Wacław patrzył to na więźbę, to na Franka.

— Jak tego dokonałeś? Sama kasa to za mało.

Ognik wyraźnie był zadowolony, że Groser docenił wysiłek.

— Powiedziałem naszej kochanej radzie parafialnej, że jeśli gwałtownie nie wykorzystamy środków, to przepadną, i nie było gadania. Jaskóła podnajął dodatkową firmę.

— I nie pisnąłeś nawet słowem?

— Wacuś, a co w życiu jest najpiękniejsze? Niespodzianka. No chyba że ksiądz zajdzie w ciążę… He, he… Teraz, Wacuś, chwila oddechu i na jesień pierdalniemy dachówę. Za przeproszeniem.

— Słuchaj, zasada jedna, nie zakładamy sobie żadnej pętli na szyję.

— No przecież dachówa już jest. Kupiłeś po okazyjnej cenie. Teraz twoje szaleństwo procentuje.

— Franiu, szalonym trzeba być w roztropny sposób. Wszyscy cię mają za wariata, a ty działasz z precyzją.

Ognik skrzywił się.

— Ech, Wacuś, to mi coś śmierdzi psychopatią. Nie blokujmy Bożego miłosierdzia. — Mrugnął. — Jest koniunktura, na te twoje rączęta ludzie teraz reagują… Wyrzuty sumienia, współczucie… Trzeba wskoczyć na falę.

— Ręce mam niesprawne, ale nogi w porządku, jak cię w dupę kopnę…

Franek zaśmiał się i powiódł marzycielskim wzrokiem ku więźbie.

Groser pokręcił głową. Pełnia szczęścia. Warto było pocierpieć. Teraz, w duecie, wszystko będzie co najmniej o połowę lżejsze.

Stwierdził, że musi się przejść po ogrodzie. Marzył o tym cały czas w szpitalu, kiedy na tyłku robiły mu się odleżyny. Co prawda, w szpitalu był jakiś spacerniak, ale niezbyt zachęcający.

Jeszcze nie było połowy sierpnia. Zdążył załapać się na lato. Wystawił twarz do słońca. Był blady jak obrus. Poczuł błogość. Światło grało pod powiekami. Kąpiel. Ocean światła.

Na boisku uwijała się gromadka dzieciaków.

— Czołem, chłopaki.

— Niech ksiądz z nami pogra — kopnęli piłkę w jego kierunku. Odkopnął.

— Dzisiaj nie dam rady. Ale może w przyszłym tygodniu.

„Trzeba się brać za siebie, bo tu nie ma taryfy ulgowej”…

Poszedł w głąb ogrodu. Ujrzał wydarte „dziczyźnie” parę grządek, na których rosły pomidory, fasola i ogórki. Olbrzymie krzewy cukinii. Pokręcił głową z podziwem. „No proszę… To mi się podoba, Kościół w Europie zawsze niósł kulturę agrarną. Sami to wymyślili?”. Zerwał jednego „maliniaka”. Co za smak…

Rozległ się dzwonek na obiad.

Najpierw była pomidorowa, a potem fasola z jakimś gulaszem. Niebo w gębie.

— Z naszych upraw, Szatany się spisały. Przejeść tego nie możemy, Mackiewicz odbiera dostawy, w zamian ostatnio przywiózł… no właśnie, zgadnij, co jesz?

— Nie wiem, jakieś dziwne… jakaś dziczyzna?

— Ciepło, ciepło…

— Królik?

— Nie, koziołek.

Westchnął, chyba pierwszy raz w życiu je to zwierzątko…

Ognik przypatrywał się, jak Groser lewą ręką próbuje uporać się z obiadem. Prawa dłoń spoczywała opancerzona na stole.

— Może ci pomóc?…

— Nie, muszę się przestawić na lewą, diabelską…

— Całe życie używam lewej.

— Naprawdę? Cholera, nigdy tego nie rejestrowałem. Było mi obojętne, którą ręką człowiek działa. I mówisz, że można?

