Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,90  46,32 
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Perła. Afrykański przypadek księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Niewiele przywiózł z Berlina. Miał coś jednak w zanadrzu. Szczerze mówiąc, spodziewał się, że niczego się nie dowie, no ale rozumiał, że jest to działanie dla działania, że grupa musi się wykazać… A on nie ma co tu za wiele pouczać. Zdobywa szlify. Przywitał się z Prędkim. O owocach wizyty poinformował go już telefonicznie, więc w zasadzie nie miał nic do dodania oprócz rozbudowanych impresji, bitej śmietany. Kiedy zapytał Różę Kasprzyk, jak spędziła czas z Motlańskim, odpowiedziała mu jednym słowem: „Seks”. „Cztery dni uprawialiście seks?”. „Zapłacisz trzy tysiące eurasów, to się dowiesz, co można robić przez cztery dni w łóżku”. Demonstracyjnie zakryła swój wpółobnażony biust, dając do zrozumienia, że „za darmo umarło”. Szybko się zorientowała, że Pospieszny nie jest specem od prowadzenia rozmówek z prostytutkami. „Czy Motlański dzwonił do kogoś dwudziestego czwartego czerwca?”. „Czy cię pogięło? Nie pamiętam, co wpieprzałam wczoraj na obiad, a mam pamiętać takie pierdoły. Czy ja jestem jaki billing? A poza tym, nawet gdyby to było godzinę temu, nie mam nawyku podsłuchiwać swoich klientów”.

Przyjaciółka Motlańskiego była bezczelna i kuta na cztery nogi. Nie drgnęła ani o milimetr. Pechowo dom, w którym mieszkała, nie miał żadnego monitoringu.

Pytał też o Motlańskiego na stacjach benzynowych, na których mógł tankować, ale monitoring jest kasowany po pięciu dniach. Co prawda, jakaś kurewka na Orlenie przed granicą w Świecku twierdziła, że mogłaby sobie coś przypomnieć, ale kiedy usłyszał, że zrobi to za tysiaka, dał sobie spokój.

— A u was jak?

Prędki pokręcił głową.

— Same sukcesy. Mamy pełniejszą wiedzę o napadzie. W ZMS-ie, jak Borsuk zaczął robić sekcję zwłok, nie mógł ściągnąć butów z Bociana. Kiedy je w końcu ściągnął, okazało się, że nieboszczyk nie mógłby ujść w nich nawet paru kroków. Paluchy podkurczone jak u sióstr Kopciuszka. Pojechali do chaty Bociana. Pokazali papcie żonie. Nie była pewna, ale raczej ich sobie nie przypominała. „Może przywlekł je gdzieś z miasta, z jakiegoś Caritasu, może kupił w second-handzie. Znajomy księdza go kiedyś tam zaprowadził i zasmakował w starych lumpach”. „A są tu jakieś inne buty męża?”. Przyniosła. Były o dwa numery większe. No i kiedy zaczęli sprawdzać, okazało się, że odciski stóp Bociana są zupełnie inne. Nieco kulał na jedną nogę, więc odcisk tej stopy był bardzo charakterystyczny. Wniosek nasuwa się jeden — ktoś celowo chciał wrobić Bociana. Kto mógł mieć interes, żeby zamilkł? Znowu Motlański. Bociana mogło ruszyć po tym wszystkim sumienie i mógł się wygadać, jak było naprawdę z jego wynurzeniami na temat pedofilstwa Grosera. Wcześniej Bocian tłumaczył wszystko tym, że „łeb miał zryty”. Prawda jednak mogła być taka, że ten łeb zrył mu Motlański…

— Ale może mam coś ważniejszego… — rzekł Norbert. — Byłem u Grosera. Przypomniał sobie rozmowę.

— Czyś ty, kurwa, oszalał? Dopiero teraz mówisz? No gadaj!

— Facet mu powiedział… Dokładnie nie pamięta, ale przez telefon powiedział mu jego ulubione zdanie z Thomasa Mertona.

— Z kogo?

— No takiego pisarza religijnego.

— No i co?

— On powiedział, że Chrystus to nie jest to najlepsze w tobie, co chcesz wielbić, ale to najgorsze, co wisi rozpięte na krzyżu i czeka na twoje przebaczenie.

— I on mu taki tekst zaserwował?

— Groser nie wie, czy dokładnie taki, ale coś koło tego. W każdym razie tego nie mógł powiedzieć byle menel…

— Rewelacja, która nie jest rewelacją. Wiadomo, że to mogła wymyślić tylko ta łysa pała. Ale trzeba mu to udowodnić.

3

Od dwóch lat, kiedy ich życie małżeńskie wyschło… a może raczej dlatego, że bolał ją kręgosłup, koleżanka poleciła jej grupę tai-chi.

— Zobaczysz, po paru tygodniach nie będziesz wiedziała, co to kręgosłup.

I rzeczywiście dwa lata ćwiczeń to dwa lata bycia w niebie. Tai-chi to modlitwa ruchem. Ruchy ciała połączone z medytacją pobudzają wydzielanie endorfin. Czyniła postępy niebywałe. Trenowała raz w tygodniu. Daleko było jej do niektórych koleżanek. Rekordzistką była Adrianna, która ćwiczyła po pięć godzin dziennie, ale mogła sobie na to pozwolić. Przestała pracować, bo miała nieprzyzwoicie bogatego męża.

Po zerwaniu kontaktu z Li, swoim mistrzem tao, jakoś przestała chodzić także na tai-chi, choć to były dwie różne sprawy. Może zadziałała klątwa księdza Jacka, który nazwał ją „religijną cudzołożnicą” i groził, że się doigra, że jeszcze będzie prosić o egzorcyzmy, jak będzie nadal łaziła do tej swojej sekty. Zaśmiała się, nie przywiązywała żadnej wagi do jego słów, ale… tak czy owak zrezygnowała z tai-chi. Po wczorajszym objawieniu miała do wyboru rozpaść się albo wzmocnić. Postanowiła, że nie pozwoli, żeby to gówno zwane jeszcze jej mężem doprowadziło do rozpadu jej ciała. Jeśli kiedyś padnie, to w zderzeniu z godnym partnerem. Musi wzmocnić odporność. Musi być silna. Kasia nie może zobaczyć, że się rozsypuje, nie dopuści do tego, by z powodu ich umarłego związku córka wpadła w stan obrzydzenia do małżeństwa. Jeśli będzie trzeba, to poudaje szczęśliwą żonę, do czasu aż Kasia wyjdzie za mąż i wyfrunie.

No i nie może się taka rozłożona pokazać Groserowi. Nie może wysysać z niego energii. Rozpozna wokół niej fatalną aurę. „Święci” mają dar przenikania.

Wróciła więc do swojej sekty, bandy, czy jak kto chce. Bandy, w której każdy miał inteligencję ponadprzeciętną, wyższe studia i pasje. Zawsze się zastanawiała, dlaczego ci ludzie odpękli od Kościoła.

Ucieszyli się jak dzieci. Wycałowali ją i ukochali. Ćwiczyła półtorej godziny. Szło jak szło, cudów nie ma. Zapuściła się przez te parę miesięcy. Ukochany mistrz Kam, Wietnamczyk, co chwilę ją upominał: „Reneta, źle robi, nie tak reynka. Muszą myszleć jądro podkorowe”. „Co ty masz z tymi jądrami podkorowymi?!”. Ale się nie poddała. Wie, że zanim znowu będzie mogła tańczyć z wachlarzem, musi się wypocić… oczyścić…

Po zajęciach podeszła do niej Adrianna. Oprócz tego, że ćwiczyła zapamiętale tai-chi, była też taoistką i to ona sprawiła, że Renata przez dwa lata była w szkole mistrza Li z Londynu.

— Co się z tobą dzieje, dziewczyno? Ostatni raz, kiedy się widziałyśmy, byłaś w euforii…

— Euforia jest niebezpieczna, miało być za dobrze. Li chciał, abym przeniosła się do Ameryki… no i się wystraszyłam. Wolę tu… każdy stan. Nie zgodziłam się na rolę rozweselacza emerytowanych Amerykanek. Gdyby się okazało, że to pomyłka, nie miałabym już odwrotu…

— Renata, nie chrzań, to było wczoraj. Masz żyć chwilą obecną. Co jest z tobą?

— Dowiedziałam się, że moje małżeństwo spróchniało…

— A ile ty jesteś z Jurkiem?

— Dwadzieścia lat.

— No i ty się dziwisz?…

— Nie…

— No to co? Może ci znowu głowę zatruł ten twój popieprzony księżulo Jacuś.

— Nie, jego już skasowałam.

— No to jednak jesteś normalna.

Adrianna przytuliła ją i przekazała swój nadmiar energii.


Jacka skasowała na drugi dzień po tym, jak koleżanka wyłożyła jej kartę śmierci. Żaneta, kumpela z pracy, zafascynowana ezoteryką, przedstawiła jej zasady tarota. Tłumaczyła, że karta śmierci wcale nie oznacza śmierci, lecz przemianę, nowe życie. Kiedy pochwaliła się tą wiedzą Jackowi, w tego jakby strzelił piorun.

— Są granice, dopuszczasz do siebie siły diabelskie! — Chciała mu powiedzieć, że nie bierze tego na poważnie, ale nagle stwierdziła, że to dobry moment, aby się od niego uwolnić. Ten związek nic jej nie dawał. Jacek był nawet dość inteligentny, ale jednocześnie w myśleniu strachliwy i ograniczony. Bezustannie ją dołował, obcinał. Szukała u niego akceptacji, a on jedyne, co miał jej do powiedzenia, to żeby była bardziej pokorna. Z jakichkolwiek trudności mu się zwierzała, pytając, jak wyjść z tego bagna, zalecał jej postawę akceptacji cierpienia i odnajdywania w nim radości.

— Cierpienie, dylematy moralne i zawodowe mam na co dzień. Chciałabym, żeby wiara stanowiła dla mnie podporę i dawała siłę do dalszej walki.

W takich sytuacjach kiwał tylko głową,

— Renatko, w tobie jest za dużo pychy.

— Jakiej, kurwa, pychy? Ja się rozsypuję z bezradności, a ty mi pieprzysz o pysze i grzechach?

— Renato, jestem zrozpaczony, ty nie możesz iść do spowiedzi bez cienia skruchy.

— Pierdolenie kotka za pomocą młotka. Już raz nie dostałam rozgrzeszenia przed ślubem.

— I powinnaś ograniczyć swoje wulgaryzmy.

— Hmm. A kiedyś mi powiedziałeś, że ci się to we mnie podoba… Że to takie urocze… Że gdybyś nie był księdzem, tobyś użył określenia: to mnie podnieca.

— To wtedy miało swoje proporcje… Było takie… wiosenne. Wiesz, twoim problemem jest przesada. Nie wiesz, w którym momencie skończyć.

No i nadarzył się moment.

— Wybieraj albo karta śmierci, albo ja.

— No to wybieram…

— Doigrasz się… już ci mówiłem. — Wstał i wyszedł. Na pewno był przekonany, że po tygodniu Renata skruszona zadzwoni z prośbą o spotkanie.

Nie zadzwoniła. Dzwonił on. Wielokrotnie. Ale ona nie odbierała. I tak to wedle jej określenia się „usrało”.

Wszystko się usrało. Wyjazd do mistrza Li, Jacek, małżeństwo. Jednym słowem śmierć, czyli przemiana…

Wszystko prowadziło do Grosera. Zacisnęła folijkę z drzazgą.

4

Próbował się skontaktować ze Stogą zaraz po powrocie do Polski. Zgodnie z przewidywaniami, komórka biznesmena milczała. Działała tylko, gdy wynajmował go do zrobienia nagonki na Grosera. Wypierał ze świadomości, że Stoga wyraźnie mu powiedział, że „gówno go obchodzi zarówno Wargin, jak i Groser”. Mówił, że według niego mogą sobie spać nawet z kozą. Interesuje go tylko Skryty, jego wielki konkurent biznesowy. A kiedy Skryty odszedł na zawał, całe „zamówienie” stało się nieaktualne. I to był fakt, którego Motlański nie dopuszczał do świadomości. Miał swoje „wiekuiste porachunki” z Groserem i Warginem, więc czy się to Stodze podoba, czy nie, doprowadzi je do końca, a Stoga ma być do końca jego partnerem, bo on w to bagno go wepchnął.

 

Spróbował nawiązać kontakt przez sekretariat. Tam jednak dostał wyraźny sygnał, że szef nie ma czasu i mieć go nie będzie. Takiego postawienia sprawy Motlański nie mógł znieść. Nie jest chłopcem do wynajęcia. Był partnerem Stogi w słusznej sprawie, w krucjacie przeciw czarnemu, i to on będzie decydował, kiedy tę krucjatę skończyć.

Wiedział dobrze, że jeden z najbardziej zaufanych asystentów Stogi — Piekarz — jest stałym bywalcem restauracji „Wenezzia”. Dosiadł się bez pytania do stolika. Nim wzrok asystenta wgniótł go w posadzkę, zdążył wypowiedzieć swoją kwestię.

— Powiedz Stodze, że mam dla niego informację, którą mogę mu tylko osobiście przekazać. Informację bardzo niecierpliwą. Ona może zrobić dużo dobrego, ale i złego. Za trzy dni wyjeżdżam… — chwilę popatrzył w niezdradzające żadnych uczuć oblicze człowieka Stogi.

Wyciągnął karteczkę z numerem telefonu, pod którym oczekuje informacji zwrotnej. Wstał i wyszedł. Wiedział, że i tak nic nie usłyszy.

Telefon zadzwonił nazajutrz przed dwunastą. Miał czekać na parkingu nieczynnego zajazdu przy drodze na Katowice.

Stoga przyjechał nierzucającym się w oczy starym audi z przyciemnionymi szybami.

Ochroniarz zaprosił Motlańskiego do samochodu.

— Co mi pan ma do powiedzenia?

— Dzień dobry, panie Aleksandrze…

— Dzień dobry, proszę mówić… — Stoga nie był w nastroju na kurtuazyjne powitania.

Lecz Motlański zamiast mówić, zaczął się namyślać.

— Podobno miał pan jakąś niecierpiącą zwłoki informację.

Dziennikarz westchnął tajemniczo, ale Stogi ta jego tajemniczość nie interesowała.

— Po pierwsze, mam dobrą nowinę… Groser posrał się ze strachu. Po drugie, nie są nam w stanie nic udowodnić. No chyba że… i tu ta druga informacja. Trzeba jeszcze uciszyć Palecznego. Za dużo o nas wie, był straszony przeze mnie i przez pana. Tak, ten wyliniały narcyz zasłużył na specjalne potraktowanie.

— Nie bardzo rozumiem, co ja mam z tym wspólnego?

— Szefie, to, że jak ktoś zleca pracę, to musi się liczyć z kosztami.

— Ile?

— Dwieście tysięcy.

Stoga spojrzał przelotnie na Motlańskiego.

— Do końca tygodnia dostanie pan pierwszą ratę. Muszę już jechać.

Ochroniarz otworzył drzwiczki, zapraszając, czy też raczej wypraszając Motlańskiego.

Wysiadł upojony. Stoga nie stawiał nawet oporu. To, że zapłaci w dwóch ratach? Nieważne. W ogóle pieniądze były nieważne. Były tylko testem na wiarygodność Stogi. Te dwie raty są właśnie dowodem, że nie zamierza go oszukać. Gdyby tak było, powiedziałby: nie ma sprawy…

5

Wczoraj Ryszard Prędki otrzymał ważną informację dopełniającą profil psychologiczny Motlańskiego. Wygrzebano w jego papierach, że miał siostrę bliźniaczkę, która dwadzieścia pięć lat temu popełniła samobójstwo. Była zakonnicą u małgorzatek, ale tuż przed ślubami wieczystymi została wydalona. Najprawdopodobniej za sprawy obyczajowe. Wszystko wtedy zasuszono. Oboje rodzice wkrótce zmarli. Jak zeznał jeden z sąsiadów: „Ze zgryzoty”. Matka przechwalała się córką zakonnicą. Motlański został sam na świecie.

Prędki zamierzał stawić się u komendanta z samego rana. Punkt siódma. Miał jeszcze ciekawszą informację. Wczoraj jeden z operatorów doniósł, że z chaty Ryżego Bronka łączono się z kimś w Rzymie. Sprawa, co prawda, się komplikowała. Motlański był wtedy najprawdopodobniej w Berlinie. Ale wreszcie coś drgnęło. Jest się czego uczepić.

Rzeczywistość była szybsza. O szóstej trzydzieści komórka zagrała melodyjkę „Yellow Submarine” i pojawił się numer komendanta.

— Gdzie jesteś?

— Jadę na komendę. Właśnie miałem wlecieć z wieściami.

— No to nie wchodzisz się nawet wysikać, tylko prosto do mnie.

Coś się dzieje? Ale to nic, nie idzie do starego z pustymi rękami.

Gdy wchodził, inspektor właśnie dopijał kieliszek ulubionej pliski i zamykał swoją „apteczkę”. Nowa epoka. Nie było już oficjalnego ochlejstwa. Picie na rozruch było sprawą prywatną, by nie powiedzieć intymną.

— I co się dzieje w śledztwie w sprawie Grosera?

— Bomba!

— No to mówcie…

— Motlański miał siostrę bliźniaczkę, zakonnicę, samobójczynię… — zaczął swój wywód Prędki.

— No i?

— To tłumaczy wiele, jego nienawiść i prawdopodobnie świra na tle sutanny. Ale jest coś jeszcze ważniejszego. Wczoraj operator doszedł do tego, że telefon z chaty Ryżego Bronka łączył się z Rzymem… Został określony obszar, gdzie mógłby przebywać nasz rozmówca. Jest tam w okolicy jeden tani hotelik. Zaraz nawiążemy kontakt z naszym człowiekiem. Niech zbada tamtejszy monitoring, wypyta obsługę hotelową, wszystko. Przy założeniu, że był to Motlański…

Kulczyk głębokim westchnieniem przerwał wywód Prędkiego. Wyciągnął spod biurka gazetę i rozkładając ją przed oczyma, wskazał palcem tytuł.


— „Kat Grosera namierzony”. — Popatrzył z boleścią, i powtórnie westchnął. — Czytajcie, tyle jeszcze chyba umiecie.

W Rzymie odnaleziono ślady pobytu Motlańskiego. W dniu zamachu na księdza Grosera przebywał w hotelu „Raviolli”. Stamtąd prawdopodobnie dzwonił do księdza w chwili, gdy go torturowano. Zgubiła go karta kredytowa, którą zapłacił za pobyt w hotelu. Na szczęście najlepsi fachowcy tracą w pewnym momencie czujność…

Kulczyk nie krył irytacji.

— Prędki! Jaja ogolić i do piaskownicy! — warknął. — Wy macie tyle wspólnego ze swoim nazwiskiem, co ja z najbogatszym Polakiem. To jest dramat. Albo wy macie w swojej grupie kreta, albo jesteście żółwiami. Mieliście go w łapach i co! Ma przestępstwo wymalowane na gębie, a wy go puszczacie i jeszcze mi się chwalicie, jak go ostro potraktowaliście. Zajmujecie się zmarłą przed dwudziesty pięciu laty bliźniaczką… Za chwilę mi doniesiecie, że macie dowody, iż była w ciąży, bo wkładała sobie świeczkę. Prędki!… — Kulczyk zacisnął w powietrzu dłonie, pokazując, że robi wszystko, by go nie udusić. — Wiecie, co trzeba zrobić, mój archeologu?

Prędki próbował odgadnąć życzenie komendanta.

— Zaraz go bierzemy na przesłuchanie.

— Jezusie przedwojenny! Myślcie. Najpierw zróbcie mu kipisz w chacie. Jeżeli trzyma coś w domu, to po dzisiejszych rewelacjach wie, że zabawa się skończyła. Może próbować zniszczyć wszystkie dowody.

— Tak jest! Muszę dzwonić do prokuratora o nakaz rewizji.

— Nigdzie nie dzwońcie, wy po prostu po to jedźcie. Ktoś myśli za was. Nakaz już jest napisany. Po sprawie postawicie za to jasia wędrowniczka, ale niebieskiego. Gdzie w ogóle teraz jest Motlański?

Kulczyk dał znać Prędkiemu, że ma zmiatać. Musi się napić…

Biegł korytarzem, chcąc nadrobić stracony czas. Na schodach zadzwonił z dyspozycją namierzenia Motlańskiego. O mało nie przypłaciłby tego skręceniem karku. Na szczęście z dołu szła biuściasta sprzedawczyni z kawiarenki. Zbawczy bufor.

— Szefie, Motlański nie odbiera — powitał go w drzwiach komisarz Maciejonek. — Jego komórka znajduje się w okolicy lasku Huberta, wylot na Katowice.

Prędki poczuł się w roli.

— Ja i Krzyżaniak jedziemy po niego na przesłuchanie. Pospieszny, bierz Kaczmarka, technika i jedziecie do jego mieszkania. To nam właściwie ułatwia sprawę. Wszystko ma być zgodne z procedurą, weźcie jakiegoś sąsiada, albo i bez… Macie mi przywieźć, co się da.

Objawienia
1

Groser poczuł nadzieję i lęk. Potrzebował jakiegoś promyka, który by wymazał jego niepokoje. Postanowił złożyć wizytę doktorowi. Wyczuł w nim duszę inteligentną i zainteresowaną sprawami duchowymi. „Jezus to kariera w dół”. Może pożyczy od niego książkę Halíka. Sam już nie wiedział, czy ścieżka, którą idzie, jest dowodem na to stwierdzenie. Ogólnie jest człowiekiem z pewnym sukcesem, cokolwiek by powiedzieć, nie jest księdzem anonimowym, to, że został skopany, może być tylko dowodem na jego wyniesienie. Głosy, które do niego docierają, są wręcz pełne nabożeństwa. Lekarka przychodzi, bo szuka księdza „sensownego”, w parafii urządzają nabożeństwa, w prasie przyrównują go do Popiełuszki. A jednocześnie wiedział, że Halík ma rację, że to twierdzenie jest absolutnie prawdziwe. Tylko co byłoby naprawdę jego dołem, jego odrzuceniem? Może właśnie grożąca mu niepełnosprawność, odarcie z urody. Z trwogą patrzył na swoją twarz w lustrze, jakby jej przybyło z dziesięć lat. Ujawniły się cechy, których w sobie nie lubił. Wręcz nienawidził. Próżność. Po cholerę księdzu uroda? Oczywiście dobrze, gdy ksiądz nie jest odpychający, ale to można uzyskać przy przeciętnej aparycji.

Dochodziła dziesiąta. Groser szedł, trzymając się ściany, aby zmniejszyć ryzyko upadku.

Wszedł do dyżurki lekarskiej. Dojrzał uchylone drzwi do gabinetu, a za nimi słabe światło. Ostrzegawczo chrząknął. Zachowywał się dyskretnie, być może doktor drzemie. Jeśli tak, to pogada z nim innym razem. Jako że pakunki na dłoniach nie pozwalały mu zapukać, uchylił drzwi łokciem. I… Otworzył szeroko oczy, by zrozumieć obraz, który wyłonił się z półmroku. Powitała go przerażona twarz kobiety. Jak w zwolnionym tempie dotarło do niego, że to, co ma przed sobą, to pośladki doktora Kanarka. Środki uspokajające i przeciwbólowe, które spożywał w dużych ilościach, zrobiły swoje. Zaczął się zastanawiać, czy źle widzi. Skąd ten parodniowy zarost doktora? I jeszcze ten przedziałek…?

— Oj przep… nie wiedziałem! — jęknął w końcu. Próbował się w pośpiechu ewakuować. Zbyt nerwowo. Trudno powiedzieć, co chciał zrobić. W każdym razie przekoziołkował przez stojące za nim krzesło. I teraz leżał przywalony jakimiś przyrządami. Po chwili ujrzał nad sobą już odzianego Kanarka.

— Nic się nie stało? — spytał, dysząc, doktor.

— Nie, nie… Strasznie mi głupio — zaczął się tłumaczyć.

— Nie ma sprawy, to nie księdza wina…

Wacław zamknął oczy, aby przerwać ten koszmar… Słyszał jakieś ruchy, trzaskanie drzwiami. Gdy otworzył oczy, miał przed sobą wózek.

— Proszę, absolutnie nic teraz nie mówimy, siadamy… — Z pomocą pielęgniarza Kanarek usadowił Grosera.

Formuła nicniemówienia była zbawienna. W milczącej procesji dotarli do pokoju. Zostali sami, a Kanarek szybko zaczął zbierać się do wyjścia.

— Wiem, że to wygląda śmiesznie, to znaczy głupio, ale widzi ksiądz… Ona miała ciężki dzień… Umarł pacjent, z którym była emocjonalnie związana… Wypadła z roli. Lekarz nie może umierać z każdym pacjentem, ma żyć dla tych, którzy pozostali przy życiu. To ciężko wytłumaczyć, ale ksiądz na pewno rozumie.

Nie był pewien, czy rozumiał, ale w każdym razie uświadomił sobie, że twarz, którą przed chwilą widział, należała do Mini. Chyba że ktoś w szpitalu nosi takie same czerwone włosy.