Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,90  46,32 
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pasterka
1

Do pokoju weszła lekarka, która już raz próbowała się zaprezentować, ale wtedy rozmowę przerwał Norbert.

— Czy można… księdza podręczyć?

— Można, można, udręki nigdy dość dla kapłana. Zaoszczędzi mi pani trochę mąk czyśćcowych.

— Ksiądz mnie kojarzy? Rozmawialiśmy już. — Odczekała chwilę, by sprawdzić, czy Groser ją kojarzy. — Hasło „Szukam sensownego księdza”.

Podniosła w górę ręce i zrobiła ptaszki — cudzysłów. Kobieta miała chyba po czterdziestce. Włosy z balejażem i zielone paznokcie. Troszkę to było dziwne. A może i nie. Palce niosące nadzieję.

— Pamiętam… Ale obawiam się, że panią rozczaruję, jestem przeciętnym księdzem, który przewrócił się na budowie… Przy bliższym poznaniu niektórym wydaję się idiotą.

Już na wejściu chciał wykluczyć bliższą relację, gdyby się okazało, że to jakaś nawiedzona istota, która widzi w nim ojca Pio.

— Szukałam właśnie księdza idioty… Mędrzec, ukrywając swój geniusz, wydaje się głupcem, dzięki czemu nie wyróżnia się zbytnio wśród ludzkiej ciemnoty. — Ostatnie zdanie było ewidentnie jakimś cytatem.

— Może pani powtórzyć, nie załapałem. Jestem ogólnie po tym wszystkim spowolniony.

— To moje ulubione powiedzenie tao: że mędrzec celowo ukrywa swój geniusz i robi z siebie wariata, aby się nie wyróżniać wśród ludzkiej ciemnoty.

— I pani z taką wschodnią wiedzą szuka sensu u księdza katolickiego? — uśmiechnął się.

— Czerpię zewsząd… jestem duszą nietypową.

Wszystkie dusze, z którymi się spotykał, były nietypowe. Zresztą wierzył, że Pan Bóg każdego stworzył jako byt niepowtarzalny. Oczywiście na co dzień niewielu miało ochotę tę niepowtarzalność odkrywać.

— Widzi pani, jako lekarz też by pani nie radziła swoim pacjentom zażywania wszystkich możliwych tabletek… Można zjeść całą aptekę i nie wyzdrowieć. — Próbował sprowokować kobietę. Odegrać sceptyka.

— Sęk właśnie w tym, że nie ma takiego człowieka, który by mi doradził lekarstwa właściwe. Zjadam masę paskudztw. Dlatego szukam księdza.

— I do tej pory pani nie znalazła?

— Był taki jeden, nad wyraz inteligentny, ale okazał się kretynem.

— No, to ideał wedle tej pani maksymy.

— Nie, nie. On udawał mędrca.

— Ręczę pani, że też rozczaruję…

— Nie ma takiej opcji. Przeczytałam „Cudze pole”. Nie ma ksiądz z nim nic wspólnego.

— To mnie pani pocieszyła. A do jakiego kościoła pani chodzi?

— Zasadniczo w ogóle nie chodzę.

— Od kiedy?

— Od pierwszej komunii.

— Czemu akurat wtedy?

— Skończyłam chodzić, gdy ksiądz na religii rzucił w kolegę mokrą gąbką do ścierania tablicy. Bo zadał jakieś głupie pytanie.

— I to był koniec definitywny?

— Nie, ślub wzięłam w kościele i… — zrezygnowała tymczasem z opowieści o Senimie i swoich studiach teologicznych.

— I co?

— Stwierdziłam z czasem, że kościołem jest drugi człowiek. Moja ciocia mi to wiele razy powtarzała. Zresztą, myślę, że ksiądz cały czas o tym opowiada… Teraz czytam „Manowczyka”.

— Miło, ale staram się to łączyć z kościołem w sensie… Dla mnie Kościół to jest coś tak naturalnego jak matka, ojciec…

Renata zamilkła. Wydawało się, że zaraz wstanie i wyjdzie.

— Przepraszam, czymś uraziłem?

— Nie, tylko… tylko ja w ogóle nie znałam ojca, jedynie ojczyma.

— A ojczym?

— Ojczym był sybarytą. Dostał zawału w trakcie rozkoszy z kochanką. Miał wymarzoną śmierć… Mama też nie żyje. Po jej śmierci poszłam do spowiedzi. Pot leciał ze mnie ciurkiem. Ale nic nie pamiętam, oprócz tego, że byłam szczęśliwa… Przez kilka tygodni. Potem wszystko gdzieś wyparowało. Nie miałam żadnego przewodnika. A nasi księża problemy zwykłych śmiertelników mają w dupie.

— Może pani generalizuje?

— Mówię tylko to, czego sama doświadczyłam.

— Niektórzy to samo mówią o lekarzach…

— Zgadza się. Z lekarzami w podstawowej opiece zdrowotnej też tak jest. Mają po kilka tysięcy podopiecznych i większość nie potrzebuje ich wcale albo sporadycznie. Tylko niektórzy są pod stałą opieką. Jeżeli jest jeden ksiądz na pięć tysięcy baranów, to cztery tysiące dziewięćset pięćdziesiąt nie potrzebuje jego prowadzenia, bo albo wie lepiej, albo wiedza im do wiary nie jest potrzebna. Ja należę do tych pięćdziesięciu, którzy wymagają specjalnej troski. Potrzebuję księdza, który mnie poprostuje, nie opowiadając głupot.

Chwilę patrzyli na siebie i uśmiechali się bez słów.

— Mogę być księdza baranem? — Renata w końcu podsumowała wymianę uśmiechów.

— Proszę zważyć na mój stan — próbował się jeszcze bronić Wacław.

— Wydobrzeje ksiądz…

— Ale nie mogę zagwarantować, że nie będę opowiadać głupot.

— Już mówiłam, że mędrzec udaje wariata.

— Nie udaję. Ja w ogóle nie wierzę w człowieka, który nie mówi głupot.

Była dziś jakaś odmieniona. Kiedy ją wcześniej widział, wydawała mu się taka szara. Oczy miała płonące, ale szara.

— Ślicznie pani wygląda — wyrwało się Groserowi. Lubił ludziom mówić rzeczy miłe. Nawet jak ktoś kiepsko wyglądał, mówił mu coś przeciwnego. Zwykle rozkwitali wtedy.

— Czy mógłby mi ksiądz mówić po imieniu? Jestem Renata — rzuciła w odpowiedzi.

Normalnie to on skracał dystans i nie kazał sobie mówić per ksiądz. Niektórzy mówili, że robienie z siebie kolesia odbiera ludziom kapłana. Czasem mieli rację. Ale „kapłański” dystans był dla niego większym niebezpieczeństwem.

— Oczywiście.

Spojrzała na jego dłonie.

— Słyszałam, że jesteś już po rekonstrukcji nerwów.

— Tak.

— I jak się czujesz?

— Pełen nadziei, choć doktor Kanarek jest dziwnie powściągliwy. Przepraszam, że panią pytam…

— Od dłuższej chwili jesteśmy na ty…

Renata uniosła karcąco brwi.

— A tak… — uśmiechnął się. — Możesz mi powiedzieć, jakie są o nim opinie?

— Jako o fachowcu? Nie ma lepszego… Jako o człowieku… kanalia. No, ale lepiej, żeby operowała fachowa kanalia niż pobożny partacz.

— Kanalia?

— Erotoman, hipokryta. Rżnie wszystko, co zamiast majtek nosi opaskę na spermę.

Groser zszokowany wyznaniem zmrużył oczy. Nie zamierzał zdradzić, czego niedawno te oczy były świadkiem.

— Nie wierzysz?

— Nie, nie o to chodzi. Znam dobrych, których natura jednak roznosi.

— Natura nie wymaga skurwysyństwa. Parę miesięcy temu zrobił męską imprezę. Chłopcy tak sobie popili, że o północy zadzwonili po panienki z agencji. Przyjechały. Wśród nich jedna była pielęgniarką z naszego oddziału. Wyobrażasz sobie wzajemne skonfundowanie. Pielęgniarka nie wytrzymała. Zwolniła się wkrótce. A raczej doprowadził do tego Kanarek. Morale musi być zachowane. Zresztą niech robi, co chce, ale niech będzie konsekwentny. Zasiada zawsze w pierwszym rzędzie przed ołtarzem i lata do komunii.

Coś mu tu nie grało. Skąd ma tę wiedzę, skoro nie chodzi do kościoła? Zmilczał jednak, nie chciał jej od razu deprymować.

— Podobno, to znaczy na pewno, rozgrzesza go pewien ksiądz, któremu tak pięknie zoperował stawy, że ten widzi w nim anioła. No i ten anioł chodzi do niego do spowiedzi, a niektórzy mówią, że dzwoni i wyznaje, że zgrzeszył przeciwko naturze. Ksiądz nie dopytuje o resztę. Podziwia pokorę doktora. Chuj zbolały. Pomyśleć, że byłam z nim na roku… Wtedy nie wydawał mi się takim paskudem. Ale co zawód robi z człowieka. Podobno niektórzy księża przed seminarium też byli porządnymi ludźmi.

Spojrzał na nią z teatralnym wyrzutem.

— Renato, nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni…

— Mogę być sądzona… Nikomu nic nie zrobiłam.

— To musisz być szczęśliwa…

Chciał powiedzieć coś dowcipnego, ale odwróciła się nagle do okna. Chyba otarła łzę.

— Renato…

Spojrzała po chwili. Inna twarz, smutna.

— Co się dzieje?

— Nic…

Milczała.

— Chcesz coś powiedzieć?

— Może… ale muszę lecieć, zaraz mam obchód na oddziale… Po prostu znam się na takich gnojkach.

Wyszła. Próbował ją zatrzymać, ale zamknęła za sobą drzwi. Trochę podejrzane to jej demaskowanie. Tak od początku… Jednak widział, co widział. Zaczął rozmyślać, czy jest rzeczą moralną poddawać się operacji przeprowadzanej przez kanalię. Czy jego ręce, które mają błogosławić, może naprawić taki lekarz? Uśmiechnął się, wiedział, że te rozważania są tak samo absurdalne jak te, czy można poczciwej osobie wszczepić serce mordercy. W tamtym przypadku pacjent nigdy się nie dowie, kto był dawcą. Może zatem ta jego operacja też powinna odbywać się za zasłoną albo przynajmniej lekarz powinien operować w kominiarce? Ręce uszkodzili mu przestępcy, a naprawiać będzie grzesznik. Co z tego wyjdzie?

Jałowe rozważania. Najlepsze kazania często też wygłaszają skończeni obłudnicy.

2

Wrócił z Chin dwa dni po zabójstwie Motlańskiego. Nie takich spodziewał się wiadomości. Wszystko miało odbyć się poza jego wiedzą. Nie zamierzał się pochylać nad insektami. Piekarz, który miał wszystkiego dopilnować, właśnie go poinformował, że plan się powiódł, chociaż częściowo. Mają komórkę Motlana. Ma w niej chyba cały komputer. „Gówno miał na pana”.

— Szefie, gdyby on cokolwiek miał, to ręczę, że by to wychlapał. Jak mu przyłożyli pistolet do łapy, błagał, że wszystko powie. Ale nic nie miał do powiedzenia… Dlatego przestrzelili mu drugą dłoń, żeby upozorować zabójstwo na tle religijnym. Udręki wedle wzorca Grosera.

 

— Zamknij się! — ryknął Stoga. — Możesz mi oszczędzić?

Stoga klapnął w fotelu i wpatrywał się w jakiś punkt na podłodze.

— Szefie, powtarzam, w jego komórce są różne ciekawe dla policji rzeczy, ale nic nie ma tam na pana.

— Ty jednokomórkowcu, nie jestem upośledzony, żebyś mi to powtarzał. Jak mogliście pozwolić, żeby policja była pierwsza w jego domu?

— Nikt tego nie przewidział, że zdecydują się na przeczesanie mu chaty w chwili, gdy go właśnie likwidowaliśmy… Spóźniliśmy się o dziesięć minut. I to nawet dobrze. Gorzej byłoby, gdyby policja złapała naszych na robocie.

— Zostaw mnie uznanie, co jest dobre, a co złe. — Wstał i zaczął chodzić jak nakręcony po gabinecie. — Będę teraz po sądny dzień się zastanawiał, co ten skurwiel na mnie nagrał czy nie nagrał. To ty mi, kurwa, tego chuja poleciłeś! — Stoga kopnął w stojący pod ścianą kroton i jęknął z bólu. Ziemia z doniczki rozsypała się po gabinecie. — Po co mi kazałeś iść na zwarcie z Groserem?! — wrzasnął Stoga, nadal zmagając się z bólem stopy.

— Szefie, wiem od naszego człowieka, że Kulczyk razem z Prędkim odwiedzili biskupa zaraz po przeczesaniu chaty Motlańskiego. Jeśli coś znaleźli, co, jak myślę, jest niemożliwe… to poinformowaliby o tym biskupa… Na pewno daliby mu delikatny znak, żeby był ostrożny… w kontaktach z panem… Wystarczy złożyć wizytę pod byle pretekstem Florkowi, by wyczuć, czy coś się dzieje…

Stoga z bólem na twarzy słuchał swego „doradcy”. W jakim punkcie stoi przez tego człowieka? Przecenił go… W czasach transformacji wydawał się geniuszem. Kontrolował połowę nielegalnego handlu w mieście. Trzeba go było jednak w odpowiednim czasie przenieść do rezerwy. Co mu strzeliło do głowy, żeby dać się tak podpuścić? Ale wszystko wyglądało bajecznie prosto.

— To jest twoja największa bieda… że ty myślisz. Najgorsze, jak debile próbują używać mózgu.

Piekarz zacisnął szczęki. Stoga machnął ręką, żeby zostawił go samego. Po chwili, gdy ochłonął, doszedł do wniosku, że ostatnia sugestia jego asystenta nie była taka głupia. Wyczuje, czy Florek bierze go na dystans.

Wszedł do swojej świątyni dumania. Stanął przed figurą św. Franciszka. Biedaczyna, zdawało się, spoglądał na niego przenikliwie. Stoga nie spuścił wzroku. Wytrzymał spojrzenie.

— Pomóż, ten ostatni raz. Przyrzekam…

3

Ognik właśnie wyjeżdżał z parafii rowerem do więzienia, gdy przed bramę zajechało stalowe audi A7. Na ten widok Franek zatrzymał się. Od strony pasażera z limuzyny wysiadł szpakowaty mężczyzna w białej koszulce i złotych okularkach.

— Co za szczęście… W ostatniej chwili. Dzień dobry księdzu. Pozwoli ksiądz, że się przedstawię, Aleksander… — zawiesił głos, czekając na reakcję.

— No wie pan, zdarza mi się, że u fryzjera przeglądam gazety…

Stoga roześmiał się kordialnie.

— Trafnie mi księdza opisano.

— Nietrudno opisać łysą pałę…

— Humor, humor… Łysa pała dziś nie jest już żadnym wyróżnikiem człowieka.

Spojrzał w kierunku swego samochodu, w którym siedział kierowca. Równie łysy i okazały jak Ognik.

— Czym mogę służyć? — spytał Franek.

— Przepraszam, ale czy dosłownie dziesięć minut dałby ksiądz sobie ukraść?… Widzę, że ksiądz gdzieś się wybiera…

— Proszę, jeszcze chwilkę mam… najwyżej trochę mocniej depnę…

Stoga uśmiechnął się z wdzięcznością.

— Może trochę się przejdziemy… Mam do księdza sprawę natury duchowej. Nie ukrywam, że mój problem wiąże się z tym, co spotkało księdza Grosera.

— Tak… — Ognik dał znać, że nastawia się na odbiór.

— Otóż… Przepraszam, czy możemy rozmawiać szczerze? Jeśli coś księdza zaniepokoi, proszę mi przerwać i powiedzieć, że mam iść z tym pod inny adres… Więc?…

Franek potaknął, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.

— Opuściłem księdza Wacława w najbardziej dramatycznym dla niego okresie. Przyznam się, że sprowokowany przez niego, ale… to nie uspokaja mojego sumienia. Może gdybym stał przy nim, nie doszłoby do tego… Nie wiem, czy ksiądz Wacław coś księdzu mówił…

— Tak… Że nawalił pan z kasą… — szczerze odpalił Ognik.

Stoga pokiwał ze zrozumieniem głową. Chwilę wyczekał, czy padną jeszcze inne zarzuty. Uspokojony kontynuował:

— Nie zapanowałem nad gniewem. Poczułem się zraniony. Nie jest to żadne usprawiedliwienie. Odpowiedzialność w układach jest dla mnie podstawą. Nie wiem, co mi się stało… Krótko mówiąc, chcę ten grzech naprawić. Chciałbym, żeby ksiądz mi pomógł uspokoić się życiowo. Czy mogę teraz mówić tak jak na spowiedzi?

Ognik czuł się już nieco zdeprymowany tymi „zaklęciami” gościa, ale uśmiechał się niezmiennie.

— Mówię teraz już bez ogródek. Nie wiem, ile mi dane będzie jeszcze pożyć… Kiedy Wielki Elektryk, jak mawiał mój przyjaciel, zdecyduje nacisnąć przycisk.

— Pan? Przecież jest pan w doskonałej formie.

Stoga uśmiechnął się z odcieniem smutku.

— Wie ksiądz, jabłuszko z zewnątrz różowe, a w środku robaczywe. Niedawno odszedł Robert Skryty. Młodszy ode mnie. Odszedł mój wielki przyjaciel Aleksy Borowaty… Mój majątek przy jego — machnął ręką. — Ale zostawmy to. I tak już za bardzo sobie przy księdzu popłakałem. Jestem w końcu dla księdza obcym człowiekiem…

— Ależ… — Ognik ujęty tym wyznaniem próbował protestować.

— Jestem wstrząśnięty tym, co się stało z księdzem Wacławem. Chciałbym mu zrobić radość… anonimowo… I zdjąć z niego trochę trosk. Niech mi ksiądz szczerze powie, co tu najbardziej woła jeść — zatoczył wzrokiem po parafii.

— Ja? Co ja? Jestem tu pionkiem…

— Będę szczery do końca. Jak mnie ksiądz wyda, to trudno… Niewiele ryzykuję. Wracam właśnie od biskupa Florka. Szalenie księdza ceni.

— Mnie?

— Tak, za bezkompromisowość i uczciwość. I za wierność księdzu Wacławowi, gotową aż do buntu… Dla tych cech zrobił tu księdza wikarym. A do czasu ozdrowienia księdza Wacława, de facto zarządcą…

Ognika przytkało.

— Nie wiem, tu naprawdę rządzi rada parafialna, która decyduje w strategicznych sprawach — próbował się asekurować.

— To proszę z nią pogadać.

— Trudno przewidzieć, jak Wacław zareagowałby na pieniądze… — Franek próbował zostawić sobie otwartą furtkę.

— Ode mnie, chce ksiądz powiedzieć? To będą oficjalnie pieniądze od księdza biskupa. Ustaliłem z nim, że będzie dysponował tymi pieniędzmi. Oficjalnie to będzie pomoc kurii.

Ognik nie miał argumentów poza zwłoką.

— Muszę to przemyśleć. Moja łysa pała nie była przygotowana na taką okoliczność.

— Proszę, moja wizytówka. Gdyby się zdarzyło, że nie będę odbierał, to tu jest telefon do sekretarki. Wystarczy jej powiedzieć, że dzwonią Pierwsi Chrześcijanie…

Stoga uścisnął dłoń osłupiałego Ognika.

— A tu… To już zupełnie inna sprawa. Wiem od biskupa, że jest ksiądz także kapelanem więziennym. Są tam różne potrzeby. To skromny fundusz operacyjny… bez potrzeby rozliczania. — Stoga wyjął z kieszeni spodni zwitek banknotów i próbował wręczyć go Ognikowi.

— W żadnym wypadku — ksiądz zamachał rękoma, zaciskając na znak stanowczości powieki.

I w tej chwili poczuł, jak Stoga wsuwa mu pieniądze do obszernej kieszeni jego panterek. Nim zdążył zareagować — fakt, że ta reakcja nie była znowu tak szybka. — Stoga wsiadał już do samochodu.

4

„Boże, jaką ona ma piękną dłoń. Delikatną…” — pomyślał Wacław, gdy rehabilitantka chwyciła jego niewładną kończynę.

— Gdyby tak pani mogła mnie zarazić sprawnością swojej ręki — zażartował.

— Nie, to nie tak łatwo. Tu trzeba się napocić — uśmiechnęła się i dwa dołeczki zarysowały się na jej policzkach. Zaczęła wyginać delikatnie jego palce. — Będzie dobrze — uśmiechnęła się.

— Dobrze? Jak pani sądzi, kiedy będę mógł wsiąść na rower?… No żeby sobie czegoś nie uszkodzić.

Pokręciła głową.

— Rower musi ksiądz sobie wybić z głowy. I to na dłuższy czas.

— Czemu?

— W prawej ręce uszkodzenia były zbyt poważne. Mógłby ksiądz sobie jeszcze dołożyć, gdyby nie utrzymał kierownicy.

— Chyba że jakiś cud? — próbował dać sobie szansę.

— Ksiądz wierzy w cuda?

— Nie. Po prostu wiem, że się zdarzają…

— No to będziemy próbować.

Rehabilitantka zaczęła naginać poszczególne palce do kciuka. Wacław zawył z bólu. Z oczu popłynęły mimowolnie łzy.

Zaczął się tłumaczyć.

— Wygląda na to, że mnie jakoś za krótko pozszywali — ocenił z boleścią w głosie.

— Pozszywali bardzo dobrze. Doktor Kanarek ma pseudonim „Koronczarek”. Od koronkowej roboty. Nie ma lepszego. — Rehabilitanka mówiła o nim z wyraźną atencją. — To są tkanki miękkie, ma tam ksiądz krwiaki, które muszą się rozejść. Ale po to jest rehabilitacja. Ból musi być, tak jak upór i cierpliwość.

Palce nie chciały się zbliżyć do kciuka na odległość mniejszą niż trzy centymetry. Zauważyła, że Wacław śledzi to z niepokojem.

— Ta odległość będzie się zmniejszać.

— A Komunię będę mógł rozdawać?

— Szczerze? Trudno określić, na ile wróci czucie. Oczywiście, będzie mógł ksiądz chwytać coś grubszego, ale… Radziłabym księdzu przestawić się na lewą rękę. Przynajmniej w pierwszym okresie.

— Czyli mam odkryć w sobie mańkuta?

„Dołeczki” uśmiechnęły się rozbrajająco.

— A pisać? Będę mógł pisać na komputerze?

— Nie od razu, ale pisanie może być niezłą rehabilitacją. Dobrze, założymy teraz aparat. — Pielęgniarka założyła aparat Andersona do odginania palców, które miały naturalną tendencję do przykurczu.

— Wyglądam imponująco. Mam teraz rękę jak z „Gwiezdnych wojen”.

— Rzeczywiście! Aha, poproszę, by nie powoływał się ksiądz przed doktorem Kanarkiem na moje słowa. Ja tu tylko rehabilituję. Doktor nie lubi, gdy pacjentom mówi się za dużo. To on jest wszechwiedzący.

5

Przed pokojem czekała na niego niespodzianka. Magda. Wróciła z Kubą ze swego miodowego miesiąca. Pomogła mu zająć półsiedzącą pozycję i usiadła obok na metalowym krzesełku.

I zaczęła się o wszystko obwiniać. Wbiła sobie do głowy, że to z powodu ich wesela na parafii. Bandyci wykorzystali, że wszystko było pootwierane i że ona wyjechała nad morze.

— Magda, chcesz mnie tymi bzdurami dobić? Przyszłaś mi tu dodać energii czy ją wyssać?

Nie odpowiedziała, tylko pociągnęła nosem. Kiedy się w końcu uspokoiła, zobaczył w jej oczach wielką trwogę. I pomyślał, że to nie tylko jej wyrzuty, ale jego wygląd jest przyczyną tych szlochów. Dziś, gdy zobaczył się w lustrze, odwrócił twarz, żeby się nie dołować. Dwudniowy siwawy zarost czynił z niego dziada. Pielęgniarz jutro miał go ogolić. No ale Magda w sposób niezapowiedziany przyszła dzisiaj.

Znowu się rozpłakała.

— Magdo, nie możesz tak, bo cię następnym razem nie wpuszczą.

To spowodowało tylko jeszcze większy wybuch. Łzawy potok.

— Co jest?

— Muszę wyjechać. To znaczy miałam — wydusiła. — Ale nie wyjadę.

Groser pokręcił głową bezradnie.

— Nic nie rozumiem…

— No bo Kuba dostał od swego profesora niepowtarzalną propozycję wyjazdu na wykopaliska do Syrii. Początkowo odmówił, tłumacząc się mną, ale profesor powiedział mu, że wszystko można pogodzić. Ekspedycja ma trwać pół roku. On zna rektora i już z nim gadał, że mogę studia rozpocząć z opóźnieniem.

— Jednym słowem, rewelacja.

— Nie zostawię księdza. Jesteś moim ojcem… — ogarnęła ją czułość.

— I pięknie. A ojciec nie wybaczyłby sobie, gdyby jego córka nie wykorzystała takiej szansy. A poza tym nie pamiętasz, jak czytaliście na ślubie słowa Biblii. „Zatem opuszcza dziecko ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swoją żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem”. — Świadomie zmienił słowo mężczyzna na „dziecko”, żeby Magda nie próbowała twierdzić, że to nie o niej tekst. — Wiesz, gdzie jest twoje miejsce i chyba nie chcesz mnie namawiać, żebym jako kapłan działał przeciwko słowom Pana Boga. Oczywiście mam w tym także swój interes. Przywieziesz mi z tych wykopalisk jakiś cymes, jakąś relikwię. Nasz kościół stoi na wykopaliskach. Zobacz, mamy już piec wykopany spod ziemi, mamy cegły zroszone krwią pierwszych męczenników, no i teraz ty mi coś dołożysz z Syrii. Tam były początki Kościoła. A my jesteśmy parafią pod wezwaniem Pierwszych Chrześcijan.

 

Podziwiał się za swą błyskotliwość, Pan Bóg go natchnął. Chyba chwyciła. Znalazła wytłumaczenie.

— I naprawdę dasz sobie radę? — spytała dla pewności.

— No przecież biskup dał mi Ognika. Będę sobie teraz leżał na kanapie, dumał i odbierał mejle od ciebie z raportami z Syrii, a Franek będzie tyrał.

Przełknęła kluchę. I nagle jakby wzeszło słońce.

— No to dobrze, ale musisz mi na jedną rzecz pozwolić.

— Już się boję… — zażartował.

— Ogolę cię.

— Daj spokój, jutro przychodzi mój golibroda. Umówiłem się z nim, że co trzy dni…

— Nie, dziś muszę sobie z tobą zrobić zdjęcie na paszport.

— Jaki paszport?

— Taki mój prywatny paszport, z twoją promesą.

Uśmiechnął się i zrozumiał, że jego intuicja o dziadowskim wyglądzie była trafna. Magda nie chce go takiego zapamiętać.

— Madziu, golenie to nie taka prosta sprawa.

— A wiesz, że kobiety się depilują, czyli golą.

Zatkało go i jakby się lekko zarumienił.

— Co innego golić nogi, a co innego…

Spojrzała z uśmiechem.

— Ojciec, jak byłam w sekcie, to goliłam sobie co parę dni głowę na łyso.

„Ojciec. Boże, nigdy tak do mnie nie mówiła. Zawsze się plątała”. Łączyła formę „ksiądz” i „ty”, bo był dla niej księdzem i kumplem. A teraz ojciec.

— Pamiętam — uśmiechnął się na wspomnienie swoich wypraw, mających na celu wyciągnięcie Magdy z sekty. — Farbowałem sobie włosy, żeby do ciebie dotrzeć, za co Gawełda — w ostatnim odruchu powstrzymał się przed użyciem słowa „wiedźma” — obsmarowała mnie w gazetach. To były czasy.

— To było rok temu. Nie rób z siebie takiego dziadka. — Odzyskała rezon. — Czasy będą jeszcze ciekawsze. No to do dzieła. Gdzie masz sprzęt?

Skinął głową w lewo. Schyliła się i wyciągnęła z szafki miskę. Nalała wody. Otuliła go pod brodą ręcznikiem. Zmoczyła twarz, a potem rozprowadziła po zaroście piankę.

Zamknął oczy, poczuł, jak chwyta mu nos, odciąga go lekko pod górę. Ostrze dotknęło skóry. Wzbudził w sobie ufność w jej zdolności, wiedział, że musi bez zastrzeżeń poddać się jej ruchom. Podziwiał ją. Wprawę, z jaką naciągała mu skórę i prowadziła po niej ostrze. „Sakrament ojcostwa… Dziś zostałem oficjalnie ojcem. Jakby”…

— O, cholera — usłyszał syk Magdy. — Do dupy ta golarka…

— Co?

— Na sam koniec dałem plamę. Zacięłam cię.

— Nie szkodzi, będę miał pamiątkę.

Umyła mu twarz i przykleiła do przecięcia kawałek chusteczki higienicznej.

— Dobra, teraz zrobimy sobie selfie.

Usiadła obok niego na łóżku, przytuliła się głową do niego i pstryknęła. Raz, drugi, trzeci.

— Czekaj, jeszcze raz na wypadek…

Zrobiła zdjęcia i zamknęła oczy. I trzymała przytuloną twarz.

— Gdybym cię nie spotkała, może bym skończyła na śmietniku. Kiedy wyjeżdżałeś za granicę, myślałam, że to już absolutny koniec. Powiem ci szczerze, bo teraz już mogę, że był czas, gdy wcale nie traktowałam cię jak ojca. Byłam po prostu w tobie zakochana. Jestem taka wdzięczna, że tak mną pokierowałeś, że mnie stworzyłeś…

— Bóg cię stworzył…

— Ale poprzez ciebie…

— Idź już, bo się poryczę, a nie chcę być płaczliwym ojcem.

— Słyszałam kiedyś taką piosenkę, śpiewają ją na Lednicy, o orłach. Nie pamiętam początku, ale kończy się: „już za chwilę wylecimy z gniazda”.

— No to wylatuj…

— Jeszcze chwilę. Muszę zapamiętać ten dotyk…

Drzwi do pokoju otworzyły się, jakby podmuchem wiatru. Wrócili gwałtownie do rzeczywistości.

W pokoju stał Kanarek.

— Przyjdę później — rzekł z dobrotliwym uśmiechem.

— Nie, nie, proszę — ryknęli zgodnie oboje na łóżku. Magda zerwała się na baczność.

— Panie doktorze, to jest moja parafianka. Sekretarka. Przyszła się pożegnać, bo wyjeżdża na wykopaliska.

Kanarek z przechernym uśmiechem kiwnął głową, składając nabożnie dłonie.

— Zrozumiałe… — zawiesił głos na znak, że reszta jest milczeniem i akceptujemy wszystkie zachowania.

Magda, widząc, że doktor spycha sytuację w konteksty dwuznaczne, wypaliła:

— Ojcze, to ja już muszę lecieć. Proszę mnie pobłogosławić na drogę.

Uklękła przy łóżku.

Groser uniósł rękę. Z mufki wystawały plastikowe palce.

— Niech wasza podróż będzie drogą ku Bogu, która was ubogaci i z której przywieziecie skarby, którymi się podzielicie z nami. Czekamy na was, wracajcie zdrowi.

Magda dała soczystego całusa Wacławowi i wyszła, idąc tyłem do drzwi, żeby ostatnim wspomnieniem były oczy, a nie plecy.

Gdy zostali sami, Kanarek znów przywołał na twarz swój dobrotliwy uśmiech.

— Piękna dziewczyna. Ach, kimże byśmy byli bez tych kobiet.

Triumfował. Tak szybko dokonała się jego rehabilitacja, znów będzie mógł chodzić z podniesioną głową.

— Nie, nie, to nie tak, jak pan myśli…

— Ja nie myślę, ja widzę. Zresztą ksiądz wie najlepiej, że jestem bardzo wierzący, ale na temat celibatu mam swoje prywatne zdanie.

To jakiś obłęd.

— Panie doktorze, ta dziewczyna przyszła mi powiedzieć, że jestem ojcem…

— Co, zostanie ksiądz ojcem?

— Nie! Jestem dla niej ojcem duchowym, a ona wyjeżdża ze swoim mężem w daleką podróż i prosiła mnie o błogosławieństwo.

— Proszę księdza, po co te nerwy? Jestem od tego, żeby je księdzu uleczyć. A teraz zabieram księdza, żebyśmy zobaczyli, co z naszą rączką.