— Nie wyobrażam sobie, że można inaczej. Lewa ręka jest inteligentniejsza. Operowali nią sami dziejowi geniusze.

Ognik nalał kompotu z gruszek.

— Ty chowałeś Bociana? — spytał Wacław.

— Tak…

— Przyszło ludzi?

— Niewielu, jakieś dziesięć osób. Bocianowa z córeczką, Zbiniu, ja… Zbiorowa ulga. Nie ma gnoja. Poszło niby sprostowanie policji, że to nie on cię przybijał, ale smród pozostał. Bocianowa przyszła mi się spowiadać, że jest spokojna i szczęśliwa po śmierci męża. Do końca dawał jej popalić. Gwoździ ci chyba nie wbijał, ale tamtego wieczoru, po imprezie Magdy, jeszcze im dał do wiwatu. Znów urządził piekło. Bóg się zlitował. Gdyby pomagał w ten sposób i innym kobietom… Dziady są straszne.

Wacław z podziwem patrzył, jak Franek dokłada sobie coraz to nowe porcje. Siedział w podkoszulce, demonstrując swoje monstrualne — jak na księdza — bicepsy.

— Musiałby działać w obie strony. W końcu statystycznie więcej kobiet wykańcza swych mężów, to one żyją dłużej.

— Żeby mogły złożyć zeznania. Bocianowa mówi mi: proszę księdza, mam teraz taki spokój. Wiem, że powinnam płakać, ale nie potrafię. — Franek podszedł do szafki i wyciągnął butelkę czerwonego wina. — No, Wacek, to wypijmy wreszcie za twoje lądowanie. Poświęcam się, bo w sierpniu przyrzekłem sobie nie pić. Chateau de la rose. Dostałem w prezencie. Najwyższa półka.

— Nie piłem od tamtego wieczora…

Zamknął oczy. Powróciła scena. Jest sam. Rozmyśla o Cybuli i nagle znajduje w kuchni butelkę.

— Co jest?

— Nic, przypominam sobie tamten wieczór. Wydawało mi się, że przeżywam coś nierealnego. Nie było już wina i nagle patrzę… Okej, to nie ma sensu. Coś z tą moją głową nie jest najlepiej.

— Przejdzie — machnął ręką Ognik. — Z innej beczki, korzystam tymczasem z twojego roweru, który sam ci podarowałem. Ale mam już coś na oku.

— Raczej nie będzie mi już potrzebny. W szpitalu tak powiedzieli — Wacław pokazał wymownie na ręce.

— Lekarze chrzanią.

— Wiesz, przynajmniej przez jakiś czas nie będę mógł rozdawać komunii. Trzeba pomyśleć o szafarzu.

— Franek już pomyślał. Sprawa załatwiona. Nowy mieszkaniec. Podkupiliśmy szafarza z dekretem z Osiedla Solidarności, parafia św. Józefa. Jak to Pan Bóg dba o geografię. Facet sprowadził się do nas tydzień po twoim gwoździowaniu.

Groser pokręcił głową w podziwie i nagle przeraźliwie ziewnął.

— Przepraszam…

— Wacuś, ty się idź połóż, za dużo wrażeń. Włóż stopery w uszy, bo tu jeszcze za godzinę przyjdą podziałać na budowie.

2

Wrócił do swego pokoju. Dziś po raz pierwszy w swoim łóżku, po niemal dwóch miesiącach. Szczęśliwy obmiótł wzrokiem swoje śmieci. Podszedł do „ściany życia”. Zbierał zdjęcia ludzi, których spotykał na swojej drodze. Ilu z nich nie żyje? Ilu odeszło? Leszek uśmiechał się z drugiej strony. Cybula? Cholera wie. Pojawił się w szpitalu i zniknął. Matka…

Wziął komórkę. Nacisnął wkodowany numer.

— Witaj, mamuchna… Jestem już u siebie… Tak, czekały mnie same niespodzianki.

— Ty się teraz o nic nie martw — usłyszał jej rozradowany głos.

— O nic się nie martwię, mamuchna. Franek wszystkim się zajmuje, aż mam wyrzuty sumienia.

— Boże, ta budowa, to nie na twoje siły, Wacuś.

— Mamo, sił mam tyle, że mnie roznosi, tylko muszę trochę moje paluchy wygimnastykować.

— Takie masz siły… że nie możesz przyjechać od dwóch lat, a ja się też nie mogę ruszyć. Czy my się jeszcze kiedyś, Wacuś, zobaczymy?

— Mamuchna, przyrzekam. Jeszcze tylko ten tydzień, aż się ogarnę, i poproszę Mackiewicza, żeby mnie przywiózł. Poucztujemy, mamuchna, za wszystkie czasy…

Usiadł przy biurku. Włączył komputer. Lewą ręką — genialną. Wszedł w pocztę. Przez cały pobyt w szpitalu nie używał komputera, raz z powodu niesprawności rąk, a dwa z powodów ideologicznych. Założył się z Frankiem, że człowiek współczesny może przeżyć bez komputera. Jak na pustyni. Post nawet dłuższy niż czterdziestodniowy.

— O Chryste! 2043 wiadomości nieprzeczytane.

Pomiędzy setkami spamów i mejli nagabywaczy zaczął łowić znajomych nadawców. Jednego wypatrywał szczególnie: Cybuli. Może jakiś cud? Nadaremnie.

Wzrok padł na mejl od Magdy Żurek. Sprzed dwóch tygodni.

 

Witaj, mamy nadzieję, że jesteś już na parafii. My tymczasem jeszcze się tarabanimy naszym jeepem po Turcji, ale już właściwie jesteśmy na granicy z Syrią. Wczoraj opuściliśmy Antiochię, po turecku Antakya. Mam już dla ciebie pierwszy cymes do kościoła. Byliśmy w miejscu, gdzie uczniów Jezusa po raz pierwszy nazwali chrześcijanami… w grocie św. Piotra. Podobno sam ją wykuł w skale. Cud, wyobraź sobie, że wyniosłam z niej poluzowany łupek. Jak to możliwe? Jeden jedyny… Pewnie czekał na mnie dwa tysiące lat. Jeszcze nie dojechałam do celu, a już mam dla ciebie taką perłę. Szykuj jakieś godne miejsce. Może zamówisz do kościoła jakąś figurę św. Piotra? A może byś jakąś grotę wybudował? Kumkasz, ksiądz? W torbie leży kamień, który odkruszył św. Piotr. Ma wielkość piąstki niemowlaczka. Niemowlaczek będzie rósł i kiedyś ta jego piąstka stanie się skałą. Powiedz Palecznemu, że jego cegły przy tym wysiadają. Kuba ma ze sobą Biblię, a w niej pozaznaczane wszystkie miejsca, do których musimy dotrzeć. No to na razie. Kuruj się, pozdrów Agatkę i Szatanów, i Macka, i wszystkich. Gawełdę, he, he… Łysola też. Buziole od Magdola i Kuby. Zobacz załącznik. Zdjęcie niemowlaczka.

Spojrzał na kamień.

Kamienna przyjaźń. Zaczęło się od kamienia dobra i zła. Kiedy wróciła z sekty, podarowała mu kamyk. Czarny kamyk z maleńkim bursztynowym oczkiem. Nazwała go kamieniem rozpoznania dobra i zła. Kazała mu go zawsze nosić przy sobie. Ale nie nosił. Na szczęście nigdy sobie o tym nie przypomniała i nigdy go nie skontrolowała. Podszedł do biurka i wyciągnął szufladę. Leżał z tyłu, w samym narożniku. Niesamowite. W życiu zawsze było tak, że ilekroć o czymś pomyślał, to ta rzecz natychmiast się dematerializowała. A kamyk jest… Chwycił go w lewą dłoń, zacisnął, a potem odłożył w to samo miejsce. Widocznie jest tam bezpieczny.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?