Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,90  46,32 
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Motlański był kawalerem. Do realizowania jego pasji — tropienia i gnojenia ludzi — celibat był na pewno wskazany. Nielegalne życie, bez świadków. Mieszkał w starej, odrapanej willi, noszącej ślady II wojny światowej. Od sąsiadów dzieliły go zielone gąszcze ogrodu. Na parterze znajdował się w miarę okazały salon wyposażony w barek, przypominający ołtarz, oraz skórzane fotele. Obok był gabinet z regałami, na których piętrzyły się przede wszystkim segregatory i kartony. Na biurku komputer i niedopita kawa. Popielniczka zawalona niedopałkami. W pokoju dym papierosów. Wszystko wskazywało, że wyszedł nagle i zamierzał prawdopodobnie wrócić, skoro nie wziął laptopa. Informatyk od razu do niego usiadł.

Norbert podszedł do regału z segregatorami. Wyciągnął opisane teczki. Szybko zrozumiał, że są to głównie kompromitujące materiały na księży.

Świr. Trzymał to wszystko na wierzchu. Żadnej próby ukrycia.

— Norbert! — doszedł go głos informatyka. — Obszedłem hasło. Chcesz zobaczyć?

— Pokaż mi ostatnie teksty — polecił Pospieszny.

Informatyk kliknął na plik „Rzymskie wakacje”… Motlański pracował nad nim cztery godziny temu.

Zadzwoniła komórka. Prędki.

— Co u was? — usłyszał podniecony głos.

— Interesująco… Tu jest jak w muzeum antyklerykalizmu. Naprawdę ciekawe rzeczy…

— Dobra, poinwentaryzujcie co trzeba i bierzcie wszystko na komendę.

— Facet się wkurwi… — ostrzegł Norbert.

— Już nie…

3

Prędki schował komórkę do kieszeni. Stał w opuszczonym od lat zajeździe, w odorze zwierzęcych odchodów i szczyn. Nad trupem Motlańskiego pochylali się technicy. Leżał na wznak w kałuży krwi. Z przestrzelonym czołem i dłońmi. Grymas ułożył się w uśmiech. Tylko oczy straszliwie wytrzeszczone dosłownie wychodziły z łysej czaszki. Fotograf robił zdjęcia. Na ścianie, pod którą leżały zwłoki, wielki napis namalowany białą farbą olejną głosił: „Najpierw ludzie, potem zysk”. Przekreślała go czerwona krecha ze spraya. Tą samą czerwoną farbą pod spodem ktoś dopisał: „Najpierw kasa, potem cycki”.

— Jaki ten skurwiel zadowolony, jakby dopiął swego.

Borsuk, patrząc na przestrzelone dłonie denata, rzekł z niesmakiem:

— Tego też chcieli zrobić na Chrystusa?

— Może — pokręcił głową Prędki. — Albo chcieli dać jakiś znak, albo coś z niego przed śmiercią wycisnąć.

— Kasę za robotę…

— Jedna z możliwości — pokiwał ze zrozumieniem Prędki. — A jego portfel znaleziono?

— Nie. Ani portfela, ani komórki. Komórka przestała nadawać. Musieli wyciągnąć baterie.

— Szefie, dzwonić w sprawie blokady? — spytał Krzyżaniak.

— Ty masz chyba blokadę umysłu. I kogo będziesz gonił?… Z tego asfaltu zbierzesz ślady opon? Widzisz jakąś chatę wokół? Kto ich tu widział?

4

Historia ruszyła z kopyta. Prędki spisywał punkty dla rzecznika policji. Wieczorem zapowiedziano konferencję. Pismaki drwią, że grupa operacyjna powołana przez komendanta wojewódzkiego wie tyle, ile wyczyta w gazetach. No to dadzą im dziś do wiwatu. Będzie się działo… Pokażą niezbite dowody, że Motlański był mózgiem całej operacji. Poza tym naświetlą jego profil psychologiczny.

Do pokoju wszedł Norbert, z którym się jeszcze dziś nie widział, bo cały czas gdzieś latał.

— Rychu, znalazłem w kompie chyba wszystko.

— Co to znaczy wszystko?

— Po pierwsze zdjęcia z tortur Grosera. Zobacz, te gnojki go fotografowały w trakcie komórką.

Prędki patrzył na zdjęcia zrobione w ciemnym pomieszczeniu, kiepskie, ale wystarczające, żeby coś zobaczyć. Groser stoi z rękoma przymocowanymi do beli opierającej się na dwóch koziołkach. Widać, że wykręca głowę z bólu.

— Nie potrzebujemy niczego więcej.

— Spokojnie, Rychu… Są inne bardzo interesujące rzeczy.

— Co?

— Filmiki obyczajowe.

— Jakie?

— Filmik porno z udziałem księdza samobójcy, no tego co się w kwietniu rzucił pod pociąg, i film z biskupem Praskim: „Rzymskie wakacje”. Taki też był ostatni tekst, nad którym pracował łysol…

Podszedł do biurka Norberta.

— Pokaż.

Przez parę minut w milczeniu wpatrywał się w ekran komputera.

— Rychu, tu się zanosi, że te materiały mogą wysadzić w powietrze ćwierć diecezji — podsumował z boku Norbert. — Znam prawie wszystkich bohaterów. To jest szok.

Prędki zaczął kalkulować. Dosyć już się utopił. Musi teraz zdobyć zasługę. Wobec mizerii swoich wyników chętnie odtrąbiłby sukces z powodu znalezisk na miarę… zabrakło mu porównania. Ale odezwał się instynkt samozachowawczy. Jeśli sukces, to lepiej podzielić się nim z komendantem. Jeśli będzie wtopa, to będzie minimum zabezpieczenia.

— Norbert, szukasz dalej. Masz to zgrane? Cokolwiek znajdziesz, informujesz mnie, i tylko mnie. Idę do starego. — Stanął przed Pospiesznym i podniósł palec. — O tym, co mi pokazałeś, wiesz tylko ty. Rozumiemy się? Stary twierdzi, że mamy kreta… W razie przecieku nie odpowiadam za siebie.

Wziął laptopa pod pachę i udał się dwa piętra wyżej. „Będzie miał materiału tyle, że mu mózgu nie starczy”.

Kulczyk wysłuchał raportu Prędkiego. Obejrzał zdjęcia torturowanego Grosera, a potem urywek filmu z udziałem księdza Grajka.

— To jest ten, co się rzucił pod pociąg — wyjaśnił Prędki. — Najprawdopodobniej był szantażowany. Cholera wie, czy się sam rzucił. Ten drugi to biskup Praski. Z klerykiem. Motlański opisał w pikantnych szczegółach. Z pewnością jeszcze ubarwił. Przygotowywał się do ujawnienia skandalu na miarę arcybiskupa Paetza. Podtytuł dał: „Paetzowania ciąg dalszy”. Co robimy?

— Co robimy? — Kulczyk wziął wdech. — Działamy roztropnie.

Nacisnął telefon do sekretarki.

— Połączyć mnie z kurią… Ja tego na swój łeb nie będę brał…

Rozmowa, pełna niedopowiedzeń, trwała krótko. Po jej zakończeniu Kulczyk kiwnął tylko głową w kierunku drzwi.

— Jedziemy i pamiętaj: nie wyrywasz się niepytany.

— To może ja w ogóle?… — Prędki próbował zasugerować, że jest niepotrzebny.

Kulczyk machnął ręką, żeby nie ględził. Brał go w obawie, że się pogubi w obsłudze komputera, a bez tego efekt mógłby być o wiele słabszy.

Po czterdziestu pięciu minutach siedzieli w biskupim salonie. Ze ścian spoglądały na nich twarze wszystkich arcypoprzedników. A właściwie patrzyły przed siebie, jakby rzeczywistość, w której przebywali, była o wiele ważniejsza niż to ważne spotkanie, zaaranżowane w trybie nadzwyczajnym. Trójka rozmówców też nie rozglądała się po ścianach. Biskup Florek wyglądał dramatycznie. Na czoło opadła mu fala włosów i Prędki cały czas się zastanawiał, czy jakoś zwrócić mu na to uwagę.

— Ekscelencjo, krótko — zaczął komendant. — Grupa operacyjna do zbadania tzw. sprawy Grosera odkryła dziś zwłoki człowieka, który z całą pewnością miał powody, by dokuczyć księdzu. Historia tych porachunków jest długa. Motlański w świetle zebranych przez nas dowodów od miesięcy tropił księdza. Spalenie kaplicy, napady w prasie. Został dziś zabity, jak się domyślamy, przez swoich wspólników. W trakcie przeszukania jego domu znaleźliśmy wiele materiałów, które bezpośrednio godzą w Kościół. Przyznam szczerze, z niektórymi nie wiemy, co zrobić. Trzy przykłady — dysponujemy filmem porno z udziałem… Pozwoli ekscelencja na krótką prezentację. To zaledwie kilka minut. Musi ksiądz zobaczyć, żeby wiedzieć, o czym mówimy.

Florek wyraźnie się zaniepokoił. Wizja wspólnego oglądania pornografii była, delikatnie mówiąc, kłopotliwa. Jednak nie zaprotestował. W trakcie emisji filmu z księdzem Grajkiem przysłonił oczy. Nie skomentował tego, co zobaczył.

— Mamy jeszcze filmy z Rzymu — poinformował Kulczyk. — Na jednym biskup Praski, na drugim ksiądz Krystian Paleczny.

Florek delikatnym ruchem powiekami dał znać, by kontynuowali.

Przy scenie, w której Praski w trakcie spaceru obejmował kleryka, a jego ręka zsunęła się ku pośladkom, biskup jęknął boleśnie.

— To jest, proszę ekscelencji, próbka. Być może czubek góry lodowej. Nasi ludzie opracowują i inwentaryzują materiał. Opinia publiczna domaga się od nas informacji. Pytanie, czy te materiały według ekscelencji powinny znaleźć się w aktach śledztwa?

— A jest jakiś sposób na… ominięcie? — Florek wykonał bezradne ruchy dłońmi.

— Można je wyłączyć ze śledztwa. Prokurator jeszcze o niczym nie wie. Z jednej strony ukazują zbrodniczy proceder Motlańskiego, a z drugiej strony można orzec o jego stuprocentowej winie bez tych materiałów. Pytanie, czy one dobrze zrobią Kościołowi, który jest naszą wspólną troską… Jest napisane, że prawda was wyzwoli, ale…

— Dziękuję, panie inspektorze… Cenię sobie bardzo pana stanowisko. Prawda. Niestety, tego społeczeństwa nie wyzwoli prawda, tylko spokój. Takie informacje jedynie zaognią sytuację. Przecież gdy przeciętny obywatel usłyszy „ksiądz i film pornograficzny”, dalej już nie będzie myślał. Prawda. Prawda bolesna, skomplikowana jest dla tych, którzy potrafią ją udźwignąć. Właśnie dla takich ludzi pokroju panów — zwrócił się także do Prędkiego, choć ten cały czas milczał. — Dlatego jesteście panowie na tych odpowiedzialnych społecznie stanowiskach. Co panowie proponują?

— Tak jak powiedziałem, proponuję, ekscelencjo, wyłączyć te materiały ze śledztwa. Być może kiedyś czas dojrzeje…

— No tak, tak, tylko jaką mamy pewność, że ktoś nie ma kopii tych materiałów?

— To nie są materiały, które Motlański od kogoś kupił. Wszystko wskazuje na to, że te materiały są jego autorstwa. No więc prawdopodobieństwo, że ktoś je posiada, jest minimalne. Ale oczywiście jakieś prawdopodobieństwo zawsze istnieje. Prawdopodobieństwo jednak, że te materiały w takim kształcie i w tym czasie spowodują huragan, jest znacznie wyższe. Trzeba wybierać. Miejmy ufność, że ktoś tym kieruje na górze.

 

— Mówi pan, że to czubek góry lodowej…

— Ekscelencjo, jesteśmy na etapie archiwizacji. Jest tam dużo materiałów, które Motlański zdobywał z rozbiórki IV departamentu. No miał pasję chłop. Zbierał wszystko na wszystkich ludzi Kościoła.

— Na wszystkich, to znaczy i na mnie — uśmiechnął się biskup.

— Nie wykluczamy, ekscelencjo, że… — Kulczyk chciał powiedzieć, że polował także na grubego zwierza, ale nagle okazała postura biskupa i jego niespotykane owłosienie, włosy wychodzące z uszu i z nosa, ostrzegły go, że ta metafora może zostać zrozumiana dosłownie — …coś na ekscelencję sfabrykował. Gdybyśmy tylko coś takiego znaleźli, ma się rozumieć, zaraz powiadomimy. Nie muszę chyba dodawać, że mówimy to absolutnie tylko do wiedzy jego ekscelencji. Gdyby to się wydało… nie moglibyśmy już ekscelencji o niczym informować.

Florek miną dał do zrozumienia, że to się rozumie samo przez się.

— Panowie, siostra Emilia upiekła dziś rewelacyjny sernik…

— Niestety, ekscelencjo, musimy pędzić. Za godzinę mamy konferencję prasową.

Florek odprowadził gości do samych drzwi na parterze. Po chwili wrócił do salonu, jakby chciał usłyszeć, co myślą na ten temat jego poprzednicy.

Ciężko zostać samemu z tą prawdą. Właściwie najchętniej przekląłby swoich kochanych policjantów. Zrzucili na niego cały ciężar. Dzwonić do prymasa albo ostrzec Praskiego? Sprawa z księdzem Grajkiem najmniej problemowa. Pomoże to jak umarłemu kadzidło. Żal mu go, żal, ale nic to nie da, że udowodnią, że był szantażowany. Wywleką znowu na wierzch jego alkoholizm. Niech już spoczywa w pokoju.

Kręcił się w kółko. I jeszcze ten Krystian…

5

Za stołem siedział Prędki, Kulczyk i rzecznik prasowy Sławomir Molenda. Kulczyk do grupy operacyjnej nie wchodził, więc jego obecność nie była tutaj konieczna, ale wiedział, że dziś można się ogrzać w świetle reflektorów. Zawiadomić o sukcesie podlegającej mu jednostki. Zagaił rzecznik.

— Dzień dobry, witamy szanownych państwa na dzisiejszej konferencji w sprawie wyjaśnienia okoliczności, w jakich 24 czerwca doszło do napadu na księdza Wacława Olbrychta w parafii Pierwszych Chrześcijan. Możemy państwu z satysfakcją zakomunikować — o ile satysfakcja jest w tej ponurej sprawie słowem odpowiednim — że w wyniku zakrojonych na szeroką skalę działań policji mamy dziś przełom w sprawie. W zasadzie wszystkie podstawowe pytania dotyczące wspomnianego wypadku zostały wyjaśnione. Nie minęły trzy tygodnie od dramatycznego zdarzenia w parafii Pierwszych Chrześcijan. Głos oddam teraz nadkomisarzowi Ryszardowi Prędkiemu, który kieruje grupą dochodzeniową.

Prędki puknął palcem w mikrofon, by się upewnić, że działa. Chrząknął.

— Dzień dobry państwu, myślę, że ten krótki okres, jaki upłynął od czasu napadu do dziś, kiedy znamy odpowiedzi na zasadnicze pytania, jest miarą sprawności naszych ludzi, zespołu powołanego przez komendanta… inspektora Bolesława Kulczyka. — Prędki zrobił pauzę, jakby za chwilę na sali miały rozlec się brawa, ale grupka około piętnastu dziennikarzy nie kwapiła się z gratulacjami. — Otóż w świetle zgromadzonego materiału możemy stwierdzić niemalże ze stuprocentową pewnością, że człowiekiem, który był mózgiem i zleceniodawcą zamachu na księdza Wacława Olbrychta, znanego szerzej opinii publicznej jako ksiądz Groser, był Gabriel Motlański, którego zwłoki zostały znalezione dziś rano. Osobnik ten od paru miesięcy, a właściwie od ponad roku był w konflikcie z księdzem Groserem. Jak państwu wiadomo, wielokrotnie w niewybredny i kłamliwy sposób atakował księdza w prasie. Jego napaści znalazły swój finał w sądzie. Wyrokiem sądu na Gabriela Motlańskiego została nałożona kara 50 tysięcy złotych. W świetle zgromadzonych materiałów możemy już dziś stwierdzić, że stał za podpaleniem kaplicy znajdującej się na terenie parafii Pierwszych Chrześcijan. Od początku wytypowaliśmy trafnie sprawcę zamachu, znaliśmy przesłanki, które nim kierowały. Sporządziliśmy profil psychologiczny Motlańskiego, który jasno wskazuje pobudki jego działań. Skrajną niechęć do kleru można tłumaczyć uwarunkowaniami rodzinnymi. Motlański miał siostrę bliźniaczkę, zakonnicę, która po wydaleniu z zakonu popełniła samobójstwo. Tego wszystkiego Motlański nie potwierdzi już osobiście. W świetle naszych ustaleń zamordowali go wspólnicy, najprawdopodobniej na tle rozliczeń finansowych. Wskazywać mogą na to rany na ciele zamordowanego.

— Jakiego typu? — spytał redaktor Troiński z radia „Błysk”.

— Dla dobra śledztwa nie możemy tego ujawnić, musimy uzyskać odpowiedni stopień pewności — uśmiechnął się Prędki.

— Skąd wiadomo, że to są te same osoby, które dokonały zamachu na księdza? — kontynuował radiowiec.

— Wskazuje na to szereg przedmiotów, które znaleziono przy denacie, a które są w trakcie badania.

— Z informacji, które przekazała policja, można wnioskować, że w sprawę zamachu zaangażowane były trzy osoby. Skąd ta pewność, że Motlański sterował całą sprawą? — spytał Kurasek z „Superfaktów”.

— Policja oczywiście nie zaprzestała ścigania jego wspólników, będzie to czyniła do skutku, natomiast dowody rzeczowe, które znaleziono w jego mieszkaniu, nie pozostawiają wątpliwości, że był on ideologiem czy też motorem tej grupy przestępczej.

— Czy można prosić o przykłady?

— W komputerze Motlańskiego znaleziono zdjęcia wykonane komórką z torturowania księdza Grosera. Wiecie już państwo, że dysponujemy dowodami na pobyt Motlańskiego w Rzymie w dniu zamachu na Grosera. — Na sali rozległy się śmiechy i komentarze. Niespeszony Prędki kontynuował: — Wiadome jest, że w trakcie torturowania księdza przyłożono mu do ucha telefon i usłyszał słowa, które wypowiadał osobnik pozostający wówczas w Rzymie.

— Jakie to były słowa?

— Dziś jeszcze nie możemy ich państwu ujawnić…

— Czy policji nie wydaje się zbyt podejrzane to jawne niezacieranie śladów zbrodni? — spytała Ewelina Frycz z „Kwadransa”.

— Uważamy, że Motlański przy całej swojej fachowości kierował się emocjami, które nie pozwoliły mu uniknąć błędów. Źródła tych emocji już państwu przedstawiliśmy. Jeśli nie ma więcej pytań… O, widzę, jeszcze redaktor Strzelecki…

— Parę dni temu — Strzelecki ze swoim francuskim „r” prowokacyjnie cedził słowa — po odkryciu zwłok zabitego Zygmunta Bociana policja równie triumfalnie obwieściła faktyczne zamknięcie sprawy. Po czym okazało się, że Bocian był raczej ofiarą… Jaką mamy pewność, że dzisiejsze ustalenia nie są spekulacjami?

Kulczyk zmrużył oczy i odchrząknął. „A tobie o co chodzi?”.

— Mamy wszystko pod kontrolą, nie możemy państwu zdradzać naszej kuchni, ale proszę nam wierzyć, że od początku wiedzieliśmy, jaki jest udział w przestępstwie Zygmunta Bociana — odezwał się Prędki.

— To znaczy — kontynuował atak „Strzelec” — sugerujecie, że wiedząc, jaki naprawdę był udział Zygmunta Bociana, wprowadziliście społeczeństwo w błąd?

— Nie społeczeństwo, tylko przestępców — wtrącił się do dyskusji Kulczyk.

— Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem… — „Strzelec” udał bezbrzeżne zdziwienie. — Chcecie panowie powiedzieć, że ze względu na grę operacyjną poświęciliście dobre imię tego człowieka, jego godność? Nie wiem, czy jego rodzina, najbliżsi byli poinformowani…

„Ty gnido, już ty wiesz najlepiej, jakie dobre imię miał Bocian i że miał głęboko w dupie, czy go pochowano z honorami, czy bez. Ty szujo udająca dekalog”.

— Myślę, że człowiek tak wyczulony na sferę wartości jak inspektor Kulczyk, o czym wielokrotnie mogliśmy się przekonać… — Strzelecki wyraźnie zaczął się bawić — wie, o co mi chodzi.

Kulczyk chciał już burknąć, że nie potrzebuje słów uznania od „dziennikarskich hien”, ale się powstrzymał. Postanowił odpowiedzieć merytorycznie.

— Dziękuję za pamięć… Z kolei ja chciałbym pana zapytać, czyje interesy pan w tym momencie reprezentuje? Policja robi, co może, żeby złapać przestępców i żeby ksiądz Groser mógł wrócić na swoją parafię w przeświadczeniu, że nic już mu się podobnego nie przytrafi. Pan próbuje… — Kulczyk w ostatniej chwili dostrzegł błagalny wzrok Molendy. Zrezygnował więc ze złośliwości, którą miał na końcu języka.

— Panie komendancie — wkroczył Molenda — chciałbym panu przypomnieć, że pięć minut temu powinna się zacząć pana telekonferencja z ministrem…

— Wybaczycie państwo, ale pilne obowiązki — ukłonił się Kulczyk i wyszedł z sali.

6

Czekał w gabinecie. Stał przy otwartym oknie i palił papierosa, co było oznaką, że nerwy mu puściły. Od trzech miesięcy w każdym miejscu trąbił, że zerwał z nałogiem, który niewolił go całe życie. „Można? Można” — z uśmiechem komunikował każdemu napotkanemu palaczowi.

— Znajdźcie mi coś na tego skurwysyna — powitał Prędkiego, który zameldował się zaraz po konferencji. — Szarżuje chłopiec. Coś do nas ma. Jak chce być fajterem, to niech sobie wykupi wczasy z paintbolem. Strzelec pierdolony. On ma gówno do moich przekonań religijnych!

— Szefie, chętnie sam bym mu dokopał. Ale… uważam, że lepiej odpuścić — apelował do rozsądku Prędki. Pamiętał dobrze, jak dwa lata temu Strzelecki, kręcąc materiał o korupcji w drogówce, zasugerował, żeby wywiad nakręcić przed wejściem do budynku komendy. I tak sprytnie go ustawił, że Prędki zasłaniał dwie pierwsze litery napisu „komenda”. Obraz w telewizji był więc arcyciekawy. „Menda wojewódzka”.

Kulczyk zaciągnął się boleśnie, po czym zgasił niedopałek w kaktusie stojącym na parapecie.

— A po kiego czorta, kuźwa, żeście w ogóle trąbili, że z tym Bocianem to była wtopa? Co to miało dać?!

— Szefie, sami mówiliście, żeby gadać jak najwięcej. Żeby zapełnić czymś media, żeby wiedziały, że coś się dzieje. Informacja pokazywała, jaka policja jest uczciwa, jak rzetelnie informuje bez ściemniania.

— Jezusie przedwojenny, nie pogrążajcie się, Prędki. Powiedziałem tak, bo gówno żeście robili. Od dziś do mediów tylko krótkie informacje na temat. Nic, co mogłoby wskazywać na nieudolność policji… I przetrzepać mi tego pieprzonego moralistę…

Prędki, wracając od starego, znów potknął się na schodach. W ostatniej chwili chwycił się poręczy… Zwolnił… Obawiał się, że może być obserwowany przez życzliwych. Po wejściu do swego gabinetu ulżył sobie w łacinie nieliturgicznej.

Na zapytanie w oczach Pospiesznego powtórzył łacińską kwestię.

Klapnął w fotelu obrotowym, kładąc nogi na stole. Złowieszczo milczał. Norbert dał mu chwilę na odparowanie.

— Co jest, szefie?

— Gówno jest. A miało być tak pięknie…

Widząc, że Norbert coś międli w sobie, rzekł zachęcająco:

— Co chcesz powiedzieć? Nie bój się, nie jestem takim psycholem jak stary.

— Otóż porównaliśmy kule, którymi załatwiono Motlańskiego, z tą, którą wpakowano w Bociana. Bocian padł od poczciwego P-64, a Motlański od glocka. Wniosek, że albo banda Motlańskiego była o wiele liczniejsza, albo są to dwie niezależne grupy. Mógł mieć wrogów więcej niż kłaków na głowie.

— O to nietrudno, był łysy.

Prędki ze świstem wypuścił powietrze.

— Norbert, od dziś na zewnątrz same sukcesy, żadnych wątp­liwości. Musi iść jednoznaczny komunikat, że Groser jest bezpieczny. Wróg nie żyje, policja ze względu na dobro śledztwa nie podaje informacji co do pobocznych wątków sprawy. I chuj. Nie ścigamy się z mediami, robimy swoje. I trzeba coś znaleźć na tego gówniarza Strzeleckiego. Pamiętasz, jak mnie zrobił na szaro z tą „mendą”?

— Trudno nie pamiętać, niektórzy do dziś używają tej ksywy.

— Nie będzie sobie budował medialnej rozpoznawalności na naszych plecach. Powiedz chłopakom…

— Może nie trzeba daleko szukać. Przecież Strzelecki znał się z Motlańskim. To jeden grajdoł pismaków. Zapraszał go kilka razy do swoich programów w telewizji jako eksperta…

— To muszą być jakieś zdjęcia z tego.

— Na pewno, chyba że w telewizji polikwidowali te nagrania jako niewiele znaczące. Ale coś może też być w samym archiwum Motlańskiego. Kto wie, czy ich nie gromadził. Gwiazdą medialną nie był, więc nawet takie gówniane audycje mogły łechtać go po jajach